środa, 31 stycznia 2018

Czytelniczo w 2017 - podsumowanie

No proszę, ostatni dzień stycznia! A ja się nie mogę wygrzebać spod stosu zaległości, w tym zaległych notek, które na swój sposób wprawdzie już istnieją, ale to istnienie odbywa się póki co wyłącznie w mojej głowie, co zamyka je na lekturę i komentarze osób postronnych. Czas jednak ucieka tak szybko - na moim podwórku zaczynają powoli kiełkować tulipany, a ja wprost nie mogę uwierzyć, że w 2018 roku zdążyłam już przeczytać 10 książek, odwiedzić Kalifornię, kupić pierwsze w życiu buty do biegania...

Zostańmy może póki co przy książkach. Bo przecież obiecałam sobie i światu tradycyjną notkę podsumowującą moje ubiegłoroczne czytanie. Naprawdę, powinnam te czytelnicze notki sporządzać jakoś częściej niż raz do roku - teraz mam tego tyle, że doprawdy nie wiem od czego zacząć ani na czym skończyć, tak więc z góry przepraszam za chaos, jaki być może zaraz się tu wkradnie. Postaram się też nie rozwlekać przesadnie - jakimś cudem przeczytałam 171 książek (na starość człowiek zaczyna szybciej czytać, możecie mi wierzyć) i broń Boże nie zamierzam tu wymieniać każdej z nich.

O książkach Eleny Ferrante pisałam kilka miesięcy tutaj. Na sagę neapolitańską trafiłam zupełnie przypadkiem, za to wiem, że w jakimś sensie te książki zostaną ze mną na zawsze. Zdaje się, że pisałam już o tym w oryginalnej notce, ale powtórzę: podczas lektury wpadałam w autentyczne stany wzruszenia, bywało, że odkładałam na moment książkę, by przemyśleć na spokojnie daną scenę, a podczas momentów, w których akurat nie czytałam, analizowałam emocje bohaterów. Te książki okazały się być dla mnie istotne na bardzo różnych płaszczyznach i na swój sposób żałuję, że nigdy już nie przeczytam ich po raz pierwszy.

Drugą sagą, w której totalne się zatraciłam, były książki Anne B Ragde o rodzinie Neshov. Ponure i wyjątkowe - czytając miałam wrażenie, jakby narrator niemal unikał opisywania emocji (no może poza postacią Erlenda, ale ten człowiek składa się w zasadzie tylko z emocji), a jednak dotykał ich na najgłębszym poziomie. Podczas lektury czułam się czasem jak w psychologicznej wyżymaczce. Te książki również już ze mną zostaną, a za Erlenda jestem prawdziwie wdzięczna - w jakiś pokręcony sposób mam wrażenie, że nigdy nie spotkałam bohatera literackiego, z którym utożsamiałabym się tak głęboko jak z nim.

Po kilku latach od przeczytania pierwszego tomu "Outlandera" Diany Gabaldon sięgnęłam w końcu po "Dragonfly in Amber". Dawno już nie czytałam w wersji papierowej książki liczącej sobie przeszło tysiąc stron, ale było warto. Najwyżej chwilami nieco niewygodnie. Czytając o trybie życia bohaterki, bądź co bądź przeniesionej w przeszłość z wieku XX, która będąc w ciąży praktycznie codziennie piła alkohol, obiecywałam sobie zrobić mały research odnośnie tego, kiedy zaczęto dostrzegać wpływu procentów na płód - tak jednak wyszło, że tego w końcu nie sprawdziłam. Ktoś wie?

Słuchajcie, słuchajcie, po miesiącach, a może i latach zastanawiania się o co chodzi z tym Remigiuszem Mrozem, który pisze chyba szybciej niż ja mówię, postanowiłam sięgnąć po jego twórczość. No i nie żałuję. Nobla facet nie dostanie, lekkie to to i choć nie zawsze przyjemne (wszak to kryminały), to jednak na swój sposób rozrywkowe. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale np. z serią o Chyłce bardzo się zaprzyjaźniłam i zawsze czekam na więcej. Swoją drogą płodność twórcza pana Remigiusza miała spory wpływ na liczbę 171.

A skoro już jesteśmy przy kryminałach - bardzo dobrze czytało mi się powieści Arnaldura Indridasona. Islandzkie klimaty mają w sobie to "coś". 

Bardzo spodobała mi się powieść Stefana Dardy "Dom na Wyrębach" - pewnie po części dlatego, że jej akcja dzieje się w moich rodzinnych stronach. Niestety, inne książki pisarza już mnie nie zachwyciły. "Starzyzna" dawała sporo nadziei, ale jej kolejne części były sporym rozczarowaniem.

Ale żeby nie było, że czytam same kryminały - wciągnęłam się w sagę Brandona Sandersona rozpoczętą tomem "Z mgły zrodzony". Serio, chyba dawno nie czytałam tak wciągającej fantastyki (tak, wiem - to dlatego, że w pewnym momencie przerzuciłam się z fantastyki na kryminały ;)

W kategorii niezłych czytadeł muszę napomknąć o książkach Charlotte Link. Pomogły mi przetrwać długie jesienne i wietrzne wieczory. Zaskoczyło mnie to, jak różne od siebie są kolejne jej książki - być może diabeł tkwi w tłumaczeniu?

"A Star Called Henry" Roddy'ego Doyle'a wciągnęła mnie i zachwyciła właściwie wszystkim - językiem, narracją, kreacją bohaterów, tematyką, wreszcie - samą historią. Możecie sobie wyobrazić moją radość, gdy odkryłam, że za tą powieścią czają się kolejne dwa tomy. Jeden z nich czeka już na mnie na półce. Gdyby ktoś chciał po Henry'ego sięgnąć, to ja zachęcam, da się również po polsku, a w sieci można nawet znaleźć recenzję lepszą od mojej: TU.

A co mi się nie podobało? Z pewnością trylogia Irene Ceo "Widzę cię", "Słyszę cię" i "Pragnę cię". W założeniu chyba romans - erotyk, w praktyce, moim zdaniem, książka co najmniej okrutna, pokazująca relację zagubionej dziewczyny i zadufanego kolesia który dominuje i niszczy jej osobowość, marzenia i zasady. Jak dla mnie zdecydowanie kategoria "nie czytać, a jeśli przeczytasz, to zapomnieć".

I na tym może zakończę. Przemyślę temat częstszych notek o książkach, tak by nie było przesadnie skrótowo i z pomijaniem większości tutułów. Uprasza się o trzymanie kciuków za owocne myślenie. Kolejna notka będzie o Kalifornii. :-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Szczęśliwego!

Tak się składa, że mam właśnie przerwę w aktywnościach przedsylwestrowych i postanowiłam wykorzystać ten czas na stworzenie tradycyjnej, podsumowujących kończący się rok notki.

To był chyba najspokojniejszy - może nawet najnudniejszy - rok mojego życia. Nigdzie się nie przeprowadziliśmy, nie snuliśmy też przeprowadzkowych wizji - prawdopodobnie dlatego, że po raz pierwszy od jakichś 10 lat mieszkamy w miejscu, które należy do nas. Po tych wszystkich latach pełnych przenosin to właściwie ulga. W pewnym momencie miło wiedzieć, gdzie się będzie za rok czy dwa lata. A przynajmniej zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa. ;-)

Moje dzieci, których w momencie gdy zaczynałam wrzucać na tego bloga pierwsze notki nawet nie było w planach, znów urosły. Najstarsze zalicza już drugi rok w irlandzkiej podstawówce, a bliźniaczki od końcówki sierpnia chodzą do Montessori. Przeżywam chyba coś w rodzaju złotego wieku macierzyństwa - dzieci są na tyle duże, że w dużym stopniu ogarniają się same, a jednocześnie na tyle małe, że nie sprawiają jeszcze poważniejszych problemów. Gdyby ciąże kończyły się urodzeniem od razu trzylatków mogłabym mieć ich jeszcze z piątkę.

Jakoś na początku tego roku podczas rozpakowywania pudeł z Kalifornii trafiłam na resztki starej włóczki. Wygrzebałam skądś szydełko i zaczęłam dłubać. Skutek jest taki, że pokój, który początkowo planowałam przeznaczyć na domową bibliotekę stał się pokojem szydełkowym. Mam w nim jakąś straszną ilość włóczki, a w głowie - pomysły szydełkowane na kolejnych kilka lat.

Przeczytałam ponad 170 książek, o czym zresztą jak zwykle napiszę osobną notkę. Pod względem czytelniczym mogę pochwalić się nie tylko wynikiem ilościowym, ale też jakościowym - zupełnie przypadkiem trafiłam na dwie serie, które zostaną w moim sercu na wiele lat. Właściwie łapię się na tym, że wracam do nich myślami niemal codziennie.

Nie odbyłam wielkich podróży, choć odwiedziłam Polskę i Niemcy. Za to pod koniec roku zarezerwowałam bilet na samolot do Kalifornii. Uwielbiam Irlandię i mam nadzieję już tu zostać, ale gdybym z jakiegoś powodu nie mogła, to prawdopodobnie myślałabym poważnie o powrocie do USA, mimo że chłodna analiza nie przemawia z tą opcją.

W temacie wyzwań intelektualno - zawodowych wyszło zupełnie nie tak jak miało być, ale trochę wskazuje na to, że jeszcze będzie dobrze.

W maju byłam na koncercie Guns 'N Roses. Warto było.

Nie schudłam tych pięciu kilogramów, które według mojej wagi dzielą mnie od czasów sprzed bliźniaczej ciąży, ale za to mam FitBita - magiczne urządzenie, które poza wskazywaniem godziny liczy moje kroki, analizuje sen i mierzy puls. Jakimś cudem to wszystko naprawdę motywuje mnie do ruchu, zaczęłam też więcej sypiać. Właśnie dziś zorientowałam się, że stało się niemożliwe - od jakiegoś czasu sama z siebie budzę się przed 8 i nie mam problemów ze wstawaniem, mimo że za oknem jest ciemno.

Coś tam próbuję pisać po angielsku - zaczęłam spisywać różne obrazy zapamiętane z dzieciństwa. Wychodzi z tego lekko smętny obraz, ale z jakiegoś powodu gorzej pisze mi się o tych samych rzeczach po polsku. Może angielski to język stworzony do opisywania dzieciństwa spędzonego w Polsce lat osiemdziesiątych?

No i widzicie, to by było na tyle. Nuda. Ale nie martwcie się, za 15 dni wsiadam na pokład samolotu i rozpocznę ten rok z przytupem.

A tymczasem - szampańskiego sylwestra i szczęśliwego 2018!

sobota, 4 listopada 2017

Wariacje pocztowe, czyli wielka wędrówka włoczek

Czasami zdarza mi się widzieć oczyma wyobraźni mapę świata poprzecinaną gdzieniegdzie liniami kończącymi swój bieg w Irlandii, na południe od Dublina. To mapa ukazująca szlaki zamówionych przeze mnie kłębków włóczki, które po dotarciu do celu zostają przeze mnie stopniowo zamieniane w kocyki, chusty i szale.

Ok, brzmi to jak jakaś wielka migracja, coś na kształt wielkiej wędrówki ludów. Rzeczywistość jest jednak prostsza - ot, mam kilka ulubionych sklepów zajmujących się sprzedażą włóczki online i tak się składa, że są one rozsiane po różnych krajach i kontynentach. Zamówień dokonuję w miarę potrzeb, upodobań i możliwości finansowych. W praktyce niemal zawsze gdzieś tam na kuli ziemskiej znajduje się jakaś paczka zdążająca w moim kierunku. Większość tych przesyłek pojawia się na progu mojego domu bezproblemowo, w ciągu kilku czy kilkunastu dni od momentu złożenia przeze mnie zamówienia. Niektóre jednak doświadczają przygód wartych osobnej wzmianki.

Weźmy choćby przesyłkę z Izraela, którą usłużny pan listonosz przyniósł mi wczoraj. Została wysłana przez jeden z moich ulubionych sklepów, do którego mam pełne zaufanie - zarówno w kwestii jakości produktu jak i sprawnej wysyłki. Choć ostrzegają, że czas dostawy w do krajów europejskich wynosi zwykle 2-3 tygodnie, w praktyce dostaję swoje zamówienia znacznie szybciej. Aż do wczoraj. Tym razem paczka z Izraela wędrowała do mnie niemal miesiąc. Przez ostatnie dwa tygodnie nerwowo szukałam jej numeru na stronie irlandzkiej poczty, coraz bardziej nastawiając się na to, że po raz pierwszy moja przesyłka zaginęła. Co działo się z nią między 10 października, kiedy opuściła Izrael, a 3 listopada, kiedy bezpiecznie znalazła się w moim domu, tego nie wiem.

Znacznie więcej mogę za to powiedzieć o innej przesyłce, której droga z Niemiec do Irlandii również zajęła dobry miesiąc. I w lokalizacji której pomógł mi Facebook.

Zaczęło się standardowo. W dniu swoich urodzin, czyli szóstego września, złożyłam zamówienie na piękne włóczki, charakteryzujące się ślicznymi, przechodzącymi jeden w drugi kolorami. Wychodzą z nich cudne, delikatne kocyki, wspaniałe szale... Ok, ok - przechodzę do rzeczy.

Przesyłka dość długo, może przez dwa tygodnie, pozostawała w systemie jako "opłacona". W końcu stwierdziłam, że chyba ktoś zapomniał mi ją wysłać i skontaktowałam się z właścicielką sklepu. Było tak jak myślałam - coś tam przeoczyli, bardzo przepraszali, obiecując natychmiastową wysyłkę i dodanie jakiegoś gratisa. Powróciłam zatem do stanu oczekiwania, a gdy po tygodniu status przesyłki nadal nie uległ zmianie, ponownie odezwałam się do właścicielki. Tym razem okazało się, że wszystko już jest w porządku, paczka została wysłana tuż po ostatniej wymianie wiadomości, dostałam numer śledzenia przesyłki, który to potwierdził, uznałam zatem, że mogę spać spokojnie.

Po paru dniach pełna emocji dowiedziałam się ze strony irlandzkiej poczty, że moja przesyłka jest już w Dublinie. Oczekiwałam na nią zatem kolejnego dnia, co jakiś czas odświeżając nerwowo stronę poczty. Wyobraźcie sobie moje poruszenie, gdy okazało się, że dostawa paczki została wstrzymana z powodu niewystarczającego adresu na przesyłce! Znów musiałam uruchamiać kolejne kanały - mejl do poczty, telefon do poczty, koniec końców okazało się, że z adresem jednak wszystko jest w porządku i swoje zamówienie powinnam otrzymać kolejnego dnia.

Tym razem nie mogłam sobie pozwolić na warowanie na listonosza. Mentalnie pogodziłam się z tym, że po powrocie do domu zastanę w nim awizo i czeka mnie wędrówka na pocztę. Nic bardziej mylnego! Według strony poczty, na którą i tego dnia regularnie zerkałam (chciałam wszak wiedzieć, czy awizo leży już na moim progu, czy jeszcze nie) paczka została dostarczona. Jedna z rubryk zawierała nawet nazwisko osoby, która ją odebrała...

Uznałam, że musi chodzić o kogoś z sąsiedztwa. Swoich sąsiadów znam raczej z imion niż nazwisk, czekała mnie zatem wędrówka po kilku domostwach. Nasze osiedle liczy sobie kilkadziesiąt domów, więc raczej nie zakładałam, że odwiedzę wszystkie - z pewnością listonosz zostawił paczkę komuś, kto mieszkał blisko...

Niestety - żaden z moich najbliższych sąsiadów nic nie wiedział o paczce.

Pełna rezygnacji usiadłam z laptopem. Wstukałam w Google nazwisko moich domniemanych sąsiadów, ale rezultaty nie były rewelacyjne - wyszukiwarka z uporem wyświetlała mi informacje o właścicielach pobliskiej apteki, nazywających się tak samo jak osoba u której znajdowała się moja włóczka. Mocno już zniechęcona włączyłam Facebooka. Ten od razu wyrzucił mi poszukiwane nazwisko - moim oczom ukazał się profil kobiety, w którą najwyraźniej miałam wspólną znajomą.

Ową wspólną znajomą była pewna Amerykanka, która od czasu do czasu zajmuje się moimi dziećmi. Skojarzyłam, że swego czasu mówiła, iż ma na moim osiedlu koleżankę z małym dzieckiem. Kobieta z Facebookowego zdjęcia z pewnością miała małe dziecko.

Natychmiast napisałam do znajomej Amerykanki, zerkając jednocześnie tęsknie przez okno. Gdzieś tam, po drugiej stronie drogi w jednym z szeregowych domów przebywała moja włóczka...

Ustalenie tożsamości i numeru domu poszukiwanej osoby poszło sprawnie. Poprosiłam wracającego właśnie do domu małżonka o wstąpienie pod wskazany adres i odebranie przesyłki. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po niedługim czasie pojawił się on na progu nie z jedną, a dwiema paczkami! Listonosz dostarczył bowiem aż dwa zamówienia - owo nieszczęsne niemieckie oraz drugie, amerykańskie, którego jeszcze się nie spodziewałam...


Tak oto kończy się przygoda. Wiecie, nie to żeby mi się nudziło. Ale czekam właśnie aż upiecze mi się obiad i tak jakoś pomyślałam, że w międzyczasie opowiem Wam o wojażach mojej włóczki. Może ktoś z Was też właśnie gotuje i szuka jakiegoś urozmaicenia w tle...;)

środa, 1 listopada 2017

Byłam wegetarianką. Wyznanie mięsożercy

W październiku byłam wegetarianką. Nie zjadłam tego miesiąca ani kawałka kurczaka, ryby czy skorupiaka. Nawet chrupki krewetkowe nie zdołały mnie skusić.

Na pomysł odstawienia mięsa wpadłam już dość dawno, ale jego realizację wciąż odkładałam w czasie. Przez dłuższy czas po przyjeździe do Irlandii byłam wręcz przekonana, że nigdy nic z tego nie wyjdzie, bo tak bardzo rozsmakowałam się w tutejszej wołowinie. W końcu się udało.

Celowo nie zakładałam, że nigdy już nie będę jeść mięsa. W końcu nie wiedziałam jak to będzie - być może zacznę się źle czuć (mam skłonności do anemii), albo zwyczajnie zacznę strasznie tęsknić za kanapkami z szynką. Obiecałam sobie, że w razie problemów wracam do poprzedniego stylu żywienia. Jeśli zaś wszystko poszłoby dobrze, chciałam traktować ten miesiąc wyrzeczeń jako eksperyment i, być może, początek jakichś trwalszych zmian w jadłospisie.

Mój małżonek dość entuzjastycznie podszedł do tematu i postanowił dołączyć. Doszliśmy do wniosku, że najlepszym miesiącem do realizacji naszych planów będzie październik - w tym miesiącu nie wybieraliśmy się w żadną podróż (pomijając trzydniowy pracowy wyjazd Dawida), nikt nie zaprosił nas na imprezę, sami też żadnej nie planowaliśmy.

I tak 30 września pojechaliśmy do Bray pożegnać się z mięchem. Każde z nas zjadło porządnego burgera żartując, że na kolejnego wpadniemy 1 listopada.

Na początku było trochę kiepsko. Po trzech czy czterech dniach miałam wrażenie, że zjadłam już większość łatwo osiągalnych i smacznych wegetariańskich potraw. Przepisy, na które wpadałam w sieci odrzucałam z uwagi na długi czas przygotowywania - lubię gotować, ale długie stanie nad garnkami między poniedziałkiem a piątkiem kompletnie nie wpisuje się w mój grafik.

Pomysł, by zastępować mięso tofu wydawał mi się początkowo genialny, szybko jednak okazał się niewypałem. Ludzie, jak ja nienawidzę teraz tofu. To był zdecydowanie najgorszy składnik wszystkich zawierających je wegetariańskich potraw, jakie jadłam w październiku. Na szczęście poza tym elementem potrawy te były bardzo smaczne.

Planowanie obiadów do końca miesiąca pozostawało sprawą najtrudniejszą, choć z drugiej strony zawsze udawało się coś wykombinować i nigdy nie zdarzyło nam się ugotować dwa razy tego samego. Najlepszy obiad wyszedł nam w dniu, w którym Irlandię nawiedził huragan Ofelia - upiekliśmy dwie wielkie zapiekanki z ciasta francuskiego wypełnione mozarellą, cheddarem, szpinakiem, grzybami i suszonymi pomidorami. Jedliśmy też najróżniejsze makarony, racuchy, naleśniki, pizzę wegetariańską, otonomijaki (coś w rodzaju placków kapuścianych), placki kartoflane, kiełbaski wegańskie (zaskakująco smaczne, ale z kiełbasą miały wspólny tylko kształt)...

To czego mi brakowało w październiku, to wybór. W restauracji musiałam mentalnie skreślić 95% menu. Gotując już po kilku dniach musiałam kombinować. Najłatwiej było ze śniadaniem i kolacją - kanapki z żółtym serem i pomidorem uwielbiam od dziecka, więc wegetarianizm w wersji porannej i wieczornej bardzo mi odpowiadał. Nie zrozumcie mnie źle - to nie jest tak, że ja w kółko jem mięso i zjedzenie obiadu, który go nie zawiera, jest problemem. Po prostu wcześniej mogłam zjeść cokolwiek, kierując się co najwyżej swoim gustem bądź apetytem na daną potrawę. Teraz dochodziło upewnienie się, że do jej składników nie będzie się zaliczać mięso. Wszystko to w moim przekonaniu wynik przyzwyczajeń.

Z innych obserwacji: w październiku zdecydowanie częściej niż zazwyczaj podjadałam, często też towarzyszyło mi uczucie wypełnienia. Nie przełożyło się to w żaden sposób na wagę - 1 listopada pokazała mi to samo co 1 października.

Zupełnie nie spełniły się moje obawy związane z ewentualnym złym samopoczuciem. Wręcz przeciwnie - miałam raczej wrażenie, że mam więcej siły i rzadziej chce mi się spać. Były dni, kiedy niemal czułam się naładowana energią. Nie mam pojęcia, czy miało to jakikolwiek związek z odstawieniem mięsa. Tak czy siak - z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Dzisiaj rano nie rzuciłam się na mięso. Obrzuciłam spojrzeniem leżącą w lodówce szynkę, ale w końcu zrobiłam sobie kanapkę z serem i pomidorem. Za to w moim obiedzie znalazła się kaczka, a wieczorem zjadłam kromkę chleba z pasztetem. Smaczne było, ale skłamałabym twierdząc, że umierałam z tęsknoty za tymi smakami. Mimo wszelkich niedogodności za smakiem mięsa akurat nie tęskniłam.

Aktualnie nie planuję wegetarianizmu do grobowej deski, ale coś mi się wydaje, że ograniczę spożycie mięsa. I sądzę, że wkrótce powtórzę eksperyment, tym razem dopuszczając do jadłospisu ryby i owoce morza.

Dawid znosił to wszystko gorzej, ale dał radę. Choć do tej pory chce mi się śmiać na wspomnienie jego SMS-a z pracowego wyjazdu, w którym odpowiadał na moje pytanie co u niego słychać:
- Zmęczony. Głodny. Wegetarianin.

P.S. Czy ktoś tu lubi tofu?

niedziela, 15 października 2017

Zegarek od Apple'a, czyli niespodziewane kłopoty

Czy tego chcemy czy nie, spora część tego, co nas w życiu dotyka, jest dziełem przypadku. Po względnym odchowaniu trójki dzieci w sumie nie planowałam czwartego. Nie planowałam tak dalece, że gdy odkryłam, że niespodziewanie znów jestem w ciąży, informacją o tym podzieliłam się tylko z najbliższą rodziną. Miałam szczęście - jakimś cudem przez większość okresu mej brzemienności brzuch dawał się skutecznie skrywać pod ubraniem. Do tego stopnia, że chwilami sama zapominałam o tym, że jestem w ciąży - mimo, że podobnie jak poprzednio była to, o zgrozo, ciąża bliźniacza.

Z myślą, że już wkrótce funkcjonować będę nie jako matka trzech, a pięciu córek, jeszcze nie udało mi się oswoić. Oczywiście trochę mnie to przerażało, choć starałam się wszystko sama przed sobą obracać w żart: piątka dzieci? Czemu nie - przynajmniej raz na zawsze odrzucę wizję kupowania samochodu, bo taka mnogość potomstwa do żadnego mi się nie zmieści.

Tego dnia czekała mnie pierwsza poważna wizyta u lekarki prowadzącej moją ciążę. Ponieważ była ona związana kontraktem ze szpitalem, w którym bardzo chciałam rodzić, zaproponowała, że dzisiejsze badania przeprowadzimy właśnie tam. Przy okazji trochę się tam pani rozejrzy, tłumaczyła.

Do placówki dotarłam nieco przed czasem, ale nawet mnie to cieszyło - pogoda była piękna, już po jesiennemu chłodna, ale ulice Dublina wyglądały przepięknie w promieniach słońca, ozdobione stosami opadłych z drzew złotych liści. Szpital mieścił się w starym budynku z czerwonej cegły, do jego wejścia prowadziły stare, kamienne schody. Z przyjemnością usiadłam na jednym ze stopni i wystawiłam twarz do słońca. Pomyślałam, że już wkrótce na dłuższy czas będę musiała się pożegnać z takimi beztroskimi chwilami...

Spojrzawszy na zegarek upewniłam się, że powinnam już wchodzić. Właściwie i tak o tym wiedziałam, ale samo sprawdzanie godziny było dla mnie przyjemnością. Kilka dni wcześniej dostałam od Dawida Apple Watcha i aktualnie była to moja ulubiona zabawka. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie byłam aż tak na bieżąco z czasem.

Będąc już w środku i czekając na lekarkę zdjęłam zegarek z ręki i po raz nie wiadomo który oglądałam go ze wszystkich stron. Nagle kątem oka zauważyłam, że rozwiązała mi się sznurówka od buta. Niewiele myśląc chwyciłam zegarek ustami i z lekkim trudem schyliłam się w kierunku obuwia.

Nie wiem jak to się stało. Wciąż wydaje mi się to absurdalne. Najwyraźniej jednak takie rzeczy się zdarzają. Oto bowiem z przerażeniem odkryłam, że w trakcie zawiązywania sznurówki... połknęłam Apple Watcha.

Zdenerwowana wstałam i pogładziłam się po brzuchu. Pod dłonią wyczuwałam już wyraźnie główkę jednego z bliźniąt. Gdzieś tam w pobliżu tej główki, myślałam w panice, pływa sobie w moim wnętrzu smart watch. A co jeśli nagle przyjdzie mi na niego jakieś powiadomienie? Czy fale, które zostaną wyemitowane, mogą zagrozić moim dzieciom? I co z wibracjami? Przecież były włączone, a sam zegarek był połączony z moim kontem na Facebooku, Twitterze, Messengerze, Instagramie, Gmailu, WhatsAppie, Hangoutach... Oznaczało to, że jakakolwiek notyfikacja z którejś z powyższych aplikacji będzie powodowała wibracje zegarka. Zegarka pływającego spokojnie w moim wnętrzu, gdzieś nie tak daleko od moich nienarodzonych dzieci.

----------
Nie macie pojęcia, jak dobrze było się obudzić... :)

poniedziałek, 2 października 2017

Nawiedzony sąsiad, czyli moja druga najstraszniejsza przygoda w USA

Moja druga najstraszniejsza przygoda w Kalifornii miała miejsce w tym samym roku, co pierwsza, choć nieco wcześniej. Był początek roku, we mnie rosły bliźniaki co było zresztą już doskonale widoczne, ja zaś przeżywałam prawdziwą manię jedzenia zupy serowo-brokułowej.

Miałam na nią ochotę właściwie 24 godziny na dobę. Na szczęście podawano ją w pobliskiej knajpie, takiej, do której dało się dotrzeć bez wsiadania do samochodu, znajdowała się bowiem tuż obok apartamentowca, w którym wtedy miesz
kaliśmy. Regularnie zatem wynosiłam na dwóch spuchniętych  nogach swoje coraz bardziej puchnące ciało w kierunku wyczekiwanej uczty dla podniebienia. Spacer już wtedy był trochę skomplikowany, idąc przypominałam zapewne pingwina i nawet przyszło mi do głowy, że zamiast kombinować z tymi spacerami i jeszcze wydawać pieniądze, powinnam raczej gotować sobie tę cholerną zupę w domu, wtedy mogłabym mieć ją w ilościach hurtowych, bez ograniczania się do niewielkiej miseczki - niestety, zupa brokułowo-serowa okazała się być jedną z potraw, które absolutnie nie chciały mi się udać, ser zbijał się i nie chciał przemienić w delikatną, lekko słonawą zawiesinę.

Chodziłam zatem na tę swoją zupę, pochłaniałam ją, czytając lepszą lub gorszą książkę, a potem wracałam do domowego zacisza. Tak samo było i tym razem - szłam klikając w smartfona, gdy nagle zauważyłam, że idący koło mnie człowiek zrównuje ze mną krok. Pierwsza myśl, jaka przyszła i do głowy, była taka, że przez nieuwagę jakoś zaszłam mu drogę i on właśnie próbuje mnie minąć, zwolniłam zatem znacznie, czekając, aż przejdzie obok. Gdy to nie nastąpiło, spojrzałam na idącego obok faceta, który ni stąd ni zowąd zapytał:
- All you all right?

Trochę zdębiałam. Fakt, mogłam nie wyglądać na okaz sił witalnych, ciąża bliźniacza jest lekko męcząca, poza tym dopadła mnie anemia i męczył ból kręgosłupa, ale na swój sposób byłam do tego przyzwyczajona i nie wydaje mi się, żebym sprawiała wrażenie kogoś kto może np. zemdleć. Z drugiej jednak strony facet mógł po prostu być troskliwy, może sam miał żonę albo siostrę w ciąży (był mniej więcej w moim wieku), albo jakieś złe doświadczenia. Zapewniłam go zatem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i ruszyłam dalej przed siebie.

Facet też ruszył przed siebie, problem polegał jednak na tym, że najwyraźniej zmierzał w tym samym kierunku. Okazało się bowiem, że mieszkał w tym samym apartamentowcu - kiedy doszliśmy do bramy, otworzył ją swoim dyngsem, a potem szedł wraz ze mną przez ciemne korytarze. W tym czasie zdążył mnie zapytać:
- skąd jestem,
- jakimi językami mówię,
- czy mój mąż się cieszy z ciąży

...i o kilka innych rzeczy, oraz powiedzieć:
- że pracuje w PayPalu
- że jego dziewczyna mówi po angielsku, francusku i jeszcze w jakimś języku
- że nasz apartamentowiec jest super

...i kilka innych rzeczy. Był to trochę dziwny potok informacji jak na kogoś, kogo "znałam" od trzech minut, ale naprawdę przestraszyłam się, kiedy facet podszedł ze mną pod drzwi naszego mieszkania. Zapytał, czy jestem pewna że nic mi nie będzie, a kiedy zwróciłam się w kierunku drzwi, objął mnie na pożegnanie.

Wpadłam do środka, zamknęłam drzwi na klucz, przypominając sobie jednocześnie teorię znajomego, w myśl której włamywać się do kalifornijskiego domu czy mieszkania należy przez ścianę, a nie przez drzwi, bo drzwi akurat są w miarę solidne, natomiast ściana to taka byle jaka sklejka. Siadłam do komputera i spuchniętymi palcami wystukałam kilka spanikowanych wiadomości do D. Wszystko to było kompletnie absurdalnie - facet nie zrobił w sumie nic złego (poza naruszeniem mojego "bąbla", jak nazywa to moje sześcioletnie dziecko), ale to akurat mogło mieć jakieś uzasadnienie i wynikać np. z wychowania czy różnic kulturowych. Całość jednak była dziwna i niepokojąca.

I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi, a ja cała zdrętwiałam.

Oczywiście najprostsze wyjaśnienie było takie, że dzwoni listonosz. W ciąży przeżywałam prawdziwą manię tworzenia biżuterii i non stop przychodziły do mnie jakieś paczki z koralikami. Odczekałam chwilę i podeszłam do drzwi. Wyjrzałam przez wizjer i zauważyłam znajomą sylwetkę mojego nowego znajomego, znikającą za rogiem korytarza.

No i teraz byłam już nieźle przestraszona. A ponieważ wyobraźnia działa u mnie zwykle na wysokich obrotach, przez kilka kolejnych tygodni nie chodziłam już na zupę brokułową, a w torebce nosiłam nóż.

Nic się jednak nie działo - nikt dziwny nie dzwonił do moich drzwi, nikt mnie nie zaczepiał. Oczywiście co jakiś czas myślałam o tym wszystkim - coraz bardziej prawdopodobna wydawała mi się teoria, zgodnie z którą facet miał jakąś obsesję na punkcie bab w ciąży. Samotny nie był, mówił przecież że ma dziewczynę, zdaje się też, że mieszkanie wynajmował wspólnie  kolegą. Po jakimś czasie uspokoiłam się, wyjęłam nóż z torebki (noszenie go tam też nie było super bezpieczne) i powoli zaczęłam zapominać o sprawie.

Pewnego dnia dzwonek do drzwi zadźwięczał ponownie. Nawet nie przyszło mi do głowy, że to może być tamten człowiek - minęło za dużo czasu. Otworzyłam więc bez namysłu i oto miałam go przed sobą, stojącego z niewielkim szmacianym pakunkiem w ręku. Gość zaczął mi tłumaczyć, że mają jakąś akcję w mieszkaniu, jakąś dezinsektyzację czy coś w tym stylu i muszą wynieść swoje rzeczy, on właśnie wynosi do znajomego laptopa i jakiś inny sprzęt (pokazał mi swój wypchany plecak), ale chciał zapytać czy nie mogłabym mu przechować tej paczki, którą trzymał.

Patrzyłam na niego niepewnie, bo w ogóle mi się to nie podobało. Facet musiał to zauważyć, bo zaczął zapewniać, że w tym pakunku niczego takiego nie ma, on mi zresztą zaraz wszystko pokaże - ot, strój na siłownię, wyjaśniał, pokazując mi jakąś zwiniętą koszulkę i spodenki. Pojęcia nie mam, dlaczego kolega mógł mu przechować laptopa, ale koszulki i spodenek już nie. Wiem, że prawdopodobnie w ogóle nie powinnam brać od niego tej paczki, ale z drugiej strony bałam się tego nie zrobić. Kiedy już ją przyjęłam, gość chciał jeszcze się umówić na jej odbiór - najchętniej za kilka godzin. Powiedziałam, że za kilka godzin to absolutnie nie będzie mnie w domu (miałam zamiar być, ale postanowiłam zmienić plany i trzymać się jak najdalej od tego miejsca przez kolejne godziny) i podałam godzinę wieczorną, żeby być pewną iż D. będzie już wtedy w domu.

Nigdy więcej nie widziałam tego człowieka, bo wieczorem paczkę oddał mu mój mąż. I do tej pory nie wiem o co w tym wszystkim chodziło. Wrażenia D. były podobne jak moje - z gościem zdawało się być wszystko w porządku, choć robił dziwne rzeczy. Nie aż tak dziwne jednak, żeby dało się do czegoś jakoś konkretnie przyczepić. Podryw mocno ciężarnej baby na zawiniątko ze strojem gimnastycznym wydaje się dość zaawansowaną teorią.

Kilka miesięcy później wynajęliśmy inne lokum, choć nie ze strachu przed sąsiadem. Jakoś po tym, gdy D. przekazał mu paczuszkę moje nerwy zdołały się uspokoić.

A Wy coś z tego rozumiecie?:)

czwartek, 28 września 2017

Moja najbardziej przerażająca przygoda w Kalifornii

Wczoraj lało i wiało do tego stopnia, że poważniej niż zwykle zaczęłam rozważać kupno samochodu. Broń Boże nie chciałabym nim jeździć codziennie - mieszkam w miejscu zapewniającym mi rzetelną dawkę codziennego spaceru, z którego za nic nie chciałabym rezygnować. Ale jeśli mogłabym od czasu do czasu uniknąć przemoknięcia do suchej nitki, to może jednak...? Dziś jednak poranek przywitał mnie pięknym słońcem i wszelkie samochodowe idee uciekły z mojej głowy w siną dal.

Ale coś mi się przypomniało. Coś, o czym zaraz Wam opowiem. I może nawet niektórzy z Was uwierzą, że czasem lepiej nie mieć samochodu niż go mieć. Albo inaczej: czasem fakt posiadania samochodu może być przyczynkiem do powstania sytuacji co najmniej nieprzyjemnych.

To była końcówka listopada w 2014 roku. Kalifornia tonęła w oparach słonecznych promieni, a ja od dwóch tygodni po raz pierwszy w życiu mieszkałam w domu. W domu, nie w mieszkaniu. Właśnie dlatego tak dobrze pamiętam, kiedy to się wydarzyło: przeprowadziliśmy się z San Jose do Mountain View, z którego było dość daleko do dotychczasowego przedszkola E. Postanowiliśmy zatem ją wypisać i poszukać innej, bliższej placówki. Dzień, o którym mówię, był jej ostatnim w starym przedszkolu. Gdyby coś takiego wydarzyło się wcześniej, ten ostatni dzień nastąpiłby zapewne o wiele dawniej.

Ale po kolei.

Późnym popołudniem jak zwykle podjechałam pod budynek przedszkola. Parking był tam dość mizerny - mieścił może 10 aut, więc o ile nie przyjechało się odpowiednio wcześnie, pozostawało parkowanie przy ulicy. Nawet mi to pasowało - było to jak najbardziej legalne i prostsze niż celowanie w konkretne wąskie miejsce, z którego potem trzeba było jakoś wyjechać. Biorąc pod uwagę fakt, że podobnie jak większość odbierających dzieci matek byłam posiadaczką minivana, jakieś tam znaczenie to miało.

Zaparkowawszy samochód zwróciłam uwagę na pojazd stojący przede mną. Natychmiast go rozpoznałam - niewątpliwie należał do faceta mieszkającego naprzeciwko przedszkola. Gość był dość malowniczym typem - wyglądał jak podstarzały hippis, z długą białą brodą, niedbałym strojem i nieprzytomnym wzrokiem. Pod jego domem zawsze stało kilka zdezelowanych aut. Teraz jedno z nich stało tuż przede mną, a jego właściciel zajęty był wyciąganiem z jego wnętrza kolejnych toreb z zakupami i przenoszeniem ich na drugą stronę jezdni. Nie zastanawiając się nad tym wszystkim za bardzo, wyjęłam ze swojego bagażnika wózek, do którego zapakowałam swoje kilkumiesięczne bliźniaki i poszłam odebrać ich starszą siostrę.

Kiedy wróciłam do samochodu, zapakowałam wózek i trójkę dzieci do środka, zajęłam miejsce kierowcy i zamarłam. Przed sobą nadal miałam zaparkowane auto dziwnego faceta. Za sobą zaś - kolejny z jego zdezelowanych samochodów. Facet zwyczajnie mnie zastawił. W tej chwili stał naprzeciwko, przed swoim domem i kiwając się w przód i w tył wpatrywał się we mnie uważnie. Zauważyłam, że przed jego domem znajduje się przedziwna dekoracja - co najmniej kilkanaście drewnianych krzyży wbitych w ziemię. Pojęcia nie mam o co w tym chodziło (prawdopodobnie po prostu o to, że facet był dziwny), wiem natomiast, że budziło dość przerażające wrażenie. Uwierzcie - ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, do kogo powinnam podejść i poprosić o przestawienie samochodu.

Nie wiedziałam co robić, zaczęłam więc od napadu paniki. Potem, zdaje się, wysłałam Dawidowi wiadomość odnośnie sytuacji. Być może powinnam zadzwonić po jakąś policję czy inną pomoc drogową, ale byłam zbyt przerażona żeby racjonalnie myśleć. Myślałam o tym, że facet pewnie celowo zastawił moją Hondę, żebym pieprznęła w jego auto i spowodowała szkodę, za którą musiałabym zapłacić.

To było najdłuższe wycofywanie w moim życiu, polegające na wielokrotnym podjeżdżaniu i cofaniu
- a przynajmniej tak odebrała to moja psychika. Byłam przerażona, dzieci na tylnym siedzeniu również. Ostatecznie wyjechałam szczęśliwie, w czym niewątpliwie pomogła mi kamerka. Jechałam do domu z bijącym sercem i niesamowitym poczuciem ulgi. Do tej pory zdarza mi się opowiadać o tamtym zdarzeniu. Po 3 latach nadal nie wiem dokładnie o co w nim chodziło. Wiem natomiast, że była to jedna z dwóch najbardziej przerażających rzeczy, które spotkały mnie w Stanach*.

Teraz moje dzieci pokonują drogę do przedszkola i szkoły pieszo. Dzięki temu żaden podejrzany koleś z krzyżami pod chałupą nie może mnie zastawić.

P.S. Nie, to nie sen.


*Chcecie usłyszeć o tej drugiej?:)