poniedziałek, 2 stycznia 2017

Opowieść o winie, paszporcie i obrazach z wyprowadzką z Irlandii w tle

Pukanie do drzwi lekko mnie zaskoczyło. Poczta już dziś przecież była, kurier z przesyłką to raczej też nie jest, bo wszystkie zamówione dobra, które utknęły na swojej drodze skutkiem okołoświątecznego zamieszkania, dotarły już do moich ramion... Może to sąsiad, który nareszcie zorientował się, że jego kot spędza u nas dużą część dnia i przyszedł urwać nam głowy za to, że dokarmiamy jego podopiecznego karmą inną niż ta preferowana w jego domu?

Nic z tym rzeczy. Na progu stał stary, zaniedbany człowiek odziany w łachmany. Obok niego leżała sterta pakunków owiniętych grubą warstwą szarego papieru. Nie trwało to długo: na widok otwartych drzwi dziadek zaczął szybko wnosić swoje paczki do środka, każdą z nich kładąc w innym miejscu. Sytuacja co najmniej dziwna i raczej mało zachwycająca, ale byłam tak zaskoczona, że mogłam tylko gapić się na to wszystko z otwartymi ustami. Sądząc po minie małżonka, do tej pory spokojnie siedzącego z laptopem przy kuchennej wyspie, nie tylko ja reagowałam w ten sposób.

Dziadek zniknął równie szybko jak się pojawił, a my niepewnie zaczęliśmy rozpakowywać przyniesione przez niego paczki.
- Obrazy - stwierdziłam zdziwiona. I niezadowolona. Obrazów było dużo, może dwadzieścia, w dodatku żaden z nich nie przypominał czegoś, co ewentualnie mogłabym chcieć powiesić na ścianie. Bardzo klasycznie wyglądające malowidła w ciężkich, mosiężnych ramach... Wprawdzie kiedyś chciałam kupić muzeum i potem w im zamieszkać (pisałam o tym tutaj), ale wtedy byłam mała i wrażenie robiło na mnie wszystko, co było ode mnie większe.

- Co z tym zrobimy? - jęknęłam.
- Rozsądek mówi - małżonek zaczął zdanie w swój ulubiony sposób - żeby wezwać kogoś, kto mógłby nam to wszystko wycenić. Wieszać raczej nie chcemy, ale może być coś warte, wygląda na stare...
- Dobra - westchnęłam. - Ty się tym zajmij. Ja nie cierpię dzwonić. Poza tym muszę ogarnąć tę przeprowadzkę...

To była prawda. Za kilka dni kończył się nasz irlandzki epizod. Wyjeżdżaliśmy do Kalifornii. Nie taka prosta sprawa, biorąc pod uwagę trójkę dzieci i trzy koty, z czego przynależność jednego nie była do końca jasna. Lestat wprawdzie spędzał tu więcej czasu niż gdziekolwiek indziej, ale wciąż był na etapie "dochodzenia".

Kolejne dni były szalone: pakowanie, planowanie... W dodatku końcowy etap tego wszystkiego miałam zaliczyć samodzielnie. Małżonek wylatywał kilka dni przede mną, wpadając jeszcze po drodze do Zurychu. Ja miałam finalizować pakowanie i polecieć z dziećmi do San Francisco. Starałam się nie wpadać za bardzo w panikę - wbrew ilości obowiązków chętnie spotykałam się ze znajomymi, z którymi piłam kolejne odstresowujące kieliszki wina. Właściwie pod względem towarzyskim to był bardzo dobry czas - odświeżyłam nawet trochę znajomości ze znajomymi z czasów podstawówki. To zaskakujące, jak wielu z nich mieszkało teraz w Irlandii. Np. taki K. - zawsze wydawał się typem, który na zawsze zostanie w naszym rodzinnym miasteczku, co prawda skończył informatykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale potem wrócił do siebie, tam się ożenił, płodził dzieci i pracował.

Rzeczoznawca od obrazów pojawił się dopiero w dniu wyjazdu małżonka. Ten ostatni był już niemal w drzwiach, gdy specjalista dokonywał swojej analizy. Szczerze? Środek przeprowadzki to nie jest sytuacja, w której powinieneś się dowiadywać, że posiadasz w domu dwadzieścia malowideł o wartości około pół miliarda PLN każdy. Malowideł starych, od wielu lat zaginionych, których sytuacja prawna wygląda w ten sposób, że prawo do posiadania ich posiada wprawdzie państwo, ale jest ono zobowiązane zapłacić za nie aktualnemu właścicielowi. Nie powinieneś się tego wszystkiego dowiadywać w takich okolicznościach, ponieważ właśnie dopinasz pewien etap swojego życia i zwyczajnie nie masz jak zająć się tą niespodziewaną sytuacją. No a jeśli się nią nie zajmiesz, to przed nosem przelecą ci spore pieniądze.

- Możemy trochę poczekać ze sprzedawaniem tego - zastanawiał się stojący już w drzwiach małżonek - może za kilka lat będzie więcej warte? Ja teraz muszę już pędzić na samolot...
- Powinniśmy się tego pozbyć jak najszybciej - upierałam się - kupilibyśmy sobie dom w Kalifornii...

Ale wiedziałam, że to małżonek ma rację. W tej chwili, a nawet w ciągu kilku najbliższych dni, nie zdołamy tego załatwić. Obrazy będą musiały zostać tu, a my spróbujemy coś wykombinować już będąc w Stanach.

_____
Kilka dni później, obładowana bagażem i trójką dzieci brnęłam przez korytarze lotniska w Dublinie. Na szczęście nie jest ono przesadnie duże, a ja byłam na miejscu kilka godzin przed czasem, ale i tak miałam spory problem.

Nie miałam paszportu.

Poprzedniego dnia podczas pakowania z przerażeniem stwierdziłam, że podczas spotkania towarzyskiego z K. z jakiegoś powodu dałam mu do potrzymania swój paszport... który schował on na moich oczach do plecaka. Niby prosta sprawa, wystarczyłoby zadzwonić albo napisać maila czy wiadomość na Facebooku, umówić się gdzieś i paszport odebrać, ale:
- nie miałam telefonu do K.,
- nie miałam maila K.,
- K. nie używał Facebooka.

I tak oto stałam na środku wielkiego holu, niemal niknąc pod stertą walizek, z trzema lekko przestraszonymi dziewczynkami uczepionymi mojego swetra, i dzwoniłam do mojej mieszkającej w Polsce mamy, żeby wytłumaczyć jej, który z moich szkolnych kolegów to był K., jak wyglądała jego matka i błagać, żeby tę matkę jakimś cudem wśród dwudziestu tysięcy mieszkańców naszego miasteczka znalazła i poprosiła o kontakt z synem, bo ja za kilka godzin lecę do San Francisco i jak przegapię ten lot, to jestem w ciemnej dupie.

- Ceną biletów, jakby trzeba było coś przebookować, nie powinnam się chyba martwić - tłumaczyłam sobie. - Te cholerne obrazy są warte tyle, że jak je sprzedam, będę mogła latać w tę i z powrotem do końca życia.

Tłumaczenie tłumaczeniem, ale i tak musiałam zdążyć na ten samolot. Z paszportem.

Zanim doczekałam się jakiejkolwiek konkretnej reakcji ze strony mamy, matki K., albo jego samego, otworzyłam oczy i z ulgą stwierdziłam, że jest poranek, ja leżę w swoim łóżku, wprawdzie nie posiadam ani jednego obrazu, za to nie muszę dziś nigdzie lecieć, mój paszport zaś leży bezpiecznie w poświęconym mu miejscu.

Nie mam pojęcia, jaki morał płynie z tego snu. Pewnie coś w stylu "nigdy nie pozwalaj, by kolega z podstawówki chował twój paszport do swojego plecaka". Albo "nie pij wina z osobnikami posiadającymi plecak, jeśli akurat masz przy sobie paszport". Oraz: "czytasz za dużo newsów w polskich serwisach informacyjnych".

1 komentarz:

  1. Dopiero przy paszporcie danym do potrzymania na spotkaniu towarzyski zorientowałam się, że to na pewno nie działo się IRL :)

    OdpowiedzUsuń