poniedziałek, 6 marca 2017

Gra z wyrokiem śmierci

Niby od dawna mówiło się, że zakup i rejestracja najnowszego dodatku do Gry będzie niosło ze sobą pewne ryzyko, ale chyba nikt do końca nie traktował tego poważnie. A może niepewność i ewentualne zagrożenie podnosiło poziom adrenaliny, co z kolei przekładało się na lepszą sprzedaż? Coś w tym wszystkim musiało być. Nie jestem odważna, po kilkunastu latach od pierwszego lotu wciąż boję się podróży samolotem, wizja moich dzieci bawiących się na placu zabaw pod okiem opiekunki pełna jest krwi i złamanych kończyn, a na nartach nie nauczę się jeździć ze strachu przed pędem powietrza i możliwością zderzenia się z drzewem.

A jednak bez większego wahania kupiłam Grę, w której zarejestrowanie się pociągało za sobą bardzo poważne konsekwencje.

Umowa producent - gracz zakładała bowiem, że użytkownicy dysponujący ostatnim dodatkiem muszą go przejść i to w określonym z góry czasie. Jeśli tego nie zrobią - umrą. Nie tak na niby, wirtualnie. Umrą naprawdę, w realnym życiu, pozostawiając za sobą zrozpaczonych przyjaciół i członków rodziny, niezapłacone rachunki i nieukończone projekty. Być może dlatego, że brzmiało to tak nierealnie, groźba nie wpłynęła negatywnie na zainteresowanie Grą.

Przejście gry miało w sobie element losowy. Należało ukończyć kilka niezależnych od siebie sekwencji, na pojawianie się których na ekranie nie miało się większego wpływu. Dana sekwencja mogła pojawić się wielokrotnie, każdorazowo zmuszając gracza do ponownego uporania się z nią - co za którymś razem nie stanowiło już wysiłku intelektualnego, zjadało jednakże cenny czas. Szansa na trafienie na daną sekwencję po raz pierwszy związana była z natężeniem ruchu na serwerach Gry. Logika podpowiadała, że największe będzie one pod koniec okresu ochronnego (po którym gracze, którym nie udało się przejść Gry, będą umierać). Obiecałam sobie zatem, że wezmę się za to wszystko od razu, tak by spokojnie ukończyć wszystkie elementy dzielące mnie od sukcesu.

A potem zachorowałam.

Dobrze pamiętam ten poniedziałkowy poranek, kiedy obudziłam się nareszcie bez gorączki i pulsującego bólu w zatokach. Wstałam rześka, ubrałam dzieciaki. To był dzień basenu, co prawdopodobnie nie było najlepsze w pierwszy dzień po chorobie. Będę musiała odebrać E. z zajęć poszkolych nieco wcześniej niż zwykle, po to by odprowadzić ją na lekcję pływania. Budynek mieszczący w sobie basen znajdował się na wzgórzu, na które wchodzenie z obciążeniem w postaci zawierającej dwie bliźniacze dziewczynki spacerówki nie należało do przyjemności. No, ale skoro trzeba...

Tuż przed wyjściem do szkoły zastygłam w bezruchu. Uświadomiłam sobie, że dziś jest ostatni dzień Gry. Co gorsza, w wyniku różnicy czasu między Irlandią a miejscem, w którym znajdowały się serwery, do otrzymania wyroku śmierci zostało mi zaledwie kilka godzin. Czy mam szansę wyrobić się przed popołudniem? Nerwowo myślałam o tym, że chyba tak: Grę udało mi się całkiem solidnie rozgrzebać w ubiegłym tygodniu. Zostawiłam ją tylko na kilka dni, które spędziłam w łóżku z gorączką. Po przeanalizowaniu sytuacji doszłam do wniosku, że na wszystko może mi zabraknąć mniej więcej pół godziny.

Odprowadziłam E. do szkoły i żegnając się z nią powiedziałam:
- Będziesz musiała dziś sama pójść na basen. Mama może nie zdążyć po ciebie przyjść. Wypatruj mnie na miejscu, a jeśli mnie nie będzie, po prostu idź na zajęcia.

Wróciwszy do domu posadziłam bliźniaki przed telewizorem, sama zaś włączyłam komputer. Starałam się skupić na grze, wyciszając emocje, ale nie było to proste. Czy zobaczę jeszcze kiedyś E.? A jeśli nie zdołam ukończyć gry, jak to wszystko się odbędzie? W jaki sposób umrę? Czy będzie to przypominało omdlenie i po prostu mąż znajdzie mnie wieczorem martwą na podłodze, czy może domem wstrząśnie nagle eksplozja, szkodząc nie tylko mnie, ale i dzieciom?

Uderzałam w klawiaturę komputera sparaliżowana strachem przed niewiadomą.

Jak na ironię postaci występujące w Grze reprezentowane były przez bohaterów disneyowskiej "Krainy lodu". Patrzyłam z nienawiścią na Annę i Elsę, które były dla mnie prostą drogą do niepewnej śmierci.

A potem się obudziłam, ze świadomością, że może to i jest poniedziałek z basenem, pierwszy dzień po weekendzie spędzonym w łóżku wprawdzie bez gorączki, za to z zapchanymi zatokami i fatalnym samopoczuciem, za to motyw Gry należy do innego świata. Do którego nie mam szansy trafić tak długo, jak długo znów nie zasnę.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (6). Minister Wojny i jego koparki

- Jest nam bardzo przykro, że tło dla naszych uroczystości stanowią wydarzenia tak haniebne. Śmierć mojego brata, który poległ z ręki nieznanego sprawcy to okoliczność tym bardziej smutna, że Santiago miał polskie korzenie. Zapewne cieszyłby się mogąc dziś świętować z nami zawarcie tej historycznej umowy handlowej pomiędzy Polską i San Escobar.

- Nie poległ, tylko przedawkował, ty drobiowy kurduplu - mruknął Juan w kierunku Hectora Moravskiego przemawiającego z ekranu telewizora. W tej chwili żałował, że tego wieczoru w ogóle sięgnął po pilota. Dzisiaj skończył pracę nieco później niż zwykle i obiecał sobie kilka godzin relaksu. Zaczęło się nawet nieźle - zaraz po wejściu do mieszkania wziął długi prysznic. Potem zrobiło się jeszcze lepiej - niespodziewanie odwiedziła go Alicia w towarzystwie butelki białego wina. Wino chłodziło się w lodówce, zaś policjantka odświeżała się właśnie w mikroskopijnej łazience Juana, który czekając na byłą kochankę automatycznym ruchem włączył telewizor. No i jakoś tak zostało.

- Ty w ogóle wiesz, o co chodzi w tej całej umowie? - zapytała znudzonym tonem długonoga policjantka.
- Tyle co wszyscy - wzruszył ramionami Juan. - Będziemy sprzedawać Polsce koparki.
- Tia. Tylko dlaczego europejski kraj ma je sprowadzać właśnie z San Escobar? - zastanawiała się Alicia. - Przecież to nie ma żadnego sensu. Jeśli już muszą je ściągać z tak daleka, chyba rozsądniejszym wyborem byłyby Chiny. A i tak przy sprzęcie o tych gabarytach Polsce powinno się opłacać produkowanie tego u siebie.
- Niby tak. Ale to nie nasz interes. Jeśli jakieś państwo w Europie ma fantazję kupować sobie koparki w San Escobar i w dodatku zamierza nam za to konkretnie zapłacić, to w sumie czemu nie? - stwierdził Juan i podnosząc się z kanapy dodał: - Idę po wino, powinno mieć już odpowiednią temperaturę.

Umowa handlowa, która stała za trwającą właśnie wizytą dyplomatyczną Polaków zaiste wydawała się kuriozalna. Jakiś czas temu polski Minister Obrony Narodowej (zwany niekiedy w kuluarach Ministrem Wojny) zwrócił się do rządu San Escobar z prośbą o przygotowanie oferty sprzedaży koparek. Chodziło o konkretne liczby - Polska chciała nabyć tysiące sztuk. Dlaczego? Tego do końca nie wiedział nikt w żadnym z dwóch zainteresowanych krajów. Gdyby Juan interesował się trochę Polską i znał język sojuszników, mógłby się łatwo dowiedzieć, że cała sprawa spowodowała prawdziwy wylew internetowych memów i plotek. Niektórzy twierdzili, że ministra zachwycił sam wygląd koparek, które poruszały się na gąsienicach przywodzących na myśl czołgi. Plotkę tę zdawał się potwierdzać fakt, o którym Juan nie miał oczywiście zielonego pojęcia - otóż koparki miały zostać pomalowane w barwy moro. Był też inny trop, który w zasadzie nie kłócił się z tym pierwszym. Otóż złośliwi twierdzili, że wszystko to było kaprysem młodego protegowanego pana ministra, urokliwego dwudziestokilkulatka o sympatycznym wyglądzie niedźwiadka. Chłopiec chciał zabawki, więc pan mu je kupował.

Oczywiście były też bardziej racjonalne wyjaśnienia, jak na przykład to, że Polska właśnie przygotowywała się do wdrożenia programu mieszkaniowego, mającego na celu pomoc młodym rodzinom. A wiadomo - gdzie budują się domy, tam potrzebne są koparki. Przynajmniej w XXI wieku.

Rzecz jasna Juan nie oglądał polskich serwisów informacyjnych. Dlatego właśnie ominęły go liczne spoty reklamowe i zdjęcia billboardów,  rozgłaszających w Polsce całe przedsięwzięcie. Nagle w blokach reklamowych pojawiły się filmiki z ludźmi ścigającymi się na koparkach, koparkami ścigającymi się z czołgami, żołnierzami, którzy z przewieszonymi przez ramiona karabinami zeskakiwali z koparek… Spotom i billboardom towarzyszyły kojarzące się militarnie hasła w językach polskim i hiszpańskim, takie jak “La construccion de esta guerra”.

Tak czy siak, z punktu widzenia obywateli obu krajów wszystko to wyglądało na jeden wielki absurd, zwłaszcza w zestawieniu z uroczystą fetą, która z tej okazji odbywała się w centrum Santo Subito.


- Wariatów nie sieją, sami się rodzą - Juan dzielił się swoimi rozważaniami z Alicią, jednocześnie nalewając wino do kieliszków. - Zresztą może to będzie dla nas niezły interes? Ponoć w Stanach jakiś wariat chce budować gigantyczny mur. Kto wie, może i on kupi nasze koparki?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (5) Narkotyki niedoszłego premiera

Juan siedział za kierownicą swojego wysłużonego samochodu, nerwowo bębniąc opuszkami lewej dłoni o kierownicę i rozmyślając o prowadzonym właśnie śledztwie. Łatwo nie było. Dzięki raportowi patologa wiedzieli już, że wycięcie serca Santia
go Moravskiego nie było jednocześnie aktem jego zabójstwa. Wyniki przeprowadzonych badań jednoznacznie stwierdzały, że polityk zmarł kilka godzin przed utratą mięśnia sercowego. Udało się nawet stwierdzić przyczynę zgonu - testy krwi denata wskazywały na silne przedawkowanie metaamfetaminy. W momencie otrzymania tych wyników Juan nie mógł być nawet przesadnie zdziwiony - był już po lekturze dzienników Santiago, znalezionych w jego gabinecie. Oczywiście niedoszły premier nie opisywał tam ze szczególną dbałością o detale swoich alkoholowych ekscesów, jednak wprawiony w kontaktach z dilerami śledczy mógł stwierdzić z całą pewnością, że chodzi o notatki faceta, który brał. I to od wielu lat.

Juan westchnął, myśląc o plotkach, jakie krążyły wokół kurczakowego biznesu Hectora Moravskiego  Mało kto mógł uwierzyć, że regularny, masowy transport mięsa z San Escobar do Stanów Zjednoczonych był tym, co naprawdę wyniosło jego właściciela na szczyty. Wątpliwa była również opłacalność takiego handlu, zwłaszcza na dłuższą metę, tymczasem sanescobariańskie kurczaki wędrowały do Nowego Meksyku już od kilkunastu lat, opłacając nie tylko kosztowny transport, ale i przynosząc tym i owym sporą fortunę.

A teraz okazywało się, że przyczyną śmierci Santiago Moravskiego było przedawkowanie metaamfetaminy.

Wpatrując się w czerwone światło Juan wrócił wspomnieniem do rozmowy z Hectorem. To było ich drugie spotkanie po śmierci jednego z bliźniaków. Juan znów siedział przy stoliku w staromodnie urządzonym salonie, pogryzając kruche ciasteczka przyniesione przez panią Jadwigę. Śledczy przeczuwał, że tym razem będzie trudniej. I niestety miał rację.

- Co mi pan tu będziesz insynuował? - krzyczał Hector Moravski, a jego okrągła, zazwyczaj blada twarz zrobiła się czerwona aż pod nasadę siwych włosów. - Mój brat odmawiał wypicia piwa, a co dopiero tu mówić o narkotykach! Czyja to jest robota, ja się pytam? Czy policja w tym kraju jest jeszcze instytucją niezależną, czy ten cholerny układ przedostał się nawet do was?
- Z faktami nie sposób dyskutować - bronił się Juan, zerkając nerwowo na Adriana, który był tu również i tym razem, z misją sporządzania notatek ze spotkania. - Badania wykazały…
- A nie zastanawia pana kto przeprowadzał te badania? - zasyczał Hector. 
- Nie musi. To doktor Geronimo, nasz najlepszy…
- Antonio Geronimo! - wykrzyknął biznesmen. - Proszę pana, czy ja naprawdę muszę panu mówić kim jest Antonio Geronimo, z jaką opcją polityczną on sympatyzuje? Ja mogę pana zapewnić, że w ostatnich wyborach on na pewno nie głosował na mojego brata. I teraz dziwnym przypadkiem, po przegranej Santiago, bada jego ciało i stwierdza spożycie narkotyków, tak? Czy pan naprawdę uważa to za przypadek? Proszę pana, ile pan ma lat?!
- Trzydzieści pięć - wymamrotał Juan, wpatrzony w pusty talerzyk po ciastkach.
- To daje panu jakieś dziesięć lat w policji, tak? A zastanowił się pan nad tym, gdzie spędzi pan kolejne dziesięć?! Trzydzieści pięć lat… Dorosły facet i nie pamięta, z jaką redakcją jeszcze niedawno związany był Antonio Geronimo? Z “Prawdą i legendą”, proszę pana…

“Prawda i legenda” było antyklerykalnym magazynem, dość wyróżniającym się w słynącym z katolicyzmu San Escobar. Juan nigdy nie miał go w ręku, ale z prasą w ogóle był raczej na bakier, pomijając oczywiście prasówkę, którą odbębniał w związku z wykonywaną pracą oraz zawodowym kontaktem z mediami. Rzecz jasna nie było najmniejszego sensu w tłumaczeniu tego Hectorowi Moravskiemu, który rozsierdzony do granic możliwości najwyraźniej dawał do zrozumienia, że wbrew solennym zapowiedziom współpraca z nim nie będzie łatwa. Policjanta bardzo niepokoił fakt, że biznesmen zdawał się próbować upolitycznić śmierć brata. Oczywiście na tym etapie śledztwa wielu hipotez nie dało się jeszcze wykluczyć, jednak najbardziej prawdopodobne wydawało się zwykłe przedawkowanie, celowe (samobójstwo) bądź też nie.

Oczywiście wciąż pozostawał niewyjaśniony wątek wyciętego serca. Juanowi marzyło się spokojne śledztwo, bez konieczności przesadnego uważania na polityczne bomby. Tak się jednak złożyło, że usunięty organ należał do niedoszłego premiera, ważnego członka największej partii opozycyjnej w parlamencie.

Sytuacja zdawała się wymykać spod kontroli. Hector zwołał konferencję prasową, na której w dobitny sposób oskarżył organa śledcze o wspieranie partii rządzącej Obiecał też, że nie spocznie, póki prawda o śmierci jego brata, niedoszłego premiera Santiago Moravskiego nie ujrzy światła dziennego. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Partia jego brata natychmiast wciągnęła śmierć bliźniaka na sztandary, domagając się uznania, że zmarły stracił życie w wyniku okrutnego aktu wycięcia serca oraz skierowania śledztwa na tory zakładające polityczny motyw mordestwa. Na najbliższy weekend przed siedzibą parlamentu planowany był obywatelski protest. A wszystko to przy trwającej właśnie wizycie dyplomatycznej przedstawicieli najważniejszego sojusznika państwa.


Juan nigdy nie interesował się polityką bardziej niż to było konieczne w przypadku policjanta dobrze wykonującego swoją pracę. Teraz jednak nie mógł się powstrzymać od rozważań na temat tego, jak całe zamieszanie wpłynie na główny temat spotkania między politykami San Escobar i Polski, a mianowicie planowaną umowę handlową. Umowę, jakiej świat jeszcze nie widział.

piątek, 20 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie, czyli co dobrze mi się czytało w 2016 roku

Słuchajcie, San Escobar jest jak najbardziej wciąż na tapecie, ale muszę zrobić małą przerwę na notkę podsumowującą moje czytanie w 2016 roku, bo jak tak dalej pójdzie zastanie nas tu grudzień i będę mieć dwa lata do nadrobienia.

Czytelniczo to był bardzo dobry rok. Mimo różnych zawirowań, zmian, przeprowadzek, parokrotnego zmieniania kraju pobytu i grudnia wypełnionego składaniem mebli z Ikei (po złożeniu zawartości kilkudziesięciu kartonów stanowczo uważam, że ludziom którzy składają to za pieniądze płaci się za mało) moje czytelnicze doświadczenie zwiększyło się o 155 tytułów.

Nie, nie omówię tu 155 książek. Zajęło by mi to pewnie więcej czasu niż napisanie wszystkich odcinków mojego kryminału o San Escobar. Po zastanowieniu stwierdziłam też, że nie będę Was raczyć opiniami o kiepskich książkach. Zrobię tylko jeden mały wyjątek. "Nakarmić kamień" Bronki Nowickiej przeczytałam już kilka miesięcy temu i do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu, który nakazał członkom jury nagrodzenie tej książki nagrodą Nike. Serio, Nobel dla Dylana to przy tym rewelacyjna decyzja.

No dobrze, przejdźmy do pozytywów. Od czasu do czasu ktoś prosi mnie o polecenie "fajnej książki", dla siebie bądź na prezent, może więc ta notka na coś się przyda.

W 2016 roku rozpoczęłam przygodę z serią kryminałów Katarzyny Puzyńskiej. Nie żałuję. Lekkie, przyjemne, swojskie. W sam raz na czas przeprowadzek i długie jesienne wieczory w tym coraz ohydniejszym świecie. Swoją drogą, zauważyliście, że bohaterowie współczesnych powieści, tych z półki "rozrywka", często nie mają poglądów politycznych? I bardzo mnie to cieszy. Będę wracać do kolejnych tomów serii Puzyńskiej, to dobre schronienie przed rzeczywistością.

Chciałam się też pochwalić, że w końcu przeczytałam biografię Steve'a Jobsa pióra Waltera Isaacsona i bardzo mi się podobała. Mam ogólną słabość do biografii, może przez to, że od dziecka piszę pamiętniki. Tę konkretną przeczytałam w bardzo dobrym momencie, niedługo przed wyprowadzką z Doliny Krzemowej, dzięki czemu zdążyłam jeszcze podjechać pod dom rodziców Jobsa, ten od słynnego garażu. Niestety okazało się, że przyjeżdża tam bardzo dużo ludzi, co wkurza jego obecną mieszkankę. W ogóle się jej nie dziwię, choć ja na jej miejscu na pewno nie chciałabym mieszkać w domu, pod który codziennie ktoś podjeżdża robić sobie selfie.

Skoro już jesteśmy przy tematach okołobiograficznych, to przy okazji polecę pozycję "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusza Urbanka. Książka przedstawia sylwetki i losy, zarówno zawodowe jak prywatne, grupy genialnych uczonych, którzy zaczynali swoją karierę w przedwojennym Lwowie. Jeśli ktoś tak jak ja interesuje się trochę projektem Manhattan, to znajdzie tu coś dla siebie.

Wśród luźniejszych książek, które zapamiętałam bardzo pozytywnie, na pewno jest "Najlepsza książka świata" Petera Stjernstroma. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale ja mam trochę prymitywne poczucie humoru i sceną, w której bohater mówi "ty pieprzony muffinie", autor kupił mnie kompletnie. Polecam w ramach rozrywki.

Czas na podziękowania dla Kasi O., która poleciła mi książkę "Tales of the City". Ta powieść to dokładnie takie San Francisco, jakie znałam i jakie czułam. Opowieść o grupie młodych ludzi żyjących w tym dość specyficznym mieście pod dachem pewnej przemiłej hodującej marihuanę pani to historia osobistych dramatów, radości i tajemnic. Wszystko w mocno hippisowskim klimacie Kalifornii lat 70. Naprawdę bardzo się cieszę, że Armistead Maupin napisał tego więcej części. Kilka mam już za sobą i na pewno będę wracać.

Bardzo podobały mi się "Czarne liście" Mai Wolny. To opowieść o historyczce badającej relacje polsko-żydowskie w latach czterdziestych. W historię jej starań o zachowanie pamięci o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat wpleciony jest dramat zaginięcia córki, być może uprowadzonej przez ojca. Dobra, przepełniona ciepłą wrażliwością książka.

Lektura książki "Białystok" Marcina Kąckiego nie była może przyjemna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Była poruszająca. To obraz miasta od dawna borykającego się z problemem antysemityzmu i rasizmu, jednocześnie będącego kolebką języka esperanto i zabiegów in vitro w Polsce. Historia terenów, których wielokulturowej przeszłości dziś zdaje się nikt nie pamiętać. Bardzo smutny i bardzo ważny zbiór reportaży.

Pozostańmy jeszcze przy non-fiction. Jeśli zastanawiacie się, czy "Ceaucescu. Piekło na ziemi" Thomasa Kunze jest warte przeczytania, to gorąco zapewniam, że tak. Świetnie napisana, poparta licznymi źródłami, rzetelna biografia Nicolae Ceaucescu, historia jego politycznej kariery i obraz Rumunii czasów komunizmu to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku.

Jedną z ostatnich pozycji, po którą sięgnęłam pod koniec grudnia, była ostatnia książka Szczepana Twardocha, "Król". Uwielbiam. Obraz Warszawy z lat 30. XX wieku, miasta wielokulturowego, nierzadko rządzącego się brutalnością, borykającego się z problemami narodowościowymi i społecznymi, przedstawiony pięknym, a jednocześnie ostrym i bezkompromisowym językiem. No właśnie, ten język - uwielbiam sposób pisania Twardocha i trochę mu go zazdroszczę.

Na tym chyba skończę podsumowanie - jeśli ktoś chciałby poznać szczegóły moich czytelniczych perypetii w 2016 roku, to zapraszam tutaj.

No i chyba będę musiała wrócić do częstszych podsumowań czytelniczych, bo inaczej wychodzi z tego straszny bajzel.

Miłego czytania i do zobaczenia w San Escobar,

Agata.

środa, 18 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (4). Upadły anioł i ciasteczka u Hectora

Juan był wściekły. Jego nastrój oddawał rytm uderzeń palców w klawisze komputera, umysł zaś wędrował nieco poza zakres tematu służbowego maila, który właśnie wybijały palce.

Przede wszystkim, poranna odprawa poszła fatalnie. Xavier, szef komendy, facet w sumie niegłupi, tym razem zachowywał się, jakby zupełnie postradał rozum. Wyglądało to tak, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Juan potrafił to zrozumieć - sprawa należała do tych, których większość śledczych wolałaby nie dotykać nawet kijem. Jeden błąd mógł zaważyć na całej karierze zawodowej - lub wręcz jej braku. Jednak tego, że pod wpływem uzasadnionego stresu Xavier zaczął podejmować kretyńskie decyzje personalne, Juan już zrozumieć nie mógł. Przede wszystkim okazało się, że Alicia wcale nie będzie jego partnerką w tym śledztwie. To, że życia prywatnego z zawodowym czasem lepiej nie łączyć było tu dobrym uzasadnieniem, ale do Juana, który całą noc śnił o długich nogach obciągniętych do wysokości kolan granatową ołówkową spódnicą średnio to trafiało. Zresztą, brak przydzielenia Alicii do tej sprawy było czymś, z czym po prostu musiał się pogodzić. Nie potrafił  natomiast pogodzić się z faktem, że zamiast byłej dziewczyny przydzielono mu Adriana Zalewskiego.

Przypadek Zalewskiego był dość szczególny. Ten polski policjant pracował u nich od niedawna, jasne już jednak było, że zdobywanie sympatii współpracowników nie jest jego dobrą stroną. Nie jest łatwo pałać chęcią nawiązania przyjaźni z gościem, który niemal zawsze pojawia się w towarzystwie konsumowanej właśnie kanapki, której kolejne kęsy przeżuwa i połyka tak głośno, że słychać to w sąsiednim pomieszczeniu. Zastrzeżenie budziło też bezceremonialne oblizywanie palców, a następnie wycieranie ich w nogawki spodni. Do tego dochodziła historia Zalewskiego, tak absurdalna, że śmieszna przestała być już po kilku godzinach. Otóż pobyt Adriana na terenie San Escobar był rodzajem zesłania. Polska pozbyła się go po tym, jak odmówił wystąpienia w stroju anioła podczas zabezpieczania Orszaku Trzech Króli. Facet uznał, że paradowanie po ulicy w białym prześcieradle z wielkimi, białymi skrzydłami przyczepionymi do pleców zwyczajnie go ośmiesza. Jego protest potraktowano jako przypadek wyjątkowej niesubordynacji, ponieważ jednak na takie zachowanie nie dało się znaleźć stosownego paragrafu, Zalewski został wysłany do bratniego państwa, by przez resztę swojego życia służyć swoim kilkunastoletnim doświadczeniem policyjnym krajowi innemu niż własny, w języku, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej był dla niego zupełnie obcy.

Juan musiał jednak dość szybko zapomnieć o nieestetycznych zwyczajach polskiego kolegi. Zgodnie z przewidywaniami, kwestią priorytetową tego poranka było spotkanie z Hectorem Moravskim. Obaj policjanci zajechali przed południem pod jego willę, w nadziei, że tak ważna persona nie wychodzi z domu o świcie. Nie pomylili się: Hector był w domu, podobnie jak jego polska matka Jadwiga. Starsza pani kręciła się pomiędzy kuchnią a salonem, przynosząc kolejno filiżanki, dzbanek z herbatą i talerz z kruchymi ciasteczkami, policjanci zaś bez zbędnych wstępów powiadomili króla kurczaków o śmierci jego brata Santiago.

Reakcja Hectora była co najmniej zaskakująca. Sprawiał wrażenie bardzo poruszonego, jednak wśród emocji, które zaczęły rozgrywać się na jego twarzy i w ruchach, próżno było szukać wściekłości czy zacietrzewienia z gatunku “złapcie tego, kto to zrobił i przyprowadźcie mi go”. Był to raczej bezbrzeżny smutek, z którym Hector od pierwszej chwili zdawał się godzić. To nie było to, czego spodziewał się Juan. Hector znany był z wybuchowości i tego, że nie przebierał w słowach. Tymczasem teraz zdawał się być idealnym z punktu widzenia policji członkiem rodziny zmarłego: nie wściekał się i nie rozpaczał, za to zapewnił solennie obu gliniarzy o swojej gotowości do pomocy w śledztwie. Juan uprzedził go, że na pewno pojawią się jeszcze i zadadzą mu kilka pytań, pożegnał się i popychając przed sobą zdezorientowanego Adriana opuścił tego niemłodego już mężczyznę, który pogrążony w smutku głaskał automatycznym ruchem siedzącego mu na kolanach kota.

Kiedy jechali z powrotem na komendę, Juan pomyślał, że właściwie jest już pora lunchu, zatem w ramach zwalczania porannego stresu mógłby zajechać do jakiejś restauracji i coś zjeść. Nie pomyślał jednak o dwóch rzeczach: po pierwsze, skazał się w ten sposób na spożywanie posiłku w towarzystwie faceta, który niemiłosiernie mlaskał, oblizywał palce i wycierał je w spodnie (również w miejscach publicznych). Poza tym panował okropny upał, a wyjście o tej porze dnia na ulicę sprawiało, że czuł się brudny i śmierdzący. Perspektywa dnia wypełnionego badaniem sprawy śmierci Santiago Moravskiego, z upierdliwym marzeniem o wzięciu prysznica gdzieś z tyłu głowy to nie było coś, o czym marzył Juan. 

A może by tak rzucić to wszystko i wyjechać do Polski? - pomyślał. - Przynajmniej nie byłoby tak cholernie gorąco.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (3) Serce w Esperal

Wybrzeże różowiło się już pięknie w blasku zachodzącego słońca, kiedy Juan zaparkował wreszcie na podjeździe okazałej willi. Wysiadł z auta i wbiegając po schodach na ganek niemal zderzył się z dwoma mężczyznami, którzy właśnie wynosili nosze, na których pod białym prześcieradłem rysowała się ludzka sylwetka.

- Nareszcie, myślałam już, że się nie doczekam - dobiegł go gderliwy głos Alicii, która stała w progu domu. Piękna jak zawsze, ubrana w policyjny uniform, mimo upalnej pogody świeża i pachnąca. Wszystko to dawało się wyraźnie zauważyć nawet w sytuacji takiej jak ta. - Wejdź, usiądziemy na chwilę i nakreślę ci mniej więcej sytuację - dodała przystępniejszym tonem odsuwając się z przejścia i prowadząc Juana do wnętrza domu.

Policjant nigdy nie był tu za życia Moravskiego, ale wystrój odpowiadał mniej więcej temu, czego można się było spodziewać: zgodnie z trendem, jaki panował wśród bogatych obywateli San Escobar, dom polityka urządzony był w ciężkim i przesadzonym stylu. Pełno tu było ozdobnych półek wypełnionych kiczowatymi bibelotami, a wiszące na ścianach lustra miały grube i zdobione ramy. Po wejściu do salonu Juan zauważył wiszący nad stołem duży portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Policjant zastanowił się przez ułamek sekundy, czy to na miejscu, by w reprezentacyjnym pomieszczeniu domu ważnego polityka wisiał obraz przedstawiający ważnego polityka innego państwa - nawet jeśli żyjącego wiele lat temu. Nie mógł mieć jednak o to pretensji do Moravskiego - jego rodzice urodzili się przecież w Polsce. Rodzina przeniosła się do San Escobar tuż po drugiej wojnie światowej. Santiago i Hector urodzili się już tutaj i choć styl bycia obu mocno cechował lokalny patriotyzm, to ich związków z europejską ojczyzną rodziców nie sposób było nie zauważyć. Prywatnie przyjaźnili się z grupą wpływowych polskich polityków, z których niektórzy, jak chociażby aktualny minister spraw zagranicznych znad Wisły, regularnie gościli w San Escobar, zarówno w celach prywatnych jak i służbowych.

Alicia zajęła jeden ze stojących przy niewielkim stoliku foteli i skinęła na Juana, by uczynił to samo. Wyciągnęła przed siebie długie nogi, obciągnięte do wysokości kolan granatową ołówkową spódnicą i nieśpiesznie rozpoczęła relację.

- Znalazła go sprzątaczka, mniej więcej o drugiej po południu. Nie wiadomo od jak dawna nie żył - co do tego pewność uzyskamy dopiero po zbadaniu ciała przez patologa. Ale zdaniem techników to była kwestia kilku godzin.
- Jak umarł? - zapytał Juan.
- Wycięto mu serce.
- Słucham?!
- Dokładnie tak jak mówię. Ktoś starannie wyciął mu mięsień sercowy.
- Tak na żywca?! Od tego umarł? - Juanowi coś się tu nie zgadzało.
- Jeśli chodzi o kolejność zdarzeń, to jej ustalenie również jest zadaniem dla patologa - westchnęła Alicia. - Ale mogę cię zapewnić, że po wycięciu serca już nie żył.

Juan prychnął. Cała Alicia. Świat wokół niej mógł się walić w gruzy, a ona pozostawała niewzruszona. I niebezpiecznie piękna.
- Podejrzani? - podjął.
- Mañana, kochanie - ziewnęła Alicia. Rozmawiałam przez telefon z szefem. O dziewiątej rano robimy odprawę. Do tego czasu ani słowa nikomu. Wszyscy mamy totalny zakaz rozmawiania o tej sprawie. Swojej kochance, jeśli ją masz, też nic nie mów. Ani dzieciom.
- Nie mam dzieci. Ani kochanki - burknął Juan.
- Tak tylko mówię. Nie jesteśmy ze sobą od dwóch miesięcy. Świat się zmienia, idzie do przodu. Ty też możesz.
- Dzięki za radę. Co jeszcze możesz mi powiedzieć o śmierci Moravskiego?
- Jeśli dobrze wyczułam w rozmowie z szefem jego intencje, to zdaje się, że od jutra to głównie ty masz mi opowiadać o tej śmierci, a nie na odwrót. Dobrze już, dobrze - Alicia uniosła uspokajająco dłoń na widok otwierających się do riposty ust Juana. - Żona i córka są na wakacjach, raczej niczego się od nich nie dowiemy, ale oczywiście trzeba się będzie skontaktować. Sprzątaczka ma milczeć pod groźbą sądu. Ale i tak mamy pecha, przez tę całą delegację z Polski nie uda się
utrzymać tej śmierci długo w tajemnicy. Moravski prędzej czy później nie pojawi się na jakimś oficjalnym spotkaniu i zacznie się masakra. W tej sytuacji każda godzina będzie sukcesem. Trzeba będzie prześledzić szczegółowy plan tej całej imprezy.
- A co z Hectorem? - Juan zadał pytanie, która krążyło po jego głowie odkąd przekroczył próg tego domu.

- Ja mu nie powiem - zastrzegła się Alicia. - A tak serio, to oczywiście trzeba go będzie powiadomić. I nie zdziwię się, jeśli to będzie pierwsze zadanie, które zleci rano szefunio.

niedziela, 15 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (2). Król drobiu

Juan przeciskał się w swoim wysłużonym subaru przez zakorkowane ulice Santo Subito. Coś mu mówiło, że Alicia, która przez telefon brzmiała, jakby wymagała od niego niemalże teleportacji do willi Moravskiego w Esperal, trochę sobie jednak poczeka. Oczywiście tak nie powinno być - w tej sytuacji każdy kwadrans działał na ich niekorzyść. Nawet jeśli fakt śmierci brata jednego z najsilniejszych osób w państwie nie przedostał się jeszcze do prasy, to nie ma najmniejszych szans, by taki stan rzeczy trwał w nieskończoność. Wprawdzie media miały teraz niewyczerpane źródło inspiracji dzięki trwającej właśnie w stolicy wizycie dyplomatycznej polityków z Polski, ale odpowiednio istotny skandal miałby szansę przebicia się na pierwsze strony. 

To właśnie wspomniana wizyta była główną przyczyną koszmarnych korków paraliżujących miasto. Co prawda o tej porze, w godzinach szczytu, zawsze było z tym kiepsko, teraz jednak można było mówić o prawdziwym horrorze: centrum miasta zostało całkowicie wyłączone z ruchu, a wraz z nim kilka kluczowych ulic, co miało zagwarantować swobodę przemieszczania się dla kolumn wozów dyplomatycznych. Juan był pewien, że organizatorom całego tego cyrku udało się osiągnąć zamierzony cel i że mili goście z Polski nie doświadczają tego, z czym zwykły mieszkaniec tego miasta mierzyć się będzie w ciągu najbliższych dni - stojącym tłumem warczących aut, wydzielających smrodliwe opary w kolejne słoneczne, upalne popołudnie, tak typowe dla San Escobar.

Wciskając raz po raz pedał gazu i hamulca Juan myślał o tym, że ta sprawa nie może skończyć się dobrze. Najbliżsi Hectora Moravskiego nie umierali tak po prostu. Tym bardziej nie stawali się ofiarami morderstwa. A jeśli już niemożliwe stawało się rzeczywistością, należało się liczyć z prawdziwym politycznym (i nie tylko) trzęsieniem ziemi.

Oficjalnie Hector Moravski był zwykłym biznesmenem, który miał szczęście dorobić się dzięki wyjątkowo lukratywnemu kontaktowi z pewną znaną amerykańską firmą z siedzibą w Nowym Meksyku. Od lat dostarczał im sanestobariańskie kurczaki, pojawiające się potem na stołach barów szybkiej obsługi w Santa Fe, Albuquerque, a także, o czym wiedzieli bardziej wnikliwi obserwatorzy tematu, większych metropolii innych stanów USA. To była oficjalna część kariery Moravskiego. Natomiast tajemnica, która otaczała cały proces hodowli kurczaków, kompletny brak dostępu do olbrzymich połaci ferm kurzych, chronionych bardziej niż rezerwy złota na Wall Street w Nowym Jorku, wreszcie totalna cenzura nałożona na prasę w kwestii interesów prowadzonych przez Hectora - wszystko to sprawiało, że w czystą sprzedaż drobiu trudno było uwierzyć.

Sam szef koncernu był postacią powszechnie znaną i szanowaną. Był zapraszany na większość uroczystości państwowych, to on przecinał wstęgi podczas otwierania nowych odcinków autostrad, to jego pokazywali kamerzyści filmujący obchody kolejnych rocznic odzyskania niepodległości, wreszcie - to on zasiadał w pierwszym rzędzie bazylik podczas licznych w tym kraju świąt kościelnych. Był szarą eminencją i choć w hierarchii państwowej nie zajmował żadnego znacznego miejsca, wydawał się mieć o wiele większe wpływy niż jego bezpośrednio związany ze światem polityki brat Santiago. Ten ostatni, od lat obecny na scenie politycznej San Escobar, z natury cichy i mało rzucający się w oczy, zaczął w ostatnich latach odgrywać coraz poważniejszą rolę w parlamencie. Tylko niewielka różnica głosów w ostatnich wyborach sprawiła, że ostatecznie nie zasiadł w fotelu premiera. 

Mimo porażki formalnie pozostawał jedną z ważniejszych osób w państwie. W praktyce jednak wciąż tkwił w cieniu swojego brata bliźniaka, choć fakt, że facet sprzedający Amerykanom kurczaki zdaje się mieć większą władzę niż gość, który otarł się o tekę premiera, zakrawał na absurd.

O tym właśnie myślał Juan, przesuwając się wolno wzdłuż zatłoczonych ulic Santo Subito, w kierunku autostrady, która prowadziła wzdłuż wybrzeża i urokliwych, nadmorskich miejscowości. Esperal, w którym swoją willę wybudował Santiago Moravski, leżący obecnie bez życia i pilnowany przez Alicię, był jedną z nich.

W normalnych okolicznościach Juan nie miałby nic przeciwko spontanicznemu wypadowi do Esperal. To było dobre miejsce do zaszycia się na weekend. Ale obecne okoliczności dalekie były od normalnych.