piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowania, podsumowania... ekshibicjonistycznie na koniec 2010 roku

Tak jak wielu innych ludzi, mam skłonność do robienia podsumowań wraz z kończącym się rokiem. A że jestem kobietą z całkiem niezłą pamięcią do dat i prowadzę regularne zapiski w pamiętniku, dzięki którym nie ma mowy, żebym pomieszała jakieś wydarzenia - to materiał do podsumowań mam całkiem obszerny.

W Sylwestra 2006 pomyślałam, że kończący się rok był wyjątkowo ciekawy - wydarzyło się wtedy w moim życiu mnóstwo rzeczy. Kilka z nich - o czym wiem dopiero dzisiaj - miało znaczący wpływ na to, co działo się później (choć niektóre związki przyczynowo-skutkowe były dość zaskakujące). Tak się jednak złożyło, że lata 2007 i 2008 były jeszcze ciekawsze, o 2009 nie wspominając. Nie pozostawało mi nic innego jak z pewnym niepokojem myśleć o roku 2010. W praktyce okazał się on rzeczywiście najciekawszym z tych poprzednich. Pozostaje mi czekać z drżeniem serca na podsumowanie, którego dokonam 31 stycznia 2011.

W 2010 roku:
- opuściłam po niemal rocznym pobycie Warszawę, którą naprawdę bardzo polubiłam. Pewnie lubiłabym ją jeszcze bardziej, gdyby nie zeszłoroczna zima, która dość ograniczyła zasięg moich przedsięwzięć (np. łażenie z Szymonem do 2 nad ranem po dziwnych zakątkach stolicy nagle, w zetknięciu z temperaturą -20 stopni, nie wydawało się pomysłem najlepszym z najlepszych);
- wróciłam do Szwajcarii, którą ostatnio nawet troszkę lubię (gdyby nie mówili tu tym strasznym dialektem, byłabym skłonna rozważać naprawdę długi pobyt w tym kraju);
- odwiedziłam kilku szwajcarskich lekarzy i naprawiłam część uszkodzeń w moim organizmie; 
- wróciłam do grania w World of Warcraft - od kilku dni udaje mi się nawet grać codziennie;
- odwiedziłam kilka ciekawych miejsc na trzech kontynentach, z których niektóre bardzo pozytywnie mnie rozczarowały (Nowy Jork), spędziłam też pierwsze w życiu wakacje polegające na leżeniu i pluskaniu się w wodzie (przy okazji przeczytałam kilka książek);
- przekonałam się, że czytanie e-booków ma czasem sens, jeśli posiada się czytnik i dość ograniczony dostęp do części literatury, z którą chce się obcować. Oczywiście nadal zamierzam kupować papierowe książki, ale światu udało się mnie przekonać, że są sytuacje,w których Kindle rządzi;
- zrobiłam kilka fajnych zdjęć, ale wciąż brakuje mi zapału, by wziąć się za temat fotografii jakoś poważniej;
- w tajemniczych okolicznościach straciłam ponad 7 kg, które nie wracają mimo uporczywego wrzucania w siebie naprawdę sporych ilości jedzenia;
- zaczęłam czytać "Wheel of Time" i pluję sobie z tego powodu w brodę;
- odkryłam, że kurczak w sosie mango z warzywami to bardzo smaczna potrawa;
- potwierdziłam kilka swoich mniej lub bardziej optymistycznych twierdzeń na temat otaczającego mnie świata;
- wciąż odkładałam w przyszłość rzetelne wzięcie się za mój francuski;
- zapisałam mnóstwo stron w swoim pamiętniku. Mam nadzieję, że nie zginę w jakimś wypadku i nikt nie wpadnie na to by pod moją nieobecność to wszystko wydać;
- zaplanowałam mniej więcej przebieg roku 2011 i nawet kupiłam kalendarz, który ma mi pomóc się tych planów trzymać.

Szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 23 grudnia 2010

"Nic" Dawida Bieńkowskiego, czyli o książce, która w ogóle mi się nie podobała

"Nic" Dawida Bieńkowskiego chciałam przeczytać już kilka lat temu. Okładka zachęcała do lektury, zwłaszcza kogoś, kto jeszcze kilka lat wcześniej przeżywał okres buntu przeciwko całej komercji świata tego. Swój egzemplarz książki zdobyłam w końcu dzięki Dominikowi i jego wydawniczym wtykom. 

Od dawna już jestem dość sceptycznie nastawiona do współczesnej polskiej literatury. Mam na myśli tę naprawdę współczesną - ukazującą obecny świat i kondycję człowieka przełomu XX i XXI wieku. Od czasu do czasu, dla zasady (i - nie ukrywam - pewna naiwnej nadziei) sięgam po kolejną pozycję. Niestety, często żałuję.

Nie inaczej było w przypadku "Nic". Pomysł na akcję był nawet ciekawy - w Polsce pierwszej połowy lat 90., w okresie narodzin kapitalizmu, na rynek wchodzi sieć francuskich barów typu fast-food. Restauracje oferują schludne, kojarzące się z zachodnim przepychem wnętrza, wykwintne, jak wielu się wydaje, jedzenie i nową, europejską rzeczywistość. Wraz z lokalami nowego typu pojawia się nowa klasa pracowników: ludzi, którzy w zmieniającej się rzeczywistości upatrują dla siebie szansy na sukces w kapitalistycznym świecie. Oczywiście od razu coś idzie nie tak, a im dalej brniemy w akcję powieści, tym więcej otaczających nas i bohaterów rozczarowań.

Czytelnik (przynajmniej ten w mojej osobie) dość szybko orientuje się, co czeka go na kolejnych stronach książki. Około strony pięćdziesiątej, wiedziałam już, jakie mniej więcej będzie zakończenie. Fakt, że miałam rację, wcale nie poprawił mi czytelniczego nastroju. I tak zresztą smętnego: bo i powieść dość szybko przybiera smętny ton. Nic się tutaj nie udaje: kariera zawodowa nie niesie za sobą niczego pozytywnego poza samą karierą (brakuje nawet czasu, by cieszyć się zarobionymi pieniędzmi), sztuka traci rację bytu (jej ostatnie przejawy możemy odnaleźć w obskurnym garażu, z gwiazdą filmów porno w roli głównej), tradycyjny model rodziny ulega rozkładowi, a młodej i biednej studentce nie pozostaje nic innego jak tylko sprzedawać hamburgery i rozkładać nogi przed szefem sieci.

No dobra. Może ja się nie znam na książkach i nie zdaję sobie sprawy z tego, że prawdziwy świat wygląda tak, jak przedstawił to Bieńkowski. Ale, na litość czytelnika, nawet jeśli tak jest, to ten smętny obraz dałoby się chyba przedstawić w sposób ciekawy. Interesującą próbę stworzenia niebagatelnego bohatera reprezentuje Euzebek - powiedzmy, że jest to typ człowieka, który znam i na który mam alergię. Tyle, że w przypadku "Nic" nie chciało mi się nawet alergicznie reagować. Nie przekonały mnie również inne postaci: może jeszcze Krzysztof przypominał mi kogoś, kto miałby szansę istnieć w prawdziwym świecie.

Książka napisana jest zgrabnym językiem i z pewnością nadaje się na powieść pociągową. Zresztą, zapewne niektórym się spodoba. Ja byłam rozczarowana. "Nic" dopisuję do kategorii książek, po których rodzi się tępe pytanie: "No i co z tego?". A naprawdę, istnieją banalne i na swój sposób głupie książki, które ciekawie poprowadzoną akcję są w stanie to pytanie zagłuszyć. Dawidowi Bieńkowskiemu się to nie udało. Albo ja jestem zbyt odporna.

środa, 22 grudnia 2010

O tym, jak to pojechałam TGV do Paryża

W ostatni weekend wybraliśmy się na przedświąteczny wypad do Paryża. Wbrew temu, co może się wydawać, z perspektywy kogoś, kto akurat przebywa w Zurychu, nie jest to jakaś wielka wyprawa - pomiędzy tymi miastami funkcjonuje stałe połączenie kolejowe, a dzięki wynalazkowi TGV podróż trwa tylko 4 i pół godziny. Biorąc pod uwagę, że przez kilka lat regularnie jeździłam na znacznie krótszej na trasie Lublin - Kraków i zabierało mi to każdorazowo ponad pięć godzin - grzechem byłoby teraz z tej komunikacyjnej bliskości Paryża nie skorzystać.

Podróż zrobiła na mnie spore wrażenie. Wyjeżdżając, miałam trochę wątpliwości, czy aby spontaniczny pomysł na weekendowy wypad w tym właśnie okresie był takim dobrym pomysłem - wszędzie straszono śnieżycami, a opowieści o tym, co dzieje się z PKP mroziły krew w żyłach. Zima sparaliżowała też podobno Niemcy. Tak czy siak, postanowiliśmy jechać.

Podróż do Paryża przespaliśmy, udało nam się jednak zanotować fakt opóźnienia blisko godzinnego, za które obsługa pociągu bardzo przepraszała. Bardziej świadomie przebyliśmy za to drogę powrotną.

Zaczęło się nieco nerwowo - na francuskim dworcu był tłum ludzi, których grupki gromadziły się głównie wokół wyświetlaczy z rozkładem jazdy. Sporo pociągów było opóźnionych, w tym nasz. Kiedy w końcu usiedliśmy w ciepłym wagonie, opóźnienie wynosiło już około 60 minut. Obsługa pociągu poinformowała pasażerów o utrudnieniach związanych z pogodą (zarówno ten komunikat, jak i wszystkie inne, podawane były w trzech językach: po angielsku, niemiecku i francusku). W związku z nimi, pociąg nie mógł rozwinąć standardowej prędkości i należało liczyć się z tym, że będziemy się poruszać z prędkością "tylko" 200 km/h. Na tym trudności się nie skończyły - tuż przed granicą ze Szwajcarią usłyszeliśmy, że musimy zwolnić do 140 km/h. Po chwili nadano też komunikat, że jeśli w pociągu znajdują się lekarze mówiący po angielsku, to są proszeni do wagonu 14, w którym zasłabł człowiek (w naszym wagonie natychmiast poderwało się dwoje ludzi). Okazało się, że na najbliższej stacji będziemy musieli poczekać na pogotowie. Byłam już na etapie psychicznego przygotowywania się do pieszej wędrówki w środku nocy z dworca w Zurychu do domu (nie żebym miała jakoś daleko, ale zimą w środku nocy, po dość męczącym tygodniu, chciałoby się jednak przemieszczać w jakiś inny sposób), gdy usłyszałam, że zbliżamy się do docelowego dworca z opóźnieniem wynoszącym... 30 minut.

Nie wiem jak to możliwe - zakładam, że jechaliśmy jednak trochę szybciej niż przepowiadały złowróżbne komunikaty. Zapewne też ograniczany był czas stania pociągu na kolejnych dworcach. W każdym razie - do Zurychu dotarliśmy z opóźnieniem mniejszym niż wskazywała na to faktyczna godzina odjazdu pociągu, po czterogodzinnej podróży przez totalnie zasypaną śniegiem Francję. O wszystkich zmianach czy problemach byliśmy informowani na bieżąco (w PKP do szału doprowadza mnie to, że o opóźnieniach pasażer często jest informowany już po tym, jak przewidziana rozkładem godzina już minie, w dodatku oficjalny czas opóźnienia jest zazwyczaj inny niż ten faktyczny). W pociągu nie tylko było czysto - działały również toalety (proszę się nie śmiać - rok temu kilkakrotnie trafiłam na niedziałające toalety w pociągach InterCity na trasie Warszawa-Kraków. Co gorsza, ani razu nie widziałam informacji, że łazienki są nieczynne. Widziałam natomiast niepełnosprawną dziewczynkę, która bezskutecznie próbowała znaleźć działającą ubikację w którymkolwiek wagonie - ze względu na to, że nawaliło oświetlenie, nie było to takie proste), były też pomieszczenia do przewijania dzieci (jakiś czas temu wyczytawszy o istnieniu przedziałów dla matek i kobiet w ciąży próbowałam uzyskać informacje na temat zasad korzystania z nich u pani pracownik PKP i zostałam zrugana od stóp do głów, informacji nie uzyskawszy). 

Wiecie co jest najgorsze? Ja lubię jeździć pociągami. Również polskimi. Może nie przesadnie daleko, ale np. trzygodzinna podróż pociągiem, pod warunkiem że jest czysto i nie jest zimno, to dla mnie przyjemność. Cieszyłam się, kiedy na kilku interesujących mnie w Polsce trasach wprowadzono obsługę TLK - wiele z tych pociągów naprawdę prezentuje się o wiele lepiej niż składy Przewozów Regionalnych. Mimo to, gdy wspominam moje zeszłoroczne przygody z PKP zimą, gdy czytam o tym, co dzieje się teraz, a mam za sobą podróż w naprawdę złych warunkach atmosferycznych w innym kraju, zakończoną naprawdę pozytywnymi odczuciami - otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo nikt mi nie wmówi, że u nas się tak nie da. 

niedziela, 12 grudnia 2010

Kilka słów o wizytach u szwajcarskich lekarzy

W mieszkaniu za granicą (czy może raczej: pomieszkiwaniu, bo przecież ja za jakiś czas wrócę do Krakowa) ciekawym rozdziałem są wizyty u lekarza. Bo powiedzmy sobie szczerze, że język obcy na poziomie czytania powieści czy rozmów przy piwie to trochę co innego niż rozmowa o fizycznych dolegliwościach z użyciem fachowych terminów. Poza tym ja zawsze uważałam się za osobę raczej zdrową (no dobra, mam zepsute to i owo, ale...) i lekarskie wizyty były czymś, co chciałam mieć jak najszybciej za sobą. Tak czy siak po upłynięciu pewnego czasu stwierdziłam, że skoro już wyszło tak, że mieszkam w Szwajcarii i jestem tu ubezpieczona, to nie będę się wygłupiać z lataniem do polskich lekarzy przy okazji każdej fizycznej usterki.

Łatwo powiedzieć, ale szwajcarski system ubezpieczeń zdrowotnych po kilku latach korzystania z niego wciąż pozostaje dla mnie w dużej mierze tajemnicą. Po początkowej radości z tego, że pracodawca nie zabiera Ci z Twojej pensji pieniędzy na ubezpieczenie, przyszło otrzeźwienie związane ze świadomością, że tak czy siak będziesz musiał wyłożyć na to korzystając z własnych, znajdujących się już na koncie środków. Możliwości i wariantów ubezpieczenia jest tyle, że ja sama staram się o tym za dużo nie myśleć, wychodząc z założenia, że pani od polisy została poinformowana, czego potrzebuję i zapewniła mi zawierający te elementy pakiet. Niedawno przejrzałam tabelkę zawierającą szczegóły mojego ubezpieczenia i dowiedziałam się, że m.in. będę mieć częściowo refundowane koszty leczenia psychiatrycznego. Więc w razie czego nie jest tak najgorzej.

Kilka rzeczy jednak zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie.

Lekarza wybieram najczęściej ze strony doktor.ch. W wielu przypadkach mogę tu dowiedzieć się nie tylko jakich lekarzy mam do wyboru, ale uzyskać informacje typu data napisania pracy dyplomowej czy języki, w których dany specjalista mówi (to akurat dość istotne dla kogoś, kto nie jest Szwajcarem i nie rozumie zbyt dobrze miejscowego, szwajcarskiego narzecza). Jak na razie nie udało mi się trafić na lekarza, który by nie był miły - wręcz przeciwnie, wszyscy tryskali na mój widok uśmiechami na prawo i lewo. Co ciekawe, nie chcą pieniędzy - mechanizm działa w ten sposób, że kilka tygodni po wizycie dostaję do swojej skrzynki rachunek, który mam następnie w ciągu 30 dni uregulować. Często podobnie działa to z lekami - w aptece proszą mnie po prostu o kartę ubezpieczeniową. Od czasu do czasu jednak każą mi za coś zapłacić - póki co nie zdołałam jeszcze ustalić tak do końca od czego to zależy. Rachunki wysyłamy ubezpieczycielowi, w nadziei, że oni wiedzą lepiej od nas co dalej należy z tym zrobić. No cóż - mechanizmu tak w stu procentach nie rozumiem, ale ostatnio dostałam nawet jakiś zwrot kosztów wizyt lekarskich, więc chyba to wszystko jednak działa. 

Rachunki same w sobie też są ciekawe - jest na nich wypisane dosłownie wszystko, co pacjentowi podczas wizyty robiono. Jest też opłata za każde 5 czy 10 kolejnych minut konsultacji medycznej. Jeden z rachunków, które dostałam, zawierał punkt o kosztach odpowiedzi na mojego maila - na szczęście pani doktor odpisując mi zmieściła się w 5 minutach.

Moim ostatnim osiągnięciem na polu medycznym jest wyprawa do szwajcarskiej dentystki. Po wypełnieniu ankiety na temat mojego aktualnego stanu zdrowia (nie, nie mam problemu z utratą przytomności i nie leczę się na żadną przewlekłą chorobę; skończyłam takie to a takie studia - tak, o to też pytają) zapowiedziano mi, że teraz zrobią mi zdjęcie, bo potrzebują tego do mojej karty pacjenta. Niestety, rezultatu fotograficznych starań pani z recepcji nie udało mi się zobaczyć. Nie mam zielonego pojęcia, po co gabinetowi dentystycznemu moje zdjęcie - Dawid mówi, że to na wypadek gdybym nie zapłaciła rachunku i trzeba mnie było ścigać listem gończym.

Przez to wszystko jednak mam od czasu do czasu sny, w których odwiedzam polskich lekarzy i usiłuję dogadać się z nimi po angielsku czy niemiecku, by pod koniec wizyty dowiedzieć się, że tak naprawdę mogłam od początku mówić po polsku. Trauma.

czwartek, 25 listopada 2010

Notka o mojej nowej szczoteczce

- O, co kupujemy? - zapytałam, kiedy kilka dni temu zobaczyłam na ekranie małżonka słowo "Bestellung". Spodziewałam się standardowej odpowiedzi, z której dowiedziałabym się, że przedmiotem zakupu jest jakiś bardzo ważny kabelek, karta pamięci, lub inny przedmiot związany z aparatem fotograficznym bądź komputerem. Na takie sprawy jestem raczej uodporniona, a odkąd w pokoju, który po cichu uważam za swój (z racji tego, że tu stoi moje ukochane, wypatrzone biurko oraz że spędzam tu dużo czasu na czytaniu i pisaniu), stanęły dwa potężne statywy do specjalnych, odbijających światło parasolek i lamp błyskowych, moja tolerancja dla hobby pana D. sięga o wiele dalej niż kiedyś. Inną możliwą odpowiedzią, którą dopuszczałam, było słowo "odkurzacz", bo z zakupem nowego, który skuteczniej niż obecnie używany radziłby sobie z kocią sierścią, nosimy się już dłuższy czas. A w tym przypadku wiadomo, że milej jest, gdy ktoś przyniesie nam taki odkurzacz pod drzwi i wyręczy z konieczności biegania z nim po mieście.

Tym razem jednak małżonkowi udało się mnie zaskoczyć. - Kupiłem szczoteczki do zębów! - oświadczył, jakby to była rzecz najnaturalniejsza na świecie, że szczoteczki kupuje się przez Internet. Po chwili okazało się, że chodzi o szczoteczki elektryczne (o zakupie których faktycznie myśleliśmy, poprzedni zestaw odmówił działania już kilka lat temu, a komfort po umyciu zębów zwykłą szczoteczką oceniam jako znacznie gorszy). Ze śledztwa przeprowadzonego przez Dawida wynikało, że ich zakup będzie bardziej opłacalny w sklepie internetowym niż zwykłym.  Oczywiście, postawionej w takiej sytuacji, wypadało mi tylko czylić czoła przed mężowską roztropnością.

Wczoraj wczesnym wieczorem położyłam się, by odespać nieco poprzednią, mocno zarwaną noc. Obudził mnie po chwili chrzęst klucza w zamku. Małżonek wrócił z pracy. W dodatku nie sam. Przysłali szczoteczki...

Nowy zakup został natychmiast przyniesiony do mnie (leżałam w łóżku w sypialni) i rozpakowany. Byłam totalnie zaspana i cała sytuacja wydawała mi się mocno absurdalna. Zwłaszcza opowieść o tym, że szczoteczki mają kilka trybów mycia, że świeci się w nich światełko, jeśli przyciska się je zbyt mocno i że co pół minuty robią "coś", co oznacza sygnał, że należy zacząć myć inną część szczęki. Wszystko to sprawiło, że do wieczornego umycia zębów zwyczajnie bałam się zabrać. W końcu umyłam zęby szybko, na zasadzie "miejmy to już z głowy".

Rano zostałam z nowymi szczoteczkami sam na sam. Zauważyłam to przemykając z sypialni do kuchni. Z mijanej po drodze łazienki coś zamrugało do mnie zielono. Na szczęście, zanim dostałam zawału, okazało się, że to szczoteczka, której w trybie ładowania migocze światełko. Wspaniale, prawda?

Chcąc nie chcąc, w końcu musiałam sama użyć tego potwora. Ostrożnie sunęłam włosiem po zębach, wypatrując sygnału świadczącego o tym, że mam zacząć szorować gdzieś indziej. Chyba go przegapiłam. Próbowałam też dociskać szczoteczkę do zębów, by zobaczyć, jak działa ostrzegawcze czerwone światełko, ale doszłam do wniosku, że prędzej wybiję sobie uzębienie niż osiągnę zamierzony cel. Lekko zrezygnowana zapytałam przez telefon męża, gdzie mogę znaleźć swoją starą, zwykłą szczoteczkę.
- Schowałem! - padła triumfalna odpowiedź.

Dziś przyszedł odkurzacz. Póki co unikam dotykania pudełka.

wtorek, 23 listopada 2010

Tekst pochwalny ku czci butów bez obcasów

Udało mi się przeżyć ponad dwadzieścia lat bez umiejętności poruszania się w butach na obcasach. Nie żeby takie buty mi się nie podobały - po prostu nie umiałam ich obsługiwać, a nie wyobrażałam sobie trenowania na ulicy wśród tłumu gapiów. Jakimś cudem prawie wszystkie otaczające mnie kobiety posiadły tę trudną sztukę. Jak? Nie śmiałam pytać. Uznałam, że widać akurat w tej dziedzinie jestem beztalenciem.

Miałam zresztą sporo argumentów, by po obcasy nie sięgać. Po pierwsze, to jest niezdrowe dla kręgosłupa. Po drugie (bo powiedzmy sobie szczerze, że to pierwsze w ustach kogoś, kto prowadzi tak nieregularny tryb życia jak ja brzmi mało przekonująco) swego czasu zauważyłam, że znaczna część użytkowniczek obcasów się garbi. Mówiłam sobie, że wolę ograniczać moje obuwnicze zakupy do płaskich egzemplarzy i cieszyć się wyprostowaną figurą.

Coś mi jednak szeptało, że fakt chodzenia w obcasach nie musi się tak koniecznie wiązać z garbem. Poza tym nikt nie każe mi chodzić w szpilkach na co dzień. Mogę po prostu nauczyć się w nich poruszać i wkładać je od czasu do czasu, np. na jakąś imprezę. Do tego dochodził fakt, że chyba tak jak wynika z tego słynnego obrazka przedstawiającego mózg kobiety, sporą część mojej głowy zajmuje takie prostokątne pole pod tytułem "Buty".

Ponieważ ostatnią przygodę z wysokimi butami miałam jeszcze w liceum, kiedy pożyczyłam z jakiegoś powodu buty od koleżanki by odwiedzić znajdujący się tuż obok szkoły sklep i prawie połamałam kończyny, wiedziałam jedno: trening musi przebiegać stopniowo.

Po kilku miesiącach dyskretnych szkoleń udało mi się opanować sztukę chodzenia na obcasach. No, nie szpilkach - do tego jeszcze trochę mi brakuje. Ale z takim, powiedzmy, siedmiocentrymetrowym obcasem już sobie radzę. Jestem tym faktem tak zachwycona, że od dobrego roku chodzę w butach, dzięki którym jestem wyższa o te kilka centymetrów. Przerwę zrobiłam tylko na kilka letnich tygodni, kiedy kupiłam sobie kolejną parę najwspanialszych butów na świecie - oczywiście mam na myśli trampki.

Tak czy siak, niedawno dotarło do mnie, że nadchodzi zima. Wracam do domu z dziwnie zmarzniętymi nogami, a moje jesienne botki nie do końca pasują do zimowego ubrania. Ostatnio dowiedziałam się, że na środę, czyli jutro, zapowiadany jest śnieg. Postanowiłam nie dopuścić do sytuacji, kiedy pośliznę się na obcasie i wybrałam się na zakupy. Po uiszczeniu opłaty za parę zimowych butów poszłam jeszcze na gorącą czekoladę i w ubikacji kawiarni zmieniłam obuwie na wersję zimową i... płaską.

I wiecie co? Niech żyją płaskie buty! Zrobiło mi się nagle tak wygodnie, że miałam ochotę wracać do domu pieszo.

czwartek, 18 listopada 2010

I jak tu się nie cieszyć z zakazu palenia?

Wróciłam wczoraj z bardzo przyjemnego, dziesięciodniowego pobytu w Polsce. Dobrego nastroju nie były mi w stanie zepsuć nawet wizyty u dentysty podczas których nie mogłam skorzystać ze znieczulenia (polecam borowanie w tych okolicznościach jedynki). Spotkania ze znajomymi, całe dnie spędzane poza domem i podsumowanie, że jak zwykle miałam na wszystko za mało czasu... 

Pod koniec mojego pobytu w Polsce weszła w życie ustawa o zakazie palenia w miejscach publicznych. Oczywiście 15 listopada próbowałam ją przetestować, ale zrezygnowałam po przekroczeniu progu krakowskiego Bunkra Sztuki - na stołach stały popielniczki i wszędzie unosiła się charakterystyczna woń. No cóż, wrócę tam za rok.

Jako osoba niepaląca nie mam chyba innego wyjścia, jak zakaz popierać. Nie lubię zadymionych pomieszczeń, drażni mnie i zawsze drażnił nałóg u rodziców. W przypadku znajomych aż tak bardzo mi to nie przeszkadza, bo wśród nich pali tylko nieliczna grupa, a nie należę do osób, które będą umierać, jeśli podczas spotkania dziesięcioosobowej grupy ktoś zapali. Zwłaszcza, że wielu ludzi pyta, czy nie będę mieć nic przeciwko, jeśli to zrobią. Jasne, raczej niechętnie wchodzę do wnętrz, w których jest już "napalone". Nie raz i nie dwa rezygnowałam z wejścia do pubu, w którym nad głowami siedzących unosiła się chmurka. Od przebywania w zadymionym pomieszczeniu swędzi mnie skóra i mam odruchy wymiotne. Nie mówiąc już o tym, że ubranie nadaje się tylko i wyłącznie do uprania, a zostawione na noc w łazience sprawi, że całe pomieszczenie będzie śmierdzieć.

Tak czy siak wygląda na to, że teraz stopniowo tego typu rozważania będę mogła odstawić w kąt. No bo powiedzmy sobie szczerze: nawet jeśli zakaz będzie łamany, to jednak zmiany się nie uniknie. I proszę się nie dziwić mojej radości: dla osoby niepalącej wprowadzenie tej ustawy to prawdziwe święto. 

Oczywiście czytałam słynny już artykuł Żakowskiego. Dziś z kolei dowiedziałam się o artykule Magdaleny Środy, w którym autorka oświadcza, iż "nie zna intelektualisty, który by nie palił". Moja pierwsza myśl brzmiała: "w takim razie pani profesor zna bardzo niewielu ludzi". Wspomnienia tego, jak to palono podczas intelektualnych dysput mimo sprzeciwu gospodyni domu utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że żyję w bardzo dobrych czasach (nikt z moich palących znajomych nigdy nie próbował u mnie zapalić. Wszyscy sami z siebie wychodzili na balkon, bez próśb z mojej strony), w których wbrew filozofii staruszków podróżujących ze mną od czasu do czasu autobusami z kulturą osobistą nie jest tak najgorzej. 

Oczywiście doskonale rozumiem, że palacze znaleźli się w sytuacji cokolwiek niewygodnej.  Mnie np. nie podoba się to, że nie wolno mi urządzić nad Wisła pikniku z winem. Zwłaszcza, że picie jest dla otoczenia raczej mniej szkodliwe niż palenie papierosów.  Żeby jednak nie było, że teraz piętnuje się wyłącznie palących, mam propozycję: zróbmy w następnej kolejności coś, żeby ludzie zaczęli się regularnie myć i używać dezodorantów. Śmierdzące nikotyną oddechy to jedno. Smród potu, zwłaszcza latem w wypchanym po brzegi autobusie lub tramwaju to również żadna frajda. 

czwartek, 28 października 2010

Poprzez epoki, z telefonem komórkowym przy uchu...

Słyszeliście już o aferze z "podróżnikiem w czasie"? 

Zainteresowanie wzbudził fragment filmu nakręconego w 1928 przed jednym z hollywoodzkich kin tuż przed premierą "Cyrku" Charliego Chaplina. W pewnym momencie na ekranie pojawia się obraz otyłej kobiety, która trzyma przy uchu jakiś przedmiot i zdaje się do niego mówić - zupełnie tak, jakby rozmawiała przez telefon komórkowy. 

Mówiąc szczerze, jestem tak przyzwyczajona do tego, że żyję w XXI wieku, że gdyby nie lektura tekstu omawiającego film mogłabym w ogóle nie zwrócić uwagi na to, że coś jest nie tak. No bo co dziwnego jest w grubej babie, która idzie przez ulicę i gada przez komórkę? 

W Internecie roi się od dyskusji na temat tego, co możemy zobaczyć na tym filmie. A ja mam pewien problem: bo choć zdrowy rozsądek zabrania mi branie pod uwagę scenariusza o podróżniczce w czasie, to na swój sposób miło byłoby się dowiedzieć, że coś w tym jest. I że tak się da. Nie dalej jak kilka dni temu oglądałam na Youtube fragmenty filmowej wersji "Godziny pąsowej róży" - jednej z ważniejszych książek mojego dzieciństwa, o nastolatce mieszkającej w Warszawie XX wieku, która niespodziewanie przeniosła się o jedno stulecie wstecz. Pamiętam, że czytając powieść Marii Krüger byłam zachwycona i myślałam o tym, że może kiedyś, gdy będę już dorosła, naukowcy znajdą jakiś sposób na przenoszenie nas w inne czasy. 

Miło by było wiedzieć, że realizacja dziecięcych marzeń o podróżach między epokami będzie kiedyś możliwa. Odwiedzić XIX-wieczny Londyn (to snobistyczne miasto dostało swoje metro w roku, kiedy my mieliśmy powstanie styczniowe. Nieźle, nie?), wskoczyć do średniowiecza. Na pewno też wybrałabym się na kilka teatralnych premier "Dziadów". Choć po obejrzeniu "Efektu motyla" dostrzegam również wady wprowadzenia do naszego życia takiej funkcjonalności. Wyprawy w przyszłość również odpadają. Przeczytałam za dużo SF żeby mieć takie pomysły. Ale wycieczka wstecz - czemu nie?

Chyba jednak nic z tego. Teoria, że kobieta z pochodzącego z 1928 roku filmu trzymała przy uchu po prostu to: link nie musi być oczywiście słuszna, ale udowadnia, że całą sprawę da się wytłumaczyć racjonalnie.

poniedziałek, 11 października 2010

Lubię w szafie


Facebook opanowała nowa, zbiorowa moda. Panie masowo informują o tym, gdzie lubią - a co, ma już pozostawać w sferze domysłów. Oczywiście skojarzenia seksualne nasuwają się same, a ponieważ ja lubię prowokować, korciło mnie, by powiadomić świat o tym, że najbardziej lubię grając w World of Warcraft. Najpierw jednak poszukałam w sieci informacji na temat całej akcji i dowiedziałam się, że prawda jest o wiele mniej interesująca od pozorów: w statusach typu "lubię na krześle" czy "lubię obok lustra" nie chodzi bowiem o miejsce, w którym moje koleżanki lubią uprawiać seks, ale o to, gdzie przeważnie zostawiają swoją torebkę. 


No tak - od kilku dni dostawałam od kobiet, które mam na swojej liście kontaktów dziwne wiadomości, które - sądząc po nagłówkach - przynajmniej zaczynały się tak samo. W żadną z nich nie weszłam, zakładając, że to pewnie jakieś paskudztwo przenoszące się drogą kropelkową. Zwłaszcza, że pierwsze egzemplarze wiadomości, które do mnie dotarły, pisane były w języku angielskim, a ja ze znajomymi narodowości polskiej rozmawiam po polsku. Wygląda jednak na to, że gdybym przeczytała, zrozumiałabym o co chodzi o wiele wcześniej. A, zapomniałabym - chodzi jeszcze o to by poprzez akcję zwiększyć świadomość spraw związanych z rakiem piersi. Aha.

Lubię absurd, dlatego dwuznaczna akcja mogłaby mi się podobać gdyby nie to, że nijak nie mogę wziąć w niej udziału. Przynajmniej jeśli miałabym być szczera. Z torebką chodzę rzadko i uważam ją za wynalazek wielce niepraktyczny. Mała nie nadaje się do przenoszenia niczego poza portfelem, kluczami i niewielką książką. Do dużej torby wrzucę co prawda kilka książek, ale to jest na dłuższą metę katastrofa dla kręgosłupa i jest zwyczajnie niewygodne. Dalej: kobiety także posiadają laptopy. Poza tym baba, nawet ta na diecie, jeść musi, a torebka nie nadaje się do noszenia zakupów wykraczających poza opakowanie Haribo. Nie mówiąc już o żwirku dla kota.

Oczywiście to nie jest tak, że wszędzie chodzę z plecakiem. W zasadzie robię to wtedy gdy wiem, że w ramach planowanego wyjścia zahaczę o sklep albo gdy czytam aktualnie książkę wydaną w nietypowym formacie. Oczywiście takie wyjścia to te najczęstsze, ale na wieczorną imprezę czy do pubu wezmę torebkę. O ile nie idę z Qneksem (a przeważnie idę z nim), który ma swój plecak, idealnie mieszczący moją książkę, telefon i portfel.

Żeby nie było - mnie się torebki podobają. Przeważnie takie, na które mnie nie stać. Podobnie mam z butami.

A jeśli już koniecznie musicie wiedzieć - kiedy zdarzy mi się wyjść gdzieś z torebką, to po powrocie do domu chowam ją do szafy. 

piątek, 8 października 2010

Z weselami to lepiej ostrożnie...

Mój znajomy, Bartek J., podzielił się na Facebooku linkiem do materiału, który chodzi za mną cały dzień. Przyswojony w porze posiłku, co prawda nie spowodował dosłownej niestrawności, ale zrobił mi krzywdę - nie potrafię wybić go sobie z głowy. A uwierzcie, że chciałabym.


Kto dobrze mnie zna, ten wie, że na temat wesel, zwłaszcza tych tradycyjnych, mam lekką alergię. Cieszę się niezmiernie, że sama ten temat mam już za sobą, a do weselnych planów bliźnich podchodzę z pewną rezerwą. Sama nie wiem, skąd to wynika - być może po prostu większość otaczających mnie osób średnio pasuje mi do balowej sali, weselnych dekoracji i tradycyjnego, pierwszego tańca. Być może wiąże się to z faktem, że zawsze byłam dość niepokornym duchem. I choć zdarza mi się chodzić z głową w chmurach, w tej jednej sprawie jestem do bólu praktyczna: ślub i wesela to pestka, największe wyzwanie przychodzi później.


Tak czy siak, to chyba dobrze, że niektórych rajcuje przygotowywanie własnych imprez weselnych. W końcu chodzi o to, żeby było fajnie, a wymaganie od wszystkich, by podchodzili do tego tematu tak markotnie jak ja, byłoby przegięciem. Dlatego w zasadzie cieszy mnie, gdy słyszę, że ta para zarezerwowała już salę, a ta wybiera zdjęcia spośród tych zrobionych przez fotografa. W końcu chodzi o miłe i przyjemne rzeczy, prawda?

Żeby jednak nie było, że odbiegam od tematu: materiał, linkiem do którego podzielił się na Facebooku mój kolega, znajdziecie tu: www.plotek.pl/. Chodzi o film z młodą parą, tak "na ucho" pochodzącą z kraju naszego wschodniego sąsiada. Obraz funkcjonuje w sieci pod nazwą "best wedding video ever" (pod takim hasłem znajdziecie go łatwo na Youtube). O co chodzi?

Reżyser bardzo przejął się możliwościami, jakie oferuje współczesna technika. Panna młoda, przechadzająca się po lesie, wypuszcza z dłoni świecące kule, które lecą w kierunku jej lubego niemal go nokautując, oboje rysują w powietrzu wielkie, świecące, cekinowe serce, odbijają świecące obiekty i wydają dziwne, mało estetyczne odgłosy. Piją też rosyjskiego szampana. Całość wydaje się dość żałosna - bo mimo wszystko sądzę, że nawet przesadnie słodki film tego typu można zrobić dobrze. Oczywiście od razu zapala mi się lampka pod tytułem "ej, oni to na serio?"

Nie wiem, czy autor filmu spełnił oczekiwania swoich klientów. A może to wszystko tylko żart? QNeX po obejrzeniu całości stwierdził, że reżyser musiał się inspirować Dragon Ballem

Do tej pory najgorszą historią ślubną jaką słyszałam, była ta, w której pannie młodej podbito oko zaraz po wyjściu z kościoła monetą rzuconą "na szczęście". Wygląda jednak na to, że może być gorzej. I tylko utwierdzam się w przekonaniu, że z weselami to lepiej ostrożnie.

czwartek, 7 października 2010

Mario Vargas Llosa, czyli dobra wiadomość z frontu Nobla


Ponarzekałam na polskie Nike, ale wiadomość, że literackiego Nobla dostał Mario Vargas Llosa, mile mnie zaskoczyła. Choć nagrodzenie polskiego twórcy (od lat już mówi się o tym, że tego Nobla zgarnie w końcu Adam Zagajewski) byłoby miłym akcentem, to nazwisko peruwiańskiego pisarza wydaje mi się tu być jak najbardziej na miejscu.


Moje spotkanie z powieściami Llosy zaczęło się dość niefortunnie. W ramach poznawania literatury latynoamerykańskiej sięgnęłam po "Pochwałę macochy". Książka nie podobała mi się w ogóle. W doczytaniu jej do końca pomogła mi chyba tylko mała liczba stron. Po inne powieści Llosy zapewne nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie seria Wyborczej, dzięki której w moje ręce trafiło "Miasto i psy". Tematyka była zupełnie nie moja - gdyby ktoś polecał mi książkę, której tematem jest armia, wojsko - zapewne nie pałałabym entuzjazmem. A jednak "Miasto i psy" stało się książką, która mnie naprawdę porwała. I doprowadziła do innych dzieł autora.


"Wojna końca świata" była już prawdziwą ucztą literacką. Oparta na wydarzeniach w XIX-wiecznej Brazylii powieść napisana była w sposób iście magiczny. Choć autor czerpał z wydarzeń, które naprawdę miały miejsce, czytelnik ma wrażenie, jakby świat przedstawiony w książce stworzony był specjalnie na jego użytek. Postać Nauczyciela, gromadzącego wokół siebie rzesze wiernych, przywodzi na myśl współczesną opowiastkę o Jezusie. Realia południowoamerykańskie dodają całości uroczego klimatu. 


Przez dobrych kilka lat Michał S., z którym spotykałam się regularnie na coś, co często przeradzało się w rozmowy o książkach, polecał mi "Rozmowę w Katedrze". Przeczytałam ją w końcu dwa lata temu, podczas pierwszych dni spędzonych w Zurychu. Pamiętam, jak podczytywałam kolejne fragmenty przy prawie każdej okazji: jedząc hamburgera, siadając na chwilę nad jeziorem... Llosa stworzył powieść totalną, powieść-łamigłówkę, której pełny obraz wyłania się z chwilą zakończenia lektury. Uroczy klimat Limy lat sześćdziesiątych, zawirowania polityczne, etniczne i towarzyskie, specyficzny sposób konstruowania powieści - wszystko to składa się na bardzo dobrą, godną polecenia pozycję.

"Pantaleon i wizytantki" to czwarta i - póki co - ostatnia książka Llosy, którą czytałam. Słyszałam opinie, że powieść rozczarowuje - nie ma w sobie nic z "totalności" właściwej wielu powieściom noblisty. Cóż, coś w tym jest - ale cenię olbrzymią dawkę śmiechu, którą pisarz zapewnił mi tym dziełem. "Pantaleon" to książka zabawna, często tragikomiczna. Taka, po którą warto sięgnąć od czasu do czasu dla zachowania psychicznej równowagi.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po pozostałe pozycje autorstwa nagrodzonego pisarza. Na szczęście trochę tego jest. Czego jak jak czego, ale książek wartych przeczytania mi nigdy nie zabraknie. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie czytać Llosy po hiszpańsku. No, ale wszystko przede mną.

niedziela, 3 października 2010

Rozważania nad Nike

Dowiedziałam się, że przyznano kolejną nagrodę literacką Nike. Jest mi trochę głupio, bo o ile kilka lat temu śledziłam losy tego konkursu dość uważnie, o tyle od pewnego czasu dowiaduję się co zostało uznane za książkę roku już jakiś czas po fakcie. Z przykrością stwierdzam, że nie żałuję.

Nie znam się na poezji i odmawiam wypowiadania się na jej temat. Dany wiersz może mi się podobać, ale przeczytałam za mało poezji w swoim życiu - a może po prostu brak mi w tym względzie jakiegoś szczególnego zmysłu - bym potrafiła ocenić utwór w kategoriach jakościowych. A jak powiedział profesor Borowski, historyk literatury może uważać, że krzesło należące do Ludwika XIV było ohydne, ale powinien być w stanie ocenić jego wartość na tle estetyki epoki. Ponieważ zaś ja jestem w kwestii wierszy totalnym laikiem, milknę gdy rozmowa schodzi na temat poezji.

Czytam za to prozę i to w dość sporych ilościach. W czasach uczniowskich i studenckich starałam się śledzić losy kolejnych Nike i czytać nagradzane oraz nominowane powieści. Dzięki temu sięgnęłam po raz pierwszy po Myśliwskiego, którego sposób pisania bardzo przypadł mi do gustu. Poprzez ten system zapoznałam się też z "Pawiem królowej" Masłowskiej, które to spotkanie zakończyło się z mojej strony mentalnym pawiem. Otworzyłam oczy ze zdumienia, że komuś przyszło do głowy, że "Gnój" Kuczoka to bardzo dobra książka (naprawdę, nie znalazłam w niej niczego wyjątkowego. Do dziś podejrzewam, że członkom jury chodziło wyłącznie o to, że autor poruszył w swojej powieści taki a nie inny temat) i pochłonęłam klimatyczne "W ogrodzie pamięci" Joanny Olczak-Ronikier. Sięgnęłam w końcu po dzieła Jerzego Pilcha, które czytałam, bo wchodziły łatwo, choć ciężko mi było doszukać się w nich czegoś więcej. Poza tym przy lekturze prawie każdej jego książki miałam wrażenie, że po głowie pana Pilcha chodziły inne powieści, kiedyś tam przeczytane. No niech ktoś mi powie, że kiedy czyta się "Marsz Polonia" nie przychodzi na myśl Konwicki!

Niezależnie jednak od tego czy dana książka mi się podobała czy nie, ciągle miałam wrażenie, że prawie każdego roku czytałam polskie książki lepsze od tych nagradzanych. A kiedy wszyscy zapomnieli o "Lodzie" Dukaja, pomyślałam złośliwie, że członkom jury pewnie nie chciało się czytać tysiąca stron tekstu. 

Tak czy owak, gdybym swoje czytelnicze preferencje miała opierać głównie na guście tych od Nike, czytałabym w dużej mierze mało interesujące książki, o których zapomina się wkrótce po lekturze. Na szczęście istnieją recenzje, dzięki którym mogę zdecydować, czy po daną powieść jest sens sięgać. Czasami jest.

W tym roku laureatem Nike został Tadeusz Słobodzianek za dramat "Nasza klasa" (link). Przez moment myślałam, że może ktoś wpadł na ciekawy pomysł napisania czegoś czerpiąc z doświadczenia kontaktu z pewnym polskim portalem, podpinając to pod głębię rozważań nad współczesną kondycją człowieka i przeobrażaniem się polskiej mentalności. Dowiedziałam się jednak, że "bohaterami Naszej klasy są polscy i żydowscy uczniowie przedwojennej szkoły w małym miasteczku" (link). To może być nawet ciekawe i przyjemne, sama pochodzę z miejscowości, która przed wojną zamieszkiwana była w dużej mierze przez Żydów. Teraz zresztą mieszkam w mieście, w którym ortodoksyjnie się noszących Żydów jest mnóstwo - choć to akurat nie ma nic do rzeczy.

Pewnie przeczytam tę "Naszą klasę". Choć trochę szkoda mi, że to nie o nk.pl. To naprawdę mogłoby być ciekawe.

Okiem niepalącego turysty, czyli pety w Zurychu

Wizyty gości mają jedną niezaprzeczalną zaletę: są bardzo dobrą okazją do obserwowania świata, w którym żyjemy, tak trochę z zewnątrz. I zauważenia rzeczy, na które na co dzień przymyka się już oko. No, choć czasami się po prostu nie da.

Dla wielu osób przyjeżdzających po raz pierwszy do Zurychu szokiem są chodniki zasypane petami. No, może trochę z tym przesadzam, ale tutejszym ulicom daleko do wzorcowej czystości. Szwajcarzy palą i to sporo, a robiąc to na ulicy, resztki papierosów rzucają tam gdzie popadnie - czyli najczęściej gdzieś w okolicach własnych stóp. Pamiętam, że kiedy pojawiłam się tu po raz pierwszy, pewnego ciepłego popołudnia 2008 roku, zmęczona podróżą przeżyłam spore rozczarowanie: spodziewałam się pięknych, czystych ulic, a tymczasem zobaczyłam śmietnik.

Od 1 maja 2010 r. w Zurychu obowiązuje zakaz palenia w knajpach i restauracjach, co nieco zmniejszyło problem. Jako niepaląca, ale mimo wszystko w miarę tolerancyjna (w końcu mam wśród znajomych i palaczy) kilkakrotnie cofałam się od wejścia lokalu po tym, jak poczułam woń papierosowego dymu przepełniającego wnętrza. Po 1 maja można wejść do knajpy bez ryzyka uduszenia się, ale fani ogródków na zewnątrz lokali muszą już liczyć się z tym, że będą cieszyć się piękną pogodą i dajmy na to obiadem w obłokach dymu.

Jeśli wyjdę rano z domu i pójdę w kierunku najbliższego przystanku tramwajowego, minę po drodze kawiarenkę i lokal z fast foodami, których popijający na zewnątrz kawę goście będą puszczać przed siebie (czyli we mnie) zrelaksowane dymki. Na przystanku oczekujący na pojazd pasażerowie umilą sobie oczekiwanie papierosami i bardzo często to właśnie oni zajmą miejsca siedzące. Palących spotkam na peronach. Hala dworca w Zurychu, a raczej zapach, który w niej dominuje w sobotnie wieczory, przywodzi czasem na myśl wnętrza pokątnych spelunek rodem z filmu o gangsterach. Palą dorośli, ale też nastoletnie dzieciaki, w tym dziewczęta wyglądające nienaturalnie staro pod warstwami przesadzonego makijażu. Pocieszanie się, że w wieku lat 30 będą wyglądać jak stare zdziry niewiele da, jeśli akurat będę czekać na ten sam pociąg.

Na szczęście nie wolno palić w środkach komunikacji miejskiej i w pociągach. Oczywiście nikomu nie przychodzi do głowy by zapalić w sklepie, ale niedawno widziałam młodego człowieka maszerującego między stoiskami w Globusie (to taki szwajcarski, trochę snobistyczny dom handlowy) ze zgaszonym papierosem w ustach. 

Patrząc na setki petów rzuconych na dowolnie wybranym przystanku w Zurychu zachodzę w głowę, jak to możliwe, że mieszkańcy tego miasta dopuścili (tak, dopuścili - przecież tu wszystko przechodzi przez referendum) do wyprowadzenia dymków z restauracji i knajp. A może ten cud mógłby pójść nieco dalej i objąć te nieszczęsne przystanki? Stanie z torbami pełnymi zakupów dlatego, że pod daszkiem na ławce schroniła się grupa palaczy wydaje mi się absurdem, niestety powtarzającym się dość często. 

Goście oczywiście zauważyli, że w mieście króluje papieros. I jak tu wytłumaczyć, że Szwajcaria jest porządna, że tu wszystko chodzi jak w zegarku, że ludzie mili, że przestrzegają przepisów, że organizacja pierwsza klasa... Do tego piękne góry i jeziora. I kupa petów w tle? 

wtorek, 28 września 2010

Archeologia porządkowa


Z porządkami zawsze byłam na bakier. Sprzątanie przestrzeni publicznej, jak np. kuchnia czy duży pokój w mieszkaniu rodziców jeszcze jakoś mi zawsze wychodziło - gdy tylko chciałam. Porządki we własnym pokoju czy mieszkaniu to już zupełnie inna bajka. Nie lubię i nie potrafię. Zawsze gdy już się wezmę do roboty kończę z poczuciem, że coś nie zostało zrobione. W czasach studenckich, gdy wyjeżdżając na jakieś święta do rodziców zostawiłam Qneksowi klucze do mieszkania, nie spodziewałam się, że stanę się obiektem męskiej litości - kiedy wróciłam, mój pokój lśnił czystością, jakiej ja spod szmatki wydobyć po prostu nie potrafię. Ci, którzy mają mnie za pedantkę (znam tylko jedną taką osobę) najzwyczajniej w świecie się nie znają.


W moim przypadku wszystko było jasne: muszę się uczyć, bo sprzątaniem na życie nie zarobię. Choćby najmarniejsze.

Jak jednak wiadomo, niezwykłe okoliczności mogą skłonić nas do niezwykłych osiągnięć. Po kilku dniach pucowania mieszkania udało się osiągnąć stan pozwalający na przyjęcie gości. A goście to nie lada: wpuszczenie pod własny dach teściów to wszak okoliczność zupełnie inna niż podejmowanie herbatą kolegi, który wpadł po płytki. Ironizowanie ironizowaniem, ale jestem pod sporym wrażeniem tego, co udaje się odnaleźć podczas takich wielkich porządkow. 

- Kupony na dawno zakończone promocje. Zbierałam je np. w celu zdobycia kolekcji uroczych pluszaków. Oczywiście dla mnie i tylko dla mnie.
- Bilety na przejazd koleją sprzed przeszło roku.
- Zapisane zeszyty stanowiące dowody na to, że kiedyś naprawdę intensywnie uczyłam się francuskiego.
- Zdjęcia z Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie w 2005 roku. Tak, wiem, mamy 2010.
- Różne nitki, kordonki i tym podobne. Może i nie potrafię sprzątać, ale rękodziełem się czasami param.
- Mnóstwo (myślę że blisko 100) ulotek, książeczek i tym podobnych dotyczących tego, co warto zwiedzić w Szwajcarii. Nie przypominam sobie, żebym korzystała z czegokolwiek, może poza rozkładem kursów statków.
- Pojedyncze materiały do nauki niemieckiego, których w ogóle nie kojarzę.
- Kilka książek.
- Całe mnóstwo kocich zabawek upchniętych za kanapami itd.
- Karta do zbierania punktów w sklepie, do którego regularnie uczęszczam. Nawet nie wiedziałam, że ją mam.
- PIN do karty, której nigdy nie używałam, choć mam ją od prawie dwóch lat. Niestety nie wiem, gdzie jest karta.
- Płytę CD, której nigdy nie rozpakowałam.

Mimo nadziei rozbudzonej tak ogromną liczbą różnych znalezisk nie udało mi się wciąż ustalić miejsca pobytu mojego dyplomu z uczelni. Choć z tego co pamiętam wydano mi go w wersji niekompletnej. Chyba poczekam z szukaniem go do kolejnej tury gości.

środa, 22 września 2010

Taki Dzień Bez Samochodu, że aż strach się bać


Dowiedziałam się, że dziś obchodzony jest Europejski Dzień Bez Samochodu. Ta informacja co roku dociera do mnie z opóźnieniem, jako że samochodu nie posiadam i w najbliższym czasie nie planuję zmieniać tego stanu rzeczy. Prowadząc auto nie da się czytać książki, odpisywać na SMS-y ani drzemać. I choć dostrzegam pewne zalety posiadania własnych czterech kółek (np. kwestia dostarczania do domu zakupów), to póki co wolę piesze wędrówki między przystankami. Zwłaszcza, że tramwaje w Zurychu to całkiem fajna sprawa.


Idea Dnia Bez Samochodu jest oczywiście szczytna - w ramach poczucia solidarności z Wielką Sprawą niektórzy mobilizują się na tyle, by choć raz w roku przejechać się tramwajem czy metrem. Tyle tylko, że tramwaj, metro albo trolejbus to pojazdy poruszające się po dużych miastach. Mieszkańcy małych, dojeżdżający do pracy do innych miejscowości, często skazani są na korzystanie z usług firm przewozowych. Po naszych drogach pędzą setki busów wypełnionych ludźmi. Osobiście ich nie cierpię - od czasu do czasu jestem skazana na podróż busem z Lublina do rodzinnego Lubartowa i za każdym razem czuję się, jakbym znajdowała się w klatce śmierci. Niedawno zdarzyło mi się jechać pojazdem, który sprawiał wrażenie, jakby jego poprzedni żywot rozgrywał się na brytyjskiej prowincji - kierownica była co prawda z naszej strony, ale całe wnętrze wehikułu przypominało to, co na co dzień widzimy w autobusach: plastikowe siedzenia, środkowe drzwi przypominające do złudzenia te z komunikacji miejskiej, przyciski (oczywiście nie działały) do otwierania drzwi itd. No i anglojęzyczne napisy, sugerujące, by ustąpić miejsca osobie starszej bądź niepełnosprawnej. Dość dziwny widok na wschodnich rubieżach kraju. Autobus skakał po drodze, jakby miał za chwilę eksplodować. Ale żeby oddać sprawiedliwość właścicielowi pojazdu - większość busów na tej trasie wzbudza we mnie podobne wrażenia.

Rozsądek mówi, że skoro te busy jeżdżą, to widać się do tego nadają. Przecież muszą mieć ważne badania techniczne, a te przechodzą sprawne samochody. Oczywiście wiem, że to teoria. O praktyce poczytałam sobie dziś rano tutaj: Wstrząsające wyniki kontroli busów. Tekst w sam raz na dzień przed Europejskim Dniem Bez Samochodu.

Jeśli jest jakaś nazwa na fobię przed poruszaniem się pojazdami to ja to na pewno mam. Boję się jeździć autem. Jakimś cudem nie boję się pociągów i tramwajów. Z autobusami miejskimi jest już bardzo różnie. No, ale jak się czyta takie rzeczy, to ciężko nie nabawić się obsesji. I tu już nawet triumfalne: "Ha, miałam rację, że z tymi busami jest coś nie tak!" nie pomaga.

wtorek, 21 września 2010

Myj się albo wyślę Ci książkę

Jak chyba każdy z nas, natknęłam się w życiu na kilka osób cierpiących na problem z higieną osobistą. Niektórzy naprawdę nie potrafią zrozumieć, że nawet brudne włosy śmierdzą, nie mówiąc już o pocie czy nieświeżych ciuchach. Zwrócenie uwagi brudasowi nie należy do prostych spraw - przynajmniej ja mam z tym problem, bo mimo wszystko tekst w rodzaju "Sorry, śmierdzisz" czy nawet "Wybacz, ale wydaje mi się, że zbyt rzadko się myjesz" jest nieco uwłaczający w stosunku do jego adresata. 

Moja koleżanka, w dyskusji o poziomie higieny osobistej jednego z naszych kolegów zasugerowała kiedyś pokojowe rozwiązanie: zaproponowała, by poczekać na najbliższą nadającą się ku temu okazję i kupić mu zestaw kosmetyków - jakiś żel pod prysznic, dezodorant, coś do golenia się... W obliczu tak miłego gestu kolega by zapewne nie śmiał przypuszczać, że posądzamy go o bycie brudasem, a kto wie - może nawet skorzystałby z prezentu. 

Pomysł koleżanki co prawda nie został wykorzystany (znajomy w pewnym momencie znikł nam z pola widzenia i problem rozwiązał się sam - czy może raczej przeniósł się na inną grupę ludzi), ale temat od czasu do czasu daje mi się we znaki. Ludzi - niestety głównie panów - którzy nie wiedzą o tym, że porządny prysznic przed pracą to podstawa, jest całe mrowie. Osobiście trochę tego nie rozumiem - jeśli zdarzy mi się, że zmęczona zasnę na kanapie bez wcześniejszej kąpieli, po przebudzeniu czuję się fatalnie. Podobno niektórzy faceci uważają, że zapach potu jest męski, a częste stanie pod prysznicem to oznaka metroseksualizmu. Słyszałam nawet historię takiego jednego pana, który tłumaczył swój zapach upodobaniami jego dziewczyny. No cóż.

Wczoraj natknęłam się na informację o wydanej właśnie przez wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria osiemnastowiecznej książce rodem z Francji. Sztuka pierdzenia to może nie do końca to, o czym pisałam powyżej, ale na upartego da się znaleźć analogie. Ewentualnie można poszukać innego tytułu, bardziej pasującego do tematu higieny osobistej. I co dalej? Proste: kupujemy książkę i wysyłamy ją (najlepiej z odpowiednią, anonimową dedykacją) na adres brudasa. Oczywiście jest to metoda wymagająca wykorzystania naszych prywatnych środków finansowych, w dodatku przy okazji robimy komuś prezent, ale czego się nie robi dla komfortu oddychania świeżym powietrzem?

Inna sprawa, że pewnie najlepszym i najtańszym sposobem byłaby szczera rozmowa z osobą śmierdzącą. Albo zawiązanie akcji zbierania podpisów. Tyle że ja jestem nieśmiała. 

Męki czytelnika czyli nie zaczynaj tego, co nie zostało skończone

Jeśli chodzi o książki, to dawno już zrezygnowałam z faworyzowania określonego ich typu. W tej dziedzinie jestem niemal wszystkożercą. Wprawdzie z własnej i nieprzymuszonej woli nie biorę zbyt często do rąk utworów poetyckich i dramatów, ale wiele spośród tych, z którymi się zetknęłam w latach nauki naprawdę mi się podobało. Czytam trochę polskiej, współczesnej literatury, ale lektura tego typu książki zazwyczaj kończy się u mnie gorzkim stwierdzeniem, że nie jest dobrze. Zdarza mi się sięgać po coś latynoskiego (od iluś lat polskie wydawnictwa są bardzo hojne w wydawaniu dzieł pisarzy południowoamerykańskich), próbowałam romansować z powieściami napisanymi przez Japończyków (próba nie zakończyła się niestety satysfakcją z mojej strony), czytuję klasykę (choć kolekcja "Wyborczej" sprzed kilku lat wciąż nie została przeze mnie w całości przeczytana). Jest jednak pewien rodzaj książek, do których mam szczególną, groźną słabość. Uwaga, wstydliwe wyznanie: uwielbiam powieści w tomach. 

"Saga o ludziach lodu" mnie ominęła, ale po "Raiję" już sięgnęłam. Zrezygnowałam dopiero wtedy, gdy bohaterka osiągnęła wiek, który według mnie dyskwalifikował ją jako postać romantyczną. Przez lata zaczytywałam się Musierowicz i Montgomery. No dobra - "Zmierzch" też przeczytałam, choć wkurzały mnie postaci przejawiające kompletny brak logiki w postępowaniu. A ponieważ fantastykę też lubię, to w pewnym momencie zwariowałam na punkcie Wiedźmina. I to był początek moich błędów.

Gdy polecono mi "Grę o tron" Georga R.R. Martina, najważniejszą dla mnie rekomendacją było porównanie klimatu tej książki do dzieła Sapkowskiego właśnie. Cóż - nie jestem pewna czy z tym klimatem rzeczywiście jest coś na rzeczy, ale jedno jest pewne: saga Martina skrzywdziła mnie totalnie. Nie dość, że czytałam ją studiując na wydziale polonistycznym i czułam się w obowiązku chować kolorowe okładki przed mądrymi, rozpoetyzowanymi znajomymi, to jeszcze przywiązywałam się do bohaterów - a to mało praktyczne w przypadku książek, w których co chwila dochodzi do rzezi i ginie któraś z ważniejszych postaci. Przygoda z Martinem szybko się jednak skończyła, czy może raczej przerwała: dowiedziawszy się, że autor od dłuższego czasu próbuje napisać piąty tom, postanowiłam, że lekturę czwartego zostawię sobie na czasy, gdy kolejny będzie już na półkach (choćby amerykańskich). Było to ładnych kilka lat temu. W międzyczasie przeczytałam stos opowiadań tego samego autora i serię jego wyznań, wśród których najlepiej zapamiętałam jedno: że zawsze miał tendencję do tego, by nie kończyć tego co zaczynał.

Tak się złożyło, że czwarty tom sagi Martina kupiliśmy podczas pobytu w Stanach. Aktualnie czyta go Qnex - ja staram się trzymać mocno i brać z półki inne książki. Co zresztą nie jest trudne: kilka miesięcy temu, w tęsknocie za jakąś sagą, zdecydowałam się na krok iście desperacki. Zaczęłam czytać "Koło czasu" Roberta Jordana.


Musicie mnie zrozumieć. Żyję na obczyźnie, w kraju, którego większość obywateli twierdzi, że mówi po niemiecku, co nie jest prawdą - mówią dziwnym językiem, w którym niektóre słowa faktycznie częściowo pokrywają się z ich niemieckimi odpowiednikami. Próba kontaktu z krajem rodzinnym naraża mnie na zaliczenie kolejnego odcinka z serii "Krzyż". Wprawdzie mam dwa cudowne koty i równie cudownego Qneksa, ale on jest Googlerem. Od takiej rzeczywistości trzeba mieć odskocznię. 


Przeczytam najpierw jeden tom, a potem coś innego, tłumaczyłam sobie, przedzierając się przez kolejne strony pierwszego tomu serii. Przy trzecim z rzędu (najcieńszym - poniżej 700 stron. Są i takie dobijające prawie do tysiąca) poważnie rozważałam zawzięcie się i przeczytanie ciurkiem całej serii. Co to jest, kilkanaście tomów? Jeden schodził mi przez dwa tygodnie. Pół roku i przeczytam coś innego. W Stanach dokupiłam brakujące części. Albo inaczej: te, które były dostępne.

Bo oczywiście sprawa okazała się nie być aż tak prostą. Autorowi zmarło się przed napisaniem ostatniej części - o czym wiedziałam. Na podstawie notatek, które zostawił, inny gość produkuje zakończenie. Tyle tylko, że okazało się, iż wbrew temu czego się spodziewałam, nie sposób zmieścić tego w jednym tomie. Tomów zatem będzie trzy. Z czego ostatni wyjdzie bodajże za rok.

Zamknęłam ostatnią stronę czwartego tomu i postanowiłam zrobić sobie przerwę na jakieś trzy inne książki. Z zemsty. Bo jak tak można? A jeśli ten ostatni tom nie wyjdzie za rok? Jeśli nie wyjdzie nigdy? Jeśli w oczekiwaniu na niego zapomnę, co było w poprzednich kilkunastu częściach (wiem, mam ściągę na Wikipedii)? 

Dodam, że w moim przypadku czytanie książek nie ogranicza się do przyjemnie spędzonego czasu na fotelu, z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. To co czytam często mi się śni. Z zamkniętymi oczami poznaję alternatywną wersję dalszego ciągu akcji. Co ciekawe, język snów odpowiada temu, w którym czytam daną książkę. Są tam nawet wyrazy, których nie znam. To wszystko jest bardzo męczące.

Może nie zwariuję. Ale nieprędko kupię pierwszy tom czegoś, co nie jest jeszcze skończone. Amen.

niedziela, 19 września 2010

Nobody expects the Spanish Inquisition!




Od wielu tygodni unikam jak ognia dobrowolnego śledzenia wydarzeń z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Oczywiście nie udaje mi się to tak do końca i całą sytuację ogarniam całkiem nieźle. Niemniej ostatnio zaczynam cenić sobie przebywanie w odległości przeszło tysiąca kilometrów od Warszawy: jeśli nie wejdę na stronę któregoś z serwisów informacyjnych ani nie pozwolę sobie na poruszanie pewnych tematów w rozmowach z rodzicami, wieści o krzyżu zwyczajnie nie będą do mnie docierać.


Generalnie kwestia poglądów religijnych jest dla mnie o wiele bardziej osobistym tematem niż orientacja seksualna. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie o zdanie, stwierdziłabym, że według mnie krzyża przed Pałacem Prezydenckim być nie powinno. No, ale jeśli jest sporo ludzi, którym na nim zależy, a nie byłoby żadnych formalnych przeciwskazań, to na bezsenność przez to nie zapadnę. Co prawda trochę dziwi mnie poziom uporu zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu obrońców (to chyba im powinno zależeć na godnym miejscu dla krzyża), ale:
1) każdy myśli po swojemu
2) ja nie muszę rozumieć wszystkiego
3) ja wcale nie muszę mieć racji.

Gorzej, że od czasu do czasu dochodziły do mnie głosy o tym, że ktoś tam kogoś pod tym krzyżem zaatakował, że ktoś był posądzany o żydowski wygląd, że jakiś starszy pan rzucał słoikiem z odchodami, a ktoś inny przyniósł granat. Nieco światła rzuciła na całą sytuację akcja zorganizowana przez wyznawców Latającego Potwora Spaghetti, może absurdalna, ale przynajmniej niegroźna. Potem były jeszcze jakieś protesty, przemarsze, a ja tak się przyzwyczaiłam do tego krzyża stojącego hen, tam, w Warszawie, że kolejne rozdziały tej narodowej sagi przestały do mnie docierać.

Dziś mamy niedzielę: dzień odpoczynku. Weszłam na stronę któregoś z serwisów informacyjnych i zaniemówiłam za zdziwienia. Dowiedziałam się, że przed Pałacem Prezydenckim zebrała się grupa - a właściwie tłum, bo mowa o tysiącu osób - ludzi domagających się nadania Jezusowi Chrystusowi statusu króla Polski. Wygląda na to, że oni mówią zupełnie poważnie.

A ja mam problem: bo tak naprawdę uważam, że monarchia absolutna to całkiem niegłupi system. Oczywiście przy spełnieniu kilku idealistycznych założeń. Tylko że to nie tak miało być. Słowo daję, nie planowałam, że pierwszym od czasu rozbiorów królem będzie Jezus Chrystus!

Jako niespełniony socjolog muszę jeszcze wyrazić zdziwienie z jednego powodu: nigdy nie sądziłam, że tłum starszych głównie ludzi będzie domagał się publicznie przyznania polskiego tronu zadeklarowanemu Żydowi. A podobno jesteśmy narodem nietolerancyjnym z tendencją do antysemityzmu.

Z pozytywów: dzisiejsze zdjęcia sprzed Pałacu Prezydenckiego skojarzyły mi się z pewnym skeczem. "Nobody expects the Spanish Inquisition" zawsze mnie bawiło.

Screen: www.tvn24.pl

Bracie mój! 100 lat!

Dokładnie 50 lat i dwa dni po wkroczeniu wojsk Związku Radzieckiego do Polski urodził się mój brat. Dotarło do mnie, że urodziny, które dziś obchodzi, to już dwudziesta pierwsza taka okazja. Po chwili uświadomiłam sobie, że będąc w tym wieku ma już prawo pić alkohol w stanie Kalifornia i nie powinien mieć problemu ze wstępem do jakiegokolwiek klubu. 

Nie żebym nagle przeżywała szok związany z tym, że mój braciszek zrobił się dorosły. Ba, np. fakt, że od kilku lat ma dziewczynę nigdy nie wydawał mi się szczególnie dziwny. Zwłaszcza, że przystojny z niego facet. Mimo to dziś, jak to przy okazji rocznic bywa, wzięło mnie na wspomnienia. Oczywiście oszczędzę tu treści większości z nich - jest spora szansa, że szanowny jubilat przeczyta te słowa - i pozostanę przy samym fakcie mojego zdziwienia, że te dwadzieścia jeden lat minęło aż tak szybko. 

Bo wiecie - nie chodzi o to, że pamiętam gdy był mały i odrabiał zadanie z polskiego w zeszycie w trzylinię. Jest znacznie gorzej: pamiętam nie tylko to, kiedy mój brat się urodził, ale również czasy, gdy w ogóle nie było go w planach. Jego pojawienie się postawiło moje życie na głowie. Np. rodzice postanowili wykorzystać fakt, że od dawna potrafiłam składać litery i przestali czytać mi głośno książki. Przeżyłam bolesne chwile, gdy mały braciszek podarł mi pierwszy numer "Kaczora Donalda" z takim właśnie, polskim tytułem (wcześniej nazywało się to "Donald Duck"), a członkowie rodziny nie chcieli w to uwierzyć. Innym razem musiałam dać sobie wytłumaczyć, że tak, małe dzieci czasami rozbijają gliniane kubki na głowie rodzeństwa. Ponieważ jednak wszystkie tego typu historie mieściły się - jak oceniam to teraz, wspominając również swoje dzieciństwo - w ramach prawidłowego rozwoju młodocianego członka społeczeństwa, nie mam do brata żalu. Nawet o tego "Kaczora Donalda". 

Bo tak naprawdę sporo mu zawdzięczam. Dzięki zasobom jego pokoju pewnego pięknego dnia zaczęłam grać w Diablo i wsiąkłam w to na dobre. Biorąc pod uwagę, że ten fakt ma związek przyczynowo-skutkowy z tym, że jakieś sześć lat później poznałam Qneksa (nie, nie online. On chyba nie grał w Diablo), to jest to całkiem spora zasługa. Tak więc jestem mu w stanie nawet wybaczyć fakt, że to nie on urodził się pierwszy i że w związku z tym uczennicą jeszcze będąc nie poznawałam dzięki niemu tuzinów starszych ode mnie kolegów. Najstarsi z jego kumpli byli młodsi ode mnie o rok, a spotykanie się z młodszym było z punktu widzenia małoletniej nastolatki co najmniej niestosowne.

Tak naprawdę jednak posiadanie młodszego brata jest całkiem fajne. Ja z moim trzymam sztamę. Jest co prawda wredny, ale raczej nie bardziej niż ja. Da się z nim pogadać o tysiącu różnych spraw. No i śmiejemy się z tych samych rzeczy, co w relacji każdego typu jest dosyć ważne.

Poza tym uwielbiam mężczyzn chodzących w koszulach, nawet tych, z którymi jestem spokrewniona.

Tak czy siak: Wszystkiego Najlepszego, Młody. I nie starzej się tak szybko, bo i mnie przy okazji przybywa lat.

P.S. Nie będzie fotki ilustracyjnej przedstawiającej brata. On teraz śpi, a jeśli wstawię jakoś bez jego zgody, to nici z dalszego wspólnego rozwijania naszych postaci w World of Warcraft.