Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2015

Najgorsze są sprawy, których nie dokończyliśmy

Najgorsze są niedokończone sprawy. Drażnią i długo nie dają o sobie zapomnieć. Czasem możemy jeszcze do nich wrócić i skończyć to, co zaczęliśmy. Często nie mamy wielkiego wyboru i zostajemy w takiej sytuacji po przecinku na długo. Pół biedy, jeśli chodzi o niedokończoną serwetkę z półsłupków. Najbardziej dręczą sprawy personalne, z damsko-męskimi na czele, które utknęły na etapie zawieszenia i niepewności.
Oczywiście po latach wszystko wygląda inaczej. Czasem nawet zabawnie.

Miałam piętnaście lat i poznałam fajnego chłopaka. Nie był w żadnym sensie wyjątkowy - poznałam go na osiedlu, dobrze się nam gadało o niczym. Stałam się jego idolką dwie sekundy po tym, jak stanęłam w obronie chłopaków grających w piłkę na osiedlowym trawniku. Trawnik był otoczony żywopłotem, poza trawą nic na nim nie rosło, ale jedna starsza pani lubiła tam wyprowadzać swojego psa. Z jakiegoś powodu uznała, że krzyk i wymachiwanie laską są lepszą metodą pertraktacji z młodzieżą niż rozmowa. Może i miała swoje racje, ale pech chciał, że jednym z chłopaków na trawniku był mój młodszy o sześć lat brat, ja zaś widziałam całą sytuację przez okno i jako starsza siostra poczułam się w obowiązku stanięcia w obronie młodszego rodzeństwa. Nie pamiętam już, co powiedziałam starszej pani, raczej nie byłam niemiła. Dość, że zyskałam podziw w oczach najstarszego z grupy obecnych chłopaków. Był ode mnie młodszy tylko o rok i tak na dobrą sprawę nie miał żadnych szans. Już podczas naszej drugiej rozmowy dowiedziałam się, że nie uczy się jakoś rewelacyjnie, a ja leciałam tylko na kujonów. No, ale starał się, dzwonił domofonem i w ogóle. Tyle że ja wstydziłam się rodziców i niechętnie schodziłam na dół. Pewnego razu po jakichś 30 minutach czekania („zaraz zejdę”) chłopak zrezygnował, poszedł do domu, a następnego dnia wyjechał na wakacje do dziadków. Więcej go nie zobaczyłam.

Tymczasem, miałam szesnaście lat. Siedziałam przed ekranem komputera i rozkochiwałam w sobie chłopaków grających w Diablo gdzieś tam w innych częściach Polski. Brzmi głupio, ale miało to swój cel. Wiem, że to idiotyczne i hermetyczne, ale spróbuję wytłumaczyć: chodziło o to, że klan Diablo, do którego należałam, miał wojnę z innym klanem i szef naszego klanu kazał mi osłabiać morale członków wrogiej organizacji. Możecie się pukać w czoło, ale to były fajne czasy. Ale trochę mi przeszkadza, że gdzieś tam na świecie żyje sobie kilku dorosłych facetów, mogących pamiętać mnie jako wariatkę z netu silącą się na kiepski podryw. Oczywiście jest jeszcze gorsza możliwość: oni mogą mnie w ogóle nie pamiętać.

Miałam dwadzieścia lat. O jakiejś nieprzyzwoitej godzinie (mogła to być szósta rano) wstąpiłam do kafejki internetowej. Chyba chciałam tam coś wydrukować i przy okazji zerknąć do sieci (nie miałam wtedy w domu Internetu). W pewnym momencie przy sąsiednim komputerze usiadł jakiś młody facet, wysoki blondyn wyposażony w walizkę podróżną. Zaczął na mnie zerkać, a w pewnym momencie podjechał na swoim krześle i zapytał, czy oglądałam „Katedrę”. Zaprzeczyłam. Sięgnął po płytkę, odpalił ją na moim komputerze i własnoręcznie założył mi na uszy słuchawki. Sytuacja była na swój sposób niesamowita i bardzo romantyczna, ale kiedy gość zapytał, czy może na mnie poczekać na zewnątrz (w pewnym momencie zaczął się zbierać), zaprzeczyłam. Patrzył na mnie przez chwilę i poszedł swoją drogą.

Nadal miałam dwadzieścia lat. Siedziałam w kafejce, był środek nocy (ciągle nie miałam w domu Internetu). Gadałam na ircu z jakimś przemiłym młodym człowiekiem, który, jak się okazało, też spędzał noc w kafejce - oczywiście w innej niż ja. Zaproponował, że moglibyśmy iść na spacer i pogadać na żywo, ale trochę średnio mi się uśmiechało chodzić z obcym facetem po Plantach w środku nocy. Wtedy zapytał, czy może na moment zajrzeć do mojej kafejki. Zgodziłam się, bo w sumie wokół mnie było pełno ludzi i wyglądało na to, że nie ma się czego bać. Faktycznie - facet wydawał się ok i umówiliśmy się na piwo w weekend. Tyle tylko, że jak przyszło co do czego, to spotkanie musiałam zamknąć w godzinie (i jednym piwie), bo umówiłam się potem z koleżanką. Znajomość z młodym internautą (i reżyserem! Skończył reżyserię!) zakończyła się po jednym spotkaniu. Drogi Czytelniku, jeśli jakimś cudem jesteś tamtym facetem, to chcę Cię tu i teraz przeprosić. Wiem, że jak się człowiek z kimś umawia, to nie powinien spędzać całego czasu SMS-ując z kumpelą, a potem nagle po godzinie zrywać się i lecieć na spotkanie z nią. Głupio wyszło.

Ale najlepsze było w pociągu. Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat. Zdaje się, że jechałam z Lublina do Warszawy, gdzie miałam się zobaczyć z mężem (jadącym do Warszawy z Krakowa) i grupą znajomych. W przedziale jechał starszy pan, taki z gatunku dystyngowanych. Bardzo chciał ze mną rozmawiać. Trochę przeszkadzał mi w czytaniu, ale w końcu wciągnęłam się w rozmowę, zwłaszcza że przypominała ona trochę powieść wymyślaną na bieżąco. Otóż dystyngowany pan (starszy, ale nie AŻ TAK stary) bardzo się interesował moją osobą: chciał wiedzieć czym zajmuję się na co dzień, czy mam rodzinę i inne takie. Bardzo szybko przestało to przypominać zwykłą chęć nawiązania rozmowy dla zabicia czasu w podróży. Cierpliwie odpowiadałam na kolejne pytania, udając nonszalancję. Tak, jakby nie przeszkadzało mi zdradzanie obcej osobie detali własnego życia. Oczywiście kłamałam jak z nut, modląc się, żeby się nie poplątać w zeznaniach. Kiedy wjeżdżaliśmy do Warszawy, pan postanowił przejść do konkretów i rzucił:
- Może podała by mi pani swój telefon? Mógłbym się z panią skontaktować i zostać pani przewodnikiem po stolicy.
Oczywiście, że podałam mu numer swojego telefonu. Oraz imię i nazwisko. Wszystko zmyślone. Po czym pożegnałam się i przypilnowałam, żeby na Centralnej wysiąść znacznie wcześniej niż on.
I to jest dopiero sytuacja bez zakończenia - bo przecież ja do dziś nie wiem, czy on zadzwonił. I czy naprawdę był natrętnym starym dziadem, czy po prostu eleganckim staruszkiem bez obciachu.

No to tyle. O ludziach spotkanych w pociągach będę jeszcze pisać, ale to już innym razem.

czwartek, 6 grudnia 2012

Miłosne rozczarowanie z lat dziewięćdziesiątych

Kilka dni temu, przy okazji wspominania mojej internetowej przeszłości, przypomniała mi się pewna mrożąca krew w żyłach historia, która znaczna część rozegrała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Internecie. W ramach dbania o aktualizowanie bloga postanowiłam ją tu przedstawić.

Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze Facebooka, a coś takiego jak "stałe łącze" było nieosiągalnym szczytem marzeń większości użytkowników Internetu, przeciętny dzień Agaty polegał na czekaniu na godzinę 22, kiedy połączenie z siecią było tańsze. Późnym wieczorem Agata zwykła siadać przed komputerem brata i wsiąkać w świat Diablo. 

Tak naprawdę chodziło nie tylko o grę. Diablo oznaczało możliwość poznawania innych użytkowników Internetu. Głównie płci męskiej. W tym czasie chodziłam do liceum i w mojej klasie były same baby. Diablo oznaczało okno na inny świat. Proszę się nie śmiać - dzięki takiej metodzie poznawania kolegów mogłam od razu odrzucać tych, którzy robili błędy ortograficzne. W realu to już nie jest takie proste - trzeba robić dyktando.

Jednym z chłopaków, których poznałam grając, był osobnik o nicku na literę M. W moim życiu gościł bardzo krótko, za to nasza znajomość miała niezwykle bolesne konwekwencje. Dosłownie i w przenośni.

M. pojawił się na kanale pewnego sierpniowego wieczoru. Nasza rozmowa była fascynująca. Dowiedziałam się, że mój nowy znajomy słucha Nirvany, jest ode mnie o kilka lat starszy i ma długie włosy. Wyrażał gotowość odwiedzenia mnie, jeśli tylko pozwolą mu na to rodzice. To ostatnie trochę mnie dziwiło - nie rozumiałam, dlaczego chłopak w tym wieku miałby problem z przekonaniem rodziców, by puścili go na małą wycieczkę. Ponieważ jednak bardzo pięknie opowiadał o Kurcie Cobainie, a ja byłam na etapie buntu wobec świata i słuchałam czasami Nirvany, postanowiłam nie wnikać w jego relacje z rodzicami. 

Oczyma wyobraźni widziałam, jak odwiedza mnie w moim rodzinnym mieście i idziemy na spacer, oboje z rozwianymi, długimi włosami. Gdy tylko zaproponował wymianę maili, natychmiast podniosłam się z krzesła. Jakimś cudem nie przyszło mi do głowy, żeby zapisać jego adres korzystając z komputera. Zamiast tego pobiegłam do pokoju po kartkę i coś do pisania.

Po chwili wyłam z bólu. Wstając z krzesła nie pomyślałam o tym, by rozruszać jakoś ścierpniętą stopę. Efektem było stanięcie na niej do góry nogami i dość mocne skręcenie. Cel jednak osiągnęłam - adres fana Nirvany został zapisany. Niestety, w międzyczasie gość zniknął z kanału.

M. nie pojawił się już na kanale. Stęskniona, napisałam maila, w którym opisałam swój wypadek. Mój nowy znajomy (i potencjalny narzeczony) odpisał, że nie daruje sobie, iż przez niego zrobiłam sobie krzywdę i zaproponował, że w zamian on popełni samobójstwo - na co oczywiście się nie zgodziłam.

Do odwiedzin nigdy nie doszło, a nasz kontakt wkrótce potem się urwał. Jakiś czas później, korzystając z ICQ (to był taki fajny komunikator, od którego wszystkie inne do tej pory są gorsze), przypomniałam sobie o tamtej krótkiej znajomości i postanowiłam sprawdzić, czy uda mi się znaleźć M. wśród jego użytkowników.

Tak, udało się. Wszystko się zgadzało: nick i adres mailowy. Nigdy jednak nie dodałam M. do kontaktów. Wiecie dlaczego? Bo z jego danych udostępnionych na ICQ wynikało, że ma trzynaście lat.

A noga bolała mnie przez kilka tygodni.

piątek, 14 września 2012

Niebo w gębie, czyli notka o mojej nowej szczoteczce II

Nowa szczoteczka do zębów pojawiła się w moim życiu niespodziewanie.

Elektryczna szczoteczka, której używałam w Szwajcarii, płynie sobie przez bezkres Oceanu Atlantyckiego wraz ze stertą książek, ubrań i naczyń kuchennych. Co prawda nie da się jej używać w Stanach, ale postanowiliśmy ją zabrać ze sobą do Polski i tam zostawić.

Tymczasem tutaj używaliśmy zwykłych szczoteczek, nabytych od razu podczas pierwszej wizyty w sklepie tuż po przyjechaniu z lotniska. Oczywiście popełniłabym duży błąd, gdybym założyła, że tak już zostanie. Mój otwarty na technologię mąż czuwał.

Kilka dni temu Dawid napisał do mnie z pracy, że Amazon wysłał mu reklamę oferującą zniżkę na produkty związane z myciem zębów. Wiedząc, co to oznacza, westchnęłam w duchu. No cóż, najwyraźniej miał nas czekać kolejny zakup. Ponieważ jednak sama wolę elektryczne szczoteczki od zwykłych, postanowiłam nie oponować. Kilka godzin później siedzieliśmy na kanapie z kieliszkami czerwonego wina w dłoniach. Światła były przygaszone, na stole paliła się świeczka roztaczająca wokół zapach cynamonu.
- Wiesz - szepnął Dawid - zamówiłem dziś szczoteczki do zębów.
- Domyśliłam się - przyznałam.
Zapadła chwila milczenia. Po chwili mąż podjął wątek:
- Ale wiesz, one będą nieco  inne od tych, których używaliśmy do tej pory.
- To znaczy?
- No, będą elektryczne, ale i tak trzeba będzie szorować zęby. Szczoteczką będzie miała takie drgania, ale nie będzie się obracała. No i będzie mieć taki normalny kształt, nie okrągły.
- To chyba dobrze - rzekłam powoli, przypomianając sobie jedną z ostatnich rozmów z higienistką, do której chodziłam raz na pół roku czyścić zęby. Higienistka z jakiegoś powodu zdecydowanie polecała elektryczne szczoteczki o "normalnym" kształcie.
- A wiesz, opinie są podzielone - Dawid uśmiechnął się łobuzersko. - Czytałem rewiewy na Amazonie i niektórzy są oburzeni, że mimo tego, iż szczoteczka jest elektryczna, muszą sami szorować sobie zęby. Inni znów są zachwyceni. Są też tacy, którzy narzekają, że taka szczoteczka trochę podrażnia dziąsła, ale z kolei inni piszą, że to właśnie dobrze...
- No cóż- westchnęłam. - Zobaczymy.

Od 2 dni mamy nowe szczoteczki. Wczoraj odważyłam się użyć swojej po raz pierwszy. Wrażenia? Tak jakby mi prąd przechodził przez dłoń. Plus dźwięk jak w tym narzędziu dentystycznym do rozbijania kamienia nazębnego przy pomocy ultradźwięków. Szczoteczka po włączeniu się nie obraca, za to wprawiana jest w ledwo zauważalne drgania. I kłuje.

Reakcja Dawida jest zdecydowana. Po pierwszym umyciu zębów przy pomocy nowego nabytku podszedł do mnie i powiedział:
- Niebo w gębie. Powinnaś tak nazwać swoją nową notkę na blogu.

wtorek, 11 września 2012

Nowa waga i zapowiedź nowej szczoteczki


Przeprowadzka do nowego miejsca zawsze oznacza konieczność zakupu pewnych sprzętów. Jeśli w grę wchodzi przeprowadzka z Europy do Stanów, dotyczy to w dużej mierze urządzeń na prąd - z uwagi na inne napięcie. Tuż przed wyjazdem trwaliśmy w gorączce sprzedawania różnych rzeczy, bądź organizowania przewiezienia tego i owego do Polski (dzięki, Kasia).


To, co postanowiliśmy ze sobą zabrać, dotrze do nas najwcześniej za kilka tygodni. Książki, meble i różne inne sprzęty płyną sobie właśnie przez bezkres Oceanu Atlantyckiego. A ja staram się śledzić na bieżąco informacje pod kątem wieści o sztormach i zatopionych statkach. Pal licho meble, ale tam są moje książki!

Tymczasem na miejscu powoli kompletujemy sprzęty potrzebne nam do życia już teraz.

Wczoraj do naszego domu dotarła waga.

Wytrzymałam bez wagi ponad tydzień i oczywiście przez cały czas sobie wyobrażałam, że tyję od tutejszego żarcia. Za każdym razem gdy się nad tym dokładniej zastanawiałam dochodziłam do słusznego wniosku, że to tylko moja obsesja. Ale jak stwiedzić to na pewno bez wagi?

Jako że w Stanach funkcjonują funty, Dawid szukał sprzętu, który będzie nam pokazywał kilogramy. Przy okazji udowodnił po raz enty w życiu, że faceci są dziwni - podobno rozważał zakup modelu z wifi. Nie wiem, czy taka waga wysyłałaby statusy na FB, informujące o tym, ile aktualnie ważymy, doszłam jednak do wniosku, że nie będę wystawiać cierpliwości moich znajomych na aż taką próbę. Wystarczy już, że regularnie informuję ich za pośrednictwem Goodreads, co aktualnie czytam, a nawet na ktorej jestem stronie. 

Zamiast wifi nasza waga ma funkcję pokazywania, ile ważą moje kości, jaką mam procentową zawartość tłuszczu i wody, i tego typu rzeczy. Ponieważ kompletnie się na tym nie znam (kojarzy mi się tylko, że kobiety mają większą zawartość tłuszczu niż mężczyźni), z tego wszystkiego zapamiętałam tylko wagę swoich kości. Na szczęście do sprzętu została dołączona instrukcja zawierająca tabelki norm, więc z pomocą instrukcji jestem w stanie sprawdzić, czy nie jestem jakaś nietypowa. 

A tak z trochę innej beczki (ale też zakupowej): pamiętacie moją notkę o szczoteczce? Wygląda na to, że wkrótce będę mogła napisać jej drugą część. Jako że nasze europejskie elektryczne szczoteczki zaliczają się do przedmiotów, które tu nie działają, musieliśmy zamówić nowe. Oczywiście mój mąż nie bylby sobą, gdyby nie pozwolił sobie na nutkę eksperymentatorstwa. Wczoraj przy wieczornym winie, w romantycznej scenerii z zapachową, cynamonową świeczką w tle poinformował mnie, że nasze nowe szczoteczki będą zupełnie inne i że - sądząc z ich recenzji na Amazonie - budzą one kontrowersje użytkowników.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Komu muesli, komu? Z serii: faceci są dziwni

- Płatki? Eee... to tak, jakbyśmy mieli jeść suchą karmę - brzmiała ulubiona odpowiedź Dawida na moją kolejną sugestię, że może kupilibyśmy sobie jakieś płatki śniadaniowe albo muesli. Sami powiedzcie czy to nie sympatyczna wizja: piękny poranek, słońce zagląda przez okno, a my sobie siedzimy przy kuchennym stole nad miskami zalanego mlekiem posiłku. Brakuje jeszcze tylko kubków kakao, zapachu wody toaletowej i profesjonalnego wyglądu ludzi sukcesu, dla których to śniadanie byłoby etapem poprzedzającym wyjście do pracy.

Jeśli mam być szczera, taka wizja była nierealna z kilku powodów. Po pierwsze, nigdy nie mieliśmy stołu w kuchni. Chyba że uznamy za stół rozkładaną powierzchnię płaską, przymocowaną na stałe do ściany wnęki kuchennej w mieszkaniu w Nowej Hucie. Wówczas okaże się, że niemożliwe jest spełnienie kolejnego z punktów: słońce nie miało prawa wpadać do omawianego pomieszczenia, bo najbliższe okno znajdowało się w pokoju. Tam też nie było stołu. 

Poza tym tak naprawdę rzadko jadaliśmy śniadania. Zwłaszcza ja. Wybranie się do pracy zawsze przypominało w moim przypadku wyścig z czasem, niezależnie od tego czy chodziło o to by zasiąść za biurkiem o 8.30 czy popilnować grupki dzieci w teatrze o 13.30. Ten najważniejszy posiłek dnia nauczyłam się spożywać każdego dnia dopiero, gdy dowiedziałam się, że mam w sobie lokatora. 

Zakup płatków śniadaniowych albo muesli byłoby jednak dobrym początkiem. Kto wie, może po jakimś czasie pojawiłby się i ten kuchenny stół. Tymczasem od biedy mogłabym się zajadać tymi płatkami sama. Zawsze to mniej roboty niż przy kanapkach: odpada krojenie chleba, smarowanie go masłem, układanie na nim kawałków wędliny, sera czy też pokrywanie warstwą jaskrawego dżemu.
- I właśnie o to chodzi! - triumfował Dawid, którego status we wspólnym gospodarstwie domowym zdążył na którymś etapie ewoluować z chłopaka w kierunku męża. Niestety, w kwestii płatków pozostawał niewzruszony. - To takie pójście na łatwiznę: nasypać, zalać i jest... Sucha karma!

Na próżno przywoływałam liczne przykłady innych, prostych posiłków. Wiele z nich nie wytrzymywało prób argumentacji. Np. taki kisiel z torebki jadłam tylko ja. Budyń jedliśmy oboje, ale to gust Dawida rozbudował pochłanianą przeze mnie zazwyczaj wersję podstawową o elementy takie jak rodzynki. Poza tym przyrządzenie budyniu wymagało jednak ugotowania mleka.

W Szwajcarii kontynuowałam moje podchody. - Może kupimy muesli? - zaproponowałam kiedyś w sklepie, wskazując na półkę. Trafiliśmy na promocję - przy kupieniu jednego opakowania drugie dostawało się gratis. - Przecież nie musisz tego ze mną jeść - przekonywałam, pełna nadziei, że na widok tego, z jakim smakiem pochłaniam codziennie swoje śniadanie, Dawid dołączy do spożywania narodowego posiłku Szwajcarów. Koniec końców wróciliśmy wtedy ze sklepu z dwoma kartonowymi pudłami, które zostały ustawione na jednym z kuchennych blatów.

Pech chciał, że o nich zapomniałam. Naprawdę, starałam się. Kilka razy przyrządziłam sobie pyszne muesli. A potem jakoś przestałam.

Kolejne muesli kupiłam dopiero po jakichś dwóch latach. A raczej kupił je na moją prośbę Dawid - o dziwo, zupełnie bez protestów. Po prostu wyszedł kiedyś na zakupy i wrócił z dwoma różnymi kartonowymi pudełkami. Ponieważ oboje byliśmy głodni, zdecydował, że jeśli raz zje ze mną mleczną mamałygę, nic takiego się nie stanie.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy usłyszałam jego okrzyk:
- Ojej, to jest całkiem dobre!

-----
Nigdy w życiu nie miałam w domu tylu rodzajów płatków i muesli. Chyba nawet nie wiedziałam, że tyle istnieje.
- Kupiłem taki zestaw z różnymi rodzajami - tłumaczył mi dumny Dawid, odstawiając na półkę może ósme pudełeczko. - A wiesz, oni jeszcze mają muesli takie jak to, ale bez cukru i jeszcze takie... i takie... I wiesz, kupiłem jogurt do muesli...

-----
Jeśli jeszcze kiedyś jakiś mądrala płci męskiej powie mi, że to kobiety są dziwne i skomplikowane, podam mu link do powyższego tekstu.

czwartek, 25 listopada 2010

Notka o mojej nowej szczoteczce

- O, co kupujemy? - zapytałam, kiedy kilka dni temu zobaczyłam na ekranie małżonka słowo "Bestellung". Spodziewałam się standardowej odpowiedzi, z której dowiedziałabym się, że przedmiotem zakupu jest jakiś bardzo ważny kabelek, karta pamięci, lub inny przedmiot związany z aparatem fotograficznym bądź komputerem. Na takie sprawy jestem raczej uodporniona, a odkąd w pokoju, który po cichu uważam za swój (z racji tego, że tu stoi moje ukochane, wypatrzone biurko oraz że spędzam tu dużo czasu na czytaniu i pisaniu), stanęły dwa potężne statywy do specjalnych, odbijających światło parasolek i lamp błyskowych, moja tolerancja dla hobby pana D. sięga o wiele dalej niż kiedyś. Inną możliwą odpowiedzią, którą dopuszczałam, było słowo "odkurzacz", bo z zakupem nowego, który skuteczniej niż obecnie używany radziłby sobie z kocią sierścią, nosimy się już dłuższy czas. A w tym przypadku wiadomo, że milej jest, gdy ktoś przyniesie nam taki odkurzacz pod drzwi i wyręczy z konieczności biegania z nim po mieście.

Tym razem jednak małżonkowi udało się mnie zaskoczyć. - Kupiłem szczoteczki do zębów! - oświadczył, jakby to była rzecz najnaturalniejsza na świecie, że szczoteczki kupuje się przez Internet. Po chwili okazało się, że chodzi o szczoteczki elektryczne (o zakupie których faktycznie myśleliśmy, poprzedni zestaw odmówił działania już kilka lat temu, a komfort po umyciu zębów zwykłą szczoteczką oceniam jako znacznie gorszy). Ze śledztwa przeprowadzonego przez Dawida wynikało, że ich zakup będzie bardziej opłacalny w sklepie internetowym niż zwykłym.  Oczywiście, postawionej w takiej sytuacji, wypadało mi tylko czylić czoła przed mężowską roztropnością.

Wczoraj wczesnym wieczorem położyłam się, by odespać nieco poprzednią, mocno zarwaną noc. Obudził mnie po chwili chrzęst klucza w zamku. Małżonek wrócił z pracy. W dodatku nie sam. Przysłali szczoteczki...

Nowy zakup został natychmiast przyniesiony do mnie (leżałam w łóżku w sypialni) i rozpakowany. Byłam totalnie zaspana i cała sytuacja wydawała mi się mocno absurdalna. Zwłaszcza opowieść o tym, że szczoteczki mają kilka trybów mycia, że świeci się w nich światełko, jeśli przyciska się je zbyt mocno i że co pół minuty robią "coś", co oznacza sygnał, że należy zacząć myć inną część szczęki. Wszystko to sprawiło, że do wieczornego umycia zębów zwyczajnie bałam się zabrać. W końcu umyłam zęby szybko, na zasadzie "miejmy to już z głowy".

Rano zostałam z nowymi szczoteczkami sam na sam. Zauważyłam to przemykając z sypialni do kuchni. Z mijanej po drodze łazienki coś zamrugało do mnie zielono. Na szczęście, zanim dostałam zawału, okazało się, że to szczoteczka, której w trybie ładowania migocze światełko. Wspaniale, prawda?

Chcąc nie chcąc, w końcu musiałam sama użyć tego potwora. Ostrożnie sunęłam włosiem po zębach, wypatrując sygnału świadczącego o tym, że mam zacząć szorować gdzieś indziej. Chyba go przegapiłam. Próbowałam też dociskać szczoteczkę do zębów, by zobaczyć, jak działa ostrzegawcze czerwone światełko, ale doszłam do wniosku, że prędzej wybiję sobie uzębienie niż osiągnę zamierzony cel. Lekko zrezygnowana zapytałam przez telefon męża, gdzie mogę znaleźć swoją starą, zwykłą szczoteczkę.
- Schowałem! - padła triumfalna odpowiedź.

Dziś przyszedł odkurzacz. Póki co unikam dotykania pudełka.

środa, 10 marca 2010

Nieco o płciowych perturbacjach w Dniu Mężczyzny

Dowiedziałam się z Internetu, że dziś ochodzimy Dzień Mężczyzn. Dwa dni temu był natomiast Dzień Kobiet, który nawet udało mi się w pewien sposób uczcić małą, częściowo babską imprezką z dobrym jedzeniem i drinkami w tle. Dzień Mężczyzn spędzam w pracy, zatem ze świętowaniem będzie ciężko. Zresztą, podobno jestem kobietą.

Podobno, bo nie zawsze było to dla mnie takie oczywiste. Jako mała dziewczynka przeżywałam katusze przy okazji zabaw z innymi małymi dziewczynkami. Z niewiadomych przyczyn moje rówieśniczki chciały się w kółko bawić w dom: zabawę, która była dla mnie po pierwsze nudna, a po drugie - kompletnie niezrozumiała. Z jakiegoś bowiem powodu jej nieodłącznym elementem była scena, w której pijany tatuś wraca z pracy do żony i dzieci. W tym momencie musiała nastąpić awantura pomiędzy odgrywanymi rodzicami. Próbowałam, starałam się. Wspinałam się na wyżyny moich zdolności (?) aktorskich, ale tematu i tak nie czułam. Nigdy nie widziałam swojego ojca wracającego do domu w stanie nietrzeźwym, co bardzo wpłynęło na moją (nie)możność wczucia się w klimat. Dużo lepiej szły mi zabawy z chłopcami - to zapewne efekt doboru lektur w dzieciństwie. Do dziś pamiętam mój niebieski, plastikowy pistolet, który służył mi do udawania Lucky Luke'a. Z łukiem, który zrobił mi dziadek, miałam taki problem, że nie miałam za bardzo do kogo z niego strzelać. Raz strzeliłam do dziadka, ale to nie był dobry pomysł.

Nie wiem, czy to wszystko sprawiło, że nie do końca akceptowałam swoją żeńskość, faktem jest jednak, że miałam z tym pewien problem. Zdarzyło mi się nawet przedstawić się poznanym w parku dzieciom jako "Agatek Marczewski", w co biedne dzieci nawet uwierzyły. Szybko się zresztą zorientowałam, że chłopcy mają w życiu jakby lepiej: Dominik, który był w tej samej grupie w przedszkolu co ja, mógł np. wdrapywać się na framugę drzwi i nikogo to nie dziwiło. Chłopców obowiązywały też nieco inne standardy w zakresie czystości - tarzali się w piaskownicach, łazili po drzewach etc. Ja w zasadzie też (mam tolerancyjnych rodziców), co skazywało mnie na męskie towarzystwo.
 
Kiedy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych odkryłam Internet, nikogo nie musiałam już przekonywać, że nazywam się "Agatek" i jestem chłopcem. Przyjęto to początkowo za pewnik. No bo jak: dziewczyna spędzająca tyle godzin przed komputerem, w dodatku grająca w Diablo? Zanim znalazła się grupa osób, gotowa uwierzyć, że jestem kobietą, kilka razy dowiedziałam się, że na pewno jestem gejem, podstarzałym panem z brzuszkiem albo po prostu świrem. Prawda w końcu zwyciężyła, ale i tu, podobnie jak w życiu realnym, znalazłam się w męskim towarzystwie, w dodatku dość specyficznym. W Diablo grało mało kobiet, podobnie było z towarzystwem siedzącym na ircu. Doskonale wyrównywało mi to sytuację w świecie rzeczywistym: zarówno w liceum jak i na studiach żyłam w "babińcu". Wszystko to zaowocowało chyba płciową "schizofrenią", bo jakiś przypadkowo robiony quiz wykazał, że jestem facetem.

Dziś jestem w zasadzie w zgodzie ze swoją płcią. Lubię chodzić w sukienkach, lubię ciuchy i kosmetyki (te dwie ostatnie kwestie akurat nie definiują do końca kobiety. Z zadowoleniem stwierdzam, że są one istotne również dla rzeszy panów). Rozróżniam całkiem szeroką gamę kolorów. W samochodach zwracam uwagę głównie na kolor i sylwetkę pojazdu. Niestety, nadal mam problem z siniakami i zadrapaniami, ale wynika to obecnie raczej z mojej niezdarności, a nie z łażenia po płotach. 

A co do mężczyzn mających dziś święto, to bardzo ich lubię. Jak mawiała moja koleżanka: faceci są super, tylko pewna grupa skurczybyków psuje im opinię. Zatem: Wszystkiego Najlepszego, Drodzy Panowie. Fajnie, że jesteście.