czwartek, 4 maja 2017

Plany planami, czyli o naiwności z czasów maturalnych

Mój Facebook huczy dziś od maturalnych wspomnień. Zauważyłam to zerknąwszy dziś na smartfona, czekając na zielone światło przy którymś z zatłoczonych przejść w centrum Dublina. Policzyłam, że od mojego egzaminu dojrzałości minęło już 15 lat. Jakoś tak dużo, zwłaszcza że pisząc maturę byłam już pełnoletnia, a przecież nadal jestem młoda (no nie?). Ale bardziej zastanowiło mnie coś innego: pomyślałam o tym, jak wyobrażałam sobie swoją przyszłość w tamte majowe dni. Nie sposób nie stwierdzić, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam.

Początek nawet się zgadza. Plan był taki: dostać się na UJ, przy odrobinie szczęścia związać się z facetem, który bardzo mi się wtedy podobał (mogę o tym szczerze pisać, bo gość nie ma Facebooka), napisać książkę i zostać w Krakowie na całe życie. To było przecież najwspanialsze miasto świata. Szybko postanowiłam, że dam moim dzieciom dobry start i urodzę je właśnie tam, w promieniu maksymalnie kilku kilometrów od Wawelu. Dopuszczałam też do siebie możliwość, że powyższe zamierzenia nie wypalą - wtedy zawsze mogłam wrócić do Lubartowa i też byłoby w porządku. Prawdziwą krakowianką i tak nie miałabym szansy dostać - gdzieś usłyszałam, że prawdziwymi Krakusami są ci, których korzenie w stolicy Małopolski sięgają przynajmniej dwustu lat.

Na UJ się dostałam. Z facetem nie wyszło, ale poznałam innego, który został potem moim mężem, więc nie mam powodów do narzekań. No i to by było na tyle - książki nie napisałam, choć od tamtych lat spod moich długopisów wyszło kilka ładnych brulionów zapisanych pamiętnikarskimi relacjami, poza tym marzenia o karierze pisarskiej są wciąż jak najbardziej aktualne.

Dzieci pojawiły się, a jakże. Tylko z lokalizacją poszło trochę nie tak jak pójść miało. Pierwsza córka przyszła na świat jakieś 1000 km od Wawelu, w przypadku dwóch następnych tych kilometrów było już 10000, więc naciągnąć się tego w żaden sposób nie da. Zresztą, pal licho odległości - nigdy, w żadnych marzeniach nie pomyślałam nawet o tym, żeby mieć bliźniaczki.

Przez te piętnaście lat mieszkałam w pięciu różnych krajach, przy czym zaledwie w dwóch przypadkach było to efektem jakiegoś planowania. Przez pół roku przebywałam w Niemczech na stypendium, o które sama złożyłam podanie, a od niecałego roku mieszkam w Irlandii, ponieważ na podstawie małżeńskiej kalkulacji życiowych plusów i minusów wyszło nam, że w naszym przypadku ten kraj ma największy sens. Swoją drogą, analiza została przeprowadzona bardzo prawidłowo - naprawdę się nam tu podoba. Nawet jeśli w Wielki Piątek nie da się nigdzie kupić alkoholu. Szwajcaria i Stany wyszły nam zupełnie przez przypadek. Polska siłą rzeczy również.

Sęk w tym, że w czasach maturalnych naprawdę marzyło mi się spokojne życie. W dzieciństwie zaliczyłam sporo przeprowadzek i na progu dorosłości widziałam swoją przyszłość dość stabilnie - w jednym mieszkaniu przez wiele lat. O wyjeździe za granicę, zwłaszcza takim na stałe, nie myślałam w ogóle. O podróżach marzyłam właściwie od dzieciństwa, ale wyłącznie w kategorii wakacyjnej. Miałam wtedy chyba coś w rodzaju takiego niesamowitego spokoju ducha połączonego z idealizmem i przekonaniem, że dobre nastawienie i zadowolenie z tego, co się ma, może zdziałać cuda. Krótko mówiąc, poza pisarskim, nie marzył mi się kompletnie żaden sukces. Pamiętam nawet, że podczas jakichś młodzieńczych analiz rozmaitych problemów doszłam do wniosku, że mój ewentualny sukces nie byłby dobry dla moich ewentualnych dzieci. No bo przecież gdybym np. była piosenkarką, to część rówieśników moich dzieci mogłaby źle reagować na moją muzykę i moje dzieci miałyby wtedy przerypane. No nie?

Tu akurat wszystko się sprawdziło - sukcesu żadnego nie odniosłam, za co w zasadzie jestem wdzięczna losowi, bo zamiast udzielać wywiadów mogę szydełkować, pisać bloga i czytać książki.

Tak czy siak - 15 lat w życiu człowieka to sporo. A plany są fajne, trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze wypalają. A czasem jeśli wypalają, to w trochę inny sposób niż ten z góry założony.

W każdym razie, gdyby ktoś w dniu matury zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Irlandia, pewnie udzieliłabym jakiejś typowej odpowiedzi w stylu "z deszczem". Na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę tam kiedyś mieszkać. Zwłaszcza w budynku z panelami słonecznymi na dachu. No, ale to ostanie nie przyszłoby mi do głowy nawet rok temu.

Życie zaskakuje.


niedziela, 30 kwietnia 2017

Kolonia - kilkanaście lat później

Kilka miesięcy temu nadszedł nareszcie moment, w którym mogliśmy rozpakować wszystkie przywiezione z Kalifornii pudła. W jednym z nich trafiłam na kłębki wełny i kordonka - pozostałość po hobby, które towarzyszy mi od dość dawna, ma jednak tę właściwość, że fascynacja nim pojawia się i znika. Ostatnią większą fazę na szydełko przeżywałam w pierwszej połowie 2014 roku, kiedy czekałam na urodzenie się bliźniaczek i poza obsesyjnym tworzeniem okrągłych serwetek było niewiele rzeczy, do których się nadawałam. Kolejna faza nadeszła w Irlandii, wraz z rozpakowaniem rzeczonego pudła. No i wsiąkłam.

Wsiąkłam tak bardzo, że w odstawkę poszło pisanie, między innymi tego bloga. Nie żebym o nim w ogóle nie myślała - wręcz przeciwnie, w głowie dość regularnie pojawiają mi się pomysły na notki, od czasu do czasu rozważam opisanie kolejnego szalonego snu, a niektóre tematy podsuwa samo życie. Dziś rano stwierdziłam, że coś musi się nareszcie przełamać. Tydzień temu wróciliśmy z krótkich wakacji i jak o tym w końcu nie napiszę, to temat się zwyczajnie zdezaktualizuje.

Polecieliśmy do Kolonii. Temat wyszedł trochę spontanicznie. Nasza najstarsza córka miała dwa tygodnie ferii w szkole, a nas korciło, żeby gdzieś się wybrać. Z miejsca odrzuciliśmy Hiszpanię i Włochy, na które wprawdzie od pewnego czasu mamy ochotę, ale które nie zachęcają cenami za przelot. Kolonia natomiast od dawna jest dla mnie miastem na swój sposób magicznym.

To było pierwsze zagraniczne miasto, do którego się wybrałam. Miałam wtedy niecałe szesnaście lat, mieszkałam w małym mieście, w którym wszędzie docierało się na piechotę i wbrew tendencjom panującym wśród większości moich szkolnych znajomych chciałam nauczyć się niemieckiego. Rodzice wysłali mnie na obóz językowy do Kolonii. Przez trzy tygodnie miałam mieszkać wraz z kompletnie mi obcą Niemką i jej dziećmi, uczęszczać na zajęcia w szkole językowej i... przeżywać pierwsze samotne wakacje. Tak to się zaczęło. Spodobało mi się tak bardzo, że w Kolonii pojawiałam się przez trzy kolejne lata.

Z perspektywy czasu mogę wypowiadać się o tych wyjazdach w samych superlatywach. Sporo się nauczyłam, zarówno językowo, jak i życiowo. To było trochę jak skok na głęboką wodę. Oto ja, mieszkanka małego miasta we wschodniej Polsce, nie posiadająca nigdy nawet biletu miesięcznego, dostałam do ręki bilet na trzy tygodnie przejazdów komunikacją miejską. Dobrze mówiłam co prawda tylko po polsku, ale teraz nagle miałam zacząć sobie radzić korzystając ze szczątkowego niemieckiego. Jeśli doda się do tego fakt, że nie należałam do osób, które łatwo nawiązują kontakty międzyludzkie... No cóż, jak nic był to skok. Z nurkowaniem włącznie.

Dość często wspominam tamte pobyty w Kolonii. W porównaniu z tym, co znałam z Polski, wszystko wydawało mi się niesamowicie nowoczesne i kolorowe. Nie tylko budynki czy wystawy. Kolorowi byli również ludzie - na ulicach nie brakowało przechodniów o fantazyjnych barwach włosów, ułożonych w najprzedziwniejsze fryzury. Schludne, ozdobione pięknymi kwiatami bulwary nad Renem wydawały się niemal rajem i w taki sposób zapisały się w mojej pamięci.

Przez to wszystko niesamowicie ciekawa byłam, jak obecnie odbiorę Kolonię. Ze zdziwieniem myślałam o tym, że od tamtych wyjazdów minęło już blisko 20 lat. W tym czasie zdążyłam pomieszkać w pięciu różnych krajach, zostać matką trzech córek i przeżyć całe mnóstwo mniej i bardziej normalnych przygód. Co w tym czasie działo się z miastem nad Renem?

Wrażenie po przyjeździe było dość dziwne. Z jednej strony czułam się jak w miejscu dobrze sobie znanym - katedra była taka, jaką ją zapamiętałam, tuż obok niej nadal stał gmach znajomego muzeum. Ulice handlowe, które dawno temu przemierzałam zafascynowana, zajęta kalkulacją, co jeszcze spośród tych bajecznie kolorowych przedmiotów będę mogła kupić, okazały się jednak nagle pełne szyldów firm, do których przez te wszystkie lata zdążyłam się przyzwyczaić. Ludzie też wyglądali jakby inaczej - miejsce barwnych, punkowych fryzur zajęły bardziej tradycyjne stylizacje. Wygląda na to, że szalone lata dziewięćdziesiąte naprawdę się skończyły.

Wyobrażałam sobie sytuację, w której pojawiam się wraz z mężem i dziećmi u mojej dawnej gospodyni. Zapamiętałam ją jako zadbaną czterdziestoparolatkę, samotną i niepracującą matkę czwórki dzieci, której dom obwieszony był nagrodami dla najlepszej mamy w dzielnicy i która spędzała weekendowe wieczory w pobliskiej dyskotece. Stanowiłam chyba dla niej swoiste indywiduum - dość łatwo ją rozśmieszałam, a kiedy przyjechałam do niej po raz drugi, twierdziła, że gdy w wiadomościach słyszy cokolwiek o Polsce, natychmiast myśli o mnie.

Miała na imię Petra. Przed wyjazdem próbowałam znaleźć ją w Internecie. Teraz musi być już po sześćdziesiątce. Pamiętam jej ówczesne nazwisko i nazwę ulicy, przy której mieszkała, pamiętam, że aby tam dojechać trzeba było jechać autobusem 121 albo 123 z Wiener Platz (ale w którym kierunku?) Gdybym była w Kolonii sama, pewnie zaryzykowałabym wyprawę w tamte rejony, ale z trójką małych dzieci, których pojęcie o atrakcyjnym spędzaniu czasu raczej nie obejmuje tropienie duchów z przeszłości, wydawało mi się to ryzykowne.

Ale odwiedziliśmy kilka innych miejsc, które zapamiętałam. Bonn, Phantasialand, Zoo...

Po kilku dniach pobytu wróciła mi nawet w miarę umiejętność mówienia po niemiecku. Wbrew temu co sądziłam na początku nie było to tak oczywiste - zaczynałam coś mówić i natychmiast na język przychodziły mi słowa angielskie.

Pewnie jeszcze kiedyś wrócimy do Kolonii - teraz mamy tam dość blisko. No a ja muszę się kiedyś zebrać na odwagę i spróbować odszukać Petrę.

środa, 5 kwietnia 2017

Morderstwo w San Escobar (7). W budce strażnika

Juan stał pod prysznicem w łazience swojego apartamentu. Chłodna woda spływała po jego wciąż dającym się określić jako wysportowane ciele, dając uczucie ulgi po upalnym dniu. Przynajmniej w sensie fizycznym. Z psychiką było znacznie gorzej - żaden prysznic tego świata nie był w stanie zmyć z niego poczucia niesmaku, wywołanego przez wydarzenia kończącego się właśnie dnia. Choć jeszcze o tym nie myślał, gdzieś w zakamarkach świadomości wiedział, że to co się wydarzyło będzie mu ciążyło przez całe tygodnie, miesiące, a może nawet na zawsze, kładąc wieczny cień na jego policyjnym doświadczeniu.

Po tym, jak delegacja z Polski powróciła do Europy, śledztwo w sprawie śmierci Santiago Moravskiego musiało dokonać poważnego zwrotu. Juan pomyślał po raz nie wiedzieć który, że nagły brak świadków zza granicy zmieniał postać rzeczy. Sprawa morderstwa, przedawkowania, czy jak kto zechce to nazwać nabierała nagle bardziej lokalnego znaczenia. Tym samym metody postępowania zdawały się przybierać bardziej lokalny charakter.

Tym razem Juan nie zdołał wybrać się na kolejne przesłuchanie Hectora, choć powodów mu nie brakowało. Sekcja zwłok zmarłego jednoznacznie wskazywała na obecność narkotyku w jego organizmie. Przeszukano jego willę, poddano analizie chyba każdy znajdujący się w niej przedmiot, od olbrzymiej kanapy zaczynając, a na porcelanowej figurce kota kończąc, nie doszukano się jednak najmniejszych śladów popełnienia przestępstwa. Oczywiście nie wspominając o jednym drobnym szczególe: zwłoki gościa, który według wszelkiego prawdopodobieństwa po prostu przedawkował narkotyki, pozbawione były serca.

Hector szalał. Po początkowo okazywanej pokorze i chęci współpracy nie było już śladu. Facet niemalże trząsł się z żądzy odwetu, udzielał wywiadom wszystkim mediom, za każdym razem zapowiadając odwet na politycznych adwersarzach. Juan nie był psychologiem, ale cała ta szopka wydawała mu się podejrzana. To jasne, że brat bliźniak kolesia, którego pozbawione serca zwłoki znaleziono pewnego dnia w nadmorskiej willi, ma prawo do nieco chwiejnych, nawet histerycznych zachowań, coś tu jednak nie pasowało. Hector się bał.

Do przesłuchania jednak nie doszło. Nie z winy śledczego. Po prostu tego ranka, tuż po przebudzeniu, ale jeszcze przed wypiciem pierwszej kawy, Juan usłyszał zdecydowane pukanie do drzwi, a kiedy je otworzył, ujrzał dwóch rosłych kolesi w mundurach wskazujących jednoznacznie na zatrudnienie w firmie ochroniarskiej obsługującej drobiową twierdzę Hectora Moravskiego. Usłyszał od nich, że ma natychmiast udać się z nimi do samochodu, nie zadawać zbędnych pytań oraz nie korzystać z telefonu komórkowego. Juan wiedział, że dyskusja nie ma sensu. Jasne było, że jego rola śledczego usiłującego rozwiązać zagadkę dobiegła końca.

Początkowo oczekiwał, że finałem podróży będzie dom Hectora, szybko jednak zorientował się, że ich celem jest siedziba firmy drobionego potentata. Przez chwilę poczuł nawet podekscytowanie: czyżby miał stać się jednym z nielicznych, którym dane będzie dostać się na teren twierdzy? Szybko okazało się jednak, że czeka go rozczarowanie - koleś, który siedział za kierownicą, zaparkował auto za chroniącym dostępu do siedziby firmy murem, tuż przy małej budce strażnika.

Strażnika jednak w niej nie było - był za to Hector Moravski. Kiedy Juan wszedł co ciasnego wnętrza, facet sprawiał wrażenie, jakby był lekko nie na miejscu. Król drobiu pasował do bogato wykończonych wnętrz i puszących się imperialnym stylem foteli, nie zaś do nijakiego biurka w mikroskopijnej stróżówce. Ale kiedy otworzył usta, to wszystko nie miało już znaczenia.

- Mór brat został bestialsko zamordowany przez naszych politycznych wrogów. Kreatury, które od lat usiłują sprzedać ten kraj, które za nic mają patriotyzm i moralność. Obiecuję panu, jako katolik i obywatel kochający swoją ojczyznę, że jeśli śledztwo nie pójdzie tym tropem, a satysfakcjonujący  mnie wyrok nie zostanie ogłoszony już wkrótce, potrafię wyciągnąć konsekwencje, zarówno wobec pana, jak i szerszej grupy pana współpracowników i najbliższych - wygłosił Hector, patrząc przy tym w oczy Juana spojrzeniem, które niwelowało wszelki sprzeciw.


Juan przełknął ślinę, czując, że właśnie przegrywa swoją karierę i zawodową dumę. Spuścił wzrok, ale zanim jego spojrzenie zawędrowało w kierunku podłogi, zatrzymało się na czymś, co właściwie go nie powinno zaskakiwać, a jednak przykuło jego uwagę na kolejne sekundy. W maleńkim pomieszczeniu, w którym wszystko stało blisko siebie, panował uciążliwy rozgardiasz. A jednak policjant zdołał zauważyć stojące na biurku pudełko pełne kolorowych spinaczy do papieru. Pudełko, które zawierało coś jeszcze: niewielką, przezroczystą foliową torebkę, w zasadzie pustą, a jednak jak gdyby przyprószoną od środka białymi drobinkami. Juan patrzył na nią zaledwie przez chwilę: wiedział już, że jeśli nie opuści wzroku na swoje buty, może ryzykować nie tylko swoją karierę, ale także życie.

poniedziałek, 6 marca 2017

Gra z wyrokiem śmierci

Niby od dawna mówiło się, że zakup i rejestracja najnowszego dodatku do Gry będzie niosło ze sobą pewne ryzyko, ale chyba nikt do końca nie traktował tego poważnie. A może niepewność i ewentualne zagrożenie podnosiło poziom adrenaliny, co z kolei przekładało się na lepszą sprzedaż? Coś w tym wszystkim musiało być. Nie jestem odważna, po kilkunastu latach od pierwszego lotu wciąż boję się podróży samolotem, wizja moich dzieci bawiących się na placu zabaw pod okiem opiekunki pełna jest krwi i złamanych kończyn, a na nartach nie nauczę się jeździć ze strachu przed pędem powietrza i możliwością zderzenia się z drzewem.

A jednak bez większego wahania kupiłam Grę, w której zarejestrowanie się pociągało za sobą bardzo poważne konsekwencje.

Umowa producent - gracz zakładała bowiem, że użytkownicy dysponujący ostatnim dodatkiem muszą go przejść i to w określonym z góry czasie. Jeśli tego nie zrobią - umrą. Nie tak na niby, wirtualnie. Umrą naprawdę, w realnym życiu, pozostawiając za sobą zrozpaczonych przyjaciół i członków rodziny, niezapłacone rachunki i nieukończone projekty. Być może dlatego, że brzmiało to tak nierealnie, groźba nie wpłynęła negatywnie na zainteresowanie Grą.

Przejście gry miało w sobie element losowy. Należało ukończyć kilka niezależnych od siebie sekwencji, na pojawianie się których na ekranie nie miało się większego wpływu. Dana sekwencja mogła pojawić się wielokrotnie, każdorazowo zmuszając gracza do ponownego uporania się z nią - co za którymś razem nie stanowiło już wysiłku intelektualnego, zjadało jednakże cenny czas. Szansa na trafienie na daną sekwencję po raz pierwszy związana była z natężeniem ruchu na serwerach Gry. Logika podpowiadała, że największe będzie one pod koniec okresu ochronnego (po którym gracze, którym nie udało się przejść Gry, będą umierać). Obiecałam sobie zatem, że wezmę się za to wszystko od razu, tak by spokojnie ukończyć wszystkie elementy dzielące mnie od sukcesu.

A potem zachorowałam.

Dobrze pamiętam ten poniedziałkowy poranek, kiedy obudziłam się nareszcie bez gorączki i pulsującego bólu w zatokach. Wstałam rześka, ubrałam dzieciaki. To był dzień basenu, co prawdopodobnie nie było najlepsze w pierwszy dzień po chorobie. Będę musiała odebrać E. z zajęć poszkolych nieco wcześniej niż zwykle, po to by odprowadzić ją na lekcję pływania. Budynek mieszczący w sobie basen znajdował się na wzgórzu, na które wchodzenie z obciążeniem w postaci zawierającej dwie bliźniacze dziewczynki spacerówki nie należało do przyjemności. No, ale skoro trzeba...

Tuż przed wyjściem do szkoły zastygłam w bezruchu. Uświadomiłam sobie, że dziś jest ostatni dzień Gry. Co gorsza, w wyniku różnicy czasu między Irlandią a miejscem, w którym znajdowały się serwery, do otrzymania wyroku śmierci zostało mi zaledwie kilka godzin. Czy mam szansę wyrobić się przed popołudniem? Nerwowo myślałam o tym, że chyba tak: Grę udało mi się całkiem solidnie rozgrzebać w ubiegłym tygodniu. Zostawiłam ją tylko na kilka dni, które spędziłam w łóżku z gorączką. Po przeanalizowaniu sytuacji doszłam do wniosku, że na wszystko może mi zabraknąć mniej więcej pół godziny.

Odprowadziłam E. do szkoły i żegnając się z nią powiedziałam:
- Będziesz musiała dziś sama pójść na basen. Mama może nie zdążyć po ciebie przyjść. Wypatruj mnie na miejscu, a jeśli mnie nie będzie, po prostu idź na zajęcia.

Wróciwszy do domu posadziłam bliźniaki przed telewizorem, sama zaś włączyłam komputer. Starałam się skupić na grze, wyciszając emocje, ale nie było to proste. Czy zobaczę jeszcze kiedyś E.? A jeśli nie zdołam ukończyć gry, jak to wszystko się odbędzie? W jaki sposób umrę? Czy będzie to przypominało omdlenie i po prostu mąż znajdzie mnie wieczorem martwą na podłodze, czy może domem wstrząśnie nagle eksplozja, szkodząc nie tylko mnie, ale i dzieciom?

Uderzałam w klawiaturę komputera sparaliżowana strachem przed niewiadomą.

Jak na ironię postaci występujące w Grze reprezentowane były przez bohaterów disneyowskiej "Krainy lodu". Patrzyłam z nienawiścią na Annę i Elsę, które były dla mnie prostą drogą do niepewnej śmierci.

A potem się obudziłam, ze świadomością, że może to i jest poniedziałek z basenem, pierwszy dzień po weekendzie spędzonym w łóżku wprawdzie bez gorączki, za to z zapchanymi zatokami i fatalnym samopoczuciem, za to motyw Gry należy do innego świata. Do którego nie mam szansy trafić tak długo, jak długo znów nie zasnę.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (6). Minister Wojny i jego koparki

- Jest nam bardzo przykro, że tło dla naszych uroczystości stanowią wydarzenia tak haniebne. Śmierć mojego brata, który poległ z ręki nieznanego sprawcy to okoliczność tym bardziej smutna, że Santiago miał polskie korzenie. Zapewne cieszyłby się mogąc dziś świętować z nami zawarcie tej historycznej umowy handlowej pomiędzy Polską i San Escobar.

- Nie poległ, tylko przedawkował, ty drobiowy kurduplu - mruknął Juan w kierunku Hectora Moravskiego przemawiającego z ekranu telewizora. W tej chwili żałował, że tego wieczoru w ogóle sięgnął po pilota. Dzisiaj skończył pracę nieco później niż zwykle i obiecał sobie kilka godzin relaksu. Zaczęło się nawet nieźle - zaraz po wejściu do mieszkania wziął długi prysznic. Potem zrobiło się jeszcze lepiej - niespodziewanie odwiedziła go Alicia w towarzystwie butelki białego wina. Wino chłodziło się w lodówce, zaś policjantka odświeżała się właśnie w mikroskopijnej łazience Juana, który czekając na byłą kochankę automatycznym ruchem włączył telewizor. No i jakoś tak zostało.

- Ty w ogóle wiesz, o co chodzi w tej całej umowie? - zapytała znudzonym tonem długonoga policjantka.
- Tyle co wszyscy - wzruszył ramionami Juan. - Będziemy sprzedawać Polsce koparki.
- Tia. Tylko dlaczego europejski kraj ma je sprowadzać właśnie z San Escobar? - zastanawiała się Alicia. - Przecież to nie ma żadnego sensu. Jeśli już muszą je ściągać z tak daleka, chyba rozsądniejszym wyborem byłyby Chiny. A i tak przy sprzęcie o tych gabarytach Polsce powinno się opłacać produkowanie tego u siebie.
- Niby tak. Ale to nie nasz interes. Jeśli jakieś państwo w Europie ma fantazję kupować sobie koparki w San Escobar i w dodatku zamierza nam za to konkretnie zapłacić, to w sumie czemu nie? - stwierdził Juan i podnosząc się z kanapy dodał: - Idę po wino, powinno mieć już odpowiednią temperaturę.

Umowa handlowa, która stała za trwającą właśnie wizytą dyplomatyczną Polaków zaiste wydawała się kuriozalna. Jakiś czas temu polski Minister Obrony Narodowej (zwany niekiedy w kuluarach Ministrem Wojny) zwrócił się do rządu San Escobar z prośbą o przygotowanie oferty sprzedaży koparek. Chodziło o konkretne liczby - Polska chciała nabyć tysiące sztuk. Dlaczego? Tego do końca nie wiedział nikt w żadnym z dwóch zainteresowanych krajów. Gdyby Juan interesował się trochę Polską i znał język sojuszników, mógłby się łatwo dowiedzieć, że cała sprawa spowodowała prawdziwy wylew internetowych memów i plotek. Niektórzy twierdzili, że ministra zachwycił sam wygląd koparek, które poruszały się na gąsienicach przywodzących na myśl czołgi. Plotkę tę zdawał się potwierdzać fakt, o którym Juan nie miał oczywiście zielonego pojęcia - otóż koparki miały zostać pomalowane w barwy moro. Był też inny trop, który w zasadzie nie kłócił się z tym pierwszym. Otóż złośliwi twierdzili, że wszystko to było kaprysem młodego protegowanego pana ministra, urokliwego dwudziestokilkulatka o sympatycznym wyglądzie niedźwiadka. Chłopiec chciał zabawki, więc pan mu je kupował.

Oczywiście były też bardziej racjonalne wyjaśnienia, jak na przykład to, że Polska właśnie przygotowywała się do wdrożenia programu mieszkaniowego, mającego na celu pomoc młodym rodzinom. A wiadomo - gdzie budują się domy, tam potrzebne są koparki. Przynajmniej w XXI wieku.

Rzecz jasna Juan nie oglądał polskich serwisów informacyjnych. Dlatego właśnie ominęły go liczne spoty reklamowe i zdjęcia billboardów,  rozgłaszających w Polsce całe przedsięwzięcie. Nagle w blokach reklamowych pojawiły się filmiki z ludźmi ścigającymi się na koparkach, koparkami ścigającymi się z czołgami, żołnierzami, którzy z przewieszonymi przez ramiona karabinami zeskakiwali z koparek… Spotom i billboardom towarzyszyły kojarzące się militarnie hasła w językach polskim i hiszpańskim, takie jak “La construccion de esta guerra”.

Tak czy siak, z punktu widzenia obywateli obu krajów wszystko to wyglądało na jeden wielki absurd, zwłaszcza w zestawieniu z uroczystą fetą, która z tej okazji odbywała się w centrum Santo Subito.


- Wariatów nie sieją, sami się rodzą - Juan dzielił się swoimi rozważaniami z Alicią, jednocześnie nalewając wino do kieliszków. - Zresztą może to będzie dla nas niezły interes? Ponoć w Stanach jakiś wariat chce budować gigantyczny mur. Kto wie, może i on kupi nasze koparki?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (5) Narkotyki niedoszłego premiera

Juan siedział za kierownicą swojego wysłużonego samochodu, nerwowo bębniąc opuszkami lewej dłoni o kierownicę i rozmyślając o prowadzonym właśnie śledztwie. Łatwo nie było. Dzięki raportowi patologa wiedzieli już, że wycięcie serca Santia
go Moravskiego nie było jednocześnie aktem jego zabójstwa. Wyniki przeprowadzonych badań jednoznacznie stwierdzały, że polityk zmarł kilka godzin przed utratą mięśnia sercowego. Udało się nawet stwierdzić przyczynę zgonu - testy krwi denata wskazywały na silne przedawkowanie metaamfetaminy. W momencie otrzymania tych wyników Juan nie mógł być nawet przesadnie zdziwiony - był już po lekturze dzienników Santiago, znalezionych w jego gabinecie. Oczywiście niedoszły premier nie opisywał tam ze szczególną dbałością o detale swoich alkoholowych ekscesów, jednak wprawiony w kontaktach z dilerami śledczy mógł stwierdzić z całą pewnością, że chodzi o notatki faceta, który brał. I to od wielu lat.

Juan westchnął, myśląc o plotkach, jakie krążyły wokół kurczakowego biznesu Hectora Moravskiego  Mało kto mógł uwierzyć, że regularny, masowy transport mięsa z San Escobar do Stanów Zjednoczonych był tym, co naprawdę wyniosło jego właściciela na szczyty. Wątpliwa była również opłacalność takiego handlu, zwłaszcza na dłuższą metę, tymczasem sanescobariańskie kurczaki wędrowały do Nowego Meksyku już od kilkunastu lat, opłacając nie tylko kosztowny transport, ale i przynosząc tym i owym sporą fortunę.

A teraz okazywało się, że przyczyną śmierci Santiago Moravskiego było przedawkowanie metaamfetaminy.

Wpatrując się w czerwone światło Juan wrócił wspomnieniem do rozmowy z Hectorem. To było ich drugie spotkanie po śmierci jednego z bliźniaków. Juan znów siedział przy stoliku w staromodnie urządzonym salonie, pogryzając kruche ciasteczka przyniesione przez panią Jadwigę. Śledczy przeczuwał, że tym razem będzie trudniej. I niestety miał rację.

- Co mi pan tu będziesz insynuował? - krzyczał Hector Moravski, a jego okrągła, zazwyczaj blada twarz zrobiła się czerwona aż pod nasadę siwych włosów. - Mój brat odmawiał wypicia piwa, a co dopiero tu mówić o narkotykach! Czyja to jest robota, ja się pytam? Czy policja w tym kraju jest jeszcze instytucją niezależną, czy ten cholerny układ przedostał się nawet do was?
- Z faktami nie sposób dyskutować - bronił się Juan, zerkając nerwowo na Adriana, który był tu również i tym razem, z misją sporządzania notatek ze spotkania. - Badania wykazały…
- A nie zastanawia pana kto przeprowadzał te badania? - zasyczał Hector. 
- Nie musi. To doktor Geronimo, nasz najlepszy…
- Antonio Geronimo! - wykrzyknął biznesmen. - Proszę pana, czy ja naprawdę muszę panu mówić kim jest Antonio Geronimo, z jaką opcją polityczną on sympatyzuje? Ja mogę pana zapewnić, że w ostatnich wyborach on na pewno nie głosował na mojego brata. I teraz dziwnym przypadkiem, po przegranej Santiago, bada jego ciało i stwierdza spożycie narkotyków, tak? Czy pan naprawdę uważa to za przypadek? Proszę pana, ile pan ma lat?!
- Trzydzieści pięć - wymamrotał Juan, wpatrzony w pusty talerzyk po ciastkach.
- To daje panu jakieś dziesięć lat w policji, tak? A zastanowił się pan nad tym, gdzie spędzi pan kolejne dziesięć?! Trzydzieści pięć lat… Dorosły facet i nie pamięta, z jaką redakcją jeszcze niedawno związany był Antonio Geronimo? Z “Prawdą i legendą”, proszę pana…

“Prawda i legenda” było antyklerykalnym magazynem, dość wyróżniającym się w słynącym z katolicyzmu San Escobar. Juan nigdy nie miał go w ręku, ale z prasą w ogóle był raczej na bakier, pomijając oczywiście prasówkę, którą odbębniał w związku z wykonywaną pracą oraz zawodowym kontaktem z mediami. Rzecz jasna nie było najmniejszego sensu w tłumaczeniu tego Hectorowi Moravskiemu, który rozsierdzony do granic możliwości najwyraźniej dawał do zrozumienia, że wbrew solennym zapowiedziom współpraca z nim nie będzie łatwa. Policjanta bardzo niepokoił fakt, że biznesmen zdawał się próbować upolitycznić śmierć brata. Oczywiście na tym etapie śledztwa wielu hipotez nie dało się jeszcze wykluczyć, jednak najbardziej prawdopodobne wydawało się zwykłe przedawkowanie, celowe (samobójstwo) bądź też nie.

Oczywiście wciąż pozostawał niewyjaśniony wątek wyciętego serca. Juanowi marzyło się spokojne śledztwo, bez konieczności przesadnego uważania na polityczne bomby. Tak się jednak złożyło, że usunięty organ należał do niedoszłego premiera, ważnego członka największej partii opozycyjnej w parlamencie.

Sytuacja zdawała się wymykać spod kontroli. Hector zwołał konferencję prasową, na której w dobitny sposób oskarżył organa śledcze o wspieranie partii rządzącej Obiecał też, że nie spocznie, póki prawda o śmierci jego brata, niedoszłego premiera Santiago Moravskiego nie ujrzy światła dziennego. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Partia jego brata natychmiast wciągnęła śmierć bliźniaka na sztandary, domagając się uznania, że zmarły stracił życie w wyniku okrutnego aktu wycięcia serca oraz skierowania śledztwa na tory zakładające polityczny motyw mordestwa. Na najbliższy weekend przed siedzibą parlamentu planowany był obywatelski protest. A wszystko to przy trwającej właśnie wizycie dyplomatycznej przedstawicieli najważniejszego sojusznika państwa.


Juan nigdy nie interesował się polityką bardziej niż to było konieczne w przypadku policjanta dobrze wykonującego swoją pracę. Teraz jednak nie mógł się powstrzymać od rozważań na temat tego, jak całe zamieszanie wpłynie na główny temat spotkania między politykami San Escobar i Polski, a mianowicie planowaną umowę handlową. Umowę, jakiej świat jeszcze nie widział.

piątek, 20 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie, czyli co dobrze mi się czytało w 2016 roku

Słuchajcie, San Escobar jest jak najbardziej wciąż na tapecie, ale muszę zrobić małą przerwę na notkę podsumowującą moje czytanie w 2016 roku, bo jak tak dalej pójdzie zastanie nas tu grudzień i będę mieć dwa lata do nadrobienia.

Czytelniczo to był bardzo dobry rok. Mimo różnych zawirowań, zmian, przeprowadzek, parokrotnego zmieniania kraju pobytu i grudnia wypełnionego składaniem mebli z Ikei (po złożeniu zawartości kilkudziesięciu kartonów stanowczo uważam, że ludziom którzy składają to za pieniądze płaci się za mało) moje czytelnicze doświadczenie zwiększyło się o 155 tytułów.

Nie, nie omówię tu 155 książek. Zajęło by mi to pewnie więcej czasu niż napisanie wszystkich odcinków mojego kryminału o San Escobar. Po zastanowieniu stwierdziłam też, że nie będę Was raczyć opiniami o kiepskich książkach. Zrobię tylko jeden mały wyjątek. "Nakarmić kamień" Bronki Nowickiej przeczytałam już kilka miesięcy temu i do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu, który nakazał członkom jury nagrodzenie tej książki nagrodą Nike. Serio, Nobel dla Dylana to przy tym rewelacyjna decyzja.

No dobrze, przejdźmy do pozytywów. Od czasu do czasu ktoś prosi mnie o polecenie "fajnej książki", dla siebie bądź na prezent, może więc ta notka na coś się przyda.

W 2016 roku rozpoczęłam przygodę z serią kryminałów Katarzyny Puzyńskiej. Nie żałuję. Lekkie, przyjemne, swojskie. W sam raz na czas przeprowadzek i długie jesienne wieczory w tym coraz ohydniejszym świecie. Swoją drogą, zauważyliście, że bohaterowie współczesnych powieści, tych z półki "rozrywka", często nie mają poglądów politycznych? I bardzo mnie to cieszy. Będę wracać do kolejnych tomów serii Puzyńskiej, to dobre schronienie przed rzeczywistością.

Chciałam się też pochwalić, że w końcu przeczytałam biografię Steve'a Jobsa pióra Waltera Isaacsona i bardzo mi się podobała. Mam ogólną słabość do biografii, może przez to, że od dziecka piszę pamiętniki. Tę konkretną przeczytałam w bardzo dobrym momencie, niedługo przed wyprowadzką z Doliny Krzemowej, dzięki czemu zdążyłam jeszcze podjechać pod dom rodziców Jobsa, ten od słynnego garażu. Niestety okazało się, że przyjeżdża tam bardzo dużo ludzi, co wkurza jego obecną mieszkankę. W ogóle się jej nie dziwię, choć ja na jej miejscu na pewno nie chciałabym mieszkać w domu, pod który codziennie ktoś podjeżdża robić sobie selfie.

Skoro już jesteśmy przy tematach okołobiograficznych, to przy okazji polecę pozycję "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusza Urbanka. Książka przedstawia sylwetki i losy, zarówno zawodowe jak prywatne, grupy genialnych uczonych, którzy zaczynali swoją karierę w przedwojennym Lwowie. Jeśli ktoś tak jak ja interesuje się trochę projektem Manhattan, to znajdzie tu coś dla siebie.

Wśród luźniejszych książek, które zapamiętałam bardzo pozytywnie, na pewno jest "Najlepsza książka świata" Petera Stjernstroma. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale ja mam trochę prymitywne poczucie humoru i sceną, w której bohater mówi "ty pieprzony muffinie", autor kupił mnie kompletnie. Polecam w ramach rozrywki.

Czas na podziękowania dla Kasi O., która poleciła mi książkę "Tales of the City". Ta powieść to dokładnie takie San Francisco, jakie znałam i jakie czułam. Opowieść o grupie młodych ludzi żyjących w tym dość specyficznym mieście pod dachem pewnej przemiłej hodującej marihuanę pani to historia osobistych dramatów, radości i tajemnic. Wszystko w mocno hippisowskim klimacie Kalifornii lat 70. Naprawdę bardzo się cieszę, że Armistead Maupin napisał tego więcej części. Kilka mam już za sobą i na pewno będę wracać.

Bardzo podobały mi się "Czarne liście" Mai Wolny. To opowieść o historyczce badającej relacje polsko-żydowskie w latach czterdziestych. W historię jej starań o zachowanie pamięci o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat wpleciony jest dramat zaginięcia córki, być może uprowadzonej przez ojca. Dobra, przepełniona ciepłą wrażliwością książka.

Lektura książki "Białystok" Marcina Kąckiego nie była może przyjemna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Była poruszająca. To obraz miasta od dawna borykającego się z problemem antysemityzmu i rasizmu, jednocześnie będącego kolebką języka esperanto i zabiegów in vitro w Polsce. Historia terenów, których wielokulturowej przeszłości dziś zdaje się nikt nie pamiętać. Bardzo smutny i bardzo ważny zbiór reportaży.

Pozostańmy jeszcze przy non-fiction. Jeśli zastanawiacie się, czy "Ceaucescu. Piekło na ziemi" Thomasa Kunze jest warte przeczytania, to gorąco zapewniam, że tak. Świetnie napisana, poparta licznymi źródłami, rzetelna biografia Nicolae Ceaucescu, historia jego politycznej kariery i obraz Rumunii czasów komunizmu to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku.

Jedną z ostatnich pozycji, po którą sięgnęłam pod koniec grudnia, była ostatnia książka Szczepana Twardocha, "Król". Uwielbiam. Obraz Warszawy z lat 30. XX wieku, miasta wielokulturowego, nierzadko rządzącego się brutalnością, borykającego się z problemami narodowościowymi i społecznymi, przedstawiony pięknym, a jednocześnie ostrym i bezkompromisowym językiem. No właśnie, ten język - uwielbiam sposób pisania Twardocha i trochę mu go zazdroszczę.

Na tym chyba skończę podsumowanie - jeśli ktoś chciałby poznać szczegóły moich czytelniczych perypetii w 2016 roku, to zapraszam tutaj.

No i chyba będę musiała wrócić do częstszych podsumowań czytelniczych, bo inaczej wychodzi z tego straszny bajzel.

Miłego czytania i do zobaczenia w San Escobar,

Agata.