Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 października 2015

Trochę o sernikach, trochę o kurczaku, trochę o winie. Z wyborami w tle

Zaczęło się od sernika.

Serniki to stały element mojego życia. Im jestem starsza, tym częściej je piekę. I tym więcej jest osób, które je jedzą. Wiecie, jak to jest - czasem idzie się do kogoś na urodziny, albo z dłuższą wizytą i głupio przyjść z pustymi rękoma. Wino nie wszyscy piją (wiem - dziwne), natomiast z sernika ludzie zwykle naprawdę się cieszą.

Mój ostatni sernik powstał wczoraj, z myślą o dzisiejszej dzieciowej imprezie. Nie wiedzieć czemu, pomyślałam o nim przed zaśnięciem. Musiałam być chyba porządnie śpiąca, bo oto ni stąd ni zowąd pojawiła się w mojej wyobraźni wizja produkcji serników rozwiniętej na skalę masową. Przez chwila oczyma duszy widziałam mój kuchenny blat zastawiony robotami kuchennymi, rzędem misek z obracającymi się mieszadłami, przygotowującymi serową masę. Szybko jednak ten obraz zastąpił inny, może bardziej abstrakcyjny, ale - jak mi się wtedy wydawało - gwarantujący większą wydajność produkcji. Wyobraziłam sobie bowiem taką ogromną ilość masy serowej wyrabianej w bębnie pralki.

Wizja wydawała mi się na tyle sensowna, że podzieliłam się nią z zasypiającym mężem. A potem pomyślałam, że w nocy pewnie przyśni mi się taki sernik z pralki.

_________________________________

To było wieczorem. Miałam za sobą dość ciężki dzień, wprost padałam z nóg, a przed sobą miałam jeszcze wizję ważnej sprawy do załatwienia poza domem i przygotowaniem obiadu na kolejny dzień. W roli głównej miał występować kurczak. Co prawda bardzo lubię gotować, ale tym razem zwyczajnie mi się nie chciało.

- Słuchaj - zaproponowałam mężowi - może ty byś przygotował tego kurczaka, a ja w tym czasie pojadę załatwić co trzeba i szybciej będzie z głowy? Przy okazji mógłbyś posłuchać sobie audiobooka - dodałam, wiedząc, że mąż jest aktualnie dość wciągnięty w akcję pewnej słuchanej przez siebie książki.

Małżonek zgodził się bez problemu. Z niechęcią wyszłam z domu  - był już wieczór, a ja nie cierpię prowadzić po zmroku. Pocieszała mnie myśl, że po powrocie zastanę już pewnie gotową potrawę, którą jutro wystarczy tylko podgrzać przez dwadzieścia minut w piekarniku. No i przy jeżdżeniu samochodem również można słuchać audiobooka.

Moja pozadomowa misja nieco się przeciągnęła - nie było mnie dobre trzy godziny. Skoro tyle to trwało, zdecydowałam, że pół godziny w tę czy w drugą stronę nie robi już żadnej różnicy i zajechałam do Sprouts po wino. Wieść niosła, że pięćdziesiąt procent uprawnionych do głosowania obywateli Polski oddała dziś swój głos w wyborach parlamentarnych. Ostatecznych wyników jeszcze nie znano, ale wino w dniu wyborów to zawsze wskazana sprawa.

Kiedy wróciłam do domu w towarzystwie trzech butelek ciemnoczerwonego płynu, zastałam widok dość zaskakujący. W kuchni stał mój mąż, a wokół niego, na wszystkich blatach, piętrzyły się potrawy z kurczaka. Mój wzrok padał kolejno na formę do pieczenia z prześlicznie ułożonymi filetami, spoczywającymi tam w towarzystwie warzyw i ziarenek przypraw, na formę wypełnioną kawałeczkami kurczaka pływającymi w apetycznie wyglądającym sosie, na filety w pięknej, złocistej panierce, na sałatkę z drobno posiekanego drobiu i warzyw, na coś w rodzaju mięsnej galarety, zastygniętej w małych plastikowych pudełeczkach… Wszystko wyglądało bardzo apetycznie i z powodzeniem mogłoby znaleźć się na zdjęciach w restauracyjnym menu.

- Ej, ale ty miałeś tylko przygotować obiad na jutro - jęknęłam, zastanawiając się z przerażeniem, skąd ja u diabła wytrzasnę w lodówce miejsce na upchnięcie przynajmniej połowy tego wszystkiego. I kiedy ja to właściwie zjem? Żarcia mogłoby starczyć na dobre dwa tygodnie.

- Oj no, w zamrażalniku było strasznie dużo tego kurczaka - wzruszył ramionami mąż. - No i audiobooka się fajnie słuchało.

_____________________________

Kurczak to sen, reszta zdarzyła się naprawdę. No, jeszcze poza kupowaniem wina. Choć kieliszek rzeczywiście wypiłam. Więcej nie było.

poniedziałek, 19 października 2015

Pokój z Rzymem, czyli gra słowna z wystrojem wnętrz w tle

- Muszę kiedyś wpaść do ciebie do pracy - powiedziałam do męża. 

Był spokojny, październikowy wieczór. Mąż patrzył w ekran komputera i za pomocą kolejnych kliknięć myszki posuwał się dalej w świecie komputerowej gry. Ja siedziałam obok, z czytnikiem na kolanach. Oddawaliśmy się swoim zajęciom, co jakiś czas zamieniając kilka zdań i sięgając po kieliszki z czerwonym winem.

- Co ty na to? - Nie otrzymawszy odpowiedzi na propozycję odwiedzin domagałam się reakcji. - Może bym przyjechała któregoś dnia? Zdaje się, że wspominałeś coś o tym, że masz teraz biurko w innym miejscu.

- Mhm - potwierdził mąż. - Mam teraz pokój z Rzymem.

Nie zdziwiło mnie to za bardzo. U mojego męża w pracy widziałam już tak różne rzeczy, że byłabym w stanie uwierzyć nawet w salę konferencyjną z myszką Mickey na ścianie. Pokój z Rzymem - czyli jak to sobie wyobrażałam, pomieszczenie stylizowane na starożytny Rzym, jak najbardziej mieścił się w zakresie jakim dysponowała moja wyobraźnia. Może mają np. takie ciężkie, fioletowe kotary w oknach, myślałam. Albo jakieś kolumny. Popiersia sławnych postaci, na przykład w formie przycisków do papieru. Wieńce laurowe, togi… Eee, nie - tu już ponosiła mnie fantazja. Zresztą nie byłam wcale pewna, czy miałabym ochotę oglądać kilkudziesięciu geeków w togach. Nawet w miejscu pracy.

No nic, kontynuowałam swe rozmyślania, trzeba będzie tam wpaść któregoś dnia i zobaczyć. Wezmę dziewczynki, spodoba im się. Najlepiej chyba będzie zaplanować to na któreś późne popołudnie, jak już zwolni się trochę miejsc parkingowych. Mimo kilku lat codziennego siedzenia za kółkiem parking pod miejscem pracy mojego małżonka wciąż napawa mnie niechęcią. No, ale miejsce pracy stylizowane na starożytny Rzym to jednak coś, co pewnie warto zobaczyć, więc…

- To co, kiedy możemy przyjechać? - zapytałam. - I na czym właściwie polega ten pokój z Rzymem? 

Spojrzałam na ekran komputera i na widok mapy świata zaproponowanej przez Civilization V nagle zrozumiałam. 

- O matko - po raz kolejny tego wieczoru zwróciłam się do mojego milczącego małżonka. - Ja myślałam, że ty o wystroju pokoju, w którym pracujesz…

Mąż spojrzał na mnie jakoś dziwnie. I w końcu przemówił:

- Nie. Ja mam pokój z Rzymem w grze. Pokój z Rzymem.

- No już kumam - pokiwałam głową. - Peace with Rome. Nie room with Rome.



Polski język trudna język.

poniedziałek, 12 października 2015

Stajnia w garażu, czyli co można zastać po powrocie z wakacji

Po kilku tygodniach wakacji wróciliśmy do domu. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze, niezależnie od tego z jak fantastycznego miejsca wracam, cieszę się powrotem do domu. Na własne śmieci. Do życia mniej więcej przewidywalnego. Do swojskiego widoku za oknem, już od rana, od momentu w którym świeżo przebudzona siadam na łóżku i odsuwam zasłonę. W moim przypadku nie jest to widok szczególnie porywający - za oknem widzę bowiem wąską drogę i dom sąsiada, niemal identyczny jak ten, w którym sama mieszkam. Najbardziej interesującym elementem tego widoku jest drzewo, którego liście zmieniają kolor w zależności od pory roku - to znaczy prawie zawsze są one zielone, ale w pewnym momencie przybierają barwy jesienne. Wtedy jest ładnie.

Ale wróćmy do domu sąsiada. Gdybym chciała odgrywać wścibską panią z naprzeciwka, miałabym trudne zadanie. Wprawdzie wiem, jakim samochodem jeździ sąsiad, jak wygląda jego żona no i on sam, zauważyłam też, że od czasu do czasu wpada po coś w ciągu dnia - spędza wtedy trochę czasu wewnątrz, nie kłopocząc się zamykaniem drzwi garażowych, dzięki czemu wiem, że w garażu ma porządek - ale na tym mniej więcej kończy się moja wiedza. Okna domu sąsiada są bowiem szczelnie osłonięte i choć regularnie zdarza mi się wyglądać na roztaczający się za moją sypialnią świat (w jakiś sposób muszę przecież stwierdzić, czy liście na drzewie przybierają już barwy jesieni), nigdy nie zauważyłam nawet najmniejszego ruchu za zasłonami w jego pokoju.

W innych domach w sąsiedztwie dzieje się więcej: ich lokatorów albo widuję w miarę regularnie (jak np. pewnego młodego człowieka, może siedemnastoletniego, który każdego dnia jakby nigdy nic wraca ze szkoły samochodem - moja polska mentalność wciąż nie może do tego przywyknąć), albo ich słyszę (jak np. sąsiadów zza płotu, którzy od dłuższego czasu uparcie remontują swoje patio, albo tych, którzy od czasu do czasu robią imprezę i wtedy przez kilka godzin wprost nie sposób ich nie słyszeć). Sąsiada, którego dom widzę z okien sypialni, widuję, owszem - ale zdarza się to bardzo rzadko.

Tym bardziej zdziwiłam się teraz, kiedy wracaliśmy z wakacji. Skręcaliśmy już w naszą ulicę - jego dom jest pierwszy po lewej, zatem od razu zauważyłam, że zaszły pewne zmiany. Na miejscu drzwi garażowych znalazło się coś w rodzaju przegrody, kończącej się mniej więcej na wysokości mojej twarzy. Powyżej niej zauważyłam kilka końskich głów, z których spoglądały na mnie pary ciemnych, uważnych oczu.

- O, sąsiad urządził sobie zagrodę dla koni w garażu - stwierdził wesoło Dawid. - Fajnie w sumie.

Nie podzielałam jego entuzjazmu. Od dziecka słyszałam, że konie to cudowne zwierzęta. Jestem skłonna w to uwierzyć, ale nie zmienia to faktu, że się ich boję. I naprawdę, czym innym wydaje mi się mijanie koni zaprzężonych do dorożek na Rynku w Krakowie, a czym innym codzienne pakowanie siebie i trójki dzieci do samochodu pod okiem koni znajdujących się metr, może dwa ode mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie będę potrzebować eskorty Dawida za każdym razem, gdy będę chciała bądź musiała wyjść z domu. Trochę by nam to komplikowało życie.

No i co z zapachem? Nie wierzę, że to nie będzie stanowiło problemu. To jednak zwierzęta. Zwierzęta wydalają. I nie wydaje mi się, by konie należały do mistrzów higieny, jeśli chodzi o kwestie fizjologiczne. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mieszkają w na wpół otwartym garażu, znajdującym się niemal tuż przy moim oknie, w dodatku w temperaturach właściwych dla tej części świata, czyli nierzadko upalnych.

Trzeba będzie coś z tym zrobić, myślałam. Być może da się to gdzieś zgłosić? Wymusić na sąsiedzie pozbycie się koni? Przecież tak nie będzie się dało żyć. Pomysł rozmowy z sąsiadem odrzuciłam od razu - skoro koleś już urządził tę stajnię i kupił zwierzęta, to raczej nie po to, by wszystko odkręcać na prośbę jednej sąsiadki.

- Ha, w sumie dobrze, że to konie - cieszył się Dawid, wchodząc ze mną do domu. - Pamiętaj, że na konie nie mam uczulenia.

Bosko, pomyślałam smętnie, wchodząc na piętro. Poszłam od razu do sypialni. Zmęczona podróżą i zrezygnowana wizją pozbywania się koni z sąsiedztwa usiadłam na łóżku. Mimowolnie spojrzałam za okno. Zobaczyłam dom, niemal identyczny jak ten, w którym mieszkałam, Na dole widziałam garaż przerobiony na stajnię i kilka końskich głów. Podniosłam wzrok, kierując go na okno sypialni sąsiada. I nagle zamarłam.

Po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięcią, okno nie było zasłonięte. Ba, było nawet otwarte! Na całą szerokość. Wyglądało też na to, że sąsiad pozbył się moskitiery, w którą wyposażone są zazwyczaj tutejsze okna. Przez otwór wystawała głowa pięknego, białego konia, a duże, czarne oczy wpatrywały się we mnie skupionym wzrokiem.

______________________
Jasne, że to sen.

Miłego tygodnia.

P.S. Nie dysponuję zdjęciem konia w oknie. Mam za to zdjęcie mojego kota, spoglądającego na dom sąsiada.

poniedziałek, 28 września 2015

Książka w formie wina

Uległość Michela Houellebecqa przeczytałam jakieś dwa tygodnie temu. Któraś z polskich księgarń ebookowych oferowała wersję elektroniczną i natychmiast skorzystałam. Zazwyczaj nie lubię tak kombinować - czytam (z różnych względów) głównie na Kindle, ale jeśli już mam książki danego autora w tradycyjnym formacie, to kolejne jego dzieła staram się kupować w takiej samej formie.

Ale rynek wydawniczy jak wiele innych spraw na tym pięknym świecie idzie do przodu. Niby wiadomo. Ale czasem można się jeszcze zdziwić.

Łaziłam  z D. po księgarni. Jakimś cudem byliśmy tam sami. Nie mam pojęcia, gdzie były dzieci, zapewne zostały z jakąś opiekunką. Nie to się liczyło - napawałam się bowiem cudowną możliwością zatrzymywania się przy wypełnionych książkami półkach, spędzania niemal nieograniczonego czasu na przeglądaniu autorów, tytułów, czytaniu notek z tyłu okładek. Należę do tych czytelników, którym zdarza się sięgnąć po daną książkę wyłącznie na podstawie okładki.

Nagle zatrzymałam się zdziwiona. W narożnym regale zrobiono coś w rodzaju "kącika Houellebecqa". Jego książki zostały elegancko wyeksponowane na nieskazitelnie białym tle, na wysokości idealnej dla człowieka o przeciętnym wzroście. Dominowały oczywiście egzemplarze wydanej niedawno Uległości. Ale coś mi się tu nie zgadzało.

- Patrz, jakoś dziwnie to wydali - pokazałam Dawidowi jedną z książek. Rzeczywiście: w środku nie było normalnych stron zadrukowanym tekstem. Zamiast tego pełno było ilustracji, a każda kartka była wyposażona w coś w rodzaju koperty. Każda koperta zawierała kolejny fragment tekstu powieści.

- Dziwne - uznałam. - Ciekawie wygląda, ale kto chciałby czytać cokolwiek w ten sposób? Przecież to niewygodne, ciągle otwierać te kopertki, czytać, chować, otwierać kolejną...
- No dziwne - zgodził się mój małżonek. - Ale może jako prezent ślubny to by zdało egzamin.
- Ale kto kupowałby komukolwiek w prezencie ślubnym powieść Houellebecqa? - powątpiewałam.

I wtedy obok kopertowego wydania zobaczyłam inne, jeszcze dziwniejsze. Był to bowiem karton, trochę przypominający kartony z sokiem, z nakrętką u góry. Jeśli chodzi o szatę graficzną, to była taka sama jak na okładce normalnego wydania Uległości i jeśli wierzyć temu, co widziały moje biedne oczy, było to winna wersja tej książki. Tak, właśnie tak: w kartonie było czerwone wino.

- Ty, patrz, a to mogłabym nawet chcieć - uznałam. - Wydanie winne.
- Tylko jak się czyta tak wydaną książkę? - zastanawiał się D. - Pijesz i w miarę tego picia treść sama do ciebie przychodzi?
- Pojęcia nie mam, ale skoro tak to wydali, to musi być w tym jakiś sens - stwierdziłam. - Kupujemy?
- No weź - sprzeciwił się małżonek. - Przecież mówiłaś, że kupiłaś już ebooka. Po co nam dwa wydania tej samej książki?

I tak nie dowiedziałam się, jak czytać winne wydanie powieści. Chyba już się nigdy nie dowiem, bo obudziłam się wkrótce po powyższej wymianie zdań.

niedziela, 23 sierpnia 2015

O perkusji, gitarze i naprawdę dobrych ciastkach

Siedziałam sobie spokojnie z dziećmi u Moniki, ot, takie typowe spotkanie: kawa czy herbata i pogawędki, pomiędzy czujnymi spojrzeniami rzucanymi w kierunku grupki dzieci. Ni stąd ni zowąd poczułam nadciągające uczucie paniki: jak ja się tu w ogóle znalazłam? Pamiętałam dobrze początek wizyty, ba - potrafiłam przywołać wspomnienie dzwonienia do drzwi, ale kiedy próbowałam się cofnąć choćby o dziesięć minut, miałam w głowie czarną dziurę. A przecież musiałam tu jakoś przyjechać, gdzieś zaparkować… 

I nagle mnie olśniło. Przecież jestem w Dublinie, a tu samochodem nie jeżdżę. Owszem, ściągnęliśmy promem naszą Hondzię, ale stoi teraz bezpiecznie na strzeżonym parkingu, czekając na moment, gdy będzie potrzebna. 

Wielu okazji już mieć nie będzie. Jeszcze kilka dni i wracamy, uświadomiłam sobie nagle. Może branie ze sobą auta było jednak błędem? Prawie z niego nie korzystamy, a jego transport do Kalifornii znów zajmie co najmniej miesiąc, nie mówiąc już o kosztach. Jak będziemy sobie radzić przez ten czas? Kłopoty zaczną się od razu, przecież musimy się dostać jakoś z lotniska do domu…

W ogóle będzie niezłe zamieszanie. Trzeba się w końcu wziąć w garść, spakować walizki i nie czekać na ostatnią chwilę. Próbowałam rozmawiać o tym z D., ale jak na złość te ostatnie dni spędzone w Europie miał wypełnione różnymi zajęciami: a to musiał być w pracy dłużej niż zwykle, a to przypominały mu się jakieś bardzo ważne zakupy, których wolał dokonać sam, nie ciągnąc ze sobą kobiety i dzieci. Trochę mnie to martwiło, osobiście wierzę w to, że na zakupy powinno się chodzić razem, wtedy ma miejsce coś w rodzaju wzajemnej kontroli rozsądku. W pojedynkę ryzyko kupowania niepotrzebnych rzeczy wzrasta.

Potwierdziło się to tego wieczoru. D. wrócił do domu dość późno, obładowany jakimiś wielkimi pakunkami przypominającymi garnki. Co on wyprawia, myślałam niespokojnie, przecież mamy w domu komplet garnków, używamy ich od lat i na pewno nie potrzebujemy nowych.
- Perkusja - wyjaśnił D. Z dumą. - Zawsze chciałem się nauczyć grać, a tutaj taki sprzęt kosztuje o wiele mniej, więc pomyślałem, że warto kupić.
- A jak ty zamierzasz to przewieźć do Kalifornii? - zapytałam kąśliwie, pomijając milczeniem resztę pretensji. Perkusja w ogóle nie była nam potrzebna, a nawet, jeśli w Irlandii kosztowała mniej niż gdzie indziej, to i tak nie była to raczej niska kwota.
- Nie martw się, rozmotuję i wszystko zmieści się do walizek - uspokajał mnie małżonek. Wzruszyłam ramionami. Fakt, w pakowaniu był niezły, radośnie pozwalałam mu zajmować się tym tematem przy okazji wszelkich wyjazdów. Pakował sprawnie i elegancko.

Następnego dnia przeglądałam zgromadzone przez nas przedmioty, próbując w jakiś sposób posunąć temat przygotowywania się do wyjazdu. Mój wzrok spoczął na dwóch butelkach - w jednej było wino czerwone, w drugiej białe musujące. Zastanawiałam się, co z nimi zrobić. Wolałam je zabrać ze sobą do Stanów, ze względu na pakowanie i lot o szóstej rano i tak czekała nas bezsenna noc, urozmaicanie jej wypijaniem zbyt dużej ilości alkoholu raczej nie było dobrym pomysłem. A może powinniśmy je zostawić naszym gospodarzom? Mieszkaliśmy tu kątem u znajomych rodziny, takie starsze małżeństwo. Przemili ludzie, nie wtrącali się nam do niczego, czasem tylko próbowali trochę rozmawiać.

Rozmyślania przerwało mi wejście D.
- Gitara - wyjaśnił, ustawiając z sapnięciem na podłodze pakunek o nieregularnym kształcie. - I kilka drobiazgów do niej.
- Przecież masz już gitarę - jęknęłam.
- No mam, ale nie taką. Chciałem mieć akustyczną. Nie martw się, wszystko na pewno zmieści się do walizek. Poza tym popatrz, kupiłem też coś dla ciebie, ciastka…

Do pokoju wszedł nasz gospodarz.
- Tak pomyślałem, że dotrzymam wam trochę towarzystwa - rzekł, siadając przy stole. - Wiecie, tak mi się przypomniało, mam takiego znajomego, on był kiedyś premierem Danii…
- Czy mógłbyś proszę zabrać tę cholerną gitarę i tę pieprzoną perkusję i oddać je do sklepu?! - wrzasnęłam, nie zważając na naszego gościa. - Dość mam tych wariactw, nie potrzebujemy ani perkusji, ani gitary, miejsce to wszystko tylko zajmuje!
- To naprawdę dobre ciastka - stwierdził gospodarz, zaglądając do jednej z toreb, które przyniósł D. - Proszę spróbować, zwłaszcza polecam te z różowym…
- Mogę oddać - rzekł markotnie D. - Ale naprawdę, okazja była, poza tym pomyślałam, że może dzieci by się chciały uczyć grać…
- ZABIERZ TO Z MOICH OCZU! - darłam się.

Nagle drzwi się otworzyły i ukazała się w nich żona naszego gospodarza, z Natalką na rękach.
- Proszę pani - powiedziała do mnie wzburzona - Proszę się nad sobą zastanowić! Perkusji pani mężowi żałuje? Co za podła kobieta, jak tak się pani odnosi do małżonka, to ja rekwiruję sukienki pani córek. Mogą jechać w workach! 
Spojrzałam na Natalkę. Faktycznie, ubrana była w żółty worek, taki z otworem na głowę. 


No i mniej więcej wtedy się obudziłam. Nie ma to jak dobrze rozpoczęta niedziela.

niedziela, 21 czerwca 2015

O tym, jak napisałam pewne podanie i co z tego wynikło

Sama nie pamiętam, jak i dlaczego wpadłam na ten pomysł. Był tak absurdalny, że musiał być wytworem szalonej, albo co najmniej mocno nietrzeźwej wyobraźni. To prawda, lubię od czasu do czasu zakończyć wieczór dobrym drinkiem. Mam nawet książkę z przepisami na całe mnóstwo alkoholowych koktaili, a w niej - sprawdzone, ulubione pozycje.

Wiadomo, że do zrobienia większości drinków potrzebujemy, poza alkoholem i różnymi płynnymi składnikami - lodu. Kiedy mieszkaliśmy w Szwajcarii, zdarzało się nam kupować na pobliskiej stacji benzynowej kruszony lód. Nie kosztował dużo, a opakowanie wystarczało na bardzo długo. Jedyny mankament stanowił fakt, że wór lodu zajmował piekielnie dużo miejsca.

Już nie kupujemy gotowego lodu. Mamy taką zwykła, klasyczną formę do zamrażania kostek, która musi wystarczać. Zamrażalnik wypełniają teraz raczej zamrożone pierogi, warzywa, mięso. Fakt, że należy do tych nieszczególnie dużych, podobnie jak cała lodówka. Niektórzy na naszym miejscu pewnie kupiliby coś większego, ale my raczej tego nie zrobimy - w końcu to nie nasza kuchnia, nie ma co inwestować w sprzęty.

Tak naprawdę nie wierzyłam do końca w to, że przeprowadzę swój pomysł. Najpierw tylko o nim fantazjowałam. Potem dla zabawy, sama nie mogąc uwierzyć, że to robię, zdecydowałam się na pierwszy krok. Napisałam poważnie brzmiące podanie i wysłałam na adres konkretnej instytucji. Nie widziałam sensu w oczekiwaniu na odpowiedź pisemną. Po kilku dniach, kiedy uznałam, że moje pismo na pewno dotarło już na miejsce przeznaczenia, a jego treść została odczytana, postanowiłam zadzwonić.

Usiadłam wygodnie na łóżku w sypialni i wybrałam numer.
- Tu dziekanat Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego - usłyszałam w słuchawce męski głos. - W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, ja wysłałam jakiś czas temu podanie. Chodziło o możliwość zamrażania i przechowywania kostek lodu w lodówce na państwa uczelni.
- Tak, rzeczywiście. Proszę poczekać, musimy sprawdzić, na jakim etapie jest pani wniosek.

Wiedziałam, że to może potrwać. Włączyłam tryb głosnomówiący w telefonie, położyłam go obok siebie na kołdrze i wzięłam do ręki książkę. Czytałam aż dwie godziny. Dopiero po tym czasie w z leżącego obok telefonu dobiegł głos.
- Hello, are you there? - tym razem po drugiej stronie był ktoś inny. - I'm afraid your request has not been processed yet.
Pewnie jakiś praktykant ze Stanów, pomyślałam zniechęcona. Słyszałam, że przysyłają ich teraz masami do sekretariatów polskich uczelni. Wieść głosi, że tylko u nas mogą naprawdę nauczyć się zawodu i w ogóle życia. Nikt, kto przeżył studenckie oblężenie sekretariatu jakiegokolwiek wydziału na UJ nie będzie już nigdy taki sam.

Postanowiłam pojechać na uczelnię osobiście. Plan wydawał mi się coraz mniej absurdalny. Czułam, że na tym etapie muszę go już doprowadzić do końca.
- Ach, to pani - przywitała mnie dość młoda kobieta w ciemnozielonym kostiumie. Wydaje się, że już na mnie czekała. Stała w drzwiach dobrze mi znanego sprzed lat sekretariatu. Za sobą miała podłużne pomieszczenia, wzdłuż ścian którego stały biurka i komputery poszczególnych pracowników. Po zastanowieniu stwierdziłam, że jednak wygląda to nieco inaczej niż pamiętałam z czasów swoich studiów.
- Tak, chodzi o lód. Chciałabym uzyskać możliwość zamrażania i przechowywania kostek lodu na państwa wydziale.
- Oczywiście, jest taka możliwość. Niestety, jesteśmy obecnie zawaleni robotą. Gdyby jednak mogła pani nam trochę pomóc... - zawahała się.
- Zrobię co w mojej mocy - odpowiedziałam na tyle sztywno, by magiczne "co w mojej mocy" nie brzmiało zbyt obiecująco.
Kobieta poprowadziła mnie do jednego z biurek. Nikt przy nim nie siedział, nie było tu też komputera. Na blacie leżał stos pustych kartek i kilka długopisów. Usiadłam, zachęcona zapraszającym gestem.
- Gdyby mogła pani napisać i przedstawić nam gotowy biznesplan  całej operacji - powiedziała. - Jest szansa, że wtedy wszystko pójdzie szybciej.

Posłusznie zabrałam się do roboty. W pewnej chwili zauważyłam, że młody facet siedzący dwa biurka przede mną pod przeciwległą ścianą ogląda się od czasu w moim kierunku. Uśmiechał się przy tym, a raz czy dwa puścił nawet oko, Był nawet przystojny, trochę w typie bohatera amerykańskich seriali młodzieżowych. Czyli zupełnie nie w moim. Ale popatrzeć można. Miał popielate włosy, ścięte na pazia, nieco zbyt długie, z przedziałkiem pośrodku. Przyznaję, kiedyś nawet podobały mi się takie fryzury. Ale miałam wtedy może czternaście lat. Korespondowałam nawet przez jakiś czas mejlowo z chłopakiem o takiej fryzurze. Dawne dzieje.

Naprzeciwko mnie siedział z kolei Amerykanin. Miałam rację, był praktykantem. Chudy, ciemnoskóry, z głową pokrytą dredami. Trochę przypominał Boba Marleya.

Atmosfera sekretariatu była przyjazna, choć nieco drętwa. Żarty padały może raz na godzinę. Były dobre, rozbawiały towarzystwo, które zaraz jednak milkło, jakby speszone, że pozwoliło sobie na moment luzu w progach jakże szanownej instytucji.

- Chodźmy na kawę - usłyszałam nagle nad uchem. Podniosłam głowę i nie zdziwiłam się, widząc nad sobą bohatera seriali. Tego typu zaproszenie wydawało się tak naprawdę tylko kwestią czasu. Wyszłam za nim na uniwersytecki korytarz. Zauważyłam, że jest ode mnie sporo niższy - może o głowę, może więcej. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mi to przeszkadza. Dochodziłam ostrożnie do wniosku, że chyba nie.

Potem moją uwagę zwrócił rozciągający się za plecami chłopaka korytarz. Zaskoczona zauważyłam, że nie przypomina w ogóle tego, ktory kojarzyłam z UJ. Wyglądał zupełnie jak korytarz szkolny w mojej podstawówce, ten wzdłuż których ciągnęły się drzwi pierwszych klas. Dawne dzieje. Pomyślałam, jakie to życie jest dziwne: kiedyś przychodziłam tu jako mała dziewczynka, nie wiedząc, jak za ćwierć wieku będzie wyglądać moje życie i w ogóle świat. Dziś byłam tu ponownie, przygnana przez misję, by w murach tej instytucji zamrażać kostki lodu.

________________
Chyba mniej więcej wtedy się obudziłam.

________________
Jakby komuś było mało, to jestem również tu: http://nabazgrane-na-kolanie.blogspot.com. Mniej do śmiechu.


czwartek, 2 kwietnia 2015

Co łączy słuchawki z pasztetem, czyli zgubić można wszystko

Rzucałam się po mieszkaniu jak szalona. Kilkanaście razy biegałam po schodach w górę i w dół, przeglądałam po kilka razy te same szafki i zakamarki. Powoli wpadałam w rozpacz. Zaczęłam już myśleć o ustawieniu stosownego statusu na Facebooku. Brzmiałby on mniej więcej tak: "Postawię piwo/wino/lemoniadę temu, kto powie mi (i będzie miał rację) gdzie leżą moje słuchawki. Sprawa jest poważna - jeśli ich nie znajdę, nie będę mieć pozmywanych naczyń". W tej właśnie chwili coś mnie tknęło i zajrzałam do miski od robota kuchennego. W środku oczywiście leżały słuchawki. Sama włożyłam je tam kilka godzin wcześniej, wiedząc, że wieczorem wezmę się za zmywanie.

Tym,  którzy nic z tego nie rozumieją, śpieszę wyjaśnić, że słuchawki do zmywania są mi jak najbardziej potrzebne. I nie tylko do zmywania. Są niezbędne także do składania wysuszonego prania, do czyszczenia okien z radosnej twórczości dziecka (wiecie, że są takie specjalne kredki do malowania po szybach? Świetna sprawa, żałuję, że nie było takich 30 lat temu) i do chodzenia do sklepu (przy założeniu, że robię to sama). Z pomocą słuchawek i telefonu słucham audiobooków. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że wizja ułożenia sterty prania bez wpadającego do ucha głosu lektora napawa mnie przerażeniem. I słowo daję, że gdybym dziś nie zajrzała do tej miski, nic by ze zmywania nie wyszło.

Przez długie lata wzbraniałam się przed audiobokami. Już Kindle był pewnego rodzaju kompromisem, na który zgodziłam się głównie z racji tego, że sporo się przemieszczałam, chciałam mieć dobry dostęp do anglojęzycznych książek, no i w zwykły, gadżeciarski sposób, podobało mi się samo urządzenie. Potem jednak dopadła mnie szara rzeczywistość, okazało się, że dorosły człowiek z rodziną tak prawie całkiem bez zmywania i sprzątania się nie obędzie i postanowiłam sobie jakoś te wszystkie straszne czynności uatrakcyjnić. Do słuchania zazwyczaj wybieram książki, które mają szansę się okazać lekkie, łatwe i przyjemne. Ewentualnie reportaże.

To była dygresja. Bo tak naprawdę chciałam Wam opowiedzieć o mojej okropnej tendencji do gubienia rzeczy. Co prawda te wszystkie zgubione rzeczy prawie zawsze się znajdują, ale i tak jest to cecha, która bardzo mnie drażni. Tak u siebie, jak i innych.

Kilka tygodni temu zgubiłam pasztet. Był bardzo smaczny, przez kilka godzin chodził za mną jego smak i w końcu postanowiłam ukroić sobie kawałek i zjeść wraz z kromną mojego ulubionego chleba. Pamiętam, że chodziłam wokół dzieci, któreś tam przewijałam, karmiłam, zabawiałam, cały czas mając przed oczyma ten moment w niedalekiej przyszłości, kiedy potomstwo wyślę spać, a sama usiądę spokojnie przy stole i wgryzę się z błogością w wytęsknioną kromkę chleba z pasztetem. Jakieś pół godziny po tym, jak wysłałam dzieci na drzemkę, miałam już dokładnie przejrzane wszystkie półki w lodówce, obie w zamrażalniku, łazienkę i półki z książkami, a mój mąż był kilkakrotnie pytany, czy aby na pewno nie wie, gdzie jest pasztet. Dopiero kiedy otworzyłam szufladę, w której zwykle trzymam deski do krojenia i znalazłam tam małą wagę kuchenną, coś zaczęło mi świtać. Szybko zajrzałam do miejsca, w którym wspomniana waga kuchenna powinna leżeć i oczywiście na jej miejscu znalazłam pasztet. Nie wiem, co tam robił - domyślam się, że to ja go schowałam właśnie w tym miejscu, ale dlaczego - nie mam pojęcia.

Gubię też samochody. Ostatnio zdarzyło mi się to kilka godzin temu. Niby czasami można to usprawiedliwić wielkością parkingu. Mam nawet specjalną aplikację na telefon pomagającą odnaleźć zaparkowany samochód, ale jakoś za każdym razem gdy wysiadam z auta wydaje mi się, że tym razem znajdę je bez problemu, bo przecież stanęłam w tak charakterystycznym miejscu.

Dawno temu zgubiłam biustonosz. Nie zdążyłam nawet się zorientować, że go zgubiłam, zanim znalazł go mój kolega. W chlebaku. Takim na pieczywo. To było kilka godzin po przeprowadzce z jednego studenckiego mieszkania do następnego, pakowałam się w pośpiechu i trochę byle jak. Kolega odwiedził mnie w nowym miejscu, jego spojrzenie padło na stertę przewiezionych rzeczy, w tym na chlebak i stwierdził, że czegoś takiego w życiu jeszcze nie widział.

Kubki z herbatą czy kawą gubię nagminnie. Na szczęście zawsze się znajdują, tyle że ich zawartość już nie zawsze jest ciepła. Gubię też książki czy Kindle. To ostatnie zdarza mi się nawet kilka razy dziennie. Dziś zgubiłam Kindle tak porządnie, że znalazł się dopiero po przejrzeniu chyba wszystkich powierzchni w domu znajdujących się poniżej mojej linii wzrostu i po drugim sprawdzeniu zawartości plecaka.

Kiedyś zgubiłam kapcie w tramwaju. Kapcie miały kształt pysków goryli. Nie zmieściły mi się do plecaka, a chciałam je zabrać na sylwestra w górach, więc jechały w siatce. Wysiadając z tramwaju przy dworcu PKP o siatce zapomniałam. W podobny sposób straciłam kilka parasoli - właśnie dlatego w końcu przestałam ich używać. No, może jeszcze dlatego, że w pewnym momencie życia zaczęłam mieszkać w Kalifornii.

Ja tu gadu-gadu, a tak naprawdę chodziło mi tylko o pretekst, żeby opowiedzieć o tym zgubionym pasztecie.

środa, 11 czerwca 2014

Od Radiohead do zmywarki, czyli jak Wy to do cholery robicie?

Żyję, żyję. Nawet powiłam ostatnio dwójkę dzieci. Mogłabym Wam o tym opowiadać długo i szeroko, ale ponieważ wiem, że dzieci są zwykle interesujące tylko dla własnych rodziców, to nie będę tego robić. Dziś będzie o czymś zupełnie innym.

Kilka dni temu rozmawialiśmy z D. o muzyce. Wszystko zaczęło się od tego, że słuchałam muzyki na Spotify i tak jakoś wyszło, że usłyszałam piosenkę "Karma Police". Spodobało mi się, dodałam do ulubionych i od czasu do czasu sobie słucham. Zupełnie drugorzędną, a może nawet i trzeciorzędną dla mnie sprawą było to, kto tę piosenkę wykonuje. Zresztą brzmiała ona dla mnie jak coś mało znanego. Tym bardziej zdziwiłam się, że Dawid kojarzy nie tylko utwór, ale i wykonawcę. On z kolei zdziwił się, że nie znam zespołu Radiohead.

Z tym że go nie znam, to akurat nie jest takie oczywiste. Nazwę znam już od kilku lat, bo kiedyś, jeszcze w czasach dawnego Facebooka, kiedy wszyscy robili dziesiątki kretyńskich, ale bardzo wciągających testów, miałam do czynienia z takim pod tytułem "Jakim zespołem jesteś?" i wyszło mi właśnie Radiohead. Co więcej, taki wynik miało bardzo wielu moich znajomych, nazwa zatem utkwiła mi w pamięci, a ja doszłam do wniosku, że najwyraźniej jest to coś aktualnie znanego i słuchanego.

Tymczasem dowiedziałam się, że Radiohead powstało nie kilka, a kilkadziesiąt lat temu. I że chyba wszyscy poza mną o tym wiedzą. To pierwsze ani mnie nie dziwi, ani mnie nie rusza. To drugie trochę tak. Bo oto kolejny raz okazuje się, że wszyscy ludzie których znam, znają dokładnie te same zespoły. I po raz kolejny w życiu zastanawiam się, jak Wy to, do cholery, robicie.

Taka zbiorowa wiedza zawsze była dla mnie fenomenem. Nie przeczę, był czas, kiedy wydawało mi się, że sama jestem w miarę na bieżąco - słuchałam jakichś list przebojów, czytałam gazety młodzieżowe; okres ten trwał może nawet jakieś dwa lata, wpasowując się w mój życiorys akurat gdzieś pomiędzy etapem Ani z Zielonego Wzgórza a nałogowym graniem w Diablo. Niestety, wygląda na to, że żyłam złudzeniem, bo przecież to całe "Karma Police" pochodzi z płyty wydanej w 1997 roku (specjalnie sprawdziłam, żeby nie serwować Wam tu jakichś nieprawdziwych danych), a ja wtedy miałam jeszcze szansę kojarzyć co się dzieje w świecie moich rówieśników.

Orientacja w świecie muzyki zawsze była dla mnie czymś nieosiągalnym. Te listy przebojów i gazety trochę pomagały, no i kiedyś mnie samej zależało na nadrobieniu swoich braków, bo podobno to było istotne. Modne wtedy były tzw. "złote myśli', czyli zeszyty w których kolejne osoby odpowiadały na zadane na górze strony pytania o ulubiony rodzaj muzyki czy ulubiony serial. Na serialach też się nie znałam, w ogóle nie oglądałam jakoś dużo telewizji, dlatego zarówno w jednym jak i drugim przypadku wpisywałam bezczelnie to samo, co osoby uzupełniające "złote myśli" przede mną - zwykle było to techno w przypadku muzyki i "Beverly Hills 90210" w przypadku seriali (to ostatnie akurat potem nadrobiłam. Od wielu lat jestem utajoną fanką BH 90210. Nie będę tu udowadniać jak dalece, bo będziecie się śmiać, a mnie będzie przykro, bo przecież każdy ma prawo do jakichś swoich sentymentów z czasów, gdy miał kilkanaście lat).

Tak czy siak stwierdzam, że każdy może sobie chyba pozwolić na drobną życiową ekstrawagancję. W moim przypadku niech będzie to totalna ignorancja w kwestii muzyki, którą wypada znać. Ale jeśli ktoś zechce się ze mną podzielić tą wielką tajemnicą i wyjaśni, jak Wy to robicie, że znacie te same zespoły, to chętnie posłucham. W ten sposób świat stanie się dla mnie miejscem mniej tajemniczym.

Niestety, takich tematów jest w moim życiu więcej. Na przykład niedawno zorientowałam się, iż moi goście oczekują, że w mojej zmywarce są brudne naczynia. Nie wiem na jakiej podstawie tak sądzą - te naczynia są czyste, ewentualnie są na etapie stawania się czystymi, jeśli zmywarka jest akurat włączona. Tak samo w czasach, w których dysponowałam pomieszczeniem do suszenia ubrań, trzymałam tam ubrania czyste. To jednak jakoś nikogo nie dziwiło. No, ale przynajmniej nikt mi tu nie zarzuci braku logiki.

piątek, 8 marca 2013

Biały koń, biały śnieg

Tak, wiem. Mało piszę. Już nawet dostaję upomnienia od czytelników i wypomina mi się że w miesiącu X napisałam ileś tam notek, a w miesiący Y mniej. Tylko co tu poradzić na to, że czas mija tak szybko? Dopiero co byłam na etapie postanowień noworocznych, a tu już marzec w pełni, za pół roku dorobię się trójki na początku liczby określającej wiek, moje tegoroczne statystyki na Goodreads przekroczą pięćdziesiątkę, a ja będę dalej siedzieć i narzekać, że wszystko mija tak szybko, że tylko patrzeć, jak będę stara i siwa (siwa to może już jestem, tylko dzięki technikom fryzjerskim nie mam o tym pojęcia).

Tymczasem, mimo szybkiego upływu czasu, dzieje się bardzo dużo. Chociażby dzisiaj w nocy. Moja podświadomość zafundowała mi prawdziwą kumulację dziwnych snów. Wśród tych wyróżniających się był jeden rozgrywający się na lubartowskim cmentarzu. Trochę nie wiem jak, po co i dlaczego, bo na tym cmentarzu nie byłam od lat, a już na pewno nie cierpię na związane z nim fobie.

We śnie cmentarz był miejscem, które absolutnie musiałam odwiedzić. Miało to jakiś związek z faktem, że od świtu do nocy siedziała tam moja babcia, porządkując grób dziadka. Jej wysiłki wydawały się co najmniej przesadzone: od rana czyściła płytę, zmieniała wodę kwiatom i zamiatała alejkę - tylko po to, by wszystkie te czynności powtarzać za chwilę od nowa. Być może chciałam po prostu dotrzymać jej towarzystwa? A może łudzilam się nadzieją, że rozsądną argumentacją przekonam ją o bezsensowności  takiego a nie innego spędzania czasu?

Podobnie jak na jawie, również we śnie doskonale znałam drogę do grobu dziadka. Trzeba było pójść głowną alejką i po dziesięciominutowym spacerze skręcało się w prawo. A jednak za każdym razem moja cmentarna wyprawa kończyła się już przy głównej bramie nekropolii. Już bowiem z tego miejsca, pomiędzy drzewami, mogłam wypatrzeć białego konia, którego babcia trzymała przy grobie dziadka. Zwierzę niewątpliwie było szalone: z daleka dało się dojrzeć, jak rzuca łbem, staje dęba. Wiatr niósł odgłosy przerażającego rżenia.

Wytrwale chodziłam jednak pod bramę cmentarną, w nadziei, że któregoś dnia okaże się, iż babcia pozbyła się białego konia. W świecie rzeczywistym najzwyczajniej boję się tych zwierząt. We śnie mój strach był tak olbrzymi, że nie pozwolił się zbliżyć nawet na odległość stu metrów.

Wizyty pod cmentarzem przerwało moje obudzenie się. Wyjrzałam za okno i z przerażeniem zobaczyłam, że podczas gdy ja śniłam o białych, szalonych koniach, na moje rodzinne miasto spadła tona śniegu. Ten koń, to pewnie był proroczy.

środa, 30 stycznia 2013

Dbanie o zdrowie jako czynność bardzo stresująca

Pewnego amerykańskiego wieczoru doszłam do wniosku, że dbanie o zdrowie może być bardzo stresującą sprawą. A jak wiadomo, stres zdrowiu (i urodzie) szkodzi.

Kilka dni temu próbowałam za pośrednictwem serwisu internetowego wyklikać sobie wizytę u lekarza. Specjalnie używam słowa "próbowałam" - próba została zakończona sukcesem, ale zanim do niego doszło, minęło jakieś 30 minut, podczas których zdarzało mi się mocniej uderzyć w klawisze laptopa czy pomyśleć jakiś brzydki wyraz. Kiedy nareszcie uspokojona zapisałam sobie datę i godzinę planowanej wizyty, mój wzrok przyciągnął jeden z punktów na stronie kliniki. Otóż proponowano mi zrobienie czegoś w rodzaju testu, który miał określić moją zdrowotną kondycję.

Cóż, o zdrowie podobno trzeba dbać, zatem kliknęłam w odpowiednie miejsce. Kolejne czterdzieści minut spędziłam odpowiadając na pytania z bardzo różnych dziedzin. Wszystko w trosce o swoje zdrowie, a może i życie.

Niestety, w miarę zaznaczania odpowiedzi czułam, że podpadam coraz bardziej. Z jakichś powodów dostawałam pytania o ilość przesypianych godzin czy też wypijanego alkoholu. Dość szybko uznałam, że normy, jakie wyznaczyli twórcy tej całej ankiety są z sufitu. Idąc tropem ich myśli, powinnam spędzać każdą dobę na jedzeniu, spaniu i bieganiu. O rzeczy naprawdę ważne - takie jak liczba przeczytanych książek, wycieczki, smaczne alkohole czy godziny spędzone z przyjaciółmi mnie nie zapytano. Dziwne. Musiałam natomiast przyznać się, że nie stosuję żadnych osłon przeciwsłonecznych, nie jestem zaszczepiona przeciwko grypie, a na drodze zdarza mi się lekko przekraczać dozwoloną prędkość. No dobrze - nie musiałam. Ale chciałam być uczciwa.

Następnie dostałam pytania mające ocenić moją gotowość do wprowadzenia zmian. Na przykład pytano mnie, czy zamierzam zmienić swój styl żywienia.  Na szczęście zawsze była tam do wyboru jakaś rozsądna odpowiedź, brzmiąca "nie i nie zamierzam zmieniać zdania w ciągu najbliższych sześciu miesięcy".

Jeśli sądziłam, że test był stresujący, z taką oceną powinnam poczekać do momentu odczytania wyników. Dowiedziałam się z nich mianowicie, że cierpię na depresję i alkoholizm, mój sposób odżywiania się jest tragiczny (tak swoją drogą, nie zapytano mnie w ogóle o ilość jedzonych słodyczy, okazało się natomiast, że jem za mało pieczywa), a w ogóle to co prawda nie mam nadwagi, ale mam poważne problemy z talią.

To ostatnie to przez pomyłkę. Jako porządna Europejka na pytanie o obwód w talii podałam odpowiednią wartość w centymentrach, zapomniawszy, że test pyta raczej o cale. Wyszło zatem, że tej talii mam ponad 160 cm. Niewiele mniej niż wzrostu.

Na koniec test chciał wiedzieć, czy życzę sobie dodania wyników całości do mojego "medical record", tak by dostęp do nich miał mój lekarz. Przed oczyma stanęła mi dobra, miła pani doktor, u której byłam z wizytą jakoś w listopadzie. Pani była blondynką z Iranu i podzielała moją pasję do spacerów. Stwierdziłam, że absolutnie nie mogę jej rozczarować swoimi wynikami i zaznaczyłam "NO".

Tak czy siak poczułam się niedoceniana. Ja tu chodzę na basen, na spacery, nie palę, kupuję żywność w zdrowych sklepach, a oni jeszcze narzekają. I wysyłają mi spam z propozycjami zajęć terapeutycznych.

/Notka została napisana z lekkim przymrużeniem oka.

czwartek, 29 listopada 2012

Ciało z przystanku

Jak co roku w okresie przedświątecznym na podmiejskich cmentarzach unosiła się słodka woń pieczonych ciast. Tysiące kobiet w małych, rozstawionych wśród grobów kuchniach przygotowywało tradycyjne przysmaki. Poza niepisanym obowiązkiem wypieków, jaki nakładał na nie zwyczaj, kobiety mogły się przy okazji cieszyć własnym towarzystwem i okazją do plotek.

Pani Kowalska należała chyba do tych niezadowolonych z tego, że jest w tym a nie innym miejscu. Maleńka kuchnia, którą dzieliłyśmy, nie rozbrzmiewała bynajmniej gwarem przyjacielskiej rozmowy. Wszystko sprowadzało się do gderliwego "odsuń się" i "podaj cukier". Pani Kowalska należała do tych osób, które każdego dnia wytaczały wojnę młodemu pokoleniu: tak na wszelki wypadek, z góry zakładając, że młodzież jest zła. A do młodzieży zaliczała wszystkich wyraźnie młodszych niż ona sama. Nawet mnie, choć miałam na karku trzydzieści lat i nosiłam na palcu obrączkę.

Kiedy po kilku godzinach do kuchennej budki zajrzeli Dawid i Aneta, poczułam ulgę. Mogłam spokojnie uznać, że pieczenia na dziś już wystarczy. W planach mieliśmy spacer wzdłuż cmentarnych alejek - ot, nic takiego, okazja do przyjacielskiej pogaduchy i pooglądania przykrytych śniegiem grobów. Płyty, przykryte warstwą białego puchu podbarwionego kolorowym światłem ze zniczy wyglądały prześlicznie.

Zdawałoby się, że pani Kowalska poczuje ulgę na wieść, że oto zostaje pozbawione uciążliwego towarzystwa. A jednak na widok Anety zasępiła się wyraźnie i wpatrywała przez jakiś czas w dziewczynę, świdrując jej twarz swoimi małymi, stalowymi oczyma.
- To ta pannica, co mdleje - oświadczyła oskarżycielskim tonem. - Łazi tu z różnymi, pada na ziemię, potem ją pogotowie zabiera. Też sobie towarzystwo znajdujesz - zwrociła się do mnie z dezaprobatą.

Wzuszyłam ramionami. Anetę znałam słabo, o jej tendencji do omdleń nic nie wiedziałam, ale nawet uświadomiona w tej kwestii nie do końca rozumiałam, na czym tak naprawdę polega problem. To chyba nie jej wina, że mdleje?

Opuściliśmy panią Kowalską i ruszyliśmy na wyprawę wzdłuż grobów. Zaczął padać śnieg.

_____
Problem pojawił się na przystanku autobusowym. Było pusto, na transport czekała tylko nasza trójka. W pewnym momencie Aneta zaczęła się osuwać na ziemię. Wpadłam w panikę - nikt nigdy przy mnie nie zemdlał. Nie miałam pojęcia, co robi się w takiej sytuacji. Bo chyba nie sztuczne oddychanie? Brak reakcji i czekanie, aż dziewczyna odzyska przytomność sama z siebie również nie wydawało się dobrym scenariuszem. Spojrzałam na Dawida, który także nie sprawiał wrażenia, jakby wiedział, co ma w tej sytuacji zrobić.
- Zadzwonię na pogotowie - powiedział w końcu.

Pani na pogotowiu nie była bardzo skora do pomocy. Ona również, podobnie jak Kowalska, kojarzyła już mdlejącą Anetę i choć obiecała, że karetka przyjedzie na przystanek, wyraźnie dała nam do zrozumienia, że przypadek dziewczyny uważa za beznadziejny. Nie rozumiałam, co dokładnie miała na myśli - bo chyba nie to, że powinniśmy zostawić naszą znajomą w zaspie śnieżnej późnym wieczorem na pustym przystanku? Z niepokojem obejrzałam dziewczynę. Już nie żyła, to było jasne. Instynktownie sprawdziłam jej puls, zbliżyłam policzek do ust w poszukiwaniu ciepła oddechu. Nic.

Oczekiwanie na karetkę przedłużało się. Nie pojawiał się również autobus. Było trochę dziwnie: od dłuższego czasu na ulicy nie pojawił się żaden człowiek. Zgoda, było już późno, ale przecież to było duże miasto. Zawsze powinien znaleźć się jakiś przechodzień wracającu do domu o mniej typowej porze. No i samochody. Dlaczego żadne nas nie mijały?

Chyba tylko tą nieoczekiwaną pustką można wytłumaczyć to, co zrobiliśmy, gdy nagle zobaczyliśmy z oddali światła zbliżającego się auta. To nie była karetka - na dachu brakowało koguta, poza tym samochód był niewielki, zbyt mały by zmieścić w nim dorosłą osobę w pozycji leżącej. A jednak Dawid postanowił go zatrzymać. Kierowca, mężczyzna o wyglądzie dość typowym, nie sprawiał wrażenia zdziwionego otaczającą nas pustką. Nie widział też problemu w tym, by zawieźć nas do domu. Martwa Aneta nie robiła na nim wrażenia.

Nie wiem, czy aby podrzucić nas do domu musiał zbaczać ze swojej trasy. Nie przyszło nam do głowy by zapytać go o pieniądze za paliwo, a on nigdy o nich nie wspomniał. Kiedy byliśmy już na górze, zadzwoniła komórka Dawida. Pani z pogotowia zniecierpliwionym głosem domagała się wyjaśnień. Podobno karetka czekała na nas od dłuższego czasu na wskazanym przystanku.
- Przepraszam - bąkał Dawid. - Długo nikt nie przyjeżdżał, było zimno, a ktoś mógł nas podrzucić, więc pomyśleliśmy...
- I tak sobie państwo jeździcie stopem z ciałem? - krzyczała dyspozytorka. - Gdzie ono teraz jest?
Zastanawiałam się, skąd na pogotowiu wiedzą, że Aneta nie żyje. Nigdy o tym nie wspominaliśmy.
- Może karetka mogłaby przyjechać tu? - zastanawiał się Dawid. - Na pewno nie ruszymy się stąd do rana...
- Dawid! - wrzasnęłam. - Przecież jej tu nie ma!
- Co...?
- Wchodziliśmy tu bez niej. O Boże, co my zrobiliśmy z tym ciałem? Chyba zostawiliśmy je w samochodzie...
Dawid rozłączyl się. Patrzył na mnie bezradnie z drugiego końca pokoju. Co mieliśmy zrobić? Nasz zwyczajny wieczór zamienił się w koszmar, z którego w dodatku nic nie rozumieliśmy. Najpierw to omdlenie i śmierć, potem puste ulice... Nie docierało do mnie, jak mogliśmy zapomnieć o zabraniu z samochodu ciała Anety. Kiedy o tym myślałam, nie byłam już nawet pewna jak je przewoziliśmy. Razem z nami z tyłu samochodu? Może na przednim siedzeniu? A może jednak w bagażniku?

Nagle usłyszeliśmy dziki śmiech. Instynktownie rzuciłam się w kierunku Dawida i zlapałam go za ręce. Śmiech się powtórzył: dziki, niepohamowany, dochodził z drugiego pokoju. Zrobiliśmy kilka kroków w tamtym kierunku. I nagle ją zobaczyliśmy: Aneta szła w naszą stronę, w swoim czarnym płaszczu, z rudymi włosami rozwianymi na wszystkie strony, choć okna byly pozamykane i nie było przeciągu. Jej nieżywa twarz robiła się już sina.

____
Obudziłam się z wrzaskiem. Przez kolejne pół godziny walczyłam z chęcia wstania i zapisania treści tego snu, zanim kompletnie go zapomnę do rana. Ale najzwyczaniej w świecie bałam się wstać.
____
Od czasu do czasu ktoś sugeruje mi, żebym zapisywała swoje sny. Problem ze snami jest jednak taki, że zwykle dużą ich część się zapomina i przedstawiane innym osobom wydają się bezsensowne. Oczywiście nie zawsze tak jest: mojego snu o rządowym projekcie przedstawienia "Gwiezdnych Wojen" jako alegorii losu Polaków chyba nigdy nie zapomnę. Tak czy siak, powyższy tekst to zapis koszmaru, który nawiedził mnie ostatniej nocy. Podreperowałam nieco motyw samochodu, który wiózł nas do domu - tak naprawdę nie pamiętam, skąd się we śnie pojawił. Pamiętam natomiast, że był beżowy.

piątek, 14 września 2012

Niebo w gębie, czyli notka o mojej nowej szczoteczce II

Nowa szczoteczka do zębów pojawiła się w moim życiu niespodziewanie.

Elektryczna szczoteczka, której używałam w Szwajcarii, płynie sobie przez bezkres Oceanu Atlantyckiego wraz ze stertą książek, ubrań i naczyń kuchennych. Co prawda nie da się jej używać w Stanach, ale postanowiliśmy ją zabrać ze sobą do Polski i tam zostawić.

Tymczasem tutaj używaliśmy zwykłych szczoteczek, nabytych od razu podczas pierwszej wizyty w sklepie tuż po przyjechaniu z lotniska. Oczywiście popełniłabym duży błąd, gdybym założyła, że tak już zostanie. Mój otwarty na technologię mąż czuwał.

Kilka dni temu Dawid napisał do mnie z pracy, że Amazon wysłał mu reklamę oferującą zniżkę na produkty związane z myciem zębów. Wiedząc, co to oznacza, westchnęłam w duchu. No cóż, najwyraźniej miał nas czekać kolejny zakup. Ponieważ jednak sama wolę elektryczne szczoteczki od zwykłych, postanowiłam nie oponować. Kilka godzin później siedzieliśmy na kanapie z kieliszkami czerwonego wina w dłoniach. Światła były przygaszone, na stole paliła się świeczka roztaczająca wokół zapach cynamonu.
- Wiesz - szepnął Dawid - zamówiłem dziś szczoteczki do zębów.
- Domyśliłam się - przyznałam.
Zapadła chwila milczenia. Po chwili mąż podjął wątek:
- Ale wiesz, one będą nieco  inne od tych, których używaliśmy do tej pory.
- To znaczy?
- No, będą elektryczne, ale i tak trzeba będzie szorować zęby. Szczoteczką będzie miała takie drgania, ale nie będzie się obracała. No i będzie mieć taki normalny kształt, nie okrągły.
- To chyba dobrze - rzekłam powoli, przypomianając sobie jedną z ostatnich rozmów z higienistką, do której chodziłam raz na pół roku czyścić zęby. Higienistka z jakiegoś powodu zdecydowanie polecała elektryczne szczoteczki o "normalnym" kształcie.
- A wiesz, opinie są podzielone - Dawid uśmiechnął się łobuzersko. - Czytałem rewiewy na Amazonie i niektórzy są oburzeni, że mimo tego, iż szczoteczka jest elektryczna, muszą sami szorować sobie zęby. Inni znów są zachwyceni. Są też tacy, którzy narzekają, że taka szczoteczka trochę podrażnia dziąsła, ale z kolei inni piszą, że to właśnie dobrze...
- No cóż- westchnęłam. - Zobaczymy.

Od 2 dni mamy nowe szczoteczki. Wczoraj odważyłam się użyć swojej po raz pierwszy. Wrażenia? Tak jakby mi prąd przechodził przez dłoń. Plus dźwięk jak w tym narzędziu dentystycznym do rozbijania kamienia nazębnego przy pomocy ultradźwięków. Szczoteczka po włączeniu się nie obraca, za to wprawiana jest w ledwo zauważalne drgania. I kłuje.

Reakcja Dawida jest zdecydowana. Po pierwszym umyciu zębów przy pomocy nowego nabytku podszedł do mnie i powiedział:
- Niebo w gębie. Powinnaś tak nazwać swoją nową notkę na blogu.

czwartek, 28 czerwca 2012

W rodzinnym domu

- Grzesiek, polub moją stronę z koralikami! - męczyłam brata mniej więcej pół godziny po tym, jak przyjechał do domu rodziców prosto z Krakowa, po zakończonej sesji egzaminacyjnej.
- No dobra - mruknął.
- I wiesz - kontynuowałam - jeśli coś Ci się tam spodoba, to możesz dać like'a!
- No nie bardzo - nie zgodził się brat - to by była konkurencja.
- Jaka konkurencja?
- Dla Jacka.
- A co, on też robi koraliki?
- Tak. I sprzedaje.
- Yyy... facet?
- Tak. W sumie zaczęło się od tego, że zrobił kolczugę. A potem już jakoś poszło.
- Widzisz, Agatko - wtrącił się mój tata. - Może powinnaś poszerzyć swoją ofertę o kolczugi.
- Wiesz ile na tym można zarobić? - rozentuzjazmował się mój brat. - Jakieś 700-800 zł!
- E... - zaczęłam bez przekonania - a ile czasu dłubie się taką kolczugę?
- No trochę się dłubie - przyznał brat - bo to jednak ma sporo kółek. W każdym razie Jacek sobie zrobił kolczugę i teraz ma zbroję...

niedziela, 18 marca 2012

Wszystko czerwone

Wypraliśmy czerwone rzeczy.

Jak większość mieszkańców Szwajcarii mamy pralkę w piwnicy. Na szczęście administracja naszego budynku postanowiła nie utrudniać życia swoim lokatorom i nie mamy atrakcji typu grafik prania. Działa zasada kto pierwszy, ten lepszy i nie ma z tym wielkiego problemu. Zwłaszcza, że za pranie bierzemy się zwykle późnym wieczorem, kiedy inni mieszkańcy budynku mają na głowie inne sprawy.

Pranie wieczorem ma jedną wadę. Jeśli wiąże się z przynoszeniem ze znajdującej się również w piwnicy suszarni rzeczy suchych, to zamiast zająć się układaniem ich na półkach pakujemy wszystko do papierowej torby i chowamy w łazience. Wszystko to po to, by nie obudzić potomstwa, które śpi w pokoju z szafkami na ubrania. Ciuchy po przenocowaniu w łazience lądują na miejscu najczęściej kolejnego dnia.

Ale kilka dni temu zauważyłam, że już od pewnego czasu pod umywalką stoi torba pełna czerwonych ciuchów. Kilka razy obiecywałam sobie, że zrobię z nimi porządek, ale lenistwo wiedziało lepiej. W końcu któregoś wieczoru po kąpieli wyjęłam stamtąd swoją czerwoną piżamę i zadowolona założyłam. Coś jednak było nie tak: piżama śmierdziała czymś jakby nieświeżym.

Wpadłam w lekką panikę: piżama znajdowała się wśród rzeczy wypranych przez Dawida. Sądząc po zapachu, przydałoby się ją uprać raz jeszcze, nie chciałam jednak żeby mojej drugiej połowie było przykro. Cóż, zdarza się - pewnie powiesił piżamę w jakimś zatęchłym kącie suszarni i stąd ten smród. Tak czy siak, chłop się napracował: zamiast grać ze mną w World of Warcraft jeździł windą do piwnicy w trosce o czystość naszej odzieży. Po co mu robić przykrość?

W końcu podjęłam decyzję. Postanowiłam się przemęczyć w czerwonej piżamie jedną noc, a kolejnego wieczoru zmienić ją pod jakimś pretekstem. Może dobrze by było ją czymś zalać? Tego dnia kładłam się do łóżka w mocno nieświeżej aurze. Na szczęście szybko zasnęłam. Kolejną noc przespałam już w czymś innym. Papierowa torba pełna czerwonych wypranych rzeczy wciąż stała pod umywalką.

Wczoraj historia miała swój ciąg dalszy.
- Hej, przyniosłaś mi może jakiegoś t-shirta do spania? - zawołał Dawid z łazienki podczas wieczornej kąpieli.
- Nie, mówiłeś przecież, że sobie przygotowałeś.
- Mówiłem o bokserkach.
- No to nie ma problemu, możesz sobie wyjąć t-shirta z tej torby z czerwonymi rzeczami - odparłam zniecierpliwiona. Z czerwonym t-shirtem chyba wszystko było w porządku, a nie chciałam wchodzić w nocy do sypialni Emilki i ryzykować, że się obudzi.
- Przecież to są brudne rzeczy.
- Coooo?

No i się wydało - czerwone ubrania w papierowej torbie były posegregowanymi do prania brudnymi ciuchami. To by wyjaśniało zapach czerwonej piżamy.
- Kurde, spałam w brudnej piżamie, bo nie chciałam żeby ci było przykro, że źle zrobiłeś pranie! - tłumaczyłam.
- No właśnie tak się zastanawiałem skąd masz tę czerwoną piżamę, skoro ona było brudna i miałem cały czas nadzieję, że nie z tej torby z brudnymi rzeczami. Ale nie chciałem ci nic mówić.

Ot, zabawna historyjka. Ale nie martwcie się: niektórzy mają gorzej. Słyszałam kiedyś o żonie, która uwielbiała piętki w chlebie i sądząc, że wszyscy na świecie mają tak jak ona, zawsze ofiarnie oddawała piętkę mężowi. Który oczywiście tej akurat części chleba nie cierpiał i ofiarność żony odbierał jako dokuczanie.

środa, 4 stycznia 2012

Z gęsią w tramwaju

A było to tak: ponad trzy lata temu szliśmy sobie z Dawidem ulicą przy której mieszkamy. Nagle zauważyliśmy idącego przed nami mężczyznę, któremu towarzyszył ptak, tak na oko z rodziny blaszkodziobych, możliwe że gęś, przy czym byłaby to gęś czarna. Widok był przekomiczny: wyobraźcie sobie gościa idącego jakby nigdy nic ulicą i drepcącą obok niego gęś. Też jakby nigdy nic.

Oczywiście pan i jego nietypowe zwięrzątko budzili powszechne zainteresowanie. Ludzie przystawali, pokazywali sobie zjawisko palcami, śmiali się. Obrazek był właściwie całkiem sympatyczny. Może trochę szczególny, ale nie wyglądało na to, by gęsi działa się jakaś krzywda. Szła sobie spokojnie obok swojego pana i raczej nie zamierzała uciekać.

To był pierwszy raz, kiedy spotkałam pana z blaszkodziobym. Potem widywałam ich jeszcze kilkakrotnie. Dowiedziałam się dzięki temu, że gęsi można kazać wskoczyć do tramwaju i ona takie polecenie wykona. A przynajmniej tak było w przypadku tego egzemplarza. Właściciel zdaje się mieć całkiem dużą praktykę w obchodzeniu się ze swoją podopieczną (swoim podopiecznym?). Idąc z nią między ludźmi na przystanku, pokrzykuje lekko "uwaga, uwaga" i toruje ptaku drogę. Dziś widziałam też, jak sadza ją na siedzeniu w tramwaju. Po prostu podnosi delikatnie do góry, rozkłada na siedzeniu gazetę i stawia na niej gęś. Pani, która skutkiem takich działań znalazła się naprzeciwko czarnej istoty najwyraźniej się to nie spodobało, bo ze zniesmaczoną miną przesiadła się gdzie indziej.


Podróż tramwajem z panem z gęsią to podróż wśród ludzi, którzy trzymają przed sobą swoje telefony komórkowe i kręcą bądź fotografują tych niecodziennych towarzyszy przejażdżki. Sam właściciel gęsi zdaje się w ogóle nie zauważać zainteresowania. A gęś? Cóż, wydaje się, że lubi ludzi. Na pewno nie przejawia wobec nich morderczych instynktów. Jeden z pasażerów, starszy pan, wysiadając pogłaskał ją po dziobie. I nic się nie stało.

Niestety, nie wiem do końca o co w tym wszystkim chodzi. Być może jest to po prostu tego typu relacja jaką człowiek może mieć z psem lub kotem. Po prostu w tym przypadku przybrała ona mniej typową formę. W każdym razie, jeśli będziecie kiedyś w Zurychu, to przejedźcie się około szesnastej tramwajem linii 14 w kierunku Triemli. Być może zobaczycie to wszystko na własne oczy.

I jeszcze jedno. Zakładam, że moja kiepska świadomość ornitologiczna mogła mi spłatać figla i to wcale nie jest gęś. Jeśli tak jest, z góry przepraszam wszystkich za wprowadzenie w błąd. Przepraszam również za kiepską jakość zdjęć - na pomysł ich zrobienia wpadłam nagle, tuż przed docelowym przystankiem i do dyspozycji miałam tylko telefon komórkowy.

Mała aktualizacja: pojawiła się sugestia, że właściciel gęsi to Dr. Dolittle

wtorek, 29 listopada 2011

Darmowe jedzenie z dostawą do domu

Kilka miesięcy temu, kiedy byłam trochę duża z przodu i niewygodnie mi się robiło zakupy, moja fińska koleżanka, znajdująca się na podobnym co ja etapie kobiecego życia, poradziła mi korzystanie z internetowego sklepu. Spodobało mi się - okazało się, że wyklikane zakupy nie tylko oszczędzają mi jakieś pięć godzin tygodniowo, ale w dodatku nie mogę się przyczepić do ich jakości czy sposobu dostarczenia. Prawie każdego tygodnia, zazwyczaj w poniedziałek, mniej lub bardziej przystojny pan wjeżdża windą na moje drugie piętro i zapełnia przedpokój zakupami. 

Jeśli chodzi o to, co zamawiamy, można mówić o pewnym schemacie. Chleb, coś mięsnego na obiady, wędlina, ser. Napoje. W razie potrzeby - płyn do prania i inne tego typu produkty. No i żwirek dla kotów, którego na szczęście dla mojego kręgosłupa nie  muszę przynosić ze sklepu. 

Jest jednak pewna kategoria, którą szczególnie upodobał sobie mój małżonek. Otóż nasz sklep co tydzień ma w dostawie kilkanaście produktów, które można zamówić za darmo. Pojęcia nie mam o co w tym chodzi - często są to dobre, pełnowartościowe towary, jak np. całkiem zacna czekolada czy paczka cukierków. Mój małżonek dba o to, by zawsze zamówić trochę tego darmowego. Skutek jest taki, że regularnie dochodzi do sytuacji komicznych.

Jakiś czas temu siedziałam sobie wygodnie przed komputerem, gdy nagle przede mną na biurku stanęła buteleczka z zielonym płynem.
- Co to? - spytałam podejrzliwie, nie mogąc tak na szybko do niczego przyporządkować tej zieloności.
- Płyn do mycia zębów - oświadczył Dawid dumnie.
- Znaczy co, sugerujesz mi, że powinnam używać? - zapytałam ironicznie, choć nie tak całkiem bez sensu - pani czyszcząca mi zęby nie raz i nie dwa przedstawiała mi korzyści płynące z regularnego używania takich płynów. 
- E, nie. To znaczy, za darmo był - wyjaśnił mąż. Pojawiania się kolejnych buteleczek już nie wyjaśniał. A ja wolę nie myśleć, ile ich mamy.

Kilka dni temu przeglądając rzeczy w szafce w poszukiwaniu jakiejś przyprawy natrafiłam na stosik kolorowych, papierowych torebek. Okazało się, że znalazłam całkiem okazałą kolekcję zupek w proszku. Nie do końca wiem po co nam one - ja takich rzeczy nie jem od czasów stypendium w Niemczech, na które wyjechałam zaopatrzona w całe mnóstwo tego typu zupek, spodziewając się na miejscu horrendalnych cen, znacznie przewyższających możliwości studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego. Okazało się potem, że wcale nie było tak najgorzej - na stołówce uczelni można było zjeść całkiem tanio i czasem nawet dość smacznie (głównie w piątki, bo wtedy były ryby), ale ponieważ już targałam te zupki z Krakowa pod Norymbergę, to wypadało je zużyć. Zajęło mi to prawie dwa miesiące. Od tamtej pory nie jem takich rzeczy.
W razie gdybym jednak wybierała się na kolejne stypendium (nie planuję), to zapas wyżywienia już mam. W dodatku za darmo. Wczoraj przyszła kolejna bezpłatna zupka. Jednym słowem, kolekcja się powiększa.

Zastanawiam się natomiast, co stało się z kubeczkami z kuleczkami z mozzarelli w sosie, które przez długi czas blokowały znaczną część lodówki. Pewnego dnia po prostu zniknęły. Wszystkie.

A gazpacho w kartonie? Siedzi w lodówce już dłuższy czas, a ja boję się je otworzyć. Data ważności się rozmazała i sama nie wiem, czego się spodziewać.

Wiem natomiast bardzo dobrze, co stało się z darmowymi czekoladami Lindta. Z ich zjedzeniem nigdy nie było większych trudności. Niestety, od kilku tygodni nie ma ich w ofercie darmowych produktów. A może ktoś się wymieni? Oddam stos zupek w torebce w zamian za czekoladę.

czwartek, 28 lipca 2011

Ban na spodnie

Być może paryżanki już wkrótce odetchną z ulgą. Ich osobista wygoda stała się bowiem przedmiotem zainteresowania Maryvonne Blondid, francuskiej pani senator, która postanowiła zawalczyć o zniesienie ustanowionego w 1799 roku zakazu noszenia przez kobiety spodni. Aby osoba płci żeńskiej mogła legalnie paradować po ulicach stolicy Francji w "męskim" stroju, powinna uzyskać w tym celu specjalne pozwolenie. W ostatnich latach XIX wieku zakaz został nieco złagodzony - kobieta mogła się pokazać w spodniach, pod warunkiem, że w rękach trzymała lejce konia. Kolejna liberalizacja przepisu nastąpiła już w wieku XX, kiedy to uznano, że czynności takie jak jazda na rowerze są faktycznie wygodniejsze, jeśli ma się na sobie coś, co posiada nogawki.

O tym, że takie przepisy w ogóle istnieją, nie miałam oczywiście pojęcia. Tym samym nieświadomie złamałam prawo - w Paryżu byłam tylko raz i zaledwie przez dwa dni, ale spędziłam je w spodniach - wyjąwszy kąpiel. Jak to jednak mówią, pod latarnią jest najciemniej. Byłam pod wieżą Eiffla, spacerowałam po Polach Elizejskich i jakoś nikt mnie nie zatrzymał. Mało tego, miałam wrażenie, że wokół mnie wprost roi się od kobiet łamiących przepisy. Pewnie miało to związek z faktem, że akurat był grudzień i to wyjątkowo paskudny.

Inna sprawa, że wizja, w której po Polach Elizejskich przechadzają się kobiety ubrane w sukienki wydaje mi się dosyć sympatyczna. To, że kobiece stroje tego typu mają swój urok, odkryłam dopiero w wieku lat przeszło dwudziestu, zdradzając moje wieczne jeansy z kolejnymi spódnicami. Więc - i teraz mówię już zupełnie poważnie - może warto pomyśleć o tym, by np. raz w roku przestrzegać paryskiego prawa?

wtorek, 26 lipca 2011

Miejsce dla czytelnika

Siedzę sobie daleko, na obczyźnie, tęskniąc za Krakowem czy Warszawą i próbuję tę swoją tęsknotę zwalczać wspomnieniami na temat komunikacji miejskiej w dużych miastach w Polsce. Te najbardziej mrożące krew w żyłach dotyczą Krakowa. Po kilku latach spędzonych w autobusach i tramwajach sunących po ulicach stolicy Małopolski, warszawska komunikacja wydała mi się całkiem przyjazna. 

Oczywiście pespektywa zmienia się, gdy porównamy transport publiczny w Warszawie z tym, z którego korzystam na co dzień w Zurychu. Wygodne wnętrza, wolne miejsca (gorzej bywa w godzinach szczytu), stosunkowo niskie stężenie autobusowych dziwadeł, brak elementu poczucia, że rzuca tobą po całym pojeździe... No i przede wszystkim - jest jak czytać. 

Jest jak czytać tak bardzo, że kiedyś, w deszczowy dzień, zdarzyło mi się spędzić pewien czas na podróżowaniu tramwajem z książką w ręku. Bez celu - chodziło o to, by poczytać w spokoju.

W krakowskich tramwajach też da się czytać. Do trzech kolejnych miejsc zatrudnienia jeździłam linią numer 4 - jedną z popularniejszych w Krakowie, przemierzającą miasto od Nowej Huty po odległe z mojej perspektywy Bronowice. Czwórka jeździła jak na tamtejsze warunki bardzo często (zdaje się, że w godzinach szczytu częściej niż co dziesięć minut) i rzadko kiedy oferowała warunki zbliżone do komfortowych. Zwykle panował w niej ścisk i harmider, tworzony przez rozmawiających ze sobą pasażerów, zabijających czas podróży fanów telefonów komórkowych i posapujących staruszków. Czasem było tak, że pasażer stojący nie musiał się niczego trzymać - otaczający ciasno tłum zapewniał stabilność.

Jasne, że w czwórce dało się czytać. Wszędzie się da. Zdaje się, że Honej opowiadał kiedyś o metodzie na czytanie pod prysznicem. Ale, jak możecie się domyślać, we własnym fotelu jest wygodniej. Oraz występuje znacznie mniejsze ryzyko, że ktoś - prawdopodobnie nieznajomy - nagle zacznie wyrażać swoje niezadowolenie powodu tego jak stoisz, gdzie stoisz i ile stoisz.

Pewnego razu, podróżując po Krakowie, w dodatku siedząc, trafiłam na niezwykle obeznanych w kwestii literatury współpasażerów. Obaj byli płci męskiej, mieli może po pięćdziesiąt lat i bardzo zainteresował ich fakt, że czytam Cortazara. Cóż - miałam wtedy może dziewiętnaście, dwadzieścia lat i Cortazara pochłaniałam kilogramami (ku nieuświadomionej radości wydawnictwa MUZA S.A.). 
- Takie to teraz wszystko młode, bezmyślne - mówil pan numer jeden.
- Zostaw, to nie jej wina, młode toto, wszystko da się temu wcisnąć - zawtórował mu drugi.
- No tak, skąd oni teraz mają wiedzieć o dobrej literaturze?
- Wpierają młodym, że to dobre, to i czytają.
- A próbowała kiedyś poczytać pani Łysiaka? - zwrócił się w końcu do mnie jeden z obgadujących mnie panów.

Coś tam Łysiaka czytałam byłam, ale jako młoda, nieobeznana i mało odporna na manipulacje rynku księgarskiego nie czułam się na siłach, by ciągnąć rozmowę.

Tak mi się jakoś to przypomniało na wieść, że w tramwajach kilku krakowskich linii wprowadzono eksperymentalnie miejsca dla czytających. Co prawda nie wiem za bardzo, jak wygląda sytuacja z przeludnieniem wspomnianych linii, ale oczyma duszy swojej widzę już kolejki ustawiające się do eksperymentalnych miejsc oraz wypraszanie starszych pań, które ważyły się takie miejsce zająć kosztem młodszego czytelnika. Ale na to jest sposób: ja po prostu pojechałabym najpierw na pętlę, zajęła od razu czytelnicze miejsce i nie ruszała się z niego aż do końca. 

niedziela, 15 maja 2011

Od Eurowizji do truskawek

Pewnie to obciach, ale lubię oglądać Eurowizję. I robię to co roku. Zaczęło się kilka lat temu, kiedy przypadkiem włączyłam telewizor akurat podczas którejś edycji konkursu. Był to naprawdę godny uwagi przypadek, jako że na co dzień nie pamiętałam w ogóle o tym, że mam telewizor. No i jakoś tak wyszło, że obejrzeliśmy wtedy program do końca, pijąc jakiś alkohol, który ułatwiał nam obcowanie z takiej sobie jakości muzyką. Od tamtej pory była to już tradycja: okazało się, że wino i Eurowizja do siebie pasują. Poza tym dobra głupawka nie jest zła.

Nigdy nie kibicowałam szczególnie jakiemuś konkretnemu krajowi - pewnie byłoby fajnie, gdyby Polska wygrała, ale prezentowane przez naszych wykonawców piosenki były zwykle po prostu nie gorsze od tych najgorszych, więc na wiele nie było co liczyć. Nie mówiąc już o tym, że nigdy chyba nie wygrał utwór, który mi się podobał. 

Wczoraj byłam jednak całkiem blisko - co prawda wygrał jakiś koszmarek, ale dość wysoko znalazły się piosenki włoska, gruzińska i grecka. Fakt, że za rok konkurs piosenki europejskiej będzie organizował Azerbejdżan wydaje mi się lekko dziwny (patrzę na hasło "Azerbejdżan" na Wikipedii i czytam: państwo w Azji nad Morzem Kaspijskim), ale z drugiej strony, z punktu widzenia Polki to nie taka znowu zbrodnia, jako że z tamtymi terenami łączy nas tradycja. W Baku, stolicy tego dalekiego kraju, żył wszak Cezary Baryka. Tak napisał Stefan Żeromski. Myślę, że wysyłając tam w przyszłym roku naszego reprezentanta powinniśmy jakoś do tego faktu nawiązać. Czy Mateusz Damięcki potrafi śpiewać?

To naprawdę cudowne, że w świecie, w którym możliwe są akcje takie jak afera truskawkowa, istnieją też zorganizowane odgórnie absurdy i żenady, które wyrównują to i owo w ludzkiej psychice. 

A jeśli chodzi o truskawki: chorwackich nigdy nie jadłam, ale mogę się wypowiedzieć na temat jakości truskawek francuskich i hiszpańskich, bo takie tu w tym roku jadłam. Otóż, moi mili, moim zdaniem o tej porze roku lepsze są francuskie. 

czwartek, 25 listopada 2010

Notka o mojej nowej szczoteczce

- O, co kupujemy? - zapytałam, kiedy kilka dni temu zobaczyłam na ekranie małżonka słowo "Bestellung". Spodziewałam się standardowej odpowiedzi, z której dowiedziałabym się, że przedmiotem zakupu jest jakiś bardzo ważny kabelek, karta pamięci, lub inny przedmiot związany z aparatem fotograficznym bądź komputerem. Na takie sprawy jestem raczej uodporniona, a odkąd w pokoju, który po cichu uważam za swój (z racji tego, że tu stoi moje ukochane, wypatrzone biurko oraz że spędzam tu dużo czasu na czytaniu i pisaniu), stanęły dwa potężne statywy do specjalnych, odbijających światło parasolek i lamp błyskowych, moja tolerancja dla hobby pana D. sięga o wiele dalej niż kiedyś. Inną możliwą odpowiedzią, którą dopuszczałam, było słowo "odkurzacz", bo z zakupem nowego, który skuteczniej niż obecnie używany radziłby sobie z kocią sierścią, nosimy się już dłuższy czas. A w tym przypadku wiadomo, że milej jest, gdy ktoś przyniesie nam taki odkurzacz pod drzwi i wyręczy z konieczności biegania z nim po mieście.

Tym razem jednak małżonkowi udało się mnie zaskoczyć. - Kupiłem szczoteczki do zębów! - oświadczył, jakby to była rzecz najnaturalniejsza na świecie, że szczoteczki kupuje się przez Internet. Po chwili okazało się, że chodzi o szczoteczki elektryczne (o zakupie których faktycznie myśleliśmy, poprzedni zestaw odmówił działania już kilka lat temu, a komfort po umyciu zębów zwykłą szczoteczką oceniam jako znacznie gorszy). Ze śledztwa przeprowadzonego przez Dawida wynikało, że ich zakup będzie bardziej opłacalny w sklepie internetowym niż zwykłym.  Oczywiście, postawionej w takiej sytuacji, wypadało mi tylko czylić czoła przed mężowską roztropnością.

Wczoraj wczesnym wieczorem położyłam się, by odespać nieco poprzednią, mocno zarwaną noc. Obudził mnie po chwili chrzęst klucza w zamku. Małżonek wrócił z pracy. W dodatku nie sam. Przysłali szczoteczki...

Nowy zakup został natychmiast przyniesiony do mnie (leżałam w łóżku w sypialni) i rozpakowany. Byłam totalnie zaspana i cała sytuacja wydawała mi się mocno absurdalna. Zwłaszcza opowieść o tym, że szczoteczki mają kilka trybów mycia, że świeci się w nich światełko, jeśli przyciska się je zbyt mocno i że co pół minuty robią "coś", co oznacza sygnał, że należy zacząć myć inną część szczęki. Wszystko to sprawiło, że do wieczornego umycia zębów zwyczajnie bałam się zabrać. W końcu umyłam zęby szybko, na zasadzie "miejmy to już z głowy".

Rano zostałam z nowymi szczoteczkami sam na sam. Zauważyłam to przemykając z sypialni do kuchni. Z mijanej po drodze łazienki coś zamrugało do mnie zielono. Na szczęście, zanim dostałam zawału, okazało się, że to szczoteczka, której w trybie ładowania migocze światełko. Wspaniale, prawda?

Chcąc nie chcąc, w końcu musiałam sama użyć tego potwora. Ostrożnie sunęłam włosiem po zębach, wypatrując sygnału świadczącego o tym, że mam zacząć szorować gdzieś indziej. Chyba go przegapiłam. Próbowałam też dociskać szczoteczkę do zębów, by zobaczyć, jak działa ostrzegawcze czerwone światełko, ale doszłam do wniosku, że prędzej wybiję sobie uzębienie niż osiągnę zamierzony cel. Lekko zrezygnowana zapytałam przez telefon męża, gdzie mogę znaleźć swoją starą, zwykłą szczoteczkę.
- Schowałem! - padła triumfalna odpowiedź.

Dziś przyszedł odkurzacz. Póki co unikam dotykania pudełka.