wtorek, 4 sierpnia 2015

Gdzie twój dom, Telemachu?

Mam prawie trzydzieści dwa lata i nie mam pojęcia, gdzie jest mój dom.

Pomyślałam o tym wieczorem, kiedy siedziałam przy komputerze słuchając muzyki i trochę bez sensu przełączając zakładki w przeglądarce. Niedawno skończyliśmy przygotować rzeczy do spakowania: jutro wylądują w walizkach, gotowe do podróży. Zrobimy jeszcze jedno pranie. Zjemy ostatni tutaj obiad. Dziwnie tak: siedzę już tu tak długo, że przestałam być odzwyczajona. Przywykłam do pewnego rytmu dnia. Do mebli. Do widoku z okna. Do rodziców mijanych w przedpokoju. Do tego, że łazienka może być zajęta.

Nie mam problemu z uznaniem, że tu jest mój dom, choć w zasadzie dawno już wyrosłam z mieszkania z rodzicami.



Mój dom jest też w Krakowie. Nie tylko w sensie duchowym, choć jest to trochę takie moje przybrane miasto, które wybrałam na miejsce do życia ileś lat temu. Miałam dwadzieścia lat i myślałam z dumą, że moje dzieci urodzą się właśnie tam. Nic z tego - jedno przyszło na świat w Szwajcarii, pozostała dwójka w Stanach. Też dobrze. Przynajmniej było ciekawie. W Krakowie mamy do czego wracać - wciąż czeka tam na nas własny kąt. Regały z książkami, czytanymi przed laty. Własna pościel. Stare pluszaki. Kilka brulionów zapisanych moim pismem - to pamiętniki, piszę je namiętnie od ponad dwudziestu lat.

A przecież stara prawda mówi, że „tam dom twój, gdzie kot twój”. Tymczasem moje koty są ponad 9 tysięcy kilometrów stąd - w słonecznej Kalifornii, ustawicznie zagrożonej trzęsieniem ziemi. Tam też mam swoje łóżko. I książki. I telewizor bez telewizji (ale jest Netflix). Żeby tam dotrzeć, muszę spędzić kilkanaście godzin w powietrzu. Im dłużej mieszkam w Stanach, tym silniej czuję się Europejką. Ale tęsknię za Kalifornią i pewna część mnie cieszy się, że już niedługo znów tam będę.

Gdzieś tam po drodze utknął mój szwajcarski dom. Często łapię się na tym, że tęsknię za Zurychem, nawet jeśli przez kilka lat mieszkania w nim nie zdołałam się zaaklimatyzować. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś przyszło mi tam mieszkać. Ale zostawiłam w nim kilka lat swojego życia i wyjechałam bogatsza życiowo o córkę.

Mam jeszcze mentalne domy w miejscach, w których nigdy się na dłużej nie zatrzymałam. Na przykład Spitsbergen. Spędziłam kiedyś cztery dni na Svalbardzie i po powrocie wpadłam w prawdziwą manię - do tego stopnia, że całkiem na poważnie rozważałam szukanie tam pracy, choćby w charakterze sprzątaczki. Na Facebooku obserwuję Szczepana Twardocha, który właśnie wrzuca sporo fotek z tych tak bliskich memu sercu terenów i marzenia o sprzątaniu czegokolwiek za kołem podbiegunowym powracają. Choć zrealizowanie tego projektu z trójką dzieci u boku raczej nie byłoby proste.

Pewna część mnie, ta bardziej zbuntowana, wciąż marzy o tym, by nie mieszkać nigdzie. Prowadzić życie nomady przemieszczającego się po świecie wzdłuż linii dróg czy rzek. Nocować w namiotach, u obcych ludzi, pod drzewem. Funkcjonować poza systemem. Wiem, mało realne - a nawet jeśli realne, to prawdopodobieństwo, że spróbuję kiedyś przekuć taki pomysł w życie jest niemal zerowe.

Nie żeby to moje aktualne życie tak totalnie odbiegało od powyższej wizji. 

Może ideałem byłaby sytuacja, jaką stworzył dla siebie Włóczykij? Wędrować przez część roku, by potem wracać do pewnego stałego miejsca, bezpiecznej przystani, o której wiadomo, że będzie trwać gdzieś w określonym punkcie świata, niezmienna, w miejscu, w którym zawsze będziemy witani z otwartymi ramionami.


Tylko gdzie miałby być ten punkt? 

2 komentarze:

  1. Agatka z jednej strony Ci zazdroszczę tych podróży, zwiedzania tych ciekawych krajów, ciepła kiedy tu zimno. Ale z drugiej strony rozumiem, że przychodzi taki czas gdy człowiek chce osiąść na swoim. Jednak myślę, że dla Ciebie może ten czas jeszcze nie nadszedł, a gdy nadejdzie, życie samo Tobą pokieruje.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłoby dużo prościej, gdyby to zależało tylko ode mnie. No i po tylu latach przemieszczania się może być ciężko to zmienić "wzdech".

    OdpowiedzUsuń