piątek, 6 lipca 2018

Piłkarz i powódź w moim domu

Moi drodzy, żyjemy w świecie pełnym tajemnic. Do dziwów trudnych do objęcia umysłem zaliczają się niektóre pomysły polityków. I uwierzcie, tak jest nie tylko w Polsce. Jak świat długi i szeroki, pełno jest reprezentantów narodów, podejmujących zgoła kuriozalne decyzje...
No bo popatrzcie: siedzi sobie człowiek w takiej Irlandii, ma tu dom, rodzinę, płaci podatki - i nagle dokwaterowują mu piłkarzy. Można próbować się kłócić, tłumaczyć, że to Twoja chałupa, a poza tym nocleg dla reprezentacji Polski w Irlandii podczas mistrzostw odbywających się w Rosji brzmi jak totalny absurd - ale prawo jest prawem, rząd się zgodził, rząd musi się wywiązać. A szaremu człowiekowi pozostaje przyjąć kilkunastu chłopów pod dach, ze świadomością, że każdy z nich mógłby sobie jutro z marszu kupić dziesięć takich domów.

Dobrze, że chociaż gotować dla nich nie kazali. Ogólnie muszę przyznać, że piłkarze okazali się gośćmi dość mało wymagającymi - stołowali się chyba na mieście, nie pili, nie awanturowali się. Ot, czasem mijałam jakiegoś na schodach. Nie wchodziliśmy sobie jednak w drogę i dość szybko przestałam odliczać dni do ich wyjazdu. Ba, zaczynało do mnie docierać, że nawet nie miałabym nic przeciwko, żeby zostali trochę dłużej. Nie będę owijać w bawełnę i powiem wprost - jeden nawet trochę mi się spodobał. Nazywał się Błaszczykowski, ale uparcie chodził w koszulce Szczęsnego. Jak tłumaczył, dla zmyłki - Szczęsny został ostatnio ojcem i Błaszczykowski liczył, że w koszulce z jego nazwiskiem będzie mu łatwiej się opędzić od fanek. Tak czy siak po kilku dniach piłkarze wyjechali, a moje życie znów wróciło mniej więcej do normy.

No właśnie - mniej więcej. Coś się bowiem nie zgadzało: od kilku dni przeglądając newsy trafiałam wciąż na informacje o ogromnych upałach panujących na Wyspach Brytyjskich, podobno największych od 80 lat. Nijak nie zgadzało się to z tym, co widziałam za oknem - padało bowiem jak nigdy, nieprzerwanie od wielu godzin. Wiedziona doświadczeniem dwóch klęsk żywiołowych w Irlandii, kiedy to sklepy i wszelkie instytucje zostały zamknięte na kilka dni* postanowiłam uzupełnić zapasy w lodówce i czekać na lepszą aurę we wnętrzu ciepłego domu.

W nocy obudził mnie krzyk jakiegoś dziecka. Dziecko nie było moje, zdawało się być płci męskiej i niewątpliwie wolało po polsku z okna któregoś z sąsiednich domów. 
- Powódź, powódź! - dał się słyszeć przerażony głosik.
Podbiegłam do okna: nasza ulica, biegnąca między rzędami szeregówek, zamieniła się w regularną rzekę. Zgadywałam, że woda sięgałaby mi co najmniej do kostek. Poza tym wciąż padał deszcz i nie ulegało wątpliwości, że poziom wody będzie się nadal podnosił.
- Cholera, i co my zrobimy?! - załamywałam ręce.
- Nie martw się, jesteśmy z dziećmi na piętrze - uspokajał mnie mąż. - Te domy są budowane z myślą o bardzo różnych warunkach atmosferycznych.
- Może masz rację, ale to jest okropne... Ten deszcz, woda, ten krzyk dziecka... Nawet nie wiedziałam, że mamy tu obok inną polską rodzinę...
- Mamy, mamy. Nie mówiłem ci? A ten chłopiec ma lekką traumę, przeżył powódź w Polsce w 97...

Chciałam się rozpłakać i wrzasnąć, że w 1997 to rodzice tego chłopca mogli być co najwyżej na etapie pocałunków podczas leżakowania w przedszkolu, mamy w końcu, na litość boską, rok 2018, ale byłam na tyle przerażona, że nie chciałam tego werbalizować.

Była jeszcze noc, ale wiedziałam, że już nie zasnę. Usiadłam na podłodze przy oknie, wpatrując się w rzeczkę płynącą wartkim nurtem pomiędzy domami. Czy rano otworzą sklepy? Szczerze w to wątpiłam. Ulica wyglądała na coraz mniej przejezdną. W oknach okolicznych domów pojawiało się coraz więcej twarzy o przerażonych obliczach. Przeskakiwałam wzrokiem od jednej do drugiej, myśląc o tym, jak to będzie, kiedy zacznę już tonąć - o tym, jak woda będzie stopniowo dostawać się do moich płuc, uniemożliwiając oddychanie...

Woda zaczęła opadać następnego dnia po południu, wkrótce potem, jak przestał padać deszcz. Nie wiem jaką wysokość osiągnęła - nie odważyłam się otworzyć drzwi, podobnie jak pozostali sąsiedzi. Chwilę potem otworzyłam oczy i zobaczyłam zalaną słońcem sypialnię. Tak, to był tylko sen (ten kawałek z Błaszczykowskim też), a Irlandia rzeczywiście od kilku tygodni cieszy się rekordowo wysokimi temperaturami.

* Huragan jesienią 2017 i ogromne opady śniegu na początku 2018 dosłownie "wyłączyły" Irlandię (i czasowo uzależniły moje dzieci od Play Station).

wtorek, 19 czerwca 2018

Najbardziej stresująca rzecz w pracy

Pamiętam ja o Was, moje drogie Czytelniczki i moi drodzy Czytelnicy, myślę o tym blogu właściwie codziennie i nawet noszę w sobie treść, którą bardzo się chcę z Wami już od dłuższego czasu podzielić.

Tak się jednak składa, że chwilowo pracuję i pracowanie to ma dość negatywny wpływ na moje grafomaństwo. Coś tam odnotowuję jeszcze w dzienniku, który jak wiecie prowadzę metodą dość archaiczną, mianowicie ręcznie. Porzucenie tej formy aktywności mogłoby jak mniemam rzutować negatywnie na przyszłość - otóż patrząc w przód, wciąż widzę przed oczyma grupę archeologów dogrzebujących się do mych zapisków za lat kilkaset, pochłaniających je i snujących na ich podstawie rozprawy historyczne. Wizja ta towarzyszy mi od dzieciństwa i nie ma takiego zajęcia, które kazałoby mi z niej zrezygnować.

No, ale blog trochę opuściłam.

Wróciwszy dziś do domu postanowiłam nadrobić zaległości - wszak sytuację mamy niecodzienną, właśnie przegraliśmy z Senegalem, czemu by więc mój przełom nie miał nastąpić dzisiaj? Siądźcie wygodnie, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, albowiem chcę Wam opowiedzieć o tym, czego -dzięki mojej aktualnej pracy - dowiedziałam się o sobie, a dokładniej rzecz biorąc - czego naprawdę nie cierpię.

Nie, nie chodzi o poranne wstawanie. To znaczy oczywiście go nie lubię, jestem zwierzęciem nocnym i najchętniej spałabym między 2 a 10 rano, przesypiając tym samym 8 godzin. Niestety, świat sprzysiągł się przeciwko mnie - najpierw w przesypianiu tych 8 godzin przeszkadzała mi szkoła, potem studia, wreszcie praca i dzieci. Jakiś czas temu komuś napomknęłam, że będę w ten sposób spać osiągnąwszy wiek seniora, ale w odpowiedzi usłyszałam, że na starość się już tyle nie śpi. No trudno.

Nie, nie chodzi o dojazdy. Dojazdy to ja kocham. Wprawdzie z punktu widzenia funkcjonowania rodziny byłoby lepiej, gdyby zajmowały mniej czasu, ale z drugiej strony dzięki nim mam całkiem sporo czasu na czytanie. Tak, uwielbiam czytać w zbiorkomie. W dodatku rano widuję całkiem sporo innych czytelników i dzięki temu jest mi jakoś tak swojsko.

Nie, nie chodzi o rutynę - kto dobrze mnie zna, ten wie, że sama należę do ludzi poszukujących rutyny. W praktyce różnie mi to wychodzi, ale są w moim życiu sprawy, które muszą chodzić jak w zegarku - i naprawdę tak chodzą. Dana rutyna może mi nie odpowiadać, ale raczej lepsza jakaś niż żadna.

Nie, nie chodzi o brak czasu - nadal czytam dużo książek, oglądam seriale, biegam i szydełkuję. Oczywiście muszę to wszystko jakoś ścieśniać, ale dać się da. Pewne sfery na pewno cierpią - jak pisałam wyżej, nie piszę tyle ile bym chciała. Brakuje mi też swobody w ciągu dnia, na przykład dzisiaj, kiedy nagle zrobiło się bardzo ciepło, a ja oczyma wyobraźni widziałam te tłumy ludzi na plaży. Ale z tym raczej da się żyć.

Zupełnie inaczej rzecz ma się ze wspólnym jedzeniem. Musicie wiedzieć, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelniczki, że moja firma oferuje lunche, całkiem smaczne. Większość pracowników zjada je w firmowej kantynie w towarzystwie kolegów i koleżanek. Nad stołami łopoczą sztućce i rozbrzmiewają dźwięki rozmów. I to jest właśnie to, czego - jak odkryłam - nie cierpię najbardziej.

To znaczy nie zrozumcie mnie źle - mnie wcale nie przeszkadza, że ktoś je i rozmawia. Ja po prostu nie lubię tego robić. Albo jem, albo rozmawiam. Sytuacja, w której oczekuje się ode mnie że będę przeżuwać, jednocześnie nasłuchując co kto mówi i jeszcze nie daj Boże odpowiadać, jest dla mnie mocno niekomfortowa. No kurde - jak jem to jem. Mogę ewentualnie jeść i czytać (ale to raczej nie w towarzystwie, chyba że w towarzystwie mojego męża, o ile on też by właśnie jadł i czytał). Ale jeść i gadać? Ryzykując, że coś źle przełknę? Że się roześmieję i wszyscy zobaczą szpinak, który utknął mi między zębami? Że odgłosy własnego przeżuwania kompletnie zagłuszą napływające do mnie fale dźwięku i będę zmuszona prosić z pełnymi ustami o powtórzenie?

Tak, wspólne, konwersacyjne obiady zdecydowanie są najgorsze.

Dlatego, moi drodzy, mam do Was prośbę. Jeśli mnie zapraszacie, to raczej na wino niż obiad. A jeśli już mam coś jeść, to nie mówcie nic do mnie dopóki nie skończę.

Dziękuję.



środa, 31 stycznia 2018

Czytelniczo w 2017 - podsumowanie

No proszę, ostatni dzień stycznia! A ja się nie mogę wygrzebać spod stosu zaległości, w tym zaległych notek, które na swój sposób wprawdzie już istnieją, ale to istnienie odbywa się póki co wyłącznie w mojej głowie, co zamyka je na lekturę i komentarze osób postronnych. Czas jednak ucieka tak szybko - na moim podwórku zaczynają powoli kiełkować tulipany, a ja wprost nie mogę uwierzyć, że w 2018 roku zdążyłam już przeczytać 10 książek, odwiedzić Kalifornię, kupić pierwsze w życiu buty do biegania...

Zostańmy może póki co przy książkach. Bo przecież obiecałam sobie i światu tradycyjną notkę podsumowującą moje ubiegłoroczne czytanie. Naprawdę, powinnam te czytelnicze notki sporządzać jakoś częściej niż raz do roku - teraz mam tego tyle, że doprawdy nie wiem od czego zacząć ani na czym skończyć, tak więc z góry przepraszam za chaos, jaki być może zaraz się tu wkradnie. Postaram się też nie rozwlekać przesadnie - jakimś cudem przeczytałam 171 książek (na starość człowiek zaczyna szybciej czytać, możecie mi wierzyć) i broń Boże nie zamierzam tu wymieniać każdej z nich.

O książkach Eleny Ferrante pisałam kilka miesięcy tutaj. Na sagę neapolitańską trafiłam zupełnie przypadkiem, za to wiem, że w jakimś sensie te książki zostaną ze mną na zawsze. Zdaje się, że pisałam już o tym w oryginalnej notce, ale powtórzę: podczas lektury wpadałam w autentyczne stany wzruszenia, bywało, że odkładałam na moment książkę, by przemyśleć na spokojnie daną scenę, a podczas momentów, w których akurat nie czytałam, analizowałam emocje bohaterów. Te książki okazały się być dla mnie istotne na bardzo różnych płaszczyznach i na swój sposób żałuję, że nigdy już nie przeczytam ich po raz pierwszy.

Drugą sagą, w której totalne się zatraciłam, były książki Anne B Ragde o rodzinie Neshov. Ponure i wyjątkowe - czytając miałam wrażenie, jakby narrator niemal unikał opisywania emocji (no może poza postacią Erlenda, ale ten człowiek składa się w zasadzie tylko z emocji), a jednak dotykał ich na najgłębszym poziomie. Podczas lektury czułam się czasem jak w psychologicznej wyżymaczce. Te książki również już ze mną zostaną, a za Erlenda jestem prawdziwie wdzięczna - w jakiś pokręcony sposób mam wrażenie, że nigdy nie spotkałam bohatera literackiego, z którym utożsamiałabym się tak głęboko jak z nim.

Po kilku latach od przeczytania pierwszego tomu "Outlandera" Diany Gabaldon sięgnęłam w końcu po "Dragonfly in Amber". Dawno już nie czytałam w wersji papierowej książki liczącej sobie przeszło tysiąc stron, ale było warto. Najwyżej chwilami nieco niewygodnie. Czytając o trybie życia bohaterki, bądź co bądź przeniesionej w przeszłość z wieku XX, która będąc w ciąży praktycznie codziennie piła alkohol, obiecywałam sobie zrobić mały research odnośnie tego, kiedy zaczęto dostrzegać wpływu procentów na płód - tak jednak wyszło, że tego w końcu nie sprawdziłam. Ktoś wie?

Słuchajcie, słuchajcie, po miesiącach, a może i latach zastanawiania się o co chodzi z tym Remigiuszem Mrozem, który pisze chyba szybciej niż ja mówię, postanowiłam sięgnąć po jego twórczość. No i nie żałuję. Nobla facet nie dostanie, lekkie to to i choć nie zawsze przyjemne (wszak to kryminały), to jednak na swój sposób rozrywkowe. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale np. z serią o Chyłce bardzo się zaprzyjaźniłam i zawsze czekam na więcej. Swoją drogą płodność twórcza pana Remigiusza miała spory wpływ na liczbę 171.

A skoro już jesteśmy przy kryminałach - bardzo dobrze czytało mi się powieści Arnaldura Indridasona. Islandzkie klimaty mają w sobie to "coś". 

Bardzo spodobała mi się powieść Stefana Dardy "Dom na Wyrębach" - pewnie po części dlatego, że jej akcja dzieje się w moich rodzinnych stronach. Niestety, inne książki pisarza już mnie nie zachwyciły. "Starzyzna" dawała sporo nadziei, ale jej kolejne części były sporym rozczarowaniem.

Ale żeby nie było, że czytam same kryminały - wciągnęłam się w sagę Brandona Sandersona rozpoczętą tomem "Z mgły zrodzony". Serio, chyba dawno nie czytałam tak wciągającej fantastyki (tak, wiem - to dlatego, że w pewnym momencie przerzuciłam się z fantastyki na kryminały ;)

W kategorii niezłych czytadeł muszę napomknąć o książkach Charlotte Link. Pomogły mi przetrwać długie jesienne i wietrzne wieczory. Zaskoczyło mnie to, jak różne od siebie są kolejne jej książki - być może diabeł tkwi w tłumaczeniu?

"A Star Called Henry" Roddy'ego Doyle'a wciągnęła mnie i zachwyciła właściwie wszystkim - językiem, narracją, kreacją bohaterów, tematyką, wreszcie - samą historią. Możecie sobie wyobrazić moją radość, gdy odkryłam, że za tą powieścią czają się kolejne dwa tomy. Jeden z nich czeka już na mnie na półce. Gdyby ktoś chciał po Henry'ego sięgnąć, to ja zachęcam, da się również po polsku, a w sieci można nawet znaleźć recenzję lepszą od mojej: TU.

A co mi się nie podobało? Z pewnością trylogia Irene Ceo "Widzę cię", "Słyszę cię" i "Pragnę cię". W założeniu chyba romans - erotyk, w praktyce, moim zdaniem, książka co najmniej okrutna, pokazująca relację zagubionej dziewczyny i zadufanego kolesia który dominuje i niszczy jej osobowość, marzenia i zasady. Jak dla mnie zdecydowanie kategoria "nie czytać, a jeśli przeczytasz, to zapomnieć".

I na tym może zakończę. Przemyślę temat częstszych notek o książkach, tak by nie było przesadnie skrótowo i z pomijaniem większości tutułów. Uprasza się o trzymanie kciuków za owocne myślenie. Kolejna notka będzie o Kalifornii. :-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Szczęśliwego!

Tak się składa, że mam właśnie przerwę w aktywnościach przedsylwestrowych i postanowiłam wykorzystać ten czas na stworzenie tradycyjnej, podsumowujących kończący się rok notki.

To był chyba najspokojniejszy - może nawet najnudniejszy - rok mojego życia. Nigdzie się nie przeprowadziliśmy, nie snuliśmy też przeprowadzkowych wizji - prawdopodobnie dlatego, że po raz pierwszy od jakichś 10 lat mieszkamy w miejscu, które należy do nas. Po tych wszystkich latach pełnych przenosin to właściwie ulga. W pewnym momencie miło wiedzieć, gdzie się będzie za rok czy dwa lata. A przynajmniej zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa. ;-)

Moje dzieci, których w momencie gdy zaczynałam wrzucać na tego bloga pierwsze notki nawet nie było w planach, znów urosły. Najstarsze zalicza już drugi rok w irlandzkiej podstawówce, a bliźniaczki od końcówki sierpnia chodzą do Montessori. Przeżywam chyba coś w rodzaju złotego wieku macierzyństwa - dzieci są na tyle duże, że w dużym stopniu ogarniają się same, a jednocześnie na tyle małe, że nie sprawiają jeszcze poważniejszych problemów. Gdyby ciąże kończyły się urodzeniem od razu trzylatków mogłabym mieć ich jeszcze z piątkę.

Jakoś na początku tego roku podczas rozpakowywania pudeł z Kalifornii trafiłam na resztki starej włóczki. Wygrzebałam skądś szydełko i zaczęłam dłubać. Skutek jest taki, że pokój, który początkowo planowałam przeznaczyć na domową bibliotekę stał się pokojem szydełkowym. Mam w nim jakąś straszną ilość włóczki, a w głowie - pomysły szydełkowane na kolejnych kilka lat.

Przeczytałam ponad 170 książek, o czym zresztą jak zwykle napiszę osobną notkę. Pod względem czytelniczym mogę pochwalić się nie tylko wynikiem ilościowym, ale też jakościowym - zupełnie przypadkiem trafiłam na dwie serie, które zostaną w moim sercu na wiele lat. Właściwie łapię się na tym, że wracam do nich myślami niemal codziennie.

Nie odbyłam wielkich podróży, choć odwiedziłam Polskę i Niemcy. Za to pod koniec roku zarezerwowałam bilet na samolot do Kalifornii. Uwielbiam Irlandię i mam nadzieję już tu zostać, ale gdybym z jakiegoś powodu nie mogła, to prawdopodobnie myślałabym poważnie o powrocie do USA, mimo że chłodna analiza nie przemawia z tą opcją.

W temacie wyzwań intelektualno - zawodowych wyszło zupełnie nie tak jak miało być, ale trochę wskazuje na to, że jeszcze będzie dobrze.

W maju byłam na koncercie Guns 'N Roses. Warto było.

Nie schudłam tych pięciu kilogramów, które według mojej wagi dzielą mnie od czasów sprzed bliźniaczej ciąży, ale za to mam FitBita - magiczne urządzenie, które poza wskazywaniem godziny liczy moje kroki, analizuje sen i mierzy puls. Jakimś cudem to wszystko naprawdę motywuje mnie do ruchu, zaczęłam też więcej sypiać. Właśnie dziś zorientowałam się, że stało się niemożliwe - od jakiegoś czasu sama z siebie budzę się przed 8 i nie mam problemów ze wstawaniem, mimo że za oknem jest ciemno.

Coś tam próbuję pisać po angielsku - zaczęłam spisywać różne obrazy zapamiętane z dzieciństwa. Wychodzi z tego lekko smętny obraz, ale z jakiegoś powodu gorzej pisze mi się o tych samych rzeczach po polsku. Może angielski to język stworzony do opisywania dzieciństwa spędzonego w Polsce lat osiemdziesiątych?

No i widzicie, to by było na tyle. Nuda. Ale nie martwcie się, za 15 dni wsiadam na pokład samolotu i rozpocznę ten rok z przytupem.

A tymczasem - szampańskiego sylwestra i szczęśliwego 2018!

sobota, 4 listopada 2017

Wariacje pocztowe, czyli wielka wędrówka włoczek

Czasami zdarza mi się widzieć oczyma wyobraźni mapę świata poprzecinaną gdzieniegdzie liniami kończącymi swój bieg w Irlandii, na południe od Dublina. To mapa ukazująca szlaki zamówionych przeze mnie kłębków włóczki, które po dotarciu do celu zostają przeze mnie stopniowo zamieniane w kocyki, chusty i szale.

Ok, brzmi to jak jakaś wielka migracja, coś na kształt wielkiej wędrówki ludów. Rzeczywistość jest jednak prostsza - ot, mam kilka ulubionych sklepów zajmujących się sprzedażą włóczki online i tak się składa, że są one rozsiane po różnych krajach i kontynentach. Zamówień dokonuję w miarę potrzeb, upodobań i możliwości finansowych. W praktyce niemal zawsze gdzieś tam na kuli ziemskiej znajduje się jakaś paczka zdążająca w moim kierunku. Większość tych przesyłek pojawia się na progu mojego domu bezproblemowo, w ciągu kilku czy kilkunastu dni od momentu złożenia przeze mnie zamówienia. Niektóre jednak doświadczają przygód wartych osobnej wzmianki.

Weźmy choćby przesyłkę z Izraela, którą usłużny pan listonosz przyniósł mi wczoraj. Została wysłana przez jeden z moich ulubionych sklepów, do którego mam pełne zaufanie - zarówno w kwestii jakości produktu jak i sprawnej wysyłki. Choć ostrzegają, że czas dostawy w do krajów europejskich wynosi zwykle 2-3 tygodnie, w praktyce dostaję swoje zamówienia znacznie szybciej. Aż do wczoraj. Tym razem paczka z Izraela wędrowała do mnie niemal miesiąc. Przez ostatnie dwa tygodnie nerwowo szukałam jej numeru na stronie irlandzkiej poczty, coraz bardziej nastawiając się na to, że po raz pierwszy moja przesyłka zaginęła. Co działo się z nią między 10 października, kiedy opuściła Izrael, a 3 listopada, kiedy bezpiecznie znalazła się w moim domu, tego nie wiem.

Znacznie więcej mogę za to powiedzieć o innej przesyłce, której droga z Niemiec do Irlandii również zajęła dobry miesiąc. I w lokalizacji której pomógł mi Facebook.

Zaczęło się standardowo. W dniu swoich urodzin, czyli szóstego września, złożyłam zamówienie na piękne włóczki, charakteryzujące się ślicznymi, przechodzącymi jeden w drugi kolorami. Wychodzą z nich cudne, delikatne kocyki, wspaniałe szale... Ok, ok - przechodzę do rzeczy.

Przesyłka dość długo, może przez dwa tygodnie, pozostawała w systemie jako "opłacona". W końcu stwierdziłam, że chyba ktoś zapomniał mi ją wysłać i skontaktowałam się z właścicielką sklepu. Było tak jak myślałam - coś tam przeoczyli, bardzo przepraszali, obiecując natychmiastową wysyłkę i dodanie jakiegoś gratisa. Powróciłam zatem do stanu oczekiwania, a gdy po tygodniu status przesyłki nadal nie uległ zmianie, ponownie odezwałam się do właścicielki. Tym razem okazało się, że wszystko już jest w porządku, paczka została wysłana tuż po ostatniej wymianie wiadomości, dostałam numer śledzenia przesyłki, który to potwierdził, uznałam zatem, że mogę spać spokojnie.

Po paru dniach pełna emocji dowiedziałam się ze strony irlandzkiej poczty, że moja przesyłka jest już w Dublinie. Oczekiwałam na nią zatem kolejnego dnia, co jakiś czas odświeżając nerwowo stronę poczty. Wyobraźcie sobie moje poruszenie, gdy okazało się, że dostawa paczki została wstrzymana z powodu niewystarczającego adresu na przesyłce! Znów musiałam uruchamiać kolejne kanały - mejl do poczty, telefon do poczty, koniec końców okazało się, że z adresem jednak wszystko jest w porządku i swoje zamówienie powinnam otrzymać kolejnego dnia.

Tym razem nie mogłam sobie pozwolić na warowanie na listonosza. Mentalnie pogodziłam się z tym, że po powrocie do domu zastanę w nim awizo i czeka mnie wędrówka na pocztę. Nic bardziej mylnego! Według strony poczty, na którą i tego dnia regularnie zerkałam (chciałam wszak wiedzieć, czy awizo leży już na moim progu, czy jeszcze nie) paczka została dostarczona. Jedna z rubryk zawierała nawet nazwisko osoby, która ją odebrała...

Uznałam, że musi chodzić o kogoś z sąsiedztwa. Swoich sąsiadów znam raczej z imion niż nazwisk, czekała mnie zatem wędrówka po kilku domostwach. Nasze osiedle liczy sobie kilkadziesiąt domów, więc raczej nie zakładałam, że odwiedzę wszystkie - z pewnością listonosz zostawił paczkę komuś, kto mieszkał blisko...

Niestety - żaden z moich najbliższych sąsiadów nic nie wiedział o paczce.

Pełna rezygnacji usiadłam z laptopem. Wstukałam w Google nazwisko moich domniemanych sąsiadów, ale rezultaty nie były rewelacyjne - wyszukiwarka z uporem wyświetlała mi informacje o właścicielach pobliskiej apteki, nazywających się tak samo jak osoba u której znajdowała się moja włóczka. Mocno już zniechęcona włączyłam Facebooka. Ten od razu wyrzucił mi poszukiwane nazwisko - moim oczom ukazał się profil kobiety, w którą najwyraźniej miałam wspólną znajomą.

Ową wspólną znajomą była pewna Amerykanka, która od czasu do czasu zajmuje się moimi dziećmi. Skojarzyłam, że swego czasu mówiła, iż ma na moim osiedlu koleżankę z małym dzieckiem. Kobieta z Facebookowego zdjęcia z pewnością miała małe dziecko.

Natychmiast napisałam do znajomej Amerykanki, zerkając jednocześnie tęsknie przez okno. Gdzieś tam, po drugiej stronie drogi w jednym z szeregowych domów przebywała moja włóczka...

Ustalenie tożsamości i numeru domu poszukiwanej osoby poszło sprawnie. Poprosiłam wracającego właśnie do domu małżonka o wstąpienie pod wskazany adres i odebranie przesyłki. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po niedługim czasie pojawił się on na progu nie z jedną, a dwiema paczkami! Listonosz dostarczył bowiem aż dwa zamówienia - owo nieszczęsne niemieckie oraz drugie, amerykańskie, którego jeszcze się nie spodziewałam...


Tak oto kończy się przygoda. Wiecie, nie to żeby mi się nudziło. Ale czekam właśnie aż upiecze mi się obiad i tak jakoś pomyślałam, że w międzyczasie opowiem Wam o wojażach mojej włóczki. Może ktoś z Was też właśnie gotuje i szuka jakiegoś urozmaicenia w tle...;)

środa, 1 listopada 2017

Byłam wegetarianką. Wyznanie mięsożercy

W październiku byłam wegetarianką. Nie zjadłam tego miesiąca ani kawałka kurczaka, ryby czy skorupiaka. Nawet chrupki krewetkowe nie zdołały mnie skusić.

Na pomysł odstawienia mięsa wpadłam już dość dawno, ale jego realizację wciąż odkładałam w czasie. Przez dłuższy czas po przyjeździe do Irlandii byłam wręcz przekonana, że nigdy nic z tego nie wyjdzie, bo tak bardzo rozsmakowałam się w tutejszej wołowinie. W końcu się udało.

Celowo nie zakładałam, że nigdy już nie będę jeść mięsa. W końcu nie wiedziałam jak to będzie - być może zacznę się źle czuć (mam skłonności do anemii), albo zwyczajnie zacznę strasznie tęsknić za kanapkami z szynką. Obiecałam sobie, że w razie problemów wracam do poprzedniego stylu żywienia. Jeśli zaś wszystko poszłoby dobrze, chciałam traktować ten miesiąc wyrzeczeń jako eksperyment i, być może, początek jakichś trwalszych zmian w jadłospisie.

Mój małżonek dość entuzjastycznie podszedł do tematu i postanowił dołączyć. Doszliśmy do wniosku, że najlepszym miesiącem do realizacji naszych planów będzie październik - w tym miesiącu nie wybieraliśmy się w żadną podróż (pomijając trzydniowy pracowy wyjazd Dawida), nikt nie zaprosił nas na imprezę, sami też żadnej nie planowaliśmy.

I tak 30 września pojechaliśmy do Bray pożegnać się z mięchem. Każde z nas zjadło porządnego burgera żartując, że na kolejnego wpadniemy 1 listopada.

Na początku było trochę kiepsko. Po trzech czy czterech dniach miałam wrażenie, że zjadłam już większość łatwo osiągalnych i smacznych wegetariańskich potraw. Przepisy, na które wpadałam w sieci odrzucałam z uwagi na długi czas przygotowywania - lubię gotować, ale długie stanie nad garnkami między poniedziałkiem a piątkiem kompletnie nie wpisuje się w mój grafik.

Pomysł, by zastępować mięso tofu wydawał mi się początkowo genialny, szybko jednak okazał się niewypałem. Ludzie, jak ja nienawidzę teraz tofu. To był zdecydowanie najgorszy składnik wszystkich zawierających je wegetariańskich potraw, jakie jadłam w październiku. Na szczęście poza tym elementem potrawy te były bardzo smaczne.

Planowanie obiadów do końca miesiąca pozostawało sprawą najtrudniejszą, choć z drugiej strony zawsze udawało się coś wykombinować i nigdy nie zdarzyło nam się ugotować dwa razy tego samego. Najlepszy obiad wyszedł nam w dniu, w którym Irlandię nawiedził huragan Ofelia - upiekliśmy dwie wielkie zapiekanki z ciasta francuskiego wypełnione mozarellą, cheddarem, szpinakiem, grzybami i suszonymi pomidorami. Jedliśmy też najróżniejsze makarony, racuchy, naleśniki, pizzę wegetariańską, otonomijaki (coś w rodzaju placków kapuścianych), placki kartoflane, kiełbaski wegańskie (zaskakująco smaczne, ale z kiełbasą miały wspólny tylko kształt)...

To czego mi brakowało w październiku, to wybór. W restauracji musiałam mentalnie skreślić 95% menu. Gotując już po kilku dniach musiałam kombinować. Najłatwiej było ze śniadaniem i kolacją - kanapki z żółtym serem i pomidorem uwielbiam od dziecka, więc wegetarianizm w wersji porannej i wieczornej bardzo mi odpowiadał. Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest tak, że ja w kółko jem mięso i zjedzenie obiadu, który go nie zawiera, jest problemem. Po prostu wcześniej mogłam zjeść cokolwiek, kierując się co najwyżej swoim gustem bądź apetytem na daną potrawę. Teraz dochodziło upewnienie się, że do jej składników nie będzie się zaliczać mięso. Wszystko to w moim przekonaniu wynik przyzwyczajeń.

Z innych obserwacji: w październiku zdecydowanie częściej niż zazwyczaj podjadałam, często też towarzyszyło mi uczucie wypełnienia. Nie przełożyło się to w żaden sposób na wagę - 1 listopada pokazała mi to samo co 1 października.

Zupełnie nie spełniły się moje obawy związane z ewentualnym złym samopoczuciem. Wręcz przeciwnie - miałam raczej wrażenie, że mam więcej siły i rzadziej chce mi się spać. Były dni, kiedy niemal czułam się naładowana energią. Nie mam pojęcia, czy miało to jakikolwiek związek z odstawieniem mięsa. Tak czy siak - z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Dzisiaj rano nie rzuciłam się na mięso. Obrzuciłam spojrzeniem leżącą w lodówce szynkę, ale w końcu zrobiłam sobie kanapkę z serem i pomidorem. Za to w moim obiedzie znalazła się kaczka, a wieczorem zjadłam kromkę chleba z pasztetem. Smaczne było, ale skłamałabym twierdząc, że umierałam z tęsknoty za tymi smakami. Mimo wszelkich niedogodności za smakiem mięsa akurat nie tęskniłam.

Aktualnie nie planuję wegetarianizmu do grobowej deski, ale coś mi się wydaje, że ograniczę spożycie mięsa. I sądzę, że wkrótce powtórzę eksperyment, tym razem dopuszczając do jadłospisu ryby i owoce morza.

Dawid znosił to wszystko gorzej, ale dał radę. Choć do tej pory chce mi się śmiać na wspomnienie jego SMS-a z pracowego wyjazdu, w którym odpowiadał na moje pytanie co u niego słychać:
- Zmęczony. Głodny. Wegetarianin.

P.S. Czy ktoś tu lubi tofu?

niedziela, 15 października 2017

Zegarek od Apple'a, czyli niespodziewane kłopoty

Czy tego chcemy czy nie, spora część tego, co nas w życiu dotyka, jest dziełem przypadku. Po względnym odchowaniu trójki dzieci w sumie nie planowałam czwartego. Nie planowałam tak dalece, że gdy odkryłam, że niespodziewanie znów jestem w ciąży, informacją o tym podzieliłam się tylko z najbliższą rodziną. Miałam szczęście - jakimś cudem przez większość okresu mej brzemienności brzuch dawał się skutecznie skrywać pod ubraniem. Do tego stopnia, że chwilami sama zapominałam o tym, że jestem w ciąży - mimo, że podobnie jak poprzednio była to, o zgrozo, ciąża bliźniacza.

Z myślą, że już wkrótce funkcjonować będę nie jako matka trzech, a pięciu córek, jeszcze nie udało mi się oswoić. Oczywiście trochę mnie to przerażało, choć starałam się wszystko sama przed sobą obracać w żart: piątka dzieci? Czemu nie - przynajmniej raz na zawsze odrzucę wizję kupowania samochodu, bo taka mnogość potomstwa do żadnego mi się nie zmieści.

Tego dnia czekała mnie pierwsza poważna wizyta u lekarki prowadzącej moją ciążę. Ponieważ była ona związana kontraktem ze szpitalem, w którym bardzo chciałam rodzić, zaproponowała, że dzisiejsze badania przeprowadzimy właśnie tam. Przy okazji trochę się tam pani rozejrzy, tłumaczyła.

Do placówki dotarłam nieco przed czasem, ale nawet mnie to cieszyło - pogoda była piękna, już po jesiennemu chłodna, ale ulice Dublina wyglądały przepięknie w promieniach słońca, ozdobione stosami opadłych z drzew złotych liści. Szpital mieścił się w starym budynku z czerwonej cegły, do jego wejścia prowadziły stare, kamienne schody. Z przyjemnością usiadłam na jednym ze stopni i wystawiłam twarz do słońca. Pomyślałam, że już wkrótce na dłuższy czas będę musiała się pożegnać z takimi beztroskimi chwilami...

Spojrzawszy na zegarek upewniłam się, że powinnam już wchodzić. Właściwie i tak o tym wiedziałam, ale samo sprawdzanie godziny było dla mnie przyjemnością. Kilka dni wcześniej dostałam od Dawida Apple Watcha i aktualnie była to moja ulubiona zabawka. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie byłam aż tak na bieżąco z czasem.

Będąc już w środku i czekając na lekarkę zdjęłam zegarek z ręki i po raz nie wiadomo który oglądałam go ze wszystkich stron. Nagle kątem oka zauważyłam, że rozwiązała mi się sznurówka od buta. Niewiele myśląc chwyciłam zegarek ustami i z lekkim trudem schyliłam się w kierunku obuwia.

Nie wiem jak to się stało. Wciąż wydaje mi się to absurdalne. Najwyraźniej jednak takie rzeczy się zdarzają. Oto bowiem z przerażeniem odkryłam, że w trakcie zawiązywania sznurówki... połknęłam Apple Watcha.

Zdenerwowana wstałam i pogładziłam się po brzuchu. Pod dłonią wyczuwałam już wyraźnie główkę jednego z bliźniąt. Gdzieś tam w pobliżu tej główki, myślałam w panice, pływa sobie w moim wnętrzu smart watch. A co jeśli nagle przyjdzie mi na niego jakieś powiadomienie? Czy fale, które zostaną wyemitowane, mogą zagrozić moim dzieciom? I co z wibracjami? Przecież były włączone, a sam zegarek był połączony z moim kontem na Facebooku, Twitterze, Messengerze, Instagramie, Gmailu, WhatsAppie, Hangoutach... Oznaczało to, że jakakolwiek notyfikacja z którejś z powyższych aplikacji będzie powodowała wibracje zegarka. Zegarka pływającego spokojnie w moim wnętrzu, gdzieś nie tak daleko od moich nienarodzonych dzieci.

----------
Nie macie pojęcia, jak dobrze było się obudzić... :)