czwartek, 2 kwietnia 2015

Co łączy słuchawki z pasztetem, czyli zgubić można wszystko

Rzucałam się po mieszkaniu jak szalona. Kilkanaście razy biegałam po schodach w górę i w dół, przeglądałam po kilka razy te same szafki i zakamarki. Powoli wpadałam w rozpacz. Zaczęłam już myśleć o ustawieniu stosownego statusu na Facebooku. Brzmiałby on mniej więcej tak: "Postawię piwo/wino/lemoniadę temu, kto powie mi (i będzie miał rację) gdzie leżą moje słuchawki. Sprawa jest poważna - jeśli ich nie znajdę, nie będę mieć pozmywanych naczyń". W tej właśnie chwili coś mnie tknęło i zajrzałam do miski od robota kuchennego. W środku oczywiście leżały słuchawki. Sama włożyłam je tam kilka godzin wcześniej, wiedząc, że wieczorem wezmę się za zmywanie.

Tym,  którzy nic z tego nie rozumieją, śpieszę wyjaśnić, że słuchawki do zmywania są mi jak najbardziej potrzebne. I nie tylko do zmywania. Są niezbędne także do składania wysuszonego prania, do czyszczenia okien z radosnej twórczości dziecka (wiecie, że są takie specjalne kredki do malowania po szybach? Świetna sprawa, żałuję, że nie było takich 30 lat temu) i do chodzenia do sklepu (przy założeniu, że robię to sama). Z pomocą słuchawek i telefonu słucham audiobooków. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że wizja ułożenia sterty prania bez wpadającego do ucha głosu lektora napawa mnie przerażeniem. I słowo daję, że gdybym dziś nie zajrzała do tej miski, nic by ze zmywania nie wyszło.

Przez długie lata wzbraniałam się przed audiobokami. Już Kindle był pewnego rodzaju kompromisem, na który zgodziłam się głównie z racji tego, że sporo się przemieszczałam, chciałam mieć dobry dostęp do anglojęzycznych książek, no i w zwykły, gadżeciarski sposób, podobało mi się samo urządzenie. Potem jednak dopadła mnie szara rzeczywistość, okazało się, że dorosły człowiek z rodziną tak prawie całkiem bez zmywania i sprzątania się nie obędzie i postanowiłam sobie jakoś te wszystkie straszne czynności uatrakcyjnić. Do słuchania zazwyczaj wybieram książki, które mają szansę się okazać lekkie, łatwe i przyjemne. Ewentualnie reportaże.

To była dygresja. Bo tak naprawdę chciałam Wam opowiedzieć o mojej okropnej tendencji do gubienia rzeczy. Co prawda te wszystkie zgubione rzeczy prawie zawsze się znajdują, ale i tak jest to cecha, która bardzo mnie drażni. Tak u siebie, jak i innych.

Kilka tygodni temu zgubiłam pasztet. Był bardzo smaczny, przez kilka godzin chodził za mną jego smak i w końcu postanowiłam ukroić sobie kawałek i zjeść wraz z kromną mojego ulubionego chleba. Pamiętam, że chodziłam wokół dzieci, któreś tam przewijałam, karmiłam, zabawiałam, cały czas mając przed oczyma ten moment w niedalekiej przyszłości, kiedy potomstwo wyślę spać, a sama usiądę spokojnie przy stole i wgryzę się z błogością w wytęsknioną kromkę chleba z pasztetem. Jakieś pół godziny po tym, jak wysłałam dzieci na drzemkę, miałam już dokładnie przejrzane wszystkie półki w lodówce, obie w zamrażalniku, łazienkę i półki z książkami, a mój mąż był kilkakrotnie pytany, czy aby na pewno nie wie, gdzie jest pasztet. Dopiero kiedy otworzyłam szufladę, w której zwykle trzymam deski do krojenia i znalazłam tam małą wagę kuchenną, coś zaczęło mi świtać. Szybko zajrzałam do miejsca, w którym wspomniana waga kuchenna powinna leżeć i oczywiście na jej miejscu znalazłam pasztet. Nie wiem, co tam robił - domyślam się, że to ja go schowałam właśnie w tym miejscu, ale dlaczego - nie mam pojęcia.

Gubię też samochody. Ostatnio zdarzyło mi się to kilka godzin temu. Niby czasami można to usprawiedliwić wielkością parkingu. Mam nawet specjalną aplikację na telefon pomagającą odnaleźć zaparkowany samochód, ale jakoś za każdym razem gdy wysiadam z auta wydaje mi się, że tym razem znajdę je bez problemu, bo przecież stanęłam w tak charakterystycznym miejscu.

Dawno temu zgubiłam biustonosz. Nie zdążyłam nawet się zorientować, że go zgubiłam, zanim znalazł go mój kolega. W chlebaku. Takim na pieczywo. To było kilka godzin po przeprowadzce z jednego studenckiego mieszkania do następnego, pakowałam się w pośpiechu i trochę byle jak. Kolega odwiedził mnie w nowym miejscu, jego spojrzenie padło na stertę przewiezionych rzeczy, w tym na chlebak i stwierdził, że czegoś takiego w życiu jeszcze nie widział.

Kubki z herbatą czy kawą gubię nagminnie. Na szczęście zawsze się znajdują, tyle że ich zawartość już nie zawsze jest ciepła. Gubię też książki czy Kindle. To ostatnie zdarza mi się nawet kilka razy dziennie. Dziś zgubiłam Kindle tak porządnie, że znalazł się dopiero po przejrzeniu chyba wszystkich powierzchni w domu znajdujących się poniżej mojej linii wzrostu i po drugim sprawdzeniu zawartości plecaka.

Kiedyś zgubiłam kapcie w tramwaju. Kapcie miały kształt pysków goryli. Nie zmieściły mi się do plecaka, a chciałam je zabrać na sylwestra w górach, więc jechały w siatce. Wysiadając z tramwaju przy dworcu PKP o siatce zapomniałam. W podobny sposób straciłam kilka parasoli - właśnie dlatego w końcu przestałam ich używać. No, może jeszcze dlatego, że w pewnym momencie życia zaczęłam mieszkać w Kalifornii.

Ja tu gadu-gadu, a tak naprawdę chodziło mi tylko o pretekst, żeby opowiedzieć o tym zgubionym pasztecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz