środa, 28 czerwca 2017

Historia pewnej książki

Wyobraź sobie książkę, jaką chciałbyś napisać. Albo książkę, którą ulubiony pisarz napisałby specjalnie dla ciebie: uwzględniając twoją osobowość i doświadczenia - nie tylko te znane w kręgu twoich znajomych czy łatwe do odszukania za pośrednictwem Facebooka, ale również te wewnętrzne, zbyt prywatne by się nimi dzielić, czasem zwyczajnie wstydliwe. A teraz pomyśl, że ja właśnie taką książkę skończyłam czytać.

Ściśle rzecz biorąc, właśnie zakończyłam lekturę "Historii zaginionej dziewczynki", będącej czwartą i ostatnią częścią cyklu neapolitańskiego autorstwa Eleny Ferrante. Pozostałe tytuły wchodzące w skład serii to "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska" i "Historia ucieczki". Każda z tych książek otrzymała ode mnie najwyższą notę na Goodreads, a ich lekturę, sam jej proces, mam wryty dokładnie w pamięć: pamiętam gdzie siedziałam czytając poszczególne sceny, wielu opisom towarzyszy posmak spożywanego danego dnia obiadu i atmosfera innych, nie związanych z czytaniem spraw, które rozgrywały się niejako w tle mojego pochłaniania kolejnych rozdziałów. Jezu, pamiętam nawet dokładnie kamienie na wybrzeżu w Monkstown, o które rozbijały się fale irlandzkiego morza - bo właśnie wtedy, gdy widziałam je kątem oka, na kartach książki rozgrywały się sprawy, które wywracały moje wewnętrzne "ja" do góry nogami.

Zaczęło się niewinnie: właśnie przeżywałam początek mojej szydełkowej manii po tym, jak w pudłach z Kalifornii znalazłam skrawki wełny. Przy szydełkowaniu lubię słuchać audiobooków - podobnie jak przy wykonywaniu wszelkich prac domowych, które nie wymagają interakcji z innymi śmiertelnikami. Mam kilka zasad rządzących moim audiobookowym wyborom - można powiedzieć, że w tej formie zapoznaję się z dwoma typami książek. Do pierwszej kategorii należą reportaże, które zazwyczaj znakomicie nadają się do słuchania. Kategoria druga to książki typowo rozrywkowe, powieści, które umilają czas i które wraz z przesłuchaniem odchodzą do przeszłości. Kiedy zaczynałam słuchać "Genialnej przyjaciółki" sądziłam, że mam do czynienia z drugą grupą. Kilka godzin później wiedziałam już, że ja tej książki nie chcę słuchać. Ja chcę ją czytać. Muszę ją czytać.

Pozwolę sobie tu na pewien sentymentalizm - na tyle często opisuję różne chore sny i zabawne sytuacje z życia wzięte, że chyba raz na kilka lat mogę to zrobić. Otóż od lat, chyba tych licealnych, nie zdarzyło mi się czytać książki, którą musiałam odkładać co kilka stron po to, by patrząc przez okno przeżyć poznane właśnie sceny na nowo. Nigdy chyba żadnej książki nie dawkowałam sobie wbrew temu, do czego mnie ciągnęło - z obawy, że przeczytam ją zbyt szybko. Pamiętam, kiedy poprzednio zdarzyło mi się czytać coś wzrokiem zamglonym przez zbierające się w oczach łzy - to też było dość dawno, choć akurat ja mam oczy w mokrym miejscu i na filmach (a czasem i po przeczytaniu jakiejś książki, choć to zdarza się dużo rzadziej) płaczę jak bóbr. Od bardzo, bardzo dawna nie miałam ochoty przeczytać danej książki po raz drugi - najlepiej od razu. Mówiąc nieco wzniośle, Ferrante wdarła się ze swoją neapolitańską serię w sam środek mojego życia, uzależniając mnie od losów swoich bohaterów, od ich emocji, jednocześnie grając na moich uczuciach, docierając do tych najgłębiej ukrytych, zazwyczaj ukrytych nawet przed stronami mojego pamiętnika.

Cztery książki opisujące losy dwóch urodzonych w Neapolu kobiet, z cudownie pokazanym tłem społecznym i obyczajowym Włoch drugiej połowy XX wieku bez wahania zaliczam do pierwszej dziesiątki tego, co przeczytałam w swoim dorosłym życiu - a ja sporo czytam, zwykle ponad 100 książek rocznie. To nie jest tak, że teraz będę wszystkich zachęcać do ich lektury. Owszem, nie mam wątpliwości, że powieści Ferrante to świetna literatura - ale poza warstwą językową czy ciekawą intrygą w książkach jest coś jeszcze, co decyduje o ich ewentualnej bliskości względem nas samych. Gdybym miała komuś polecić lekturę neapolitańskiej serii, a potem słyszeć głosy rozczarowania, byłoby trochę tak, jakbym spędziła miesiące nad dzierganiem wyjątkowo skomplikowanego prezentu szydełkowego, a potem usłyszała od obdarowanego, że w sumie mój podarek mu się nie podoba.

Ta notka właściwie w ogóle by nie powstała, w każdym razie nie w obecnej formie, gdyby nie to, że półtorej godziny temu przeczytałam ostatnie zdanie "Historii zaginionej dziewczynki", a kolejną godzinę spędziłam na przeczołgiwaniu dzieci przez etap obiadu i deseru, niecierpliwie czekając na moment, w którym posadzę je na pół godziny przed kreskówką, żeby napisać kilka słów, dopóki jestem wciąż pod wpływem chwili i tego, co czytałam w ostatnich tygodniach. Nie powstałaby, gdybym usiadła do pisania później - bo otrząsnęłabym się i nie dałabym już rady tak się rozkleić.

Taka za mnie głupia i sentymentalna baba. Smutno jej, bo książka się skończyła.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jak miałam zostać synową Putina

O tym, że coś się wokół mnie dzieje, byłam przekonana na dość wczesnym etapie. Zbyt dużo elementów mojego codziennego życia naruszało zwyczajową rutynę. Płatność kartą kredytową, którą płaciłam za zakupy dziwnie często bywała akceptowana dopiero za drugim razem. Rutynowe kontrole na drogach dopadały mnie przynajmniej dwa razy w tygodniu. Głuche telefony, omyłkowe wizyty ("o przepraszam, pomyliłem drzwi"). Ale kiedy sygnały były już wyraźne, a ja nareszcie dowiedziałam się o co dokładnie chodzi, i tak byłam dość zaskoczona.

Zaskoczona, ale jednocześnie dziwnie obojętna. Apatyczna. Tłumaczyłam sobie to tym, że po pierwsze moje życie jest tak monotonne i jałowe, że coś takiego wyraźnie je zmieni, a ja tej zmiany potrzebuję. A po drugie? Po drugie i tak nie miałam już wyjścia. Nie odmawia się Putinowi, gdy ten oświadcza ci, że poślubisz jego syna.

Informacje przepływały za pośrednictwem przedstawicieli służb. Poważni panowie mówiący po polsku z wyraźnym zaśpiewem (co przywitałam ze sporą ulgą - moja znajomość rosyjskiego ogranicza się bowiem do kilku słów i znajomości alfabetu) przybyli do mnie z kilkoma wizytami niczym przedstawiciele handlowi. Mieli teczki z prospektami i fotografiami mojego przyszłego małżonka. Nie znałam go, nigdy go nawet nie widziałam. I z wzajemnością. Nie byłam jego wybranką, to Putin wypatrzył mnie w Internecie i wybrał na swoją synową, nie zważając na wolę syna.

Mnie też nikt nie pytał o zgodę. Nie zostałam o nic zapytana, przedstawiono mi projekt, który musiałam zaakceptować. Mój przyszły mąż mi się nie podobał - sądząc ze zdjęć stanowił dokładne przeciwieństwo zespołu cech, które składały się na obraz przystający do moich gustów. Nie był również podobny do ojca. Pocieszałam się, że dysponując tak znacznym majątkiem z pewnością większość czasu spędza w podróżach, zatem rzadko będę go widywać. No i mieszkanie na Kremlu nie może być takie złe. Z pewnością mają tam niezłą bibliotekę.

Dziwne to było narzeczeństwo. Nie było randek - o spotkaniu "na żywo" w ogóle nie było mowy. Nie było rozmów telefonicznych, ba - nie zezwolono nam nawet na pogaduszki na internetowym czacie. O tym, co porabia mój przyszły mąż dowiadywałam się za pośrednictwem panów ze służb. Ich teczki pękały od zdjęć z podpisami w stylu: "Putin jr. podczas jazdy konnej", "Putin jr. na nartach" itd. W pewnym momencie zezwolono jednak na podarunki, które narzeczony począł wysyłać na mój adres. Pod drzwiami skromnego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, które wciąż zajmowałam, zaczęły piętrzyć się wykwintne paczki. Wszystkie bez wyjątku zawierały zestawy klocków Lego.

Po pracy spędzałam długie godziny konstruując mniej lub bardziej zawiłe budowle. Powstawały domy, dworce kolejowe i budynki straży pożarnej, a ja coraz bardziej czułam się jak w matni. Zaczynało mnie przerażać to, że znalazłam się w sytuacji, z której nie ma odwrotu. Nawet gdybym wyraźnie odmówiła, niczego by to nie zmieniło. W każdym razie nie na lepsze.

Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, odwiedził mnie chłopak, który kiedyś był dla mnie dość ważny. Wiecie, taka kategoria niespełnionej młodzieńczej miłości, której obiekt idealizowałam i o którym śniłam mając lat, powiedzmy, dwadzieścia. Chciałem pożyczyć od ciebie jakąś książkę, powiedział już w progu, usuwając mi w ten sposób grunt spod nóg. Nie wiedziałam nawet, czy wciąż jestem w nim zakochana - tak naprawdę już od dawna o  nim nie myślałam. Ale nagła świadomość tego, że gdy już poślubię syna Putina, nigdy więcej w moim progu nie stanie żaden chłopak o śmiejących się oczach ze słowami "przyszedłem pożyczyć książkę" na ustach w mgnienia oku sprawiła, iż zrozumiałam, że o żadnym ślubie nie może być mowy.

Tego samego wieczoru wysłałam wiadomość do panów z rosyjskich służb. Wiedziałam, że w ten sytuacji najlepsze co może mnie czekać to zsyłka na Sybir. Bardziej prawdopodobna wydawała się jednak śmierć. Zbyt dużo wiedziałam o moim niedoszłym małżonku, by miano mi pozwolić żyć. A mimo to nawet teraz, kiedy obudziłam się już z tego dziwnego snu i znów jestem w swoim irlandzkim domu, czuję ulgę. Czułam ją także jeszcze śniąc, kiedy leżałam na wąskim tapczanie starego mieszkania i czekałam na złowrogie pukanie do drzwi.

Miłego tygodnia wszystkim życzę :)

piątek, 9 czerwca 2017

Nowa, lepsza kuweta

Wychowywałam się śpiąc na rozkładanych fotelach, na tapczanach i kanapach. W posiadanie pierwszego łóżka-łóżka, w dodatku od razu małżeńskiego, jesienią roku 2008, kiedy to moja przestrzeń życiowa powiększyła się nagle z 35 metrów kwadratowych do jakichś 70 i nareszcie dysponowałam sypialnią, mogącą bez problemu pomieścić łoże z Ikei.

Wydawało mi się zrazu ogromne: z pewnością największe spośród dotychczas posiadanych czy użytkowanych, wśród znajomych, którym zdarzyło się zajrzeć do naszej sypialni oceniane było raczej jako wąskie. Na pytanie: "Ej, ale czemu kupiliście tylko takie na 140cm" odpowiadałam regularnie, z poczuciem, że szerszego łóżka naprawdę nie potrzebujemy.

Potrzebowałam czegoś innego: miejsca na pościel. Bowiem o ile rozkładane fotele, tapczany i kanapy wyposażone były w skrytkę mogącą pomieścić w sobie prześcieradło, kołdrę i poduszkę, o tyle łóżko z Ikei wymogło na nas trzymanie wymienionych wyżej akcesoriów w trzewiach innego szwedzkiego mebla - szafy "Ramberg", której swoją drogą nie polecam.

Do wszystkiego jednak można się przyzwyczaić, nawet do pościeli w szafie, drobny ten problem z czasem w ogóle przestał być problemem i kiedy w roku 2015, już na innym kontynencie, bogatsi życiowo o trzy piękne córki zapragnęliśmy łóżka nieco większego, o pojemniku na to, co ma na owym łóżku leżeć, w ogóle nie myśleliśmy. Życie toczyło się dalej, rządzone oparte na pewnych stałych, wśród których znajdowała się i ta, że na łóżku spaliśmy ja, mąż i ewentualnie dzieci, świat pod łóżkiem należał natomiast do naszych kotów, poszukujących bezpiecznej kryjówki kiedy ktoś nas odwiedzał.

A potem nadszedł czas na nowy początek: nasze szersze łóżko, wraz z innymi meblami, zostało sprzedane anonimowemu mieszkańcowi Doliny Krzemowej, my zaś wyruszyliśmy na Szmaragdową Wyspę, z zamiarem ułożenia sobie życia od początku: w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, na nowym łóżku z irlandzkiej Ikei.

Tym razem łóżko wybrał mąż, możliwe że po internetowej konsultacji ze mną, choć głowy nie dam, bo z tamtego chaotycznego okresu w ogóle nie pamiętam żadnych szczegółów. Pamiętam jednak co mi się w tym łóżku od razu spodobało: ogromne szuflady, zajmujące całą przestrzeń pod nim. Nareszcie pojemnik na pościel, ekscytowałam się. I tylko kotów było mi trochę żal: po tylu latach ukrywania się pod łóżkiem będą musiały znaleźć jakieś nowe miejsce.

Ale nic z tego! Koty nasze to istoty i bardzo dużym życiowym doświadczeniu: urodzone pod Tarnowem, mieszkały kolejno w Krakowie, Zurychu i Kalifornii, by ostatecznie zamieszkać w Irlandii. Leciały na pokładzie czterech samolotów i dwukrotnie przekroczyły Atlantyk. Po tym wszystkim otwieranie szuflad na pościel to był pikuś. Czaiły się zatem na każdą szparkę, na każdy skrawek poszewki od poduszki czy prześcieradła, w który mogły wbić pazury i pociągnąć, otwierając tym samym cała wypełnioną miękkimi rzeczami szufladę. I spały tam w środku, w cieple i miękkości, pozostawiając za sobą całą masę białego i czarnego futra. A ja co jakiś czas wyciągałam to wszystko i prałam, prałam bez końca, bo choć do życia wśród kotów jestem przyzwyczajona, to jednak futro w ilościach hurtowych na pościeli to nie jest coś, za czym tęsknię.

Pewnego dnia rzekłam zrezygnowana do męża:
- Wiesz co, dajmy sobie z tym spokój. Trzeba wyjąć tę pościel, wszystko dokładnie przeprać i schować do szafy. Niech już te szuflady będą puste. Koty zechcą to mogą sobie tam spać.
- A może by tak zrobić im tam kuwetę? - zastanawiał się małżonek, mężczyzna praktyczny do bólu, na co dzień starszy inżynier w dużej amerykańskiej firmie.

Zastanowiłam się. Pomysł wydawał się genialny. Jego realizacja rozwiązałaby kilka problemów: pościel wprawdzie musielibyśmy trzymać w szafie, ale szuflady pod łóżkiem też nie stałyby bezużytecznie. Poza tym gdzieś czytałam, że jeśli mieszka się z kotami w domu mającym więcej niż jedno piętro, to kuwety powinny być na każdym z tych pięter, u nas tymczasem kuwety były tylko na parterze. A tu proszę: byłyby na dole i na samej górze. Oczyma wyobraźni widziałam już nasze koty wysuwające łapkami szuflady wypełnione szarym żwirkiem, zadowolone z podniesienia poziomu ich życia. No bo jak to - my mamy swoją dodatkową łazienkę przy sypialni, a takie koty, obudzone w nocy, muszą biec za potrzebą na sam dół...



Nie, to nie sen.
Nie, nie zrobiliśmy kuwety pod łóżkiem.
Nie, nie zrobimy tego również w przyszłości.

sobota, 3 czerwca 2017

O tym, jak Agata w strugach deszczu na koncert Guns N' Roses docierała

Maj okazał się miesiącem wypełnionym wizytami rodziny, świętowaniem urodzin dzieci, dźwiękami audiobooków i machania szydełkiem. Gdzieś tam pomiędzy tym wszystkim udało się nam dotrzeć na koncert Guns N' Roses. A wierzcie mi, nie było łatwo.

Kupiliśmy bilety w grudniu, dzięki telewizorowi. Tak to mniej więcej pamiętam: spieraliśmy się z D. o TV: ja upierałam się przy jakimś niewielkim, on chciał większy model. Zdaje się, że w którymś momencie powiedziałam coś w stylu: "ok, niech ci będzie, ale kup bilety na koncert". To były szalone tygodnie, które dziś zlewają mi się w jedno: mieszanka widoku oczekujących na rozpakowanie pudeł, zmęczenie po kolejnym wieczorze spędzonym na składaniu mebli i układaniu na miejsce kolejnych materialnych elementów naszego życia, niecierpliwość, kiedy to się nareszcie skończy i gdzieś pomiędzy tym wszystkim - radość, że w końcu udało się nam osiąść gdzieś na stałe. Obraz grudnia jest w mojej świadomości lekko zamglony, sądzę jednak, że te bilety kupilibyśmy nawet bez tematu telewizora.

Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że koncert odbędzie się dość daleko od nas - Google Maps prorokowało, że dojazd komunikacją miejską zajmie ponad dwie i pół godziny. Samochodu nie mamy, wypożyczać nie chcieliśmy - skoro już zostawialiśmy dzieci na cały dzień pod opieką niani, żeby zobaczyć i usłyszeć na żywo zespół, którego zobaczyć i usłyszeć raczej się nie spodziewaliśmy, to chcieliśmy skorzystać z okazji i podczas imprezy napić się piwa. Ostatecznie okazało się, że między centrum Dublina a Slane Castle, gdzie odbywał się koncert, będą kursowały specjalne autobusy. Wydawało się, że temat jest rozwiązany.

Kilka dni przed sobotą 27 maja cieszyliśmy się cudowną pogodą - chodziłam w krótkich spodenkach, planowałam zabranie dzieci któregoś dnia nad morze i myślałam o tym, że koncert w takiej letniej aurze to będzie super sprawa. 27 maja wstałam rano przy akompaniamencie deszczu bębniącego o parapet. To nie był irlandzki deszcz, do którego przyzwyczaiłam się tu przez ostatni rok - drobny i zazwyczaj szybko mijający. Tym razem lało jak z cebra. Lało tak bardzo, że dałam sobie spokój z prostowaniem włosów. I chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że tym razem naprawdę nie mam w czym iść.

No bo tak: miałam dwie zimowe kurtki, które pod koniec maja w Irlandii zupełnie mi się nie przydawały. Miałam też wiosenny płaszcz bez jakiejkolwiek podszewki, który nosiłam czasem podczas większych wiatrów. Po krótkim wahaniu zdecydowałam się po prostu na bluzę z kapturem. Telefon, słuchawki i powerbank schowałam do kieszeni jeansów. D. miał kurtkę, mógł się zatem cieszyć dodatkowymi kieszeniami. Tego dnia było to dość istotne - jakiś czas wcześniej dostaliśmy od organizatora konkursu mejla z wytycznymi, zgodnie z którymi nie wolno nam było pojawić się na koncercie z plecakiem. Zakazane były nawet torebki przypinane do pasa.

W ten sposób po raz pierwszy od kilku lat świadomie wyszłam z domu bez Kindle.

Miejsca w kieszeniach wystarczyło, natomiast deszcz zdecydowanie nie był naszym sprzymierzeńcem - z nieba lały się litry wody, a ja wkrótce po wyjściu z domu byłam cała przemoczona. Zaczęłam się martwić o losy telefonów i biletów - wszystko, mimo że schowane, po bliższej inspekcji zaczynało się robić lekko wilgotne.

Biegnąc przez zalane wodą ulice dotarliśmy do Penney'sa, w którym udało mi się kupić względnie chroniącą przed deszczem kurtkę. Towar był chyba dość rozchwytywany - w całym sklepie było może z 5 egzemplarzy, z czego tylko jeden w kolorze czarnym (pozostałe były zdaje się białe w czerwone kropki, co jakoś mi nie pasowało do Guns N' Roses), za to w rozmiarze XS (na szczęście kurtka pasowała - chyba po raz pierwszy w życiu kupiłam sobie coś XS). Potem pobiegliśmy do sklepu spożywczego, gdzie wyposażyliśmy się w kilka foliowych woreczków. Zawinęliśmy w nie zagrożone wodą mienie i ruszyliśmy w kierunku stacji DART-u w Dun Laoghaire. Usiedliśmy wygodnie na fotelach, szczęśliwi, że nareszcie jest w miarę sucho i wtedy usłyszeliśmy złowieszczy komunikat.

Deszcz zalał tory w Blackrock, które leży między nami a Dublinem. Dublinem, z którego za niecałą godzinę odjeżdżał nasz koncertowy autobus. Wypadliśmy na peron i spędziliśmy kolejny kwadrans na próbach zamówienia taksówki. Nic z tego - najwyraźniej zbyt dużo osób w naszej okolicy wpadło na dokładnie ten sam pomysł. W którymś momencie zapowiedziano odjazd pociągu na innym torze. Dopadliśmy go w ekspresowym tempie i z przerażeniem odkryliśmy, że odjazdu możemy się spodziewać za 19 minut. Na szczęście tego dnia wszystko działało na opak i ruszyliśmy po dwóch minutach. Na autobus w Dublinie dotarliśmy wprawdzie lekko spóźnieni, ale zdążyliśmy.

Po dotarciu na miejsce uznałam, że mój żal sprzed kilku dni, że nie pojedziemy na miejsce w przeddzień koncertu (sporo osób się na to zdecydowało - wielu ludzi nocowało w okolicy zamku w namiotach. Między innymi znajomi pani pracującej w szkole Emilki, która poinformowała mnie o tym kilka dni wcześniej podczas odbierania dzieci po lekcjach. Było jej przykro, że sama nie będzie na koncercie) był bezsasadny. Wszędzie było błoto i nadal padał deszcz. Pamiętajcie: jeśli kiedyś wybierzecie się na jakiś koncert w Slane Castle, weźcie kalosze. Serio. Tutaj sporo osób to zrobiło. My nie i do dziś nie jestem pewna czy buty, które tamtego dnia mieliśmy na sobie będą się jeszcze kiedyś do czegoś nadawać.

Po tym, jak wysiedliśmy z autobusu (w którym swoją drogą siedział za nami półnagi facet) ruszyliśmy w ponad półgodzinną wyprawę w kierunku sceny. Po drodze udało nam się zjeść na szybko burgery (pierwszy posiłek od śniadania i jednocześnie ostatni tego dnia, nie licząc piwa i wina, które zdążyliśmy wypić przed pojawieniem się zespołu na scenie) i przejść kilka kontroli biletów i osobistych. Nie wiem jakie procedury obowiązują aktualnie w Watykanie, ale kiedy byłam tam w 2006 roku kontrola była mniej dokładna. Wbrew zakazowi niektórzy przyszli z plecakami i musieli poddać je sprawdzeniu. Zauważyłam faceta, któremu zarekwirowali kilka paczek chipsów. Mimo tych wszystkich środków bezpieczeństwa komuś udało się wnieść na teren koncertu racę, odpaloną przy kawałku "Sweet Child O' Mine" tuż przy nas. Jeśli z jakiegoś powodu chcecie wiedzieć, gdzie byłam podczas koncertu, możecie sobie poszukać na Youtube, raca bardzo ułatwi Wam lokalizację. ;-)

Kolejne godziny przed koncertem spędziliśmy na opróżnianiu naczyń z alkoholem z towarzyszeniem supportowej muzyki w tle. Czas trochę się dłużył - pogoda wprawdzie się poprawiła i o deszczu wkrótce nikt już nie pamiętał, ale stanie na podmokłej ziemi przez kilka godzin nie było szczególnie interesujące. Ciągle myślałam o tym, żeby po prostu zacząć coś czytać na kindlowej aplikacji na telefon, ale martwiłam się trochę o baterię, z którą dość brutalnie obchodził się zanikający ciągle zasięg, a kabel jak na złość zaczął nawalać. No, ale w pewnym momencie koncert się zaczął i potem było już tylko fajnie.

Recenzentem muzycznym nie jestem i raczej nie uda mi się napisać o samym występie więcej niż o poprzedzających go wydarzeniach. Sporo z tego, co działo się na irlandzkim koncercie można zobaczyć na Youtube, ale nagrywane komórkami filmiki zdecydowanie nie oddają atmosfery, a chór śpiewających fanów zagłusza wokal. Na miejscu to wszystko brzmiało i wyglądało (przynajmniej z naszego miejsca) naprawdę świetnie. Spośród bardziej znanych utworów Guns N' Roses zabrakło chyba tylko "Don't Cry". Z ciekawych spostrzeżeń: wygląda na to, że aktualnie przy wolnych piosenkach zamiast lasu świateł z zapalniczek na koncertach funkcjonuje zbiorowe falowanie dłońmi ze smartfonami wyposażonymi w latarkę. Z daleka efekt jest w zasadzie ten sam.

Co jeszcze mogę Wam powiedzieć? Axl schudł i dalej umie śpiewać, a Slash zagrał na gitarze motyw z "Ojca chrzestnego" (kojarzyłam to wykonanie z fragmentów koncertów oglądanych na Youtube i zawsze przy jego okazji czułam niemal fizyczny ból z powodu mojego marnego gitarowego talentu). A, właśnie - wśród publiczności aż roiło się od Slashów. Z trzema zrobiliśmy sobie nawet zdjęcie. Dwie godziny minęły bardzo szybko i od "November Rain" czułam, że koncert zmierza ku końcowi.

Z jakiegoś pokręconego powodu następnego dnia miałam lekkiego doła, że jest już po wszystkim. No cóż - trochę na ten koncert czekałam, a jak już przyszło co do czego, wszystko minęło w ciągu kilku godzin. Jedno jest pewne - jeśli Guns N' Roses przyjadą jeszcze kiedyś do Irlandii, to będę na koncercie.

Zakwasy miałam przez dwa kolejne dni.

Ale warto było.

No i mam nową kurtkę.

czwartek, 4 maja 2017

Plany planami, czyli o naiwności z czasów maturalnych

Mój Facebook huczy dziś od maturalnych wspomnień. Zauważyłam to zerknąwszy dziś na smartfona, czekając na zielone światło przy którymś z zatłoczonych przejść w centrum Dublina. Policzyłam, że od mojego egzaminu dojrzałości minęło już 15 lat. Jakoś tak dużo, zwłaszcza że pisząc maturę byłam już pełnoletnia, a przecież nadal jestem młoda (no nie?). Ale bardziej zastanowiło mnie coś innego: pomyślałam o tym, jak wyobrażałam sobie swoją przyszłość w tamte majowe dni. Nie sposób nie stwierdzić, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam.

Początek nawet się zgadza. Plan był taki: dostać się na UJ, przy odrobinie szczęścia związać się z facetem, który bardzo mi się wtedy podobał (mogę o tym szczerze pisać, bo gość nie ma Facebooka), napisać książkę i zostać w Krakowie na całe życie. To było przecież najwspanialsze miasto świata. Szybko postanowiłam, że dam moim dzieciom dobry start i urodzę je właśnie tam, w promieniu maksymalnie kilku kilometrów od Wawelu. Dopuszczałam też do siebie możliwość, że powyższe zamierzenia nie wypalą - wtedy zawsze mogłam wrócić do Lubartowa i też byłoby w porządku. Prawdziwą krakowianką i tak nie miałabym szansy dostać - gdzieś usłyszałam, że prawdziwymi Krakusami są ci, których korzenie w stolicy Małopolski sięgają przynajmniej dwustu lat.

Na UJ się dostałam. Z facetem nie wyszło, ale poznałam innego, który został potem moim mężem, więc nie mam powodów do narzekań. No i to by było na tyle - książki nie napisałam, choć od tamtych lat spod moich długopisów wyszło kilka ładnych brulionów zapisanych pamiętnikarskimi relacjami, poza tym marzenia o karierze pisarskiej są wciąż jak najbardziej aktualne.

Dzieci pojawiły się, a jakże. Tylko z lokalizacją poszło trochę nie tak jak pójść miało. Pierwsza córka przyszła na świat jakieś 1000 km od Wawelu, w przypadku dwóch następnych tych kilometrów było już 10000, więc naciągnąć się tego w żaden sposób nie da. Zresztą, pal licho odległości - nigdy, w żadnych marzeniach nie pomyślałam nawet o tym, żeby mieć bliźniaczki.

Przez te piętnaście lat mieszkałam w pięciu różnych krajach, przy czym zaledwie w dwóch przypadkach było to efektem jakiegoś planowania. Przez pół roku przebywałam w Niemczech na stypendium, o które sama złożyłam podanie, a od niecałego roku mieszkam w Irlandii, ponieważ na podstawie małżeńskiej kalkulacji życiowych plusów i minusów wyszło nam, że w naszym przypadku ten kraj ma największy sens. Swoją drogą, analiza została przeprowadzona bardzo prawidłowo - naprawdę się nam tu podoba. Nawet jeśli w Wielki Piątek nie da się nigdzie kupić alkoholu. Szwajcaria i Stany wyszły nam zupełnie przez przypadek. Polska siłą rzeczy również.

Sęk w tym, że w czasach maturalnych naprawdę marzyło mi się spokojne życie. W dzieciństwie zaliczyłam sporo przeprowadzek i na progu dorosłości widziałam swoją przyszłość dość stabilnie - w jednym mieszkaniu przez wiele lat. O wyjeździe za granicę, zwłaszcza takim na stałe, nie myślałam w ogóle. O podróżach marzyłam właściwie od dzieciństwa, ale wyłącznie w kategorii wakacyjnej. Miałam wtedy chyba coś w rodzaju takiego niesamowitego spokoju ducha połączonego z idealizmem i przekonaniem, że dobre nastawienie i zadowolenie z tego, co się ma, może zdziałać cuda. Krótko mówiąc, poza pisarskim, nie marzył mi się kompletnie żaden sukces. Pamiętam nawet, że podczas jakichś młodzieńczych analiz rozmaitych problemów doszłam do wniosku, że mój ewentualny sukces nie byłby dobry dla moich ewentualnych dzieci. No bo przecież gdybym np. była piosenkarką, to część rówieśników moich dzieci mogłaby źle reagować na moją muzykę i moje dzieci miałyby wtedy przerypane. No nie?

Tu akurat wszystko się sprawdziło - sukcesu żadnego nie odniosłam, za co w zasadzie jestem wdzięczna losowi, bo zamiast udzielać wywiadów mogę szydełkować, pisać bloga i czytać książki.

Tak czy siak - 15 lat w życiu człowieka to sporo. A plany są fajne, trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze wypalają. A czasem jeśli wypalają, to w trochę inny sposób niż ten z góry założony.

W każdym razie, gdyby ktoś w dniu matury zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Irlandia, pewnie udzieliłabym jakiejś typowej odpowiedzi w stylu "z deszczem". Na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę tam kiedyś mieszkać. Zwłaszcza w budynku z panelami słonecznymi na dachu. No, ale to ostanie nie przyszłoby mi do głowy nawet rok temu.

Życie zaskakuje.


niedziela, 30 kwietnia 2017

Kolonia - kilkanaście lat później

Kilka miesięcy temu nadszedł nareszcie moment, w którym mogliśmy rozpakować wszystkie przywiezione z Kalifornii pudła. W jednym z nich trafiłam na kłębki wełny i kordonka - pozostałość po hobby, które towarzyszy mi od dość dawna, ma jednak tę właściwość, że fascynacja nim pojawia się i znika. Ostatnią większą fazę na szydełko przeżywałam w pierwszej połowie 2014 roku, kiedy czekałam na urodzenie się bliźniaczek i poza obsesyjnym tworzeniem okrągłych serwetek było niewiele rzeczy, do których się nadawałam. Kolejna faza nadeszła w Irlandii, wraz z rozpakowaniem rzeczonego pudła. No i wsiąkłam.

Wsiąkłam tak bardzo, że w odstawkę poszło pisanie, między innymi tego bloga. Nie żebym o nim w ogóle nie myślała - wręcz przeciwnie, w głowie dość regularnie pojawiają mi się pomysły na notki, od czasu do czasu rozważam opisanie kolejnego szalonego snu, a niektóre tematy podsuwa samo życie. Dziś rano stwierdziłam, że coś musi się nareszcie przełamać. Tydzień temu wróciliśmy z krótkich wakacji i jak o tym w końcu nie napiszę, to temat się zwyczajnie zdezaktualizuje.

Polecieliśmy do Kolonii. Temat wyszedł trochę spontanicznie. Nasza najstarsza córka miała dwa tygodnie ferii w szkole, a nas korciło, żeby gdzieś się wybrać. Z miejsca odrzuciliśmy Hiszpanię i Włochy, na które wprawdzie od pewnego czasu mamy ochotę, ale które nie zachęcają cenami za przelot. Kolonia natomiast od dawna jest dla mnie miastem na swój sposób magicznym.

To było pierwsze zagraniczne miasto, do którego się wybrałam. Miałam wtedy niecałe szesnaście lat, mieszkałam w małym mieście, w którym wszędzie docierało się na piechotę i wbrew tendencjom panującym wśród większości moich szkolnych znajomych chciałam nauczyć się niemieckiego. Rodzice wysłali mnie na obóz językowy do Kolonii. Przez trzy tygodnie miałam mieszkać wraz z kompletnie mi obcą Niemką i jej dziećmi, uczęszczać na zajęcia w szkole językowej i... przeżywać pierwsze samotne wakacje. Tak to się zaczęło. Spodobało mi się tak bardzo, że w Kolonii pojawiałam się przez trzy kolejne lata.

Z perspektywy czasu mogę wypowiadać się o tych wyjazdach w samych superlatywach. Sporo się nauczyłam, zarówno językowo, jak i życiowo. To było trochę jak skok na głęboką wodę. Oto ja, mieszkanka małego miasta we wschodniej Polsce, nie posiadająca nigdy nawet biletu miesięcznego, dostałam do ręki bilet na trzy tygodnie przejazdów komunikacją miejską. Dobrze mówiłam co prawda tylko po polsku, ale teraz nagle miałam zacząć sobie radzić korzystając ze szczątkowego niemieckiego. Jeśli doda się do tego fakt, że nie należałam do osób, które łatwo nawiązują kontakty międzyludzkie... No cóż, jak nic był to skok. Z nurkowaniem włącznie.

Dość często wspominam tamte pobyty w Kolonii. W porównaniu z tym, co znałam z Polski, wszystko wydawało mi się niesamowicie nowoczesne i kolorowe. Nie tylko budynki czy wystawy. Kolorowi byli również ludzie - na ulicach nie brakowało przechodniów o fantazyjnych barwach włosów, ułożonych w najprzedziwniejsze fryzury. Schludne, ozdobione pięknymi kwiatami bulwary nad Renem wydawały się niemal rajem i w taki sposób zapisały się w mojej pamięci.

Przez to wszystko niesamowicie ciekawa byłam, jak obecnie odbiorę Kolonię. Ze zdziwieniem myślałam o tym, że od tamtych wyjazdów minęło już blisko 20 lat. W tym czasie zdążyłam pomieszkać w pięciu różnych krajach, zostać matką trzech córek i przeżyć całe mnóstwo mniej i bardziej normalnych przygód. Co w tym czasie działo się z miastem nad Renem?

Wrażenie po przyjeździe było dość dziwne. Z jednej strony czułam się jak w miejscu dobrze sobie znanym - katedra była taka, jaką ją zapamiętałam, tuż obok niej nadal stał gmach znajomego muzeum. Ulice handlowe, które dawno temu przemierzałam zafascynowana, zajęta kalkulacją, co jeszcze spośród tych bajecznie kolorowych przedmiotów będę mogła kupić, okazały się jednak nagle pełne szyldów firm, do których przez te wszystkie lata zdążyłam się przyzwyczaić. Ludzie też wyglądali jakby inaczej - miejsce barwnych, punkowych fryzur zajęły bardziej tradycyjne stylizacje. Wygląda na to, że szalone lata dziewięćdziesiąte naprawdę się skończyły.

Wyobrażałam sobie sytuację, w której pojawiam się wraz z mężem i dziećmi u mojej dawnej gospodyni. Zapamiętałam ją jako zadbaną czterdziestoparolatkę, samotną i niepracującą matkę czwórki dzieci, której dom obwieszony był nagrodami dla najlepszej mamy w dzielnicy i która spędzała weekendowe wieczory w pobliskiej dyskotece. Stanowiłam chyba dla niej swoiste indywiduum - dość łatwo ją rozśmieszałam, a kiedy przyjechałam do niej po raz drugi, twierdziła, że gdy w wiadomościach słyszy cokolwiek o Polsce, natychmiast myśli o mnie.

Miała na imię Petra. Przed wyjazdem próbowałam znaleźć ją w Internecie. Teraz musi być już po sześćdziesiątce. Pamiętam jej ówczesne nazwisko i nazwę ulicy, przy której mieszkała, pamiętam, że aby tam dojechać trzeba było jechać autobusem 121 albo 123 z Wiener Platz (ale w którym kierunku?) Gdybym była w Kolonii sama, pewnie zaryzykowałabym wyprawę w tamte rejony, ale z trójką małych dzieci, których pojęcie o atrakcyjnym spędzaniu czasu raczej nie obejmuje tropienie duchów z przeszłości, wydawało mi się to ryzykowne.

Ale odwiedziliśmy kilka innych miejsc, które zapamiętałam. Bonn, Phantasialand, Zoo...

Po kilku dniach pobytu wróciła mi nawet w miarę umiejętność mówienia po niemiecku. Wbrew temu co sądziłam na początku nie było to tak oczywiste - zaczynałam coś mówić i natychmiast na język przychodziły mi słowa angielskie.

Pewnie jeszcze kiedyś wrócimy do Kolonii - teraz mamy tam dość blisko. No a ja muszę się kiedyś zebrać na odwagę i spróbować odszukać Petrę.

środa, 5 kwietnia 2017

Morderstwo w San Escobar (7). W budce strażnika

Juan stał pod prysznicem w łazience swojego apartamentu. Chłodna woda spływała po jego wciąż dającym się określić jako wysportowane ciele, dając uczucie ulgi po upalnym dniu. Przynajmniej w sensie fizycznym. Z psychiką było znacznie gorzej - żaden prysznic tego świata nie był w stanie zmyć z niego poczucia niesmaku, wywołanego przez wydarzenia kończącego się właśnie dnia. Choć jeszcze o tym nie myślał, gdzieś w zakamarkach świadomości wiedział, że to co się wydarzyło będzie mu ciążyło przez całe tygodnie, miesiące, a może nawet na zawsze, kładąc wieczny cień na jego policyjnym doświadczeniu.

Po tym, jak delegacja z Polski powróciła do Europy, śledztwo w sprawie śmierci Santiago Moravskiego musiało dokonać poważnego zwrotu. Juan pomyślał po raz nie wiedzieć który, że nagły brak świadków zza granicy zmieniał postać rzeczy. Sprawa morderstwa, przedawkowania, czy jak kto zechce to nazwać nabierała nagle bardziej lokalnego znaczenia. Tym samym metody postępowania zdawały się przybierać bardziej lokalny charakter.

Tym razem Juan nie zdołał wybrać się na kolejne przesłuchanie Hectora, choć powodów mu nie brakowało. Sekcja zwłok zmarłego jednoznacznie wskazywała na obecność narkotyku w jego organizmie. Przeszukano jego willę, poddano analizie chyba każdy znajdujący się w niej przedmiot, od olbrzymiej kanapy zaczynając, a na porcelanowej figurce kota kończąc, nie doszukano się jednak najmniejszych śladów popełnienia przestępstwa. Oczywiście nie wspominając o jednym drobnym szczególe: zwłoki gościa, który według wszelkiego prawdopodobieństwa po prostu przedawkował narkotyki, pozbawione były serca.

Hector szalał. Po początkowo okazywanej pokorze i chęci współpracy nie było już śladu. Facet niemalże trząsł się z żądzy odwetu, udzielał wywiadom wszystkim mediom, za każdym razem zapowiadając odwet na politycznych adwersarzach. Juan nie był psychologiem, ale cała ta szopka wydawała mu się podejrzana. To jasne, że brat bliźniak kolesia, którego pozbawione serca zwłoki znaleziono pewnego dnia w nadmorskiej willi, ma prawo do nieco chwiejnych, nawet histerycznych zachowań, coś tu jednak nie pasowało. Hector się bał.

Do przesłuchania jednak nie doszło. Nie z winy śledczego. Po prostu tego ranka, tuż po przebudzeniu, ale jeszcze przed wypiciem pierwszej kawy, Juan usłyszał zdecydowane pukanie do drzwi, a kiedy je otworzył, ujrzał dwóch rosłych kolesi w mundurach wskazujących jednoznacznie na zatrudnienie w firmie ochroniarskiej obsługującej drobiową twierdzę Hectora Moravskiego. Usłyszał od nich, że ma natychmiast udać się z nimi do samochodu, nie zadawać zbędnych pytań oraz nie korzystać z telefonu komórkowego. Juan wiedział, że dyskusja nie ma sensu. Jasne było, że jego rola śledczego usiłującego rozwiązać zagadkę dobiegła końca.

Początkowo oczekiwał, że finałem podróży będzie dom Hectora, szybko jednak zorientował się, że ich celem jest siedziba firmy drobionego potentata. Przez chwilę poczuł nawet podekscytowanie: czyżby miał stać się jednym z nielicznych, którym dane będzie dostać się na teren twierdzy? Szybko okazało się jednak, że czeka go rozczarowanie - koleś, który siedział za kierownicą, zaparkował auto za chroniącym dostępu do siedziby firmy murem, tuż przy małej budce strażnika.

Strażnika jednak w niej nie było - był za to Hector Moravski. Kiedy Juan wszedł co ciasnego wnętrza, facet sprawiał wrażenie, jakby był lekko nie na miejscu. Król drobiu pasował do bogato wykończonych wnętrz i puszących się imperialnym stylem foteli, nie zaś do nijakiego biurka w mikroskopijnej stróżówce. Ale kiedy otworzył usta, to wszystko nie miało już znaczenia.

- Mór brat został bestialsko zamordowany przez naszych politycznych wrogów. Kreatury, które od lat usiłują sprzedać ten kraj, które za nic mają patriotyzm i moralność. Obiecuję panu, jako katolik i obywatel kochający swoją ojczyznę, że jeśli śledztwo nie pójdzie tym tropem, a satysfakcjonujący  mnie wyrok nie zostanie ogłoszony już wkrótce, potrafię wyciągnąć konsekwencje, zarówno wobec pana, jak i szerszej grupy pana współpracowników i najbliższych - wygłosił Hector, patrząc przy tym w oczy Juana spojrzeniem, które niwelowało wszelki sprzeciw.


Juan przełknął ślinę, czując, że właśnie przegrywa swoją karierę i zawodową dumę. Spuścił wzrok, ale zanim jego spojrzenie zawędrowało w kierunku podłogi, zatrzymało się na czymś, co właściwie go nie powinno zaskakiwać, a jednak przykuło jego uwagę na kolejne sekundy. W maleńkim pomieszczeniu, w którym wszystko stało blisko siebie, panował uciążliwy rozgardiasz. A jednak policjant zdołał zauważyć stojące na biurku pudełko pełne kolorowych spinaczy do papieru. Pudełko, które zawierało coś jeszcze: niewielką, przezroczystą foliową torebkę, w zasadzie pustą, a jednak jak gdyby przyprószoną od środka białymi drobinkami. Juan patrzył na nią zaledwie przez chwilę: wiedział już, że jeśli nie opuści wzroku na swoje buty, może ryzykować nie tylko swoją karierę, ale także życie.