środa, 26 lipca 2017

Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...

Tak, wiem - nic nie piszę. Nie mam kiedy, moi mili. Dzieci są na swoich pierwszych prawdziwych wakacjach u dziadków, takich porządnych, trzytygodniowych, a ja zwyczajnie nie mam w co rąk włożyć. Sami rozumiecie - nagle jest więcej czasu na czytanie i szydełkowanie, wieczorne wyjścia z mężem do knajpy czy w inne miejsce nie wymagają angażowania opiekunki, przesypia się większą niż zazwyczaj część doby... No i dochodzą jeszcze kwestie spacerów, tak popularnych w tym roku w Polsce, ale nie tylko - zwyczaj ten przedostał się również za granicę, zwłaszcza do większych miast.

A tak na serio: przez całe lata uparcie twierdziłam, że życie człowieka po tym, jak zostaje rodzicem, wcale nie musi się aż tak bardzo zmienić. Owszem, pewne przesunięcia następują, ale na pewno nie jest tak, że po przyjściu na świat potomstwa trzeba od razu zrezygnować z hobby, czasu dla siebie i innych takich - głosiłam. A potem nagle zostałam w domu bez dzieci na trzy długie tygodnie i zmieniłam zdanie. Rezygnować może i nie trzeba, ale...

Jakie zmiany zatem dostrzegłam w domu moim, nagle dziecięcego gwaru pozbawionym? Otóż:

- Prawie nie trzeba zmywać. Ok, mam zmywarkę, ale tak się składa że ona się sama nie napełnia. W normalnych warunkach włączam ją mniej więcej dwa razy na dzień. Czasem rzadziej, ale potem przychodzi weekend i jeśli najdzie nas ochota na poważniejsze gotowanie, to tych zmywań jest z kolei więcej. W ciągu tych trzech tygodni zmywarkę włączyłam trzy razy i przed sobotą (kiedy jadę do maluchów) uruchomię ją już tylko raz.

- Prawie nie trzeba prać. Tak, pierze pralka. Ale to przeważnie rodzic pakuje do niej rzeczy i rodzic je potem układa. To niesamowite ile brudnych ciuchów potrafi wygenerować trójka małych dzieci.

- Nie powiem Wam, że nie trzeba sprzątać, bo trzeba, zwłaszcza jak się ma dwa koty. Ale pomijając koty - mam wrażenie, że łatwiej ogarniam porządek w obecności trzech bałaganiących córek niż bez nich.

- Prawie nie trzeba robić zakupów. Szynka, ser, pieczywo, mleko - wszystko to nagle zaczęło schodzić nam dziwnie powoli. Nie wspomnę już o tym, że nagle znikają ciche prośby o jajka niespodzianki i inne tego typu dobra. W ogóle złapałam się na tym, że kiedy nie ma dzieci, praktycznie nie odczuwam głodu - kilkakrotnie zdarzało mi się zjeść śniadanie około 8 i potem koło 17 zorientować się że nie tylko od rana nie miałam niczego w ustach, ale nawet nie jestem głodna. Gdyby nie to, że korzystając z większej swobody zwiedzamy regularnie wieczorami różne knajpy w Dublinie i testujemy serwowane tam specjały, wyszłabym z tych wakacji bez dzieci lżejsza o kilka kilogramów.

- Wieczorem można siedzieć poza domem tak długo, jak długo się chce. Wprawdzie mamy wspaniałą nianię, która w razie potrzeby zostaje z naszymi dziećmi, ale jednak zawsze z tyłu głowy jest myśl o tym, że nie wypada tej niani przetrzymywać do zbyt późna. Pić o dwa kieliszki wina za dużo też nie wypada. No, może ja się za bardzo przejmuję...

- Można też w końcu odwiedzić te restauracje, które fajnie wyglądają, ale sprawiają wrażenie kiepskich do wizyt z dziećmi. Bo serwują mało dzieciowe jedzenie, albo bo są miejscem bardziej "randkowym", w którym absolutnie nie chciałabym narażać innych gości na ewentualne marudzenie moich pociech.

- Wieczorem można usiąść w towarzystwie męża i dwóch gitar i brzdąkać w Rocksmitha nie oglądając się przesadnie na to, że można kogoś obudzić (sąsiedzi twierdzą że nas nie słyszą, a ja chcę im wierzyć).

- Czasem łapie się totalnego lenia. To dość zabawne uczucie - człowiek przez piętnaście minut nic nie robi, bo może, ale zaraz wścieka się na siebie, że właśnie zmarnował cały cenny kwadrans z tych bezcennych trzech tygodni.

- Można pojechać w miejsca, które z dziećmi, zwłaszcza małymi, kiepsko się zwiedza. Niech mnie ktoś kopnie i każe napisać o naszym wakacyjnym zwiedzaniu Irlandii, co? Bo naprawdę naoglądaliśmy się widoków za wszystkie czasy.

- A na koniec zaczyna się za tymi nieobecnymi dziećmi tęsknić jak cholera. Pojawia się odliczanie dni, mentalne przebywanie w przyszłości i inne takie. Wizje powitania. Mocne postanowienia, że kolejna taka trzytygodniowa rozłąka to ewentualnie dopiero za rok...
Co prawda bywa, że jest się sprowadzonym na ziemię podczas wideorozmowy z dziadkami, kiedy to dzieci  są bardziej zainteresowane kotem, który przemknął przed kamerą laptopa niż rodzoną matką... No ale :-)

Pozdrowienia z wakacji,
Agata


środa, 28 czerwca 2017

Historia pewnej książki

Wyobraź sobie książkę, jaką chciałbyś napisać. Albo książkę, którą ulubiony pisarz napisałby specjalnie dla ciebie: uwzględniając twoją osobowość i doświadczenia - nie tylko te znane w kręgu twoich znajomych czy łatwe do odszukania za pośrednictwem Facebooka, ale również te wewnętrzne, zbyt prywatne by się nimi dzielić, czasem zwyczajnie wstydliwe. A teraz pomyśl, że ja właśnie taką książkę skończyłam czytać.

Ściśle rzecz biorąc, właśnie zakończyłam lekturę "Historii zaginionej dziewczynki", będącej czwartą i ostatnią częścią cyklu neapolitańskiego autorstwa Eleny Ferrante. Pozostałe tytuły wchodzące w skład serii to "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska" i "Historia ucieczki". Każda z tych książek otrzymała ode mnie najwyższą notę na Goodreads, a ich lekturę, sam jej proces, mam wryty dokładnie w pamięć: pamiętam gdzie siedziałam czytając poszczególne sceny, wielu opisom towarzyszy posmak spożywanego danego dnia obiadu i atmosfera innych, nie związanych z czytaniem spraw, które rozgrywały się niejako w tle mojego pochłaniania kolejnych rozdziałów. Jezu, pamiętam nawet dokładnie kamienie na wybrzeżu w Monkstown, o które rozbijały się fale irlandzkiego morza - bo właśnie wtedy, gdy widziałam je kątem oka, na kartach książki rozgrywały się sprawy, które wywracały moje wewnętrzne "ja" do góry nogami.

Zaczęło się niewinnie: właśnie przeżywałam początek mojej szydełkowej manii po tym, jak w pudłach z Kalifornii znalazłam skrawki wełny. Przy szydełkowaniu lubię słuchać audiobooków - podobnie jak przy wykonywaniu wszelkich prac domowych, które nie wymagają interakcji z innymi śmiertelnikami. Mam kilka zasad rządzących moim audiobookowym wyborom - można powiedzieć, że w tej formie zapoznaję się z dwoma typami książek. Do pierwszej kategorii należą reportaże, które zazwyczaj znakomicie nadają się do słuchania. Kategoria druga to książki typowo rozrywkowe, powieści, które umilają czas i które wraz z przesłuchaniem odchodzą do przeszłości. Kiedy zaczynałam słuchać "Genialnej przyjaciółki" sądziłam, że mam do czynienia z drugą grupą. Kilka godzin później wiedziałam już, że ja tej książki nie chcę słuchać. Ja chcę ją czytać. Muszę ją czytać.

Pozwolę sobie tu na pewien sentymentalizm - na tyle często opisuję różne chore sny i zabawne sytuacje z życia wzięte, że chyba raz na kilka lat mogę to zrobić. Otóż od lat, chyba tych licealnych, nie zdarzyło mi się czytać książki, którą musiałam odkładać co kilka stron po to, by patrząc przez okno przeżyć poznane właśnie sceny na nowo. Nigdy chyba żadnej książki nie dawkowałam sobie wbrew temu, do czego mnie ciągnęło - z obawy, że przeczytam ją zbyt szybko. Pamiętam, kiedy poprzednio zdarzyło mi się czytać coś wzrokiem zamglonym przez zbierające się w oczach łzy - to też było dość dawno, choć akurat ja mam oczy w mokrym miejscu i na filmach (a czasem i po przeczytaniu jakiejś książki, choć to zdarza się dużo rzadziej) płaczę jak bóbr. Od bardzo, bardzo dawna nie miałam ochoty przeczytać danej książki po raz drugi - najlepiej od razu. Mówiąc nieco wzniośle, Ferrante wdarła się ze swoją neapolitańską serię w sam środek mojego życia, uzależniając mnie od losów swoich bohaterów, od ich emocji, jednocześnie grając na moich uczuciach, docierając do tych najgłębiej ukrytych, zazwyczaj ukrytych nawet przed stronami mojego pamiętnika.

Cztery książki opisujące losy dwóch urodzonych w Neapolu kobiet, z cudownie pokazanym tłem społecznym i obyczajowym Włoch drugiej połowy XX wieku bez wahania zaliczam do pierwszej dziesiątki tego, co przeczytałam w swoim dorosłym życiu - a ja sporo czytam, zwykle ponad 100 książek rocznie. To nie jest tak, że teraz będę wszystkich zachęcać do ich lektury. Owszem, nie mam wątpliwości, że powieści Ferrante to świetna literatura - ale poza warstwą językową czy ciekawą intrygą w książkach jest coś jeszcze, co decyduje o ich ewentualnej bliskości względem nas samych. Gdybym miała komuś polecić lekturę neapolitańskiej serii, a potem słyszeć głosy rozczarowania, byłoby trochę tak, jakbym spędziła miesiące nad dzierganiem wyjątkowo skomplikowanego prezentu szydełkowego, a potem usłyszała od obdarowanego, że w sumie mój podarek mu się nie podoba.

Ta notka właściwie w ogóle by nie powstała, w każdym razie nie w obecnej formie, gdyby nie to, że półtorej godziny temu przeczytałam ostatnie zdanie "Historii zaginionej dziewczynki", a kolejną godzinę spędziłam na przeczołgiwaniu dzieci przez etap obiadu i deseru, niecierpliwie czekając na moment, w którym posadzę je na pół godziny przed kreskówką, żeby napisać kilka słów, dopóki jestem wciąż pod wpływem chwili i tego, co czytałam w ostatnich tygodniach. Nie powstałaby, gdybym usiadła do pisania później - bo otrząsnęłabym się i nie dałabym już rady tak się rozkleić.

Taka za mnie głupia i sentymentalna baba. Smutno jej, bo książka się skończyła.




poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jak miałam zostać synową Putina

O tym, że coś się wokół mnie dzieje, byłam przekonana na dość wczesnym etapie. Zbyt dużo elementów mojego codziennego życia naruszało zwyczajową rutynę. Płatność kartą kredytową, którą płaciłam za zakupy dziwnie często bywała akceptowana dopiero za drugim razem. Rutynowe kontrole na drogach dopadały mnie przynajmniej dwa razy w tygodniu. Głuche telefony, omyłkowe wizyty ("o przepraszam, pomyliłem drzwi"). Ale kiedy sygnały były już wyraźne, a ja nareszcie dowiedziałam się o co dokładnie chodzi, i tak byłam dość zaskoczona.

Zaskoczona, ale jednocześnie dziwnie obojętna. Apatyczna. Tłumaczyłam sobie to tym, że po pierwsze moje życie jest tak monotonne i jałowe, że coś takiego wyraźnie je zmieni, a ja tej zmiany potrzebuję. A po drugie? Po drugie i tak nie miałam już wyjścia. Nie odmawia się Putinowi, gdy ten oświadcza ci, że poślubisz jego syna.

Informacje przepływały za pośrednictwem przedstawicieli służb. Poważni panowie mówiący po polsku z wyraźnym zaśpiewem (co przywitałam ze sporą ulgą - moja znajomość rosyjskiego ogranicza się bowiem do kilku słów i znajomości alfabetu) przybyli do mnie z kilkoma wizytami niczym przedstawiciele handlowi. Mieli teczki z prospektami i fotografiami mojego przyszłego małżonka. Nie znałam go, nigdy go nawet nie widziałam. I z wzajemnością. Nie byłam jego wybranką, to Putin wypatrzył mnie w Internecie i wybrał na swoją synową, nie zważając na wolę syna.

Mnie też nikt nie pytał o zgodę. Nie zostałam o nic zapytana, przedstawiono mi projekt, który musiałam zaakceptować. Mój przyszły mąż mi się nie podobał - sądząc ze zdjęć stanowił dokładne przeciwieństwo zespołu cech, które składały się na obraz przystający do moich gustów. Nie był również podobny do ojca. Pocieszałam się, że dysponując tak znacznym majątkiem z pewnością większość czasu spędza w podróżach, zatem rzadko będę go widywać. No i mieszkanie na Kremlu nie może być takie złe. Z pewnością mają tam niezłą bibliotekę.

Dziwne to było narzeczeństwo. Nie było randek - o spotkaniu "na żywo" w ogóle nie było mowy. Nie było rozmów telefonicznych, ba - nie zezwolono nam nawet na pogaduszki na internetowym czacie. O tym, co porabia mój przyszły mąż dowiadywałam się za pośrednictwem panów ze służb. Ich teczki pękały od zdjęć z podpisami w stylu: "Putin jr. podczas jazdy konnej", "Putin jr. na nartach" itd. W pewnym momencie zezwolono jednak na podarunki, które narzeczony począł wysyłać na mój adres. Pod drzwiami skromnego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, które wciąż zajmowałam, zaczęły piętrzyć się wykwintne paczki. Wszystkie bez wyjątku zawierały zestawy klocków Lego.

Po pracy spędzałam długie godziny konstruując mniej lub bardziej zawiłe budowle. Powstawały domy, dworce kolejowe i budynki straży pożarnej, a ja coraz bardziej czułam się jak w matni. Zaczynało mnie przerażać to, że znalazłam się w sytuacji, z której nie ma odwrotu. Nawet gdybym wyraźnie odmówiła, niczego by to nie zmieniło. W każdym razie nie na lepsze.

Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, odwiedził mnie chłopak, który kiedyś był dla mnie dość ważny. Wiecie, taka kategoria niespełnionej młodzieńczej miłości, której obiekt idealizowałam i o którym śniłam mając lat, powiedzmy, dwadzieścia. Chciałem pożyczyć od ciebie jakąś książkę, powiedział już w progu, usuwając mi w ten sposób grunt spod nóg. Nie wiedziałam nawet, czy wciąż jestem w nim zakochana - tak naprawdę już od dawna o  nim nie myślałam. Ale nagła świadomość tego, że gdy już poślubię syna Putina, nigdy więcej w moim progu nie stanie żaden chłopak o śmiejących się oczach ze słowami "przyszedłem pożyczyć książkę" na ustach w mgnienia oku sprawiła, iż zrozumiałam, że o żadnym ślubie nie może być mowy.

Tego samego wieczoru wysłałam wiadomość do panów z rosyjskich służb. Wiedziałam, że w ten sytuacji najlepsze co może mnie czekać to zsyłka na Sybir. Bardziej prawdopodobna wydawała się jednak śmierć. Zbyt dużo wiedziałam o moim niedoszłym małżonku, by miano mi pozwolić żyć. A mimo to nawet teraz, kiedy obudziłam się już z tego dziwnego snu i znów jestem w swoim irlandzkim domu, czuję ulgę. Czułam ją także jeszcze śniąc, kiedy leżałam na wąskim tapczanie starego mieszkania i czekałam na złowrogie pukanie do drzwi.

Miłego tygodnia wszystkim życzę :)

piątek, 9 czerwca 2017

Nowa, lepsza kuweta

Wychowywałam się śpiąc na rozkładanych fotelach, na tapczanach i kanapach. W posiadanie pierwszego łóżka-łóżka, w dodatku od razu małżeńskiego, jesienią roku 2008, kiedy to moja przestrzeń życiowa powiększyła się nagle z 35 metrów kwadratowych do jakichś 70 i nareszcie dysponowałam sypialnią, mogącą bez problemu pomieścić łoże z Ikei.

Wydawało mi się zrazu ogromne: z pewnością największe spośród dotychczas posiadanych czy użytkowanych, wśród znajomych, którym zdarzyło się zajrzeć do naszej sypialni oceniane było raczej jako wąskie. Na pytanie: "Ej, ale czemu kupiliście tylko takie na 140cm" odpowiadałam regularnie, z poczuciem, że szerszego łóżka naprawdę nie potrzebujemy.

Potrzebowałam czegoś innego: miejsca na pościel. Bowiem o ile rozkładane fotele, tapczany i kanapy wyposażone były w skrytkę mogącą pomieścić w sobie prześcieradło, kołdrę i poduszkę, o tyle łóżko z Ikei wymogło na nas trzymanie wymienionych wyżej akcesoriów w trzewiach innego szwedzkiego mebla - szafy "Ramberg", której swoją drogą nie polecam.

Do wszystkiego jednak można się przyzwyczaić, nawet do pościeli w szafie, drobny ten problem z czasem w ogóle przestał być problemem i kiedy w roku 2015, już na innym kontynencie, bogatsi życiowo o trzy piękne córki zapragnęliśmy łóżka nieco większego, o pojemniku na to, co ma na owym łóżku leżeć, w ogóle nie myśleliśmy. Życie toczyło się dalej, rządzone oparte na pewnych stałych, wśród których znajdowała się i ta, że na łóżku spaliśmy ja, mąż i ewentualnie dzieci, świat pod łóżkiem należał natomiast do naszych kotów, poszukujących bezpiecznej kryjówki kiedy ktoś nas odwiedzał.

A potem nadszedł czas na nowy początek: nasze szersze łóżko, wraz z innymi meblami, zostało sprzedane anonimowemu mieszkańcowi Doliny Krzemowej, my zaś wyruszyliśmy na Szmaragdową Wyspę, z zamiarem ułożenia sobie życia od początku: w nowym miejscu, wśród nowych ludzi, na nowym łóżku z irlandzkiej Ikei.

Tym razem łóżko wybrał mąż, możliwe że po internetowej konsultacji ze mną, choć głowy nie dam, bo z tamtego chaotycznego okresu w ogóle nie pamiętam żadnych szczegółów. Pamiętam jednak co mi się w tym łóżku od razu spodobało: ogromne szuflady, zajmujące całą przestrzeń pod nim. Nareszcie pojemnik na pościel, ekscytowałam się. I tylko kotów było mi trochę żal: po tylu latach ukrywania się pod łóżkiem będą musiały znaleźć jakieś nowe miejsce.

Ale nic z tego! Koty nasze to istoty i bardzo dużym życiowym doświadczeniu: urodzone pod Tarnowem, mieszkały kolejno w Krakowie, Zurychu i Kalifornii, by ostatecznie zamieszkać w Irlandii. Leciały na pokładzie czterech samolotów i dwukrotnie przekroczyły Atlantyk. Po tym wszystkim otwieranie szuflad na pościel to był pikuś. Czaiły się zatem na każdą szparkę, na każdy skrawek poszewki od poduszki czy prześcieradła, w który mogły wbić pazury i pociągnąć, otwierając tym samym cała wypełnioną miękkimi rzeczami szufladę. I spały tam w środku, w cieple i miękkości, pozostawiając za sobą całą masę białego i czarnego futra. A ja co jakiś czas wyciągałam to wszystko i prałam, prałam bez końca, bo choć do życia wśród kotów jestem przyzwyczajona, to jednak futro w ilościach hurtowych na pościeli to nie jest coś, za czym tęsknię.

Pewnego dnia rzekłam zrezygnowana do męża:
- Wiesz co, dajmy sobie z tym spokój. Trzeba wyjąć tę pościel, wszystko dokładnie przeprać i schować do szafy. Niech już te szuflady będą puste. Koty zechcą to mogą sobie tam spać.
- A może by tak zrobić im tam kuwetę? - zastanawiał się małżonek, mężczyzna praktyczny do bólu, na co dzień starszy inżynier w dużej amerykańskiej firmie.

Zastanowiłam się. Pomysł wydawał się genialny. Jego realizacja rozwiązałaby kilka problemów: pościel wprawdzie musielibyśmy trzymać w szafie, ale szuflady pod łóżkiem też nie stałyby bezużytecznie. Poza tym gdzieś czytałam, że jeśli mieszka się z kotami w domu mającym więcej niż jedno piętro, to kuwety powinny być na każdym z tych pięter, u nas tymczasem kuwety były tylko na parterze. A tu proszę: byłyby na dole i na samej górze. Oczyma wyobraźni widziałam już nasze koty wysuwające łapkami szuflady wypełnione szarym żwirkiem, zadowolone z podniesienia poziomu ich życia. No bo jak to - my mamy swoją dodatkową łazienkę przy sypialni, a takie koty, obudzone w nocy, muszą biec za potrzebą na sam dół...



Nie, to nie sen.
Nie, nie zrobiliśmy kuwety pod łóżkiem.
Nie, nie zrobimy tego również w przyszłości.

sobota, 3 czerwca 2017

O tym, jak Agata w strugach deszczu na koncert Guns N' Roses docierała

Maj okazał się miesiącem wypełnionym wizytami rodziny, świętowaniem urodzin dzieci, dźwiękami audiobooków i machania szydełkiem. Gdzieś tam pomiędzy tym wszystkim udało się nam dotrzeć na koncert Guns N' Roses. A wierzcie mi, nie było łatwo.

Kupiliśmy bilety w grudniu, dzięki telewizorowi. Tak to mniej więcej pamiętam: spieraliśmy się z D. o TV: ja upierałam się przy jakimś niewielkim, on chciał większy model. Zdaje się, że w którymś momencie powiedziałam coś w stylu: "ok, niech ci będzie, ale kup bilety na koncert". To były szalone tygodnie, które dziś zlewają mi się w jedno: mieszanka widoku oczekujących na rozpakowanie pudeł, zmęczenie po kolejnym wieczorze spędzonym na składaniu mebli i układaniu na miejsce kolejnych materialnych elementów naszego życia, niecierpliwość, kiedy to się nareszcie skończy i gdzieś pomiędzy tym wszystkim - radość, że w końcu udało się nam osiąść gdzieś na stałe. Obraz grudnia jest w mojej świadomości lekko zamglony, sądzę jednak, że te bilety kupilibyśmy nawet bez tematu telewizora.

Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że koncert odbędzie się dość daleko od nas - Google Maps prorokowało, że dojazd komunikacją miejską zajmie ponad dwie i pół godziny. Samochodu nie mamy, wypożyczać nie chcieliśmy - skoro już zostawialiśmy dzieci na cały dzień pod opieką niani, żeby zobaczyć i usłyszeć na żywo zespół, którego zobaczyć i usłyszeć raczej się nie spodziewaliśmy, to chcieliśmy skorzystać z okazji i podczas imprezy napić się piwa. Ostatecznie okazało się, że między centrum Dublina a Slane Castle, gdzie odbywał się koncert, będą kursowały specjalne autobusy. Wydawało się, że temat jest rozwiązany.

Kilka dni przed sobotą 27 maja cieszyliśmy się cudowną pogodą - chodziłam w krótkich spodenkach, planowałam zabranie dzieci któregoś dnia nad morze i myślałam o tym, że koncert w takiej letniej aurze to będzie super sprawa. 27 maja wstałam rano przy akompaniamencie deszczu bębniącego o parapet. To nie był irlandzki deszcz, do którego przyzwyczaiłam się tu przez ostatni rok - drobny i zazwyczaj szybko mijający. Tym razem lało jak z cebra. Lało tak bardzo, że dałam sobie spokój z prostowaniem włosów. I chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że tym razem naprawdę nie mam w czym iść.

No bo tak: miałam dwie zimowe kurtki, które pod koniec maja w Irlandii zupełnie mi się nie przydawały. Miałam też wiosenny płaszcz bez jakiejkolwiek podszewki, który nosiłam czasem podczas większych wiatrów. Po krótkim wahaniu zdecydowałam się po prostu na bluzę z kapturem. Telefon, słuchawki i powerbank schowałam do kieszeni jeansów. D. miał kurtkę, mógł się zatem cieszyć dodatkowymi kieszeniami. Tego dnia było to dość istotne - jakiś czas wcześniej dostaliśmy od organizatora konkursu mejla z wytycznymi, zgodnie z którymi nie wolno nam było pojawić się na koncercie z plecakiem. Zakazane były nawet torebki przypinane do pasa.

W ten sposób po raz pierwszy od kilku lat świadomie wyszłam z domu bez Kindle.

Miejsca w kieszeniach wystarczyło, natomiast deszcz zdecydowanie nie był naszym sprzymierzeńcem - z nieba lały się litry wody, a ja wkrótce po wyjściu z domu byłam cała przemoczona. Zaczęłam się martwić o losy telefonów i biletów - wszystko, mimo że schowane, po bliższej inspekcji zaczynało się robić lekko wilgotne.

Biegnąc przez zalane wodą ulice dotarliśmy do Penney'sa, w którym udało mi się kupić względnie chroniącą przed deszczem kurtkę. Towar był chyba dość rozchwytywany - w całym sklepie było może z 5 egzemplarzy, z czego tylko jeden w kolorze czarnym (pozostałe były zdaje się białe w czerwone kropki, co jakoś mi nie pasowało do Guns N' Roses), za to w rozmiarze XS (na szczęście kurtka pasowała - chyba po raz pierwszy w życiu kupiłam sobie coś XS). Potem pobiegliśmy do sklepu spożywczego, gdzie wyposażyliśmy się w kilka foliowych woreczków. Zawinęliśmy w nie zagrożone wodą mienie i ruszyliśmy w kierunku stacji DART-u w Dun Laoghaire. Usiedliśmy wygodnie na fotelach, szczęśliwi, że nareszcie jest w miarę sucho i wtedy usłyszeliśmy złowieszczy komunikat.

Deszcz zalał tory w Blackrock, które leży między nami a Dublinem. Dublinem, z którego za niecałą godzinę odjeżdżał nasz koncertowy autobus. Wypadliśmy na peron i spędziliśmy kolejny kwadrans na próbach zamówienia taksówki. Nic z tego - najwyraźniej zbyt dużo osób w naszej okolicy wpadło na dokładnie ten sam pomysł. W którymś momencie zapowiedziano odjazd pociągu na innym torze. Dopadliśmy go w ekspresowym tempie i z przerażeniem odkryliśmy, że odjazdu możemy się spodziewać za 19 minut. Na szczęście tego dnia wszystko działało na opak i ruszyliśmy po dwóch minutach. Na autobus w Dublinie dotarliśmy wprawdzie lekko spóźnieni, ale zdążyliśmy.

Po dotarciu na miejsce uznałam, że mój żal sprzed kilku dni, że nie pojedziemy na miejsce w przeddzień koncertu (sporo osób się na to zdecydowało - wielu ludzi nocowało w okolicy zamku w namiotach. Między innymi znajomi pani pracującej w szkole Emilki, która poinformowała mnie o tym kilka dni wcześniej podczas odbierania dzieci po lekcjach. Było jej przykro, że sama nie będzie na koncercie) był bezsasadny. Wszędzie było błoto i nadal padał deszcz. Pamiętajcie: jeśli kiedyś wybierzecie się na jakiś koncert w Slane Castle, weźcie kalosze. Serio. Tutaj sporo osób to zrobiło. My nie i do dziś nie jestem pewna czy buty, które tamtego dnia mieliśmy na sobie będą się jeszcze kiedyś do czegoś nadawać.

Po tym, jak wysiedliśmy z autobusu (w którym swoją drogą siedział za nami półnagi facet) ruszyliśmy w ponad półgodzinną wyprawę w kierunku sceny. Po drodze udało nam się zjeść na szybko burgery (pierwszy posiłek od śniadania i jednocześnie ostatni tego dnia, nie licząc piwa i wina, które zdążyliśmy wypić przed pojawieniem się zespołu na scenie) i przejść kilka kontroli biletów i osobistych. Nie wiem jakie procedury obowiązują aktualnie w Watykanie, ale kiedy byłam tam w 2006 roku kontrola była mniej dokładna. Wbrew zakazowi niektórzy przyszli z plecakami i musieli poddać je sprawdzeniu. Zauważyłam faceta, któremu zarekwirowali kilka paczek chipsów. Mimo tych wszystkich środków bezpieczeństwa komuś udało się wnieść na teren koncertu racę, odpaloną przy kawałku "Sweet Child O' Mine" tuż przy nas. Jeśli z jakiegoś powodu chcecie wiedzieć, gdzie byłam podczas koncertu, możecie sobie poszukać na Youtube, raca bardzo ułatwi Wam lokalizację. ;-)

Kolejne godziny przed koncertem spędziliśmy na opróżnianiu naczyń z alkoholem z towarzyszeniem supportowej muzyki w tle. Czas trochę się dłużył - pogoda wprawdzie się poprawiła i o deszczu wkrótce nikt już nie pamiętał, ale stanie na podmokłej ziemi przez kilka godzin nie było szczególnie interesujące. Ciągle myślałam o tym, żeby po prostu zacząć coś czytać na kindlowej aplikacji na telefon, ale martwiłam się trochę o baterię, z którą dość brutalnie obchodził się zanikający ciągle zasięg, a kabel jak na złość zaczął nawalać. No, ale w pewnym momencie koncert się zaczął i potem było już tylko fajnie.

Recenzentem muzycznym nie jestem i raczej nie uda mi się napisać o samym występie więcej niż o poprzedzających go wydarzeniach. Sporo z tego, co działo się na irlandzkim koncercie można zobaczyć na Youtube, ale nagrywane komórkami filmiki zdecydowanie nie oddają atmosfery, a chór śpiewających fanów zagłusza wokal. Na miejscu to wszystko brzmiało i wyglądało (przynajmniej z naszego miejsca) naprawdę świetnie. Spośród bardziej znanych utworów Guns N' Roses zabrakło chyba tylko "Don't Cry". Z ciekawych spostrzeżeń: wygląda na to, że aktualnie przy wolnych piosenkach zamiast lasu świateł z zapalniczek na koncertach funkcjonuje zbiorowe falowanie dłońmi ze smartfonami wyposażonymi w latarkę. Z daleka efekt jest w zasadzie ten sam.

Co jeszcze mogę Wam powiedzieć? Axl schudł i dalej umie śpiewać, a Slash zagrał na gitarze motyw z "Ojca chrzestnego" (kojarzyłam to wykonanie z fragmentów koncertów oglądanych na Youtube i zawsze przy jego okazji czułam niemal fizyczny ból z powodu mojego marnego gitarowego talentu). A, właśnie - wśród publiczności aż roiło się od Slashów. Z trzema zrobiliśmy sobie nawet zdjęcie. Dwie godziny minęły bardzo szybko i od "November Rain" czułam, że koncert zmierza ku końcowi.

Z jakiegoś pokręconego powodu następnego dnia miałam lekkiego doła, że jest już po wszystkim. No cóż - trochę na ten koncert czekałam, a jak już przyszło co do czego, wszystko minęło w ciągu kilku godzin. Jedno jest pewne - jeśli Guns N' Roses przyjadą jeszcze kiedyś do Irlandii, to będę na koncercie.

Zakwasy miałam przez dwa kolejne dni.

Ale warto było.

No i mam nową kurtkę.

czwartek, 4 maja 2017

Plany planami, czyli o naiwności z czasów maturalnych

Mój Facebook huczy dziś od maturalnych wspomnień. Zauważyłam to zerknąwszy dziś na smartfona, czekając na zielone światło przy którymś z zatłoczonych przejść w centrum Dublina. Policzyłam, że od mojego egzaminu dojrzałości minęło już 15 lat. Jakoś tak dużo, zwłaszcza że pisząc maturę byłam już pełnoletnia, a przecież nadal jestem młoda (no nie?). Ale bardziej zastanowiło mnie coś innego: pomyślałam o tym, jak wyobrażałam sobie swoją przyszłość w tamte majowe dni. Nie sposób nie stwierdzić, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam.

Początek nawet się zgadza. Plan był taki: dostać się na UJ, przy odrobinie szczęścia związać się z facetem, który bardzo mi się wtedy podobał (mogę o tym szczerze pisać, bo gość nie ma Facebooka), napisać książkę i zostać w Krakowie na całe życie. To było przecież najwspanialsze miasto świata. Szybko postanowiłam, że dam moim dzieciom dobry start i urodzę je właśnie tam, w promieniu maksymalnie kilku kilometrów od Wawelu. Dopuszczałam też do siebie możliwość, że powyższe zamierzenia nie wypalą - wtedy zawsze mogłam wrócić do Lubartowa i też byłoby w porządku. Prawdziwą krakowianką i tak nie miałabym szansy dostać - gdzieś usłyszałam, że prawdziwymi Krakusami są ci, których korzenie w stolicy Małopolski sięgają przynajmniej dwustu lat.

Na UJ się dostałam. Z facetem nie wyszło, ale poznałam innego, który został potem moim mężem, więc nie mam powodów do narzekań. No i to by było na tyle - książki nie napisałam, choć od tamtych lat spod moich długopisów wyszło kilka ładnych brulionów zapisanych pamiętnikarskimi relacjami, poza tym marzenia o karierze pisarskiej są wciąż jak najbardziej aktualne.

Dzieci pojawiły się, a jakże. Tylko z lokalizacją poszło trochę nie tak jak pójść miało. Pierwsza córka przyszła na świat jakieś 1000 km od Wawelu, w przypadku dwóch następnych tych kilometrów było już 10000, więc naciągnąć się tego w żaden sposób nie da. Zresztą, pal licho odległości - nigdy, w żadnych marzeniach nie pomyślałam nawet o tym, żeby mieć bliźniaczki.

Przez te piętnaście lat mieszkałam w pięciu różnych krajach, przy czym zaledwie w dwóch przypadkach było to efektem jakiegoś planowania. Przez pół roku przebywałam w Niemczech na stypendium, o które sama złożyłam podanie, a od niecałego roku mieszkam w Irlandii, ponieważ na podstawie małżeńskiej kalkulacji życiowych plusów i minusów wyszło nam, że w naszym przypadku ten kraj ma największy sens. Swoją drogą, analiza została przeprowadzona bardzo prawidłowo - naprawdę się nam tu podoba. Nawet jeśli w Wielki Piątek nie da się nigdzie kupić alkoholu. Szwajcaria i Stany wyszły nam zupełnie przez przypadek. Polska siłą rzeczy również.

Sęk w tym, że w czasach maturalnych naprawdę marzyło mi się spokojne życie. W dzieciństwie zaliczyłam sporo przeprowadzek i na progu dorosłości widziałam swoją przyszłość dość stabilnie - w jednym mieszkaniu przez wiele lat. O wyjeździe za granicę, zwłaszcza takim na stałe, nie myślałam w ogóle. O podróżach marzyłam właściwie od dzieciństwa, ale wyłącznie w kategorii wakacyjnej. Miałam wtedy chyba coś w rodzaju takiego niesamowitego spokoju ducha połączonego z idealizmem i przekonaniem, że dobre nastawienie i zadowolenie z tego, co się ma, może zdziałać cuda. Krótko mówiąc, poza pisarskim, nie marzył mi się kompletnie żaden sukces. Pamiętam nawet, że podczas jakichś młodzieńczych analiz rozmaitych problemów doszłam do wniosku, że mój ewentualny sukces nie byłby dobry dla moich ewentualnych dzieci. No bo przecież gdybym np. była piosenkarką, to część rówieśników moich dzieci mogłaby źle reagować na moją muzykę i moje dzieci miałyby wtedy przerypane. No nie?

Tu akurat wszystko się sprawdziło - sukcesu żadnego nie odniosłam, za co w zasadzie jestem wdzięczna losowi, bo zamiast udzielać wywiadów mogę szydełkować, pisać bloga i czytać książki.

Tak czy siak - 15 lat w życiu człowieka to sporo. A plany są fajne, trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze wypalają. A czasem jeśli wypalają, to w trochę inny sposób niż ten z góry założony.

W każdym razie, gdyby ktoś w dniu matury zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Irlandia, pewnie udzieliłabym jakiejś typowej odpowiedzi w stylu "z deszczem". Na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę tam kiedyś mieszkać. Zwłaszcza w budynku z panelami słonecznymi na dachu. No, ale to ostanie nie przyszłoby mi do głowy nawet rok temu.

Życie zaskakuje.


niedziela, 30 kwietnia 2017

Kolonia - kilkanaście lat później

Kilka miesięcy temu nadszedł nareszcie moment, w którym mogliśmy rozpakować wszystkie przywiezione z Kalifornii pudła. W jednym z nich trafiłam na kłębki wełny i kordonka - pozostałość po hobby, które towarzyszy mi od dość dawna, ma jednak tę właściwość, że fascynacja nim pojawia się i znika. Ostatnią większą fazę na szydełko przeżywałam w pierwszej połowie 2014 roku, kiedy czekałam na urodzenie się bliźniaczek i poza obsesyjnym tworzeniem okrągłych serwetek było niewiele rzeczy, do których się nadawałam. Kolejna faza nadeszła w Irlandii, wraz z rozpakowaniem rzeczonego pudła. No i wsiąkłam.

Wsiąkłam tak bardzo, że w odstawkę poszło pisanie, między innymi tego bloga. Nie żebym o nim w ogóle nie myślała - wręcz przeciwnie, w głowie dość regularnie pojawiają mi się pomysły na notki, od czasu do czasu rozważam opisanie kolejnego szalonego snu, a niektóre tematy podsuwa samo życie. Dziś rano stwierdziłam, że coś musi się nareszcie przełamać. Tydzień temu wróciliśmy z krótkich wakacji i jak o tym w końcu nie napiszę, to temat się zwyczajnie zdezaktualizuje.

Polecieliśmy do Kolonii. Temat wyszedł trochę spontanicznie. Nasza najstarsza córka miała dwa tygodnie ferii w szkole, a nas korciło, żeby gdzieś się wybrać. Z miejsca odrzuciliśmy Hiszpanię i Włochy, na które wprawdzie od pewnego czasu mamy ochotę, ale które nie zachęcają cenami za przelot. Kolonia natomiast od dawna jest dla mnie miastem na swój sposób magicznym.

To było pierwsze zagraniczne miasto, do którego się wybrałam. Miałam wtedy niecałe szesnaście lat, mieszkałam w małym mieście, w którym wszędzie docierało się na piechotę i wbrew tendencjom panującym wśród większości moich szkolnych znajomych chciałam nauczyć się niemieckiego. Rodzice wysłali mnie na obóz językowy do Kolonii. Przez trzy tygodnie miałam mieszkać wraz z kompletnie mi obcą Niemką i jej dziećmi, uczęszczać na zajęcia w szkole językowej i... przeżywać pierwsze samotne wakacje. Tak to się zaczęło. Spodobało mi się tak bardzo, że w Kolonii pojawiałam się przez trzy kolejne lata.

Z perspektywy czasu mogę wypowiadać się o tych wyjazdach w samych superlatywach. Sporo się nauczyłam, zarówno językowo, jak i życiowo. To było trochę jak skok na głęboką wodę. Oto ja, mieszkanka małego miasta we wschodniej Polsce, nie posiadająca nigdy nawet biletu miesięcznego, dostałam do ręki bilet na trzy tygodnie przejazdów komunikacją miejską. Dobrze mówiłam co prawda tylko po polsku, ale teraz nagle miałam zacząć sobie radzić korzystając ze szczątkowego niemieckiego. Jeśli doda się do tego fakt, że nie należałam do osób, które łatwo nawiązują kontakty międzyludzkie... No cóż, jak nic był to skok. Z nurkowaniem włącznie.

Dość często wspominam tamte pobyty w Kolonii. W porównaniu z tym, co znałam z Polski, wszystko wydawało mi się niesamowicie nowoczesne i kolorowe. Nie tylko budynki czy wystawy. Kolorowi byli również ludzie - na ulicach nie brakowało przechodniów o fantazyjnych barwach włosów, ułożonych w najprzedziwniejsze fryzury. Schludne, ozdobione pięknymi kwiatami bulwary nad Renem wydawały się niemal rajem i w taki sposób zapisały się w mojej pamięci.

Przez to wszystko niesamowicie ciekawa byłam, jak obecnie odbiorę Kolonię. Ze zdziwieniem myślałam o tym, że od tamtych wyjazdów minęło już blisko 20 lat. W tym czasie zdążyłam pomieszkać w pięciu różnych krajach, zostać matką trzech córek i przeżyć całe mnóstwo mniej i bardziej normalnych przygód. Co w tym czasie działo się z miastem nad Renem?

Wrażenie po przyjeździe było dość dziwne. Z jednej strony czułam się jak w miejscu dobrze sobie znanym - katedra była taka, jaką ją zapamiętałam, tuż obok niej nadal stał gmach znajomego muzeum. Ulice handlowe, które dawno temu przemierzałam zafascynowana, zajęta kalkulacją, co jeszcze spośród tych bajecznie kolorowych przedmiotów będę mogła kupić, okazały się jednak nagle pełne szyldów firm, do których przez te wszystkie lata zdążyłam się przyzwyczaić. Ludzie też wyglądali jakby inaczej - miejsce barwnych, punkowych fryzur zajęły bardziej tradycyjne stylizacje. Wygląda na to, że szalone lata dziewięćdziesiąte naprawdę się skończyły.

Wyobrażałam sobie sytuację, w której pojawiam się wraz z mężem i dziećmi u mojej dawnej gospodyni. Zapamiętałam ją jako zadbaną czterdziestoparolatkę, samotną i niepracującą matkę czwórki dzieci, której dom obwieszony był nagrodami dla najlepszej mamy w dzielnicy i która spędzała weekendowe wieczory w pobliskiej dyskotece. Stanowiłam chyba dla niej swoiste indywiduum - dość łatwo ją rozśmieszałam, a kiedy przyjechałam do niej po raz drugi, twierdziła, że gdy w wiadomościach słyszy cokolwiek o Polsce, natychmiast myśli o mnie.

Miała na imię Petra. Przed wyjazdem próbowałam znaleźć ją w Internecie. Teraz musi być już po sześćdziesiątce. Pamiętam jej ówczesne nazwisko i nazwę ulicy, przy której mieszkała, pamiętam, że aby tam dojechać trzeba było jechać autobusem 121 albo 123 z Wiener Platz (ale w którym kierunku?) Gdybym była w Kolonii sama, pewnie zaryzykowałabym wyprawę w tamte rejony, ale z trójką małych dzieci, których pojęcie o atrakcyjnym spędzaniu czasu raczej nie obejmuje tropienie duchów z przeszłości, wydawało mi się to ryzykowne.

Ale odwiedziliśmy kilka innych miejsc, które zapamiętałam. Bonn, Phantasialand, Zoo...

Po kilku dniach pobytu wróciła mi nawet w miarę umiejętność mówienia po niemiecku. Wbrew temu co sądziłam na początku nie było to tak oczywiste - zaczynałam coś mówić i natychmiast na język przychodziły mi słowa angielskie.

Pewnie jeszcze kiedyś wrócimy do Kolonii - teraz mamy tam dość blisko. No a ja muszę się kiedyś zebrać na odwagę i spróbować odszukać Petrę.

środa, 5 kwietnia 2017

Morderstwo w San Escobar (7). W budce strażnika

Juan stał pod prysznicem w łazience swojego apartamentu. Chłodna woda spływała po jego wciąż dającym się określić jako wysportowane ciele, dając uczucie ulgi po upalnym dniu. Przynajmniej w sensie fizycznym. Z psychiką było znacznie gorzej - żaden prysznic tego świata nie był w stanie zmyć z niego poczucia niesmaku, wywołanego przez wydarzenia kończącego się właśnie dnia. Choć jeszcze o tym nie myślał, gdzieś w zakamarkach świadomości wiedział, że to co się wydarzyło będzie mu ciążyło przez całe tygodnie, miesiące, a może nawet na zawsze, kładąc wieczny cień na jego policyjnym doświadczeniu.

Po tym, jak delegacja z Polski powróciła do Europy, śledztwo w sprawie śmierci Santiago Moravskiego musiało dokonać poważnego zwrotu. Juan pomyślał po raz nie wiedzieć który, że nagły brak świadków zza granicy zmieniał postać rzeczy. Sprawa morderstwa, przedawkowania, czy jak kto zechce to nazwać nabierała nagle bardziej lokalnego znaczenia. Tym samym metody postępowania zdawały się przybierać bardziej lokalny charakter.

Tym razem Juan nie zdołał wybrać się na kolejne przesłuchanie Hectora, choć powodów mu nie brakowało. Sekcja zwłok zmarłego jednoznacznie wskazywała na obecność narkotyku w jego organizmie. Przeszukano jego willę, poddano analizie chyba każdy znajdujący się w niej przedmiot, od olbrzymiej kanapy zaczynając, a na porcelanowej figurce kota kończąc, nie doszukano się jednak najmniejszych śladów popełnienia przestępstwa. Oczywiście nie wspominając o jednym drobnym szczególe: zwłoki gościa, który według wszelkiego prawdopodobieństwa po prostu przedawkował narkotyki, pozbawione były serca.

Hector szalał. Po początkowo okazywanej pokorze i chęci współpracy nie było już śladu. Facet niemalże trząsł się z żądzy odwetu, udzielał wywiadom wszystkim mediom, za każdym razem zapowiadając odwet na politycznych adwersarzach. Juan nie był psychologiem, ale cała ta szopka wydawała mu się podejrzana. To jasne, że brat bliźniak kolesia, którego pozbawione serca zwłoki znaleziono pewnego dnia w nadmorskiej willi, ma prawo do nieco chwiejnych, nawet histerycznych zachowań, coś tu jednak nie pasowało. Hector się bał.

Do przesłuchania jednak nie doszło. Nie z winy śledczego. Po prostu tego ranka, tuż po przebudzeniu, ale jeszcze przed wypiciem pierwszej kawy, Juan usłyszał zdecydowane pukanie do drzwi, a kiedy je otworzył, ujrzał dwóch rosłych kolesi w mundurach wskazujących jednoznacznie na zatrudnienie w firmie ochroniarskiej obsługującej drobiową twierdzę Hectora Moravskiego. Usłyszał od nich, że ma natychmiast udać się z nimi do samochodu, nie zadawać zbędnych pytań oraz nie korzystać z telefonu komórkowego. Juan wiedział, że dyskusja nie ma sensu. Jasne było, że jego rola śledczego usiłującego rozwiązać zagadkę dobiegła końca.

Początkowo oczekiwał, że finałem podróży będzie dom Hectora, szybko jednak zorientował się, że ich celem jest siedziba firmy drobionego potentata. Przez chwilę poczuł nawet podekscytowanie: czyżby miał stać się jednym z nielicznych, którym dane będzie dostać się na teren twierdzy? Szybko okazało się jednak, że czeka go rozczarowanie - koleś, który siedział za kierownicą, zaparkował auto za chroniącym dostępu do siedziby firmy murem, tuż przy małej budce strażnika.

Strażnika jednak w niej nie było - był za to Hector Moravski. Kiedy Juan wszedł co ciasnego wnętrza, facet sprawiał wrażenie, jakby był lekko nie na miejscu. Król drobiu pasował do bogato wykończonych wnętrz i puszących się imperialnym stylem foteli, nie zaś do nijakiego biurka w mikroskopijnej stróżówce. Ale kiedy otworzył usta, to wszystko nie miało już znaczenia.

- Mór brat został bestialsko zamordowany przez naszych politycznych wrogów. Kreatury, które od lat usiłują sprzedać ten kraj, które za nic mają patriotyzm i moralność. Obiecuję panu, jako katolik i obywatel kochający swoją ojczyznę, że jeśli śledztwo nie pójdzie tym tropem, a satysfakcjonujący  mnie wyrok nie zostanie ogłoszony już wkrótce, potrafię wyciągnąć konsekwencje, zarówno wobec pana, jak i szerszej grupy pana współpracowników i najbliższych - wygłosił Hector, patrząc przy tym w oczy Juana spojrzeniem, które niwelowało wszelki sprzeciw.


Juan przełknął ślinę, czując, że właśnie przegrywa swoją karierę i zawodową dumę. Spuścił wzrok, ale zanim jego spojrzenie zawędrowało w kierunku podłogi, zatrzymało się na czymś, co właściwie go nie powinno zaskakiwać, a jednak przykuło jego uwagę na kolejne sekundy. W maleńkim pomieszczeniu, w którym wszystko stało blisko siebie, panował uciążliwy rozgardiasz. A jednak policjant zdołał zauważyć stojące na biurku pudełko pełne kolorowych spinaczy do papieru. Pudełko, które zawierało coś jeszcze: niewielką, przezroczystą foliową torebkę, w zasadzie pustą, a jednak jak gdyby przyprószoną od środka białymi drobinkami. Juan patrzył na nią zaledwie przez chwilę: wiedział już, że jeśli nie opuści wzroku na swoje buty, może ryzykować nie tylko swoją karierę, ale także życie.

poniedziałek, 6 marca 2017

Gra z wyrokiem śmierci

Niby od dawna mówiło się, że zakup i rejestracja najnowszego dodatku do Gry będzie niosło ze sobą pewne ryzyko, ale chyba nikt do końca nie traktował tego poważnie. A może niepewność i ewentualne zagrożenie podnosiło poziom adrenaliny, co z kolei przekładało się na lepszą sprzedaż? Coś w tym wszystkim musiało być. Nie jestem odważna, po kilkunastu latach od pierwszego lotu wciąż boję się podróży samolotem, wizja moich dzieci bawiących się na placu zabaw pod okiem opiekunki pełna jest krwi i złamanych kończyn, a na nartach nie nauczę się jeździć ze strachu przed pędem powietrza i możliwością zderzenia się z drzewem.

A jednak bez większego wahania kupiłam Grę, w której zarejestrowanie się pociągało za sobą bardzo poważne konsekwencje.

Umowa producent - gracz zakładała bowiem, że użytkownicy dysponujący ostatnim dodatkiem muszą go przejść i to w określonym z góry czasie. Jeśli tego nie zrobią - umrą. Nie tak na niby, wirtualnie. Umrą naprawdę, w realnym życiu, pozostawiając za sobą zrozpaczonych przyjaciół i członków rodziny, niezapłacone rachunki i nieukończone projekty. Być może dlatego, że brzmiało to tak nierealnie, groźba nie wpłynęła negatywnie na zainteresowanie Grą.

Przejście gry miało w sobie element losowy. Należało ukończyć kilka niezależnych od siebie sekwencji, na pojawianie się których na ekranie nie miało się większego wpływu. Dana sekwencja mogła pojawić się wielokrotnie, każdorazowo zmuszając gracza do ponownego uporania się z nią - co za którymś razem nie stanowiło już wysiłku intelektualnego, zjadało jednakże cenny czas. Szansa na trafienie na daną sekwencję po raz pierwszy związana była z natężeniem ruchu na serwerach Gry. Logika podpowiadała, że największe będzie one pod koniec okresu ochronnego (po którym gracze, którym nie udało się przejść Gry, będą umierać). Obiecałam sobie zatem, że wezmę się za to wszystko od razu, tak by spokojnie ukończyć wszystkie elementy dzielące mnie od sukcesu.

A potem zachorowałam.

Dobrze pamiętam ten poniedziałkowy poranek, kiedy obudziłam się nareszcie bez gorączki i pulsującego bólu w zatokach. Wstałam rześka, ubrałam dzieciaki. To był dzień basenu, co prawdopodobnie nie było najlepsze w pierwszy dzień po chorobie. Będę musiała odebrać E. z zajęć poszkolych nieco wcześniej niż zwykle, po to by odprowadzić ją na lekcję pływania. Budynek mieszczący w sobie basen znajdował się na wzgórzu, na które wchodzenie z obciążeniem w postaci zawierającej dwie bliźniacze dziewczynki spacerówki nie należało do przyjemności. No, ale skoro trzeba...

Tuż przed wyjściem do szkoły zastygłam w bezruchu. Uświadomiłam sobie, że dziś jest ostatni dzień Gry. Co gorsza, w wyniku różnicy czasu między Irlandią a miejscem, w którym znajdowały się serwery, do otrzymania wyroku śmierci zostało mi zaledwie kilka godzin. Czy mam szansę wyrobić się przed popołudniem? Nerwowo myślałam o tym, że chyba tak: Grę udało mi się całkiem solidnie rozgrzebać w ubiegłym tygodniu. Zostawiłam ją tylko na kilka dni, które spędziłam w łóżku z gorączką. Po przeanalizowaniu sytuacji doszłam do wniosku, że na wszystko może mi zabraknąć mniej więcej pół godziny.

Odprowadziłam E. do szkoły i żegnając się z nią powiedziałam:
- Będziesz musiała dziś sama pójść na basen. Mama może nie zdążyć po ciebie przyjść. Wypatruj mnie na miejscu, a jeśli mnie nie będzie, po prostu idź na zajęcia.

Wróciwszy do domu posadziłam bliźniaki przed telewizorem, sama zaś włączyłam komputer. Starałam się skupić na grze, wyciszając emocje, ale nie było to proste. Czy zobaczę jeszcze kiedyś E.? A jeśli nie zdołam ukończyć gry, jak to wszystko się odbędzie? W jaki sposób umrę? Czy będzie to przypominało omdlenie i po prostu mąż znajdzie mnie wieczorem martwą na podłodze, czy może domem wstrząśnie nagle eksplozja, szkodząc nie tylko mnie, ale i dzieciom?

Uderzałam w klawiaturę komputera sparaliżowana strachem przed niewiadomą.

Jak na ironię postaci występujące w Grze reprezentowane były przez bohaterów disneyowskiej "Krainy lodu". Patrzyłam z nienawiścią na Annę i Elsę, które były dla mnie prostą drogą do niepewnej śmierci.

A potem się obudziłam, ze świadomością, że może to i jest poniedziałek z basenem, pierwszy dzień po weekendzie spędzonym w łóżku wprawdzie bez gorączki, za to z zapchanymi zatokami i fatalnym samopoczuciem, za to motyw Gry należy do innego świata. Do którego nie mam szansy trafić tak długo, jak długo znów nie zasnę.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (6). Minister Wojny i jego koparki

- Jest nam bardzo przykro, że tło dla naszych uroczystości stanowią wydarzenia tak haniebne. Śmierć mojego brata, który poległ z ręki nieznanego sprawcy to okoliczność tym bardziej smutna, że Santiago miał polskie korzenie. Zapewne cieszyłby się mogąc dziś świętować z nami zawarcie tej historycznej umowy handlowej pomiędzy Polską i San Escobar.

- Nie poległ, tylko przedawkował, ty drobiowy kurduplu - mruknął Juan w kierunku Hectora Moravskiego przemawiającego z ekranu telewizora. W tej chwili żałował, że tego wieczoru w ogóle sięgnął po pilota. Dzisiaj skończył pracę nieco później niż zwykle i obiecał sobie kilka godzin relaksu. Zaczęło się nawet nieźle - zaraz po wejściu do mieszkania wziął długi prysznic. Potem zrobiło się jeszcze lepiej - niespodziewanie odwiedziła go Alicia w towarzystwie butelki białego wina. Wino chłodziło się w lodówce, zaś policjantka odświeżała się właśnie w mikroskopijnej łazience Juana, który czekając na byłą kochankę automatycznym ruchem włączył telewizor. No i jakoś tak zostało.

- Ty w ogóle wiesz, o co chodzi w tej całej umowie? - zapytała znudzonym tonem długonoga policjantka.
- Tyle co wszyscy - wzruszył ramionami Juan. - Będziemy sprzedawać Polsce koparki.
- Tia. Tylko dlaczego europejski kraj ma je sprowadzać właśnie z San Escobar? - zastanawiała się Alicia. - Przecież to nie ma żadnego sensu. Jeśli już muszą je ściągać z tak daleka, chyba rozsądniejszym wyborem byłyby Chiny. A i tak przy sprzęcie o tych gabarytach Polsce powinno się opłacać produkowanie tego u siebie.
- Niby tak. Ale to nie nasz interes. Jeśli jakieś państwo w Europie ma fantazję kupować sobie koparki w San Escobar i w dodatku zamierza nam za to konkretnie zapłacić, to w sumie czemu nie? - stwierdził Juan i podnosząc się z kanapy dodał: - Idę po wino, powinno mieć już odpowiednią temperaturę.

Umowa handlowa, która stała za trwającą właśnie wizytą dyplomatyczną Polaków zaiste wydawała się kuriozalna. Jakiś czas temu polski Minister Obrony Narodowej (zwany niekiedy w kuluarach Ministrem Wojny) zwrócił się do rządu San Escobar z prośbą o przygotowanie oferty sprzedaży koparek. Chodziło o konkretne liczby - Polska chciała nabyć tysiące sztuk. Dlaczego? Tego do końca nie wiedział nikt w żadnym z dwóch zainteresowanych krajów. Gdyby Juan interesował się trochę Polską i znał język sojuszników, mógłby się łatwo dowiedzieć, że cała sprawa spowodowała prawdziwy wylew internetowych memów i plotek. Niektórzy twierdzili, że ministra zachwycił sam wygląd koparek, które poruszały się na gąsienicach przywodzących na myśl czołgi. Plotkę tę zdawał się potwierdzać fakt, o którym Juan nie miał oczywiście zielonego pojęcia - otóż koparki miały zostać pomalowane w barwy moro. Był też inny trop, który w zasadzie nie kłócił się z tym pierwszym. Otóż złośliwi twierdzili, że wszystko to było kaprysem młodego protegowanego pana ministra, urokliwego dwudziestokilkulatka o sympatycznym wyglądzie niedźwiadka. Chłopiec chciał zabawki, więc pan mu je kupował.

Oczywiście były też bardziej racjonalne wyjaśnienia, jak na przykład to, że Polska właśnie przygotowywała się do wdrożenia programu mieszkaniowego, mającego na celu pomoc młodym rodzinom. A wiadomo - gdzie budują się domy, tam potrzebne są koparki. Przynajmniej w XXI wieku.

Rzecz jasna Juan nie oglądał polskich serwisów informacyjnych. Dlatego właśnie ominęły go liczne spoty reklamowe i zdjęcia billboardów,  rozgłaszających w Polsce całe przedsięwzięcie. Nagle w blokach reklamowych pojawiły się filmiki z ludźmi ścigającymi się na koparkach, koparkami ścigającymi się z czołgami, żołnierzami, którzy z przewieszonymi przez ramiona karabinami zeskakiwali z koparek… Spotom i billboardom towarzyszyły kojarzące się militarnie hasła w językach polskim i hiszpańskim, takie jak “La construccion de esta guerra”.

Tak czy siak, z punktu widzenia obywateli obu krajów wszystko to wyglądało na jeden wielki absurd, zwłaszcza w zestawieniu z uroczystą fetą, która z tej okazji odbywała się w centrum Santo Subito.


- Wariatów nie sieją, sami się rodzą - Juan dzielił się swoimi rozważaniami z Alicią, jednocześnie nalewając wino do kieliszków. - Zresztą może to będzie dla nas niezły interes? Ponoć w Stanach jakiś wariat chce budować gigantyczny mur. Kto wie, może i on kupi nasze koparki?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (5) Narkotyki niedoszłego premiera

Juan siedział za kierownicą swojego wysłużonego samochodu, nerwowo bębniąc opuszkami lewej dłoni o kierownicę i rozmyślając o prowadzonym właśnie śledztwie. Łatwo nie było. Dzięki raportowi patologa wiedzieli już, że wycięcie serca Santia
go Moravskiego nie było jednocześnie aktem jego zabójstwa. Wyniki przeprowadzonych badań jednoznacznie stwierdzały, że polityk zmarł kilka godzin przed utratą mięśnia sercowego. Udało się nawet stwierdzić przyczynę zgonu - testy krwi denata wskazywały na silne przedawkowanie metaamfetaminy. W momencie otrzymania tych wyników Juan nie mógł być nawet przesadnie zdziwiony - był już po lekturze dzienników Santiago, znalezionych w jego gabinecie. Oczywiście niedoszły premier nie opisywał tam ze szczególną dbałością o detale swoich alkoholowych ekscesów, jednak wprawiony w kontaktach z dilerami śledczy mógł stwierdzić z całą pewnością, że chodzi o notatki faceta, który brał. I to od wielu lat.

Juan westchnął, myśląc o plotkach, jakie krążyły wokół kurczakowego biznesu Hectora Moravskiego  Mało kto mógł uwierzyć, że regularny, masowy transport mięsa z San Escobar do Stanów Zjednoczonych był tym, co naprawdę wyniosło jego właściciela na szczyty. Wątpliwa była również opłacalność takiego handlu, zwłaszcza na dłuższą metę, tymczasem sanescobariańskie kurczaki wędrowały do Nowego Meksyku już od kilkunastu lat, opłacając nie tylko kosztowny transport, ale i przynosząc tym i owym sporą fortunę.

A teraz okazywało się, że przyczyną śmierci Santiago Moravskiego było przedawkowanie metaamfetaminy.

Wpatrując się w czerwone światło Juan wrócił wspomnieniem do rozmowy z Hectorem. To było ich drugie spotkanie po śmierci jednego z bliźniaków. Juan znów siedział przy stoliku w staromodnie urządzonym salonie, pogryzając kruche ciasteczka przyniesione przez panią Jadwigę. Śledczy przeczuwał, że tym razem będzie trudniej. I niestety miał rację.

- Co mi pan tu będziesz insynuował? - krzyczał Hector Moravski, a jego okrągła, zazwyczaj blada twarz zrobiła się czerwona aż pod nasadę siwych włosów. - Mój brat odmawiał wypicia piwa, a co dopiero tu mówić o narkotykach! Czyja to jest robota, ja się pytam? Czy policja w tym kraju jest jeszcze instytucją niezależną, czy ten cholerny układ przedostał się nawet do was?
- Z faktami nie sposób dyskutować - bronił się Juan, zerkając nerwowo na Adriana, który był tu również i tym razem, z misją sporządzania notatek ze spotkania. - Badania wykazały…
- A nie zastanawia pana kto przeprowadzał te badania? - zasyczał Hector. 
- Nie musi. To doktor Geronimo, nasz najlepszy…
- Antonio Geronimo! - wykrzyknął biznesmen. - Proszę pana, czy ja naprawdę muszę panu mówić kim jest Antonio Geronimo, z jaką opcją polityczną on sympatyzuje? Ja mogę pana zapewnić, że w ostatnich wyborach on na pewno nie głosował na mojego brata. I teraz dziwnym przypadkiem, po przegranej Santiago, bada jego ciało i stwierdza spożycie narkotyków, tak? Czy pan naprawdę uważa to za przypadek? Proszę pana, ile pan ma lat?!
- Trzydzieści pięć - wymamrotał Juan, wpatrzony w pusty talerzyk po ciastkach.
- To daje panu jakieś dziesięć lat w policji, tak? A zastanowił się pan nad tym, gdzie spędzi pan kolejne dziesięć?! Trzydzieści pięć lat… Dorosły facet i nie pamięta, z jaką redakcją jeszcze niedawno związany był Antonio Geronimo? Z “Prawdą i legendą”, proszę pana…

“Prawda i legenda” było antyklerykalnym magazynem, dość wyróżniającym się w słynącym z katolicyzmu San Escobar. Juan nigdy nie miał go w ręku, ale z prasą w ogóle był raczej na bakier, pomijając oczywiście prasówkę, którą odbębniał w związku z wykonywaną pracą oraz zawodowym kontaktem z mediami. Rzecz jasna nie było najmniejszego sensu w tłumaczeniu tego Hectorowi Moravskiemu, który rozsierdzony do granic możliwości najwyraźniej dawał do zrozumienia, że wbrew solennym zapowiedziom współpraca z nim nie będzie łatwa. Policjanta bardzo niepokoił fakt, że biznesmen zdawał się próbować upolitycznić śmierć brata. Oczywiście na tym etapie śledztwa wielu hipotez nie dało się jeszcze wykluczyć, jednak najbardziej prawdopodobne wydawało się zwykłe przedawkowanie, celowe (samobójstwo) bądź też nie.

Oczywiście wciąż pozostawał niewyjaśniony wątek wyciętego serca. Juanowi marzyło się spokojne śledztwo, bez konieczności przesadnego uważania na polityczne bomby. Tak się jednak złożyło, że usunięty organ należał do niedoszłego premiera, ważnego członka największej partii opozycyjnej w parlamencie.

Sytuacja zdawała się wymykać spod kontroli. Hector zwołał konferencję prasową, na której w dobitny sposób oskarżył organa śledcze o wspieranie partii rządzącej Obiecał też, że nie spocznie, póki prawda o śmierci jego brata, niedoszłego premiera Santiago Moravskiego nie ujrzy światła dziennego. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Partia jego brata natychmiast wciągnęła śmierć bliźniaka na sztandary, domagając się uznania, że zmarły stracił życie w wyniku okrutnego aktu wycięcia serca oraz skierowania śledztwa na tory zakładające polityczny motyw mordestwa. Na najbliższy weekend przed siedzibą parlamentu planowany był obywatelski protest. A wszystko to przy trwającej właśnie wizycie dyplomatycznej przedstawicieli najważniejszego sojusznika państwa.


Juan nigdy nie interesował się polityką bardziej niż to było konieczne w przypadku policjanta dobrze wykonującego swoją pracę. Teraz jednak nie mógł się powstrzymać od rozważań na temat tego, jak całe zamieszanie wpłynie na główny temat spotkania między politykami San Escobar i Polski, a mianowicie planowaną umowę handlową. Umowę, jakiej świat jeszcze nie widział.

piątek, 20 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie, czyli co dobrze mi się czytało w 2016 roku

Słuchajcie, San Escobar jest jak najbardziej wciąż na tapecie, ale muszę zrobić małą przerwę na notkę podsumowującą moje czytanie w 2016 roku, bo jak tak dalej pójdzie zastanie nas tu grudzień i będę mieć dwa lata do nadrobienia.

Czytelniczo to był bardzo dobry rok. Mimo różnych zawirowań, zmian, przeprowadzek, parokrotnego zmieniania kraju pobytu i grudnia wypełnionego składaniem mebli z Ikei (po złożeniu zawartości kilkudziesięciu kartonów stanowczo uważam, że ludziom którzy składają to za pieniądze płaci się za mało) moje czytelnicze doświadczenie zwiększyło się o 155 tytułów.

Nie, nie omówię tu 155 książek. Zajęło by mi to pewnie więcej czasu niż napisanie wszystkich odcinków mojego kryminału o San Escobar. Po zastanowieniu stwierdziłam też, że nie będę Was raczyć opiniami o kiepskich książkach. Zrobię tylko jeden mały wyjątek. "Nakarmić kamień" Bronki Nowickiej przeczytałam już kilka miesięcy temu i do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu, który nakazał członkom jury nagrodzenie tej książki nagrodą Nike. Serio, Nobel dla Dylana to przy tym rewelacyjna decyzja.

No dobrze, przejdźmy do pozytywów. Od czasu do czasu ktoś prosi mnie o polecenie "fajnej książki", dla siebie bądź na prezent, może więc ta notka na coś się przyda.

W 2016 roku rozpoczęłam przygodę z serią kryminałów Katarzyny Puzyńskiej. Nie żałuję. Lekkie, przyjemne, swojskie. W sam raz na czas przeprowadzek i długie jesienne wieczory w tym coraz ohydniejszym świecie. Swoją drogą, zauważyliście, że bohaterowie współczesnych powieści, tych z półki "rozrywka", często nie mają poglądów politycznych? I bardzo mnie to cieszy. Będę wracać do kolejnych tomów serii Puzyńskiej, to dobre schronienie przed rzeczywistością.

Chciałam się też pochwalić, że w końcu przeczytałam biografię Steve'a Jobsa pióra Waltera Isaacsona i bardzo mi się podobała. Mam ogólną słabość do biografii, może przez to, że od dziecka piszę pamiętniki. Tę konkretną przeczytałam w bardzo dobrym momencie, niedługo przed wyprowadzką z Doliny Krzemowej, dzięki czemu zdążyłam jeszcze podjechać pod dom rodziców Jobsa, ten od słynnego garażu. Niestety okazało się, że przyjeżdża tam bardzo dużo ludzi, co wkurza jego obecną mieszkankę. W ogóle się jej nie dziwię, choć ja na jej miejscu na pewno nie chciałabym mieszkać w domu, pod który codziennie ktoś podjeżdża robić sobie selfie.

Skoro już jesteśmy przy tematach okołobiograficznych, to przy okazji polecę pozycję "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusza Urbanka. Książka przedstawia sylwetki i losy, zarówno zawodowe jak prywatne, grupy genialnych uczonych, którzy zaczynali swoją karierę w przedwojennym Lwowie. Jeśli ktoś tak jak ja interesuje się trochę projektem Manhattan, to znajdzie tu coś dla siebie.

Wśród luźniejszych książek, które zapamiętałam bardzo pozytywnie, na pewno jest "Najlepsza książka świata" Petera Stjernstroma. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale ja mam trochę prymitywne poczucie humoru i sceną, w której bohater mówi "ty pieprzony muffinie", autor kupił mnie kompletnie. Polecam w ramach rozrywki.

Czas na podziękowania dla Kasi O., która poleciła mi książkę "Tales of the City". Ta powieść to dokładnie takie San Francisco, jakie znałam i jakie czułam. Opowieść o grupie młodych ludzi żyjących w tym dość specyficznym mieście pod dachem pewnej przemiłej hodującej marihuanę pani to historia osobistych dramatów, radości i tajemnic. Wszystko w mocno hippisowskim klimacie Kalifornii lat 70. Naprawdę bardzo się cieszę, że Armistead Maupin napisał tego więcej części. Kilka mam już za sobą i na pewno będę wracać.

Bardzo podobały mi się "Czarne liście" Mai Wolny. To opowieść o historyczce badającej relacje polsko-żydowskie w latach czterdziestych. W historię jej starań o zachowanie pamięci o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat wpleciony jest dramat zaginięcia córki, być może uprowadzonej przez ojca. Dobra, przepełniona ciepłą wrażliwością książka.

Lektura książki "Białystok" Marcina Kąckiego nie była może przyjemna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Była poruszająca. To obraz miasta od dawna borykającego się z problemem antysemityzmu i rasizmu, jednocześnie będącego kolebką języka esperanto i zabiegów in vitro w Polsce. Historia terenów, których wielokulturowej przeszłości dziś zdaje się nikt nie pamiętać. Bardzo smutny i bardzo ważny zbiór reportaży.

Pozostańmy jeszcze przy non-fiction. Jeśli zastanawiacie się, czy "Ceaucescu. Piekło na ziemi" Thomasa Kunze jest warte przeczytania, to gorąco zapewniam, że tak. Świetnie napisana, poparta licznymi źródłami, rzetelna biografia Nicolae Ceaucescu, historia jego politycznej kariery i obraz Rumunii czasów komunizmu to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku.

Jedną z ostatnich pozycji, po którą sięgnęłam pod koniec grudnia, była ostatnia książka Szczepana Twardocha, "Król". Uwielbiam. Obraz Warszawy z lat 30. XX wieku, miasta wielokulturowego, nierzadko rządzącego się brutalnością, borykającego się z problemami narodowościowymi i społecznymi, przedstawiony pięknym, a jednocześnie ostrym i bezkompromisowym językiem. No właśnie, ten język - uwielbiam sposób pisania Twardocha i trochę mu go zazdroszczę.

Na tym chyba skończę podsumowanie - jeśli ktoś chciałby poznać szczegóły moich czytelniczych perypetii w 2016 roku, to zapraszam tutaj.

No i chyba będę musiała wrócić do częstszych podsumowań czytelniczych, bo inaczej wychodzi z tego straszny bajzel.

Miłego czytania i do zobaczenia w San Escobar,

Agata.

środa, 18 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (4). Upadły anioł i ciasteczka u Hectora

Juan był wściekły. Jego nastrój oddawał rytm uderzeń palców w klawisze komputera, umysł zaś wędrował nieco poza zakres tematu służbowego maila, który właśnie wybijały palce.

Przede wszystkim, poranna odprawa poszła fatalnie. Xavier, szef komendy, facet w sumie niegłupi, tym razem zachowywał się, jakby zupełnie postradał rozum. Wyglądało to tak, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Juan potrafił to zrozumieć - sprawa należała do tych, których większość śledczych wolałaby nie dotykać nawet kijem. Jeden błąd mógł zaważyć na całej karierze zawodowej - lub wręcz jej braku. Jednak tego, że pod wpływem uzasadnionego stresu Xavier zaczął podejmować kretyńskie decyzje personalne, Juan już zrozumieć nie mógł. Przede wszystkim okazało się, że Alicia wcale nie będzie jego partnerką w tym śledztwie. To, że życia prywatnego z zawodowym czasem lepiej nie łączyć było tu dobrym uzasadnieniem, ale do Juana, który całą noc śnił o długich nogach obciągniętych do wysokości kolan granatową ołówkową spódnicą średnio to trafiało. Zresztą, brak przydzielenia Alicii do tej sprawy było czymś, z czym po prostu musiał się pogodzić. Nie potrafił  natomiast pogodzić się z faktem, że zamiast byłej dziewczyny przydzielono mu Adriana Zalewskiego.

Przypadek Zalewskiego był dość szczególny. Ten polski policjant pracował u nich od niedawna, jasne już jednak było, że zdobywanie sympatii współpracowników nie jest jego dobrą stroną. Nie jest łatwo pałać chęcią nawiązania przyjaźni z gościem, który niemal zawsze pojawia się w towarzystwie konsumowanej właśnie kanapki, której kolejne kęsy przeżuwa i połyka tak głośno, że słychać to w sąsiednim pomieszczeniu. Zastrzeżenie budziło też bezceremonialne oblizywanie palców, a następnie wycieranie ich w nogawki spodni. Do tego dochodziła historia Zalewskiego, tak absurdalna, że śmieszna przestała być już po kilku godzinach. Otóż pobyt Adriana na terenie San Escobar był rodzajem zesłania. Polska pozbyła się go po tym, jak odmówił wystąpienia w stroju anioła podczas zabezpieczania Orszaku Trzech Króli. Facet uznał, że paradowanie po ulicy w białym prześcieradle z wielkimi, białymi skrzydłami przyczepionymi do pleców zwyczajnie go ośmiesza. Jego protest potraktowano jako przypadek wyjątkowej niesubordynacji, ponieważ jednak na takie zachowanie nie dało się znaleźć stosownego paragrafu, Zalewski został wysłany do bratniego państwa, by przez resztę swojego życia służyć swoim kilkunastoletnim doświadczeniem policyjnym krajowi innemu niż własny, w języku, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej był dla niego zupełnie obcy.

Juan musiał jednak dość szybko zapomnieć o nieestetycznych zwyczajach polskiego kolegi. Zgodnie z przewidywaniami, kwestią priorytetową tego poranka było spotkanie z Hectorem Moravskim. Obaj policjanci zajechali przed południem pod jego willę, w nadziei, że tak ważna persona nie wychodzi z domu o świcie. Nie pomylili się: Hector był w domu, podobnie jak jego polska matka Jadwiga. Starsza pani kręciła się pomiędzy kuchnią a salonem, przynosząc kolejno filiżanki, dzbanek z herbatą i talerz z kruchymi ciasteczkami, policjanci zaś bez zbędnych wstępów powiadomili króla kurczaków o śmierci jego brata Santiago.

Reakcja Hectora była co najmniej zaskakująca. Sprawiał wrażenie bardzo poruszonego, jednak wśród emocji, które zaczęły rozgrywać się na jego twarzy i w ruchach, próżno było szukać wściekłości czy zacietrzewienia z gatunku “złapcie tego, kto to zrobił i przyprowadźcie mi go”. Był to raczej bezbrzeżny smutek, z którym Hector od pierwszej chwili zdawał się godzić. To nie było to, czego spodziewał się Juan. Hector znany był z wybuchowości i tego, że nie przebierał w słowach. Tymczasem teraz zdawał się być idealnym z punktu widzenia policji członkiem rodziny zmarłego: nie wściekał się i nie rozpaczał, za to zapewnił solennie obu gliniarzy o swojej gotowości do pomocy w śledztwie. Juan uprzedził go, że na pewno pojawią się jeszcze i zadadzą mu kilka pytań, pożegnał się i popychając przed sobą zdezorientowanego Adriana opuścił tego niemłodego już mężczyznę, który pogrążony w smutku głaskał automatycznym ruchem siedzącego mu na kolanach kota.

Kiedy jechali z powrotem na komendę, Juan pomyślał, że właściwie jest już pora lunchu, zatem w ramach zwalczania porannego stresu mógłby zajechać do jakiejś restauracji i coś zjeść. Nie pomyślał jednak o dwóch rzeczach: po pierwsze, skazał się w ten sposób na spożywanie posiłku w towarzystwie faceta, który niemiłosiernie mlaskał, oblizywał palce i wycierał je w spodnie (również w miejscach publicznych). Poza tym panował okropny upał, a wyjście o tej porze dnia na ulicę sprawiało, że czuł się brudny i śmierdzący. Perspektywa dnia wypełnionego badaniem sprawy śmierci Santiago Moravskiego, z upierdliwym marzeniem o wzięciu prysznica gdzieś z tyłu głowy to nie było coś, o czym marzył Juan. 

A może by tak rzucić to wszystko i wyjechać do Polski? - pomyślał. - Przynajmniej nie byłoby tak cholernie gorąco.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (3) Serce w Esperal

Wybrzeże różowiło się już pięknie w blasku zachodzącego słońca, kiedy Juan zaparkował wreszcie na podjeździe okazałej willi. Wysiadł z auta i wbiegając po schodach na ganek niemal zderzył się z dwoma mężczyznami, którzy właśnie wynosili nosze, na których pod białym prześcieradłem rysowała się ludzka sylwetka.

- Nareszcie, myślałam już, że się nie doczekam - dobiegł go gderliwy głos Alicii, która stała w progu domu. Piękna jak zawsze, ubrana w policyjny uniform, mimo upalnej pogody świeża i pachnąca. Wszystko to dawało się wyraźnie zauważyć nawet w sytuacji takiej jak ta. - Wejdź, usiądziemy na chwilę i nakreślę ci mniej więcej sytuację - dodała przystępniejszym tonem odsuwając się z przejścia i prowadząc Juana do wnętrza domu.

Policjant nigdy nie był tu za życia Moravskiego, ale wystrój odpowiadał mniej więcej temu, czego można się było spodziewać: zgodnie z trendem, jaki panował wśród bogatych obywateli San Escobar, dom polityka urządzony był w ciężkim i przesadzonym stylu. Pełno tu było ozdobnych półek wypełnionych kiczowatymi bibelotami, a wiszące na ścianach lustra miały grube i zdobione ramy. Po wejściu do salonu Juan zauważył wiszący nad stołem duży portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Policjant zastanowił się przez ułamek sekundy, czy to na miejscu, by w reprezentacyjnym pomieszczeniu domu ważnego polityka wisiał obraz przedstawiający ważnego polityka innego państwa - nawet jeśli żyjącego wiele lat temu. Nie mógł mieć jednak o to pretensji do Moravskiego - jego rodzice urodzili się przecież w Polsce. Rodzina przeniosła się do San Escobar tuż po drugiej wojnie światowej. Santiago i Hector urodzili się już tutaj i choć styl bycia obu mocno cechował lokalny patriotyzm, to ich związków z europejską ojczyzną rodziców nie sposób było nie zauważyć. Prywatnie przyjaźnili się z grupą wpływowych polskich polityków, z których niektórzy, jak chociażby aktualny minister spraw zagranicznych znad Wisły, regularnie gościli w San Escobar, zarówno w celach prywatnych jak i służbowych.

Alicia zajęła jeden ze stojących przy niewielkim stoliku foteli i skinęła na Juana, by uczynił to samo. Wyciągnęła przed siebie długie nogi, obciągnięte do wysokości kolan granatową ołówkową spódnicą i nieśpiesznie rozpoczęła relację.

- Znalazła go sprzątaczka, mniej więcej o drugiej po południu. Nie wiadomo od jak dawna nie żył - co do tego pewność uzyskamy dopiero po zbadaniu ciała przez patologa. Ale zdaniem techników to była kwestia kilku godzin.
- Jak umarł? - zapytał Juan.
- Wycięto mu serce.
- Słucham?!
- Dokładnie tak jak mówię. Ktoś starannie wyciął mu mięsień sercowy.
- Tak na żywca?! Od tego umarł? - Juanowi coś się tu nie zgadzało.
- Jeśli chodzi o kolejność zdarzeń, to jej ustalenie również jest zadaniem dla patologa - westchnęła Alicia. - Ale mogę cię zapewnić, że po wycięciu serca już nie żył.

Juan prychnął. Cała Alicia. Świat wokół niej mógł się walić w gruzy, a ona pozostawała niewzruszona. I niebezpiecznie piękna.
- Podejrzani? - podjął.
- Mañana, kochanie - ziewnęła Alicia. Rozmawiałam przez telefon z szefem. O dziewiątej rano robimy odprawę. Do tego czasu ani słowa nikomu. Wszyscy mamy totalny zakaz rozmawiania o tej sprawie. Swojej kochance, jeśli ją masz, też nic nie mów. Ani dzieciom.
- Nie mam dzieci. Ani kochanki - burknął Juan.
- Tak tylko mówię. Nie jesteśmy ze sobą od dwóch miesięcy. Świat się zmienia, idzie do przodu. Ty też możesz.
- Dzięki za radę. Co jeszcze możesz mi powiedzieć o śmierci Moravskiego?
- Jeśli dobrze wyczułam w rozmowie z szefem jego intencje, to zdaje się, że od jutra to głównie ty masz mi opowiadać o tej śmierci, a nie na odwrót. Dobrze już, dobrze - Alicia uniosła uspokajająco dłoń na widok otwierających się do riposty ust Juana. - Żona i córka są na wakacjach, raczej niczego się od nich nie dowiemy, ale oczywiście trzeba się będzie skontaktować. Sprzątaczka ma milczeć pod groźbą sądu. Ale i tak mamy pecha, przez tę całą delegację z Polski nie uda się
utrzymać tej śmierci długo w tajemnicy. Moravski prędzej czy później nie pojawi się na jakimś oficjalnym spotkaniu i zacznie się masakra. W tej sytuacji każda godzina będzie sukcesem. Trzeba będzie prześledzić szczegółowy plan tej całej imprezy.
- A co z Hectorem? - Juan zadał pytanie, która krążyło po jego głowie odkąd przekroczył próg tego domu.

- Ja mu nie powiem - zastrzegła się Alicia. - A tak serio, to oczywiście trzeba go będzie powiadomić. I nie zdziwię się, jeśli to będzie pierwsze zadanie, które zleci rano szefunio.

niedziela, 15 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (2). Król drobiu

Juan przeciskał się w swoim wysłużonym subaru przez zakorkowane ulice Santo Subito. Coś mu mówiło, że Alicia, która przez telefon brzmiała, jakby wymagała od niego niemalże teleportacji do willi Moravskiego w Esperal, trochę sobie jednak poczeka. Oczywiście tak nie powinno być - w tej sytuacji każdy kwadrans działał na ich niekorzyść. Nawet jeśli fakt śmierci brata jednego z najsilniejszych osób w państwie nie przedostał się jeszcze do prasy, to nie ma najmniejszych szans, by taki stan rzeczy trwał w nieskończoność. Wprawdzie media miały teraz niewyczerpane źródło inspiracji dzięki trwającej właśnie w stolicy wizycie dyplomatycznej polityków z Polski, ale odpowiednio istotny skandal miałby szansę przebicia się na pierwsze strony. 

To właśnie wspomniana wizyta była główną przyczyną koszmarnych korków paraliżujących miasto. Co prawda o tej porze, w godzinach szczytu, zawsze było z tym kiepsko, teraz jednak można było mówić o prawdziwym horrorze: centrum miasta zostało całkowicie wyłączone z ruchu, a wraz z nim kilka kluczowych ulic, co miało zagwarantować swobodę przemieszczania się dla kolumn wozów dyplomatycznych. Juan był pewien, że organizatorom całego tego cyrku udało się osiągnąć zamierzony cel i że mili goście z Polski nie doświadczają tego, z czym zwykły mieszkaniec tego miasta mierzyć się będzie w ciągu najbliższych dni - stojącym tłumem warczących aut, wydzielających smrodliwe opary w kolejne słoneczne, upalne popołudnie, tak typowe dla San Escobar.

Wciskając raz po raz pedał gazu i hamulca Juan myślał o tym, że ta sprawa nie może skończyć się dobrze. Najbliżsi Hectora Moravskiego nie umierali tak po prostu. Tym bardziej nie stawali się ofiarami morderstwa. A jeśli już niemożliwe stawało się rzeczywistością, należało się liczyć z prawdziwym politycznym (i nie tylko) trzęsieniem ziemi.

Oficjalnie Hector Moravski był zwykłym biznesmenem, który miał szczęście dorobić się dzięki wyjątkowo lukratywnemu kontaktowi z pewną znaną amerykańską firmą z siedzibą w Nowym Meksyku. Od lat dostarczał im sanestobariańskie kurczaki, pojawiające się potem na stołach barów szybkiej obsługi w Santa Fe, Albuquerque, a także, o czym wiedzieli bardziej wnikliwi obserwatorzy tematu, większych metropolii innych stanów USA. To była oficjalna część kariery Moravskiego. Natomiast tajemnica, która otaczała cały proces hodowli kurczaków, kompletny brak dostępu do olbrzymich połaci ferm kurzych, chronionych bardziej niż rezerwy złota na Wall Street w Nowym Jorku, wreszcie totalna cenzura nałożona na prasę w kwestii interesów prowadzonych przez Hectora - wszystko to sprawiało, że w czystą sprzedaż drobiu trudno było uwierzyć.

Sam szef koncernu był postacią powszechnie znaną i szanowaną. Był zapraszany na większość uroczystości państwowych, to on przecinał wstęgi podczas otwierania nowych odcinków autostrad, to jego pokazywali kamerzyści filmujący obchody kolejnych rocznic odzyskania niepodległości, wreszcie - to on zasiadał w pierwszym rzędzie bazylik podczas licznych w tym kraju świąt kościelnych. Był szarą eminencją i choć w hierarchii państwowej nie zajmował żadnego znacznego miejsca, wydawał się mieć o wiele większe wpływy niż jego bezpośrednio związany ze światem polityki brat Santiago. Ten ostatni, od lat obecny na scenie politycznej San Escobar, z natury cichy i mało rzucający się w oczy, zaczął w ostatnich latach odgrywać coraz poważniejszą rolę w parlamencie. Tylko niewielka różnica głosów w ostatnich wyborach sprawiła, że ostatecznie nie zasiadł w fotelu premiera. 

Mimo porażki formalnie pozostawał jedną z ważniejszych osób w państwie. W praktyce jednak wciąż tkwił w cieniu swojego brata bliźniaka, choć fakt, że facet sprzedający Amerykanom kurczaki zdaje się mieć większą władzę niż gość, który otarł się o tekę premiera, zakrawał na absurd.

O tym właśnie myślał Juan, przesuwając się wolno wzdłuż zatłoczonych ulic Santo Subito, w kierunku autostrady, która prowadziła wzdłuż wybrzeża i urokliwych, nadmorskich miejscowości. Esperal, w którym swoją willę wybudował Santiago Moravski, leżący obecnie bez życia i pilnowany przez Alicię, był jedną z nich.

W normalnych okolicznościach Juan nie miałby nic przeciwko spontanicznemu wypadowi do Esperal. To było dobre miejsce do zaszycia się na weekend. Ale obecne okoliczności dalekie były od normalnych.

sobota, 14 stycznia 2017

Morderstwo w San Escobar (1)

Juan wpatrywał się znudzony w ekran komputera. Jego palce bębniły szybko po klawiaturze z lekką niecierpliwością: zbliżał się koniec dnia pracy, musiał jeszcze tylko odpisać na kilka mało istotnych maili, z których żaden nie miał zmienić ani o jotę życia jakiegokolwiek śmiertelnika. Ot, uboczny efekt procedur działań policji, według których należało pilnować, by podkładkę mieć pod absolutnie wszystko. W ich komisariacie żartowano czasem, że pewnego poranka wszyscy otrzymają pocztą elektroniczną zalecenie, by w dziennym raporcie zamieszczać informacje odnośnie zużycia papieru toaletowego, a specjalnie powołana do tego osoba będzie miała za zadanie sprawdzanie zgodności danych w raporcie ze stanem faktycznym.

Żarty żartami, ale zakres obowiązującej ich papierkologii naprawdę dramatycznie wzrastał. Zupełnie jakby komuś na tym zależało. Wśród mniej i bardziej spiskowych teorii, którymi próbowano to wyjaśnić, prym wiodła ta o skutkach ubocznych zbyt bliskich kontaktów z Polską. Wiadomo - kraj Unii Europejskiej, a UE to przede wszystkim biurokracja. Wiedza o tym była powszechna nawet w tak odległym San Escobar.

Juan nareszcie wyłączył laptopa i zerkając tęsknym wzrokiem za okno, ponad tonące w oświetlonych blaskiem zachodzącego słońca chmurach wieżowce Santo Subito sięgnął po plecak. Myślami był już wiele ulic stąd, w niewielkim apartamencie na czwartym piętrze, którego główną, jeśli nie jedyną zaletą była spora kabina prysznicowa z zawsze dostępną chłodną wodą, idealną dla kogoś, kto spędzał całe dnie w stroju choć minimalnie eleganckim. Marzenia o prysznicu Juan zaczynał każdego dnia tuż po lunchu, który jadł poza budynkiem komisariatu, w porze powszechnego już upału. Prawdopodobnie była to bardziej jego obsesja niż realny problem, zawsze miał jednak wrażenie, że po godzinnej przerwie wraca do pracy może i najedzony, za to zdecydowanie brudny.

Czekał już na windę, mającą go zawieźć do garażu znajdującego się pod budynkiem, kiedy poczuł w kieszeni wibrację telefonu. Automatycznym ruchem podniósł aparat do ucha i znudzonym głosem rzucił:
- Juan Suarez.
- Przecież wiem do kogo dzwonię - odpowiedział mu znajomy, aktualnie zdradzający wyraźne oznaki zniecierpliwienia głos. - Gdzie jesteś?
- Cześć Alicio - Juan nie rezygnował z dobrych manier - chcesz mnie zaprosić na kolację? Bo jeśli dzwonisz w sprawie pracy, to obawiam się, że właśnie wyszedłem z biura i jestem w drodze...
- Juan - przerwała mu Alicia, koleżanka po fachu, a prywatnie była i prawdopodobnie (kilka lat ich znajomości nauczyło oboje, że pewne błędy powtarza się bez większych obiekcji) również przyszła dziewczyna. - Mam zegarek i wiem że od co najmniej pięciu godzin dostajesz pierdolca na punkcie swojego prysznica. Ale tak się składa, że mam tu trupa Santiago Moravskiego i zapewniam się, że facet śmierdzi gorzej niż ty w swoich najbardziej odjechanych fantazjach. Prawdopodobnie morderstwo. Dlatego zamiast prężyć się na golasa pod zimną wodą spędzisz najbliższe godziny w swoim przepoconym policyjnym uniformie, zapoznając się... Juan, jesteś tam? - zakończyła pytaniem, zaniepokojona długim milczeniem kolegi.
- Tak. Gdzie mam przyjechać? - rzucił głucho.
- Willa Moravskiego w Esperal - odparła Alicia, po czym usłyszała dźwięk przerwanego połączenia.

Nie, Juan wcale nie rzucił się biegiem do samochodu. Przynajmniej nie od razu. Zanim to zrobił, usiadł zrezygnowany na pustym korytarzu komisariatu i ze zgrozą pomyślał, że od prysznica może go dzielić naprawdę wiele godzin. Śmierć Santiago Moravskiego, niezależnie od przyczyn, nie należała do tych, które w tym kraju mogłyby przejść bez echa. Mimo dość wysokiego wskaźnika przestępczości, z którym władze starały się walczyć od lat, wciąż zdarzali się ludzie, których koniec nie nikł w gąszczu statystyk. Bez wątpienia należał do nich Santiago, brat bliźniak Hectora Moravskiego, domniemanego szefa mafii, która od lat trzęsła San Escobar.

A już na pewno taka śmierć nie mogłaby pozostać niezauważona teraz, kiedy cała stolica, a wraz z nią reszta państwa żyły uroczystą wizytą państwową dyplomatów z Polski.

- Przypadek? Nie sądzę - pomyślał zrezygnowany Juan, po czym rzeczywiście wstał i nie czekając na windę zbiegł po schodach do samochodu.

wtorek, 3 stycznia 2017

Plecak obfitości

Był słoneczny, poniedziałkowy dzień 2 stycznia, a ja właśnie sięgnęłam po swój plecak w poszukiwaniu kremu Nivea. Zamiast kremu znalazłam puszkę z kocim żarciem. Niby spoko, nie zmarnuje się. Problem polegał na tym, że tę puszkę, wraz z trzydziestoma innymi, nabyłam trzy tygodnie wcześniej w sklepie zoologicznym w Dublinie.

Gdzieś tam daleko, daleko na liście marzeń, wiele miejsc po punktach "napisać książkę", "wyprostować permanentnie włosy" i "nauczyć się grać na gitarze" jest taki mało ambitny o nazwie "zacząć chodzić z torebką". Nie jest bardzo ważny, na co dzień nie myślę o nim w ogóle, pojawia się co najwyżej w kontekście jakichś sytuacji, w których zakładam, bądź chciałabym założyć taki typowo babski płaszcz i nagle mam zagwozdkę, bo okazuje się, że plecak nie do końca do tego pasuje, zaś torebki nie posiadam, a jeśli posiadam, to pod toną innych rzeczy w jakimś schowku, pełną pojedynczych szpargałów sprzed pięciu lat.

Tak jakoś się złożyło, że nigdy nie wyszłam z etapu chodzenia z plecakiem. Potrafię wyjść z nim na kilka godzin z domu, nawet jeśli potrzebuję wziąć ze sobą tylko portfel i telefon. W praktyce jest w nim zazwyczaj znacznie więcej rzeczy. Bo wiecie, w ciągu ostatnich trzech tygodni, odkąd odwiedziłam wspomniany sklep zoologiczny, pojedyncze puszki z kocim żarciem atakowały mnie już nie raz. Zrozumcie - są niewielkie i łatwo mogą się zaplątać między innymi rzeczami, więc to, że pominęłam jakieś egzemplarze przy rozpakowywaniu nie jest do końca dziwne.

Moje plecaki od zawsze charakteryzował specyficzny rodzaj porządku, który z porządkiem nie miał zbyt wiele wspólnego. Na etapie szkoły podstawowej był to klasyczny przykład bałaganiarstwa. W plecaku zwykle nosiłam większość podręczników (nie tylko te potrzebne danego dnia), czasem stare kanapki (ej, to było dwadzieścia parę lat temu - każdemu mogło się zdarzyć), długopisy i mazaki fruwały pomiędzy tym luzem, czasem był jeszcze pamiętnik, który zaczęłam pisać w drugiej klasie, zabawki, wywołane zdjęcia, jakieś pojedyncze egzemplarze ubrań, czy akcesoriów do włosów (przeważnie miałam długie), buty na W-F, nawet jeśli wuefu danego dnia nie miałam, parasolka, pojedyncze rękawiczki, nieudane i zmięte egzemplarze obrazków na plastykę, podarte stare egzemplarze "Uśmiechu numeru" i tym podobne rzeczy.

Mama coś tam próbowała mi tłumaczyć, że to trochę wstyd, żeby dziewczyna miała taki bajzel w plecaku (w pokoju też - ale to temat na inną opowieść, którą trochę boję się snuć, bo potem wszyscy się przestraszą i nikt mnie już nigdy nie odwiedzi, choć zapewniam, że obecnie utrzymywanie porządku idzie mi już o wiele lepiej. Tzn. w domu, bo plecak to inna bajka), ale ja wtedy bardzo nie chciałam być dziewczyną, w każdym razie taką typową, która ładnie wygląda, więc ten argument w ogóle nie robił na mnie wrażenia.

Nieco większe wrażenie zrobił na mnie obciach, jaki zrobiły mi koleżanki, które kiedyś podczas lekcji techniki, kiedy nauczycielka musiała nas zostawić w klasie, zaintrygowane sporymi rozmiarami mojego plecaka postanowiły go po prostu wypakować na środku mojej ławki. Pech chciał, że ze względu na problemy z oczami siedziałam totalnie z przodu, w dodatku chodziłam wtedy ze sporym plecakiem, w którym wszelkie dobra łatwo się gromadziło. Pamiętam ogólny śmiech w sali lekcyjnej, w którym ja zresztą też uczestniczyłam, bo w sumie jak się tak wczułam w całą sytuację z zewnątrz, to wyglądało to bardzo zabawnie.

Mniej zabawnie było podczas mojej pierwszej kontroli biletowej w Krakowie. Mieszkałam tam dopiero od kilku tygodni, jakoś nie mogłam się zebrać, żeby wyrobić sobie bilet miesięczny, zwłaszcza że sporo chodziłam pieszo, więc tłumaczyłam sobie, że może nawet dam radę bez tego miesięcznego. Zużyte bilety zazwyczaj wrzucałam do niewielkiej kieszonki w plecaku. Pech chciał, że tych niewielkich kieszonek było kilka, niektóre z nich posiadały dodatkowo kieszonki wewnętrzne, a czasem, z jakichś niewyjaśnionych przyczyn, zdarzało się i tak, że pojedyncze skasowane bilety trafiały do tej głównej przegrody plecaka, w której wprawdzie nie miałam już takiego bajzlu jak za czasów podstawówki (miałam już 19 lat i chodziłam z chłopakami na piwo, więc granice obciachu nieco mi się przesunęły), ale coś tam jednak zawsze było - książki, jakieś notatki z zajęć, szczotka do włosów, discman, kilka płyt, zakupy, bo kto normalny nosi je w siatkach, skoro mieszczą się w plecaku... I tak dalej, i tak dalej.

Wróćmy do kontroli. Otóż zazwyczaj doskonale wiedziałam, w której z przegródek znajduje się mój aktualny bilet, ale tym razem jakoś się zawiesiłam. Podczas jazdy tramwajem znaleźć biletu nie zdołałam, ale stanowczo odmawiałam podania panom kontrolerom dowodu i pozwolenia na wypisanie mi mandatu. Wysiedli zatem ze mną na najbliższym przystanku i z lekkim przerażeniem obserwowali, jak metodycznie przeszukuję cały plecak, wszystkie książki i zeszyty, co moment trafiając na jakiś zużyty bilet, który podawałam im w celu ustalenia, czy to przypadkiem nie ten poszukiwany. I wiecie co? Znalazłam. Faceci patrzyli na mnie trochę dziwnie, ale mandatu nie dostałam. Od tamtej pory mam tak, że bajzel w moim plecaku może być nieziemski, ale to, gdzie mam bilet, pamiętam bardzo dokładnie.

Była jeszcze sytuacja na lotnisku, kiedy coś tam widzieli na prześwietleniu mojego bagażu, ale za nic nie mogli dojść, co to właściwie było, choć przejrzeli moje szpargały i w końcu machnęli ręką. Potem okazało się, że chodziło prawdopodobnie o szydełko, ale odkryłam to już po przejściu wszelkich bramek bezpieczeństwa. Tego dnia jakoś nie sprawdzałam dokładnie, co tam mam, zakładałam, że raczej nie ostre narzędzia, bo kto by nosił ostre narzędzia w plecaku?

I tak oto dochodzimy w tej plecakowej historii do dnia dzisiejszego, w którym sytuacja prezentuje się znacznie lepiej niż w podstawówce, ale na pewno gorzej niż wtedy, gdy miałam 19 lat, bo nie chodzę już na randki i raczej nikt nie zerwie ze mną kontaktu tylko dlatego, że przez kolejne tygodnie znajduję w plecaku puszki z kocim żarciem. Kompletnie nie wiem, jak to się dzieje: wychodząc z domu potrzebuję przecież tylko portfela, telefonu, kindla, ewentualnie jakichś akcesoriów okołodzieciowych, szczotki do włosów, chusteczek, długopisu na wszelki wypadek, do tego zwykle mam jakieś obrazki, które E. narysowała w szkole, jakiejś reklamówki, gdyby trafiły się większe zakupy, kluczy, a jeśli akurat mam na oczach soczewki to potrzebuję też okularów w futerale...

Cholera, to nie jest takie proste.

Potrzebuję jednak plecaka. Plecak to wszystko pomieści. Poza tym nie będzie mi się majtał wszędzie wokół, zaczepiał o biust i okręcał się wokół szyi.

Niech żyją plecaki.