niedziela, 30 kwietnia 2017

Kolonia - kilkanaście lat później

Kilka miesięcy temu nadszedł nareszcie moment, w którym mogliśmy rozpakować wszystkie przywiezione z Kalifornii pudła. W jednym z nich trafiłam na kłębki wełny i kordonka - pozostałość po hobby, które towarzyszy mi od dość dawna, ma jednak tę właściwość, że fascynacja nim pojawia się i znika. Ostatnią większą fazę na szydełko przeżywałam w pierwszej połowie 2014 roku, kiedy czekałam na urodzenie się bliźniaczek i poza obsesyjnym tworzeniem okrągłych serwetek było niewiele rzeczy, do których się nadawałam. Kolejna faza nadeszła w Irlandii, wraz z rozpakowaniem rzeczonego pudła. No i wsiąkłam.

Wsiąkłam tak bardzo, że w odstawkę poszło pisanie, między innymi tego bloga. Nie żebym o nim w ogóle nie myślała - wręcz przeciwnie, w głowie dość regularnie pojawiają mi się pomysły na notki, od czasu do czasu rozważam opisanie kolejnego szalonego snu, a niektóre tematy podsuwa samo życie. Dziś rano stwierdziłam, że coś musi się nareszcie przełamać. Tydzień temu wróciliśmy z krótkich wakacji i jak o tym w końcu nie napiszę, to temat się zwyczajnie zdezaktualizuje.

Polecieliśmy do Kolonii. Temat wyszedł trochę spontanicznie. Nasza najstarsza córka miała dwa tygodnie ferii w szkole, a nas korciło, żeby gdzieś się wybrać. Z miejsca odrzuciliśmy Hiszpanię i Włochy, na które wprawdzie od pewnego czasu mamy ochotę, ale które nie zachęcają cenami za przelot. Kolonia natomiast od dawna jest dla mnie miastem na swój sposób magicznym.

To było pierwsze zagraniczne miasto, do którego się wybrałam. Miałam wtedy niecałe szesnaście lat, mieszkałam w małym mieście, w którym wszędzie docierało się na piechotę i wbrew tendencjom panującym wśród większości moich szkolnych znajomych chciałam nauczyć się niemieckiego. Rodzice wysłali mnie na obóz językowy do Kolonii. Przez trzy tygodnie miałam mieszkać wraz z kompletnie mi obcą Niemką i jej dziećmi, uczęszczać na zajęcia w szkole językowej i... przeżywać pierwsze samotne wakacje. Tak to się zaczęło. Spodobało mi się tak bardzo, że w Kolonii pojawiałam się przez trzy kolejne lata.

Z perspektywy czasu mogę wypowiadać się o tych wyjazdach w samych superlatywach. Sporo się nauczyłam, zarówno językowo, jak i życiowo. To było trochę jak skok na głęboką wodę. Oto ja, mieszkanka małego miasta we wschodniej Polsce, nie posiadająca nigdy nawet biletu miesięcznego, dostałam do ręki bilet na trzy tygodnie przejazdów komunikacją miejską. Dobrze mówiłam co prawda tylko po polsku, ale teraz nagle miałam zacząć sobie radzić korzystając ze szczątkowego niemieckiego. Jeśli doda się do tego fakt, że nie należałam do osób, które łatwo nawiązują kontakty międzyludzkie... No cóż, jak nic był to skok. Z nurkowaniem włącznie.

Dość często wspominam tamte pobyty w Kolonii. W porównaniu z tym, co znałam z Polski, wszystko wydawało mi się niesamowicie nowoczesne i kolorowe. Nie tylko budynki czy wystawy. Kolorowi byli również ludzie - na ulicach nie brakowało przechodniów o fantazyjnych barwach włosów, ułożonych w najprzedziwniejsze fryzury. Schludne, ozdobione pięknymi kwiatami bulwary nad Renem wydawały się niemal rajem i w taki sposób zapisały się w mojej pamięci.

Przez to wszystko niesamowicie ciekawa byłam, jak obecnie odbiorę Kolonię. Ze zdziwieniem myślałam o tym, że od tamtych wyjazdów minęło już blisko 20 lat. W tym czasie zdążyłam pomieszkać w pięciu różnych krajach, zostać matką trzech córek i przeżyć całe mnóstwo mniej i bardziej normalnych przygód. Co w tym czasie działo się z miastem nad Renem?

Wrażenie po przyjeździe było dość dziwne. Z jednej strony czułam się jak w miejscu dobrze sobie znanym - katedra była taka, jaką ją zapamiętałam, tuż obok niej nadal stał gmach znajomego muzeum. Ulice handlowe, które dawno temu przemierzałam zafascynowana, zajęta kalkulacją, co jeszcze spośród tych bajecznie kolorowych przedmiotów będę mogła kupić, okazały się jednak nagle pełne szyldów firm, do których przez te wszystkie lata zdążyłam się przyzwyczaić. Ludzie też wyglądali jakby inaczej - miejsce barwnych, punkowych fryzur zajęły bardziej tradycyjne stylizacje. Wygląda na to, że szalone lata dziewięćdziesiąte naprawdę się skończyły.

Wyobrażałam sobie sytuację, w której pojawiam się wraz z mężem i dziećmi u mojej dawnej gospodyni. Zapamiętałam ją jako zadbaną czterdziestoparolatkę, samotną i niepracującą matkę czwórki dzieci, której dom obwieszony był nagrodami dla najlepszej mamy w dzielnicy i która spędzała weekendowe wieczory w pobliskiej dyskotece. Stanowiłam chyba dla niej swoiste indywiduum - dość łatwo ją rozśmieszałam, a kiedy przyjechałam do niej po raz drugi, twierdziła, że gdy w wiadomościach słyszy cokolwiek o Polsce, natychmiast myśli o mnie.

Miała na imię Petra. Przed wyjazdem próbowałam znaleźć ją w Internecie. Teraz musi być już po sześćdziesiątce. Pamiętam jej ówczesne nazwisko i nazwę ulicy, przy której mieszkała, pamiętam, że aby tam dojechać trzeba było jechać autobusem 121 albo 123 z Wiener Platz (ale w którym kierunku?) Gdybym była w Kolonii sama, pewnie zaryzykowałabym wyprawę w tamte rejony, ale z trójką małych dzieci, których pojęcie o atrakcyjnym spędzaniu czasu raczej nie obejmuje tropienie duchów z przeszłości, wydawało mi się to ryzykowne.

Ale odwiedziliśmy kilka innych miejsc, które zapamiętałam. Bonn, Phantasialand, Zoo...

Po kilku dniach pobytu wróciła mi nawet w miarę umiejętność mówienia po niemiecku. Wbrew temu co sądziłam na początku nie było to tak oczywiste - zaczynałam coś mówić i natychmiast na język przychodziły mi słowa angielskie.

Pewnie jeszcze kiedyś wrócimy do Kolonii - teraz mamy tam dość blisko. No a ja muszę się kiedyś zebrać na odwagę i spróbować odszukać Petrę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz