Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MPK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MPK. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2011

Miejsce dla czytelnika

Siedzę sobie daleko, na obczyźnie, tęskniąc za Krakowem czy Warszawą i próbuję tę swoją tęsknotę zwalczać wspomnieniami na temat komunikacji miejskiej w dużych miastach w Polsce. Te najbardziej mrożące krew w żyłach dotyczą Krakowa. Po kilku latach spędzonych w autobusach i tramwajach sunących po ulicach stolicy Małopolski, warszawska komunikacja wydała mi się całkiem przyjazna. 

Oczywiście pespektywa zmienia się, gdy porównamy transport publiczny w Warszawie z tym, z którego korzystam na co dzień w Zurychu. Wygodne wnętrza, wolne miejsca (gorzej bywa w godzinach szczytu), stosunkowo niskie stężenie autobusowych dziwadeł, brak elementu poczucia, że rzuca tobą po całym pojeździe... No i przede wszystkim - jest jak czytać. 

Jest jak czytać tak bardzo, że kiedyś, w deszczowy dzień, zdarzyło mi się spędzić pewien czas na podróżowaniu tramwajem z książką w ręku. Bez celu - chodziło o to, by poczytać w spokoju.

W krakowskich tramwajach też da się czytać. Do trzech kolejnych miejsc zatrudnienia jeździłam linią numer 4 - jedną z popularniejszych w Krakowie, przemierzającą miasto od Nowej Huty po odległe z mojej perspektywy Bronowice. Czwórka jeździła jak na tamtejsze warunki bardzo często (zdaje się, że w godzinach szczytu częściej niż co dziesięć minut) i rzadko kiedy oferowała warunki zbliżone do komfortowych. Zwykle panował w niej ścisk i harmider, tworzony przez rozmawiających ze sobą pasażerów, zabijających czas podróży fanów telefonów komórkowych i posapujących staruszków. Czasem było tak, że pasażer stojący nie musiał się niczego trzymać - otaczający ciasno tłum zapewniał stabilność.

Jasne, że w czwórce dało się czytać. Wszędzie się da. Zdaje się, że Honej opowiadał kiedyś o metodzie na czytanie pod prysznicem. Ale, jak możecie się domyślać, we własnym fotelu jest wygodniej. Oraz występuje znacznie mniejsze ryzyko, że ktoś - prawdopodobnie nieznajomy - nagle zacznie wyrażać swoje niezadowolenie powodu tego jak stoisz, gdzie stoisz i ile stoisz.

Pewnego razu, podróżując po Krakowie, w dodatku siedząc, trafiłam na niezwykle obeznanych w kwestii literatury współpasażerów. Obaj byli płci męskiej, mieli może po pięćdziesiąt lat i bardzo zainteresował ich fakt, że czytam Cortazara. Cóż - miałam wtedy może dziewiętnaście, dwadzieścia lat i Cortazara pochłaniałam kilogramami (ku nieuświadomionej radości wydawnictwa MUZA S.A.). 
- Takie to teraz wszystko młode, bezmyślne - mówil pan numer jeden.
- Zostaw, to nie jej wina, młode toto, wszystko da się temu wcisnąć - zawtórował mu drugi.
- No tak, skąd oni teraz mają wiedzieć o dobrej literaturze?
- Wpierają młodym, że to dobre, to i czytają.
- A próbowała kiedyś poczytać pani Łysiaka? - zwrócił się w końcu do mnie jeden z obgadujących mnie panów.

Coś tam Łysiaka czytałam byłam, ale jako młoda, nieobeznana i mało odporna na manipulacje rynku księgarskiego nie czułam się na siłach, by ciągnąć rozmowę.

Tak mi się jakoś to przypomniało na wieść, że w tramwajach kilku krakowskich linii wprowadzono eksperymentalnie miejsca dla czytających. Co prawda nie wiem za bardzo, jak wygląda sytuacja z przeludnieniem wspomnianych linii, ale oczyma duszy swojej widzę już kolejki ustawiające się do eksperymentalnych miejsc oraz wypraszanie starszych pań, które ważyły się takie miejsce zająć kosztem młodszego czytelnika. Ale na to jest sposób: ja po prostu pojechałabym najpierw na pętlę, zajęła od razu czytelnicze miejsce i nie ruszała się z niego aż do końca. 

czwartek, 13 stycznia 2011

Tak dla cmentarnych autobusów!

Przebieg mojego kilkudniowego pobytu w Krakowie był ustalany spontanicznie, tak samo jak sam fakt wyjazdu. Mniej więcej do środy poprzedzającą spędzoną w podróży sobotę zastanawialiśmy się, czy taka wycieczka jest aby na pewno dobrym pomysłem - serwisy internetowe od kilku tygodni aż huczały od informacji o tym, co dzieje się na kolei. Na szczęście wyjechaliśmy, gdy temperatury w Polsce przekroczyły magiczne zero, a i pora świąteczno-sylwestrowa została zastąpiona dniem bardziej dla PKP powszednim. W tej kwestii obyło się bez najmniejszych zgrzytów: dojechałam do stacji przeznaczenia na czas, po blisko trzech godzinach spędzonych w niemal pustym przedziale.

O ile PKP tym razem mi nie podpadło, o tyle z funkcjonowania krakowskiego MPK jak zwykle byłam niezadowolona. Swoją drogą o tym, że wybór Jacka Majchrowskiego na prezydenta miasta to zły pomysł najbardziej przekonały mnie jego własne słowa, zachwalające krakowską komunikację i zalecające korzystanie z niej zamiast z uroków własnych czterech kółek. O ile tłok i fakt bycia pchanym i ściskanym przez współpasażerów na długości całej trasy przejazdu kiedyś mi nie przeszkadzał (student znosi całkiem sporo rzeczy bez zdawania sobie sprawy z tego, że niektóre z nich zaliczają się do problemów), o tyle z czasem stał się chyba moją największą zmorą podczas pobytów w Krakowie.

Zresztą, problem z tłokiem nie jest jedynym (tego akurat przeciętny pasażer nie uniknie). Dodatkową kwestią są staruszki, których zachowanie w środkach transportu miejskiego już dawno temu wyrobiło we mnie coś, czego normalnie staram się unikać: generalizowanie i wrzucanie wszystkich krakowskich pań po sześćdziesiątce do jednego worka. 

Niestety, oba wymienione problemy (staruszki i tłok) nie zawsze występują razem. Owszem, panie utyskujące na to, że młodzież nie ustępuje miejsca zdarzało mi się słyszeć mnóstwo razy ("na szczęście" naród jest pyskaty, raz nawet byłam świadkiem sytuacji, w której zareagował kierowca, prosząc, by starsza pani, mająca problem z tym, że autobusem jadącym w kierunku Kampusu UJ jedzie wielu młodych - stojących - młodych ludzi, nie obrażała jego pasażerów). W środę rano od jadącej ze mną autobusem nr 105 staruszki dowiedziałam się jednak, że nie mam prawa siedzieć nawet wtedy, gdy w autobusie jest zaledwie kilka osób. No bo jestem młoda i nie stoję.

Cóż, mam ten problem, że od pani starszej będę młodsza zawsze - no, przynajmniej tak długo, jak długo obie żyjemy. Ale wielką prawdę na temat tego, że jestem młoda i dlatego niezależnie od warunków mam stać, zapamiętam na długo, zwłaszcza że została mi podana na tyle głośno, że słyszeli ją absolutnie wszyscy jadący autobusem. No, ale kilka lat temu dowiedziałam się z kolei, że jestem zła, bo jadę z plecakiem.

Coraz bardziej przekonuje mnie moja utopijna idea stworzenia autobusów cmentarnych, które obsługiwałyby ruch pomiędzy większymi krakowskimi osiedlami i okolicznymi nekropoliami. Ich pasażerowie mogliby spędzać mnóstwo czasu w swoim towarzystwie i bez końca opowiadać sobie o bezczelnej młodzieży. Do której, nawiasem mówiąc, zdaniem przedstawicieli starszego pokolenia, zaliczam się od blisko dwudziestu lat.