Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zurych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zurych. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2016

Podróż sentymentalna, czyli powrót do Zurychu

Zurych ma w sobie pewną cechę, dość przyjazną dla tych, którzy kiedyś w nim mieszkali: nie ulega poważnym zmianom. Można do niego wracać po latach i wciąż czuć się swojsko wśród zapełniającego ulice tłumu. Tu i ówdzie dane sklepy zostają zastąpione innymi, ale te sytuacje należą raczej do wyjątków - podczas spaceru Bahnhofstrasse w przeważającej większości będą nas witać te same witryny, które widywaliśmy tu dawniej.

To taki paradoks: mieszkałam w Zurychu przez cztery lata i choć uważam, że to wspaniałe miasto, nigdy tak naprawdę nie czułam się w nim do końca u siebie. Jednocześnie powroty do niego są sentymentalne i proste - nawet po dłuższej przerwie bez większych trudności poruszam się po lotnisku i po ulicach, swobodnie zmieniam autobusy i tramwaje, wiem gdzie wyskoczyć na dobre śniadanie czy obiad. Styl ludzi mijanych na ulicach nie zmienił się jakoś drastycznie. Zatrzymujące się przy przejściach dla pieszych samochody to już nowsze o kilka lat modele - ale z tymi sprzed kilku lat łączy je to, że są nowoczesne i drogie.

Przyleciałam do Szwajcarii tylko na dwa dni. To była wyprawa, którą już od dawna obiecywałam urodzonej tam córce. To niesamowite, jak ważne dla pięcioletniej dziewczynki może być odwiedzenie miejsca, w którym rozpoczęło się jej życie. Wczasy to na pewno nie były - przez większą część naszego pobytu było szaro, a z nieba spływały strugi deszczu. Ale na swój sposób taka pogoda pasowała do tego krótkiego powrotu - deszcz był nieodłącznym elementem Zurychu, który zapamiętałam. I tak samo jak wtedy nie miałam parasolki.

Niezmienność Zurychu zdaje się być zjawiskiem całościowym - ludzie, z którymi się tu kiedyś rozstałam również nie ulegli szczególnym transformacjom. Niektórzy mają więcej dzieci albo zmienili kolor włosów. I na tym zmiany się kończą. Wciąż czuję, że mam tu do kogo przyjeżdżać.

Kolacja w VaPiano smakowała i wyglądała dokładnie tak jak przed laty - makaron i krewetki otoczone zielonkawym, bazyliowym sosem ze szpinakiem i posypane delikatną warstwą parmezanu ("Przychodziłaś tu z mamą, kiedy byłaś malutka, mama jadła właśnie taki makaron, a Ty pogryzałaś chleb"). Może przychodzi tam nieco więcej osób, niż dawniej - musiałyśmy odstać swoje w kolejce. Ale są rzeczy, na które warto poczekać. Zwłaszcza, gdy całość okraszona jest radosnym entuzjazmem pięciolatki.

Najbardziej zmienił się mój dawny dom. Biały blok z niebieskimi balkonami, w którym przez cztery lata gromadziłam doświadczenie życiowe i książki, został przemalowany na nijaki, piaskowy kolor. Trochę szkoda, choć zdaję sobie sprawę, że ukłucie rozczarowania z tak błahego powodu jest lekko kretyńskie.

Za to w dziale spożywczym Globusa wciąż czekał na mnie wymyślny makaron w różowe paski o kształcie małych kapeluszy. Nadal przesadny w swej formie i cenie. Ale i tak go kupiłam. Kolejny kretynizm - planować od lat zakup paczki makaronu, którego jedyną wyróżniającą cechą jest wariacki wygląd. Raz w życiu można, prawda?

Bez żadnej przesady mogę stwierdzić, że ostatni weekend był powrotem do tego samego miasta, które opuściłam kilka lat temu.

niedziela, 12 czerwca 2016

Zuryskie perypetie, czyli odkażanie karaluchów

Do końca stresowałam się tym, że na miejscu nie mamy zaklepanego żadnego noclegu. Wprawdzie sytuacje, w których wyjeżdżaliśmy dokądś nie wiedząc, gdzie będziemy spali, już się zdarzały, ale to było w czasach przeddzieciowych. Wtedy wędrówka po hotelach, pytania o cenę i kalkulowanie, na co właściwie nas stać, nie była jakimś szczytem szaleństwa. Inaczej przedstawia się sytuacja, gdy w grę wchodzi trójka małych dzieci.

D. zapewniał, że jakoś to będzie, a ja starałam się wierzyć tym lakonicznym zapewnieniom. W końcu nie wybieraliśmy się w jakieś nieznane miejsce - w Zurychu mieszkaliśmy przez kilka ładnych lat, urodziła się tam jedna z naszych córek. Tym razem pobyt miał trwać tylko kilka dni - ot, taki przystanek w drodze na wakacje w Polsce. D. miał w tym czasie pracować w tamtejszym biurze, a ja z dziewczynami planowałam długie wędrówki nad jeziorem. Tak na dobrą sprawę w ciągu dnia nie potrzebowaliśmy żadnego lokum. Gdzieś jednak musieliśmy trzymać walizki. No i spać.

Na widok znajomego, białego budynku z niebieskimi balkonami nieco się zdziwiłam. To tutaj zamieszkaliśmy jesienią 2008 roku jako bezdzietna, kompletnie zielona w kwestii emigracji para. Wyprowadzaliśmy się w roku 2012, jako rodzice rocznego dziecka, zostawiając za sobą masę wspomnień i kilka plam z czerwonego wina na dywanie. Nie bardzo rozumiałam, co robimy w tym miejscu latem roku 2016. Przecież to zwykły blok, nie hotel.

- Pamiętasz, mieliśmy jeden dorobiony klucz - zaczął mi tłumaczyć D. - Nie oddałem go przed wyprowadzką. Możemy tu kilka dni posiedzieć... Nikt się nie czepi.
- No ale jak to - powątpiewałam. - Tam nikt nie mieszka, czy jak?
- Mieszka jedna kobieta. Ale ona wynajmuje tylko jeden pokój, dwa pozostałe są wolne... Wytłumaczymy jej co i jak.
- A właściciel?
- Podczas tych czterech lat, kiedy tu mieszkaliśmy, jakoś nas nie odwiedzał. Dlaczego miałby to robić teraz?

Probowałam oponować, mówić o sąsiadach, z których któryś przecież nas zauważy i zawiadomi właściciela mieszkania, a może nawet policję. W końcu to, co robiliśmy, było poniekąd włamaniem. Wizja wylądowania na ulicy z bagażem i trójką dzieci w środku nocy wydawała się zarówno przerażająca, jak i całkiem realna. Ale nie dla mojego męża - ochoczo przystąpił do wnoszenia po schodach naszego zamkniętego w kilku walizkach dobytku.

Kobieta, które zamieszkiwała jeden pokój w dobrze mi znanym mieszkaniu na Zurlindenstrasse w Zurychu miała krótkie, jasne i kręcone włosy. Zgodziła się na nasz tymczasowy pobyt, choć nie była nim zachwycona.
- To się wyda - twierdziła. - Poza tym ja już o was słyszałam. Chodzicie po ludziach, wmawiacie im, że przeprowadzacie się ze Stanów do Irlandii, a tak naprawdę badacie grunt tu, na miejscu...
- To tylko kilka dni - szeptał mi D., widząc moje przerażone spojrzenie. - Jutro rano wyjdź gdzieś z dziećmi, możesz je nawet spróbować zostawić w jakimś przedszkolu.
- Oszalałeś?! Przecież szwajcarskie przedszkola są koszmarnie drogie.
- No są, ale to tylko kilka dni. Poza tym w ten sposób, gdyby właściciel zajrzał tu w ciągu dnia, to zwyczajnie nas nie zastanie.

Następnego dnia rzeczywiście poszłam do pobliskiego przedszkola. Cena za pojedynczy dzień dla trójki moich dzieci znacznie przekraczała to, co musielibyśmy zapłacić za nocleg w hotelu. Czy mój mąż zwariował? Postanowiłam do niego zadzwonić.
- Słuchaj, czy my naprawdę nie możemy wynająć pokoju w hotelu? To o wiele tańsze niż przedszkole i nie musielibyśmy się cykać z tym, że ktoś nas nakryje...
- Ech, ty nic nie rozumiesz - usłyszałam w słuchawce głos męża. - W tym mieszkaniu zostały nasze walizki, a dziś i tak tam nie wrócimy.
- Dlaczego nie?!
- Bo będzie tam przeprowadzane odkażanie karaluchów - wyjaśnił małżonek i mniej więcej wtedy się obudziłam.

_______________
Ciekawostka: sny, w których nielegalnie pojawiam się w różnych zamieszkiwanych przeze mnie w przeszłości miejscach zdarzają mi się regularnie. Dość często na przykład po imprezie w Warszawie ląduję w domu w pobliżu skrzyżowania Woronicza z Wołoską, w którym kiedyś wynajmowałam pokój. Otwieram sobie drzwi kluczem, którego nigdy nie zwróciłam i po cichu pomykam schodami na górę, w nadziei, że nikt mnie po drodze nie spotkam. Również mieszkanie w Zurychu odwiedzam od czasu do czasu. Przy jednej z takich sennych wizyt zorientowałam się, że w 2012 roku zostawiłam tam wszystkie swoje buty.


czwartek, 13 września 2012

O praniu słów kilka

Kiedy w 2008 roku przeprowadzaliśmy się z Krakowa do Zurychu, byłam przygotowana na to, że przyjdzie mi zmierzyć się z tematem prania w piwnicy. Wieść niosła, że takie właśnie jest typowe szwajcarskie rozwiązanie: pralki często stoją w piwnicy, a lokatorów obowiązują specjalne listy, określające, kiedy kto może z nich korzystać. Nie brzmiało to dla mnie jakoś szczególnie źle - w czasie studiów spędziłam pół roku w Niemczech, gdzie mieliśmy trzy pralki na cały pięciopiętrowy akademik. I jakoś dało się przeżyć.

To, że pierzemy w piwnicy, nigdy mi przesadnie nie przeszkadzało. No, może trochę - ponieważ w naszym budynku nie było zapisów na pranie i obowiązywała zasada kto pierwszy, ten lepszy, to zwykle braliśmy się za to dopiero późnym wieczorem, co nieco zaburzało nam przyjemne spędzanie czasu. Schodzenie na dół z toną prania i Emilią pod pachą raczej nie było tym, co chciałam robić na co dzień. Ale i tak mieliśmy szczęście: brak listy sporo ułatwiał. Kolega Dawida, ojciec trzech synów, w związku z tym, że mógł prać tylko we wtorki, przed obiadem rozbierał swoje dzieci, żeby tylko zminimalizować ryzyko zabrudzeń.

Uprane rzeczy wieszaliśmy potem w specjalnie do tego przeznaczonym pomieszczeniu. Oczywiście korzystali z niego również inni lokatorzy budynku. Zawsze się trochę bałam, że piorący Dawid przyniesie mi pewnego dnia ubrania należące do kogoś innego. Albo że ktoś przywłaszczy sobie coś mojego. Choćby niechcący. Zresztą mieliśmy swego czasu mały konflikt na tym tle: otóż w piwnicy przez kilka ładnych tygodni wisiały jeansy z H&M, co do których Dawid upierał się, że są moje. Ja z oburzeniem odrzucałam taką możliwość - spodnie były o dwa rozmiary większe od tych, które zazwyczaj nosiłam. W końcu dla świętego spokoju je wzięlam. I tak nikt inny ich nie zabierał, a poza tym - o zgrozo - okazały się na mnie pasować. 

Przed wyjazdem do Stanów zastanawiałam się, czy tu nie będziemy musieli pójść o krok dalej i korzystać z pralni na mieście. No wiecie - czasami w filmach są sceny z pralni, w których poza czekaniem na odwirowanie można jeszcze coś poczytać i poznać nowych ludzi. Kojarzę nawet, że w jakimś serialu był wątek związku, który zaczął się właśnie w pralni. Na szczęście życie oszczędziło mi tego typu ekscesów. Wygląda na to, że tutaj pralki są w mieszkaniach. To bardzo dobrze, bo biorąc pod uwagę mój zapał do prowadzenia samochodu, mogłoby się okazać, że prędzej zamówię nowe ubrania na Amazonie niż pojadę do pralni.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Agato, czy Ci nie żal...

Szwajcaria próbuje za wszelką cenę mnie u siebie zatrzymać.

A tu już za późno: urzędy zostały powiadomione o naszym wyjeździe, część mienia zdołaliśmy wyprzedać, reszta będzie zabrana ostatniego dnia sierpnia. Bilety na samolot zostały kupione, a na miejscu czeka nowe, tymczasowe lokum. Koty mają za kilka dni ostatnią wizytę u weterynarza, mającą potwierdzić ich dobry stan zdrowia.

Co się zmieniło?

Po pierwsze: w czerwcu EuroLOT otworzył bezpośrednie połączenie pomiedzy Zurychem a Krakowem. Oznacza to, że po czterech latach bawienia się w przesiadki bądź dojazdy pociągiem z Warszawy, moje życie mogłoby się stać odrobinę prostsze. Przynajmniej kilka razy w roku, podczas podróży do Polski.  No i tańsze - podróż EuroLOTem jest mniej więcej trzy razy tańsza niż u "normalnego" przewoźnika.

Po drugie: trolejbus 33, z którego usług korzystałam regularnie w okresie przeddzieciowym i przez jakiś czas później, w okresie chustowo-nosidłowym. Potem przestałam, głównie dlatego, że na egzemplarze niskopodłogowe (zatem przyjazne wózkom) trafiałam wyjątkowo rzadko. Ostatnio miasto postanowiło chyba coś niecoś zmodernizować, bo praktycznie codziennie trafiam na nowe trzydziestki trójki. Akurat kiedy przestaje mi to być potrzebne.

Ale kwestie transportowe to naprawde mało istotne bzdury w porównaniu z tym, co po trzecie. Otóż na półkach szwajcarskich sklepów właśnie pojawił się mój ulubiony szampon. Tak ulubiony, że czasami przywoziłam go sobie specjalnie z Polski, niezmiennie oburzona tym, że nie mogę go dostać w Zurychu.

No i po czwarte, czyli palenie. Ginąca w oparach dymu papierosowego Szwajcaria właśnie rozważa kolejne zaostrzenie polityki antynikotynowej, tłumacząc obywatelom, że bierne palenie szkodzi. Jest zatem nadzieja na to, że zostanie wprowadzony zakaz palenia na przystankach autobusowych. I że na chodnikach zrobi się trochę czyściej.

Do kompletu brakuje, by na sklepowych półkach pojawiła się czekolada Milka. 

wtorek, 29 maja 2012

O obalaniu mitów i pechowym rusztowaniu

To nie jest tak, że moje życie stało się nagle koszmarnie nudne i nie mam o czym pisać. Właściwie jest dokładnie odwrotnie. Maj okazał się miesiącem tak bogatym w różne wydarzenia, że odkładanie pisania o tym przychodziło mi bardzo łatwo. Najpierw Dawid pojechał pracowo do Berlina i w tym czasie mój kręgosłup uległ dość nieprzyjemnej awarii. Potem mój mąż i Ania namówili mnie na wyjazd na koniec świata. Po powrocie z końca świata wszyscy, a zwłaszcza Emilka, mieliśmy straszliwego jetlaga. Ponieważ jest już wszystko w porządku, a ja nie napisałam w tym miesiącu jeszcze ani jednej notki, spieszę nadrobić przynajmniej częściowo to zaniedbanie.

Pomyślałam, że napiszę dziś o obalaniu mitu, który głosi, że w Szwajcarii nie kradną. Otóż kradną. I to nie byle co.

Tak naprawdę kojarzę więcej sytuacji, w których kradzież nie została dokonana (choć mogła - np. gdy kolega zostawił na stole przed knajpą lustrzankę, a teściowej wypadła komórka w pociągu i zorientowała się dopiero po kilku godzinach). Nie pomaga to pewnie mojemu znajomemu, który kupił sobie rower, pojechał nim do pracy i więcej już go nie zobaczył. Nieco większy kłopot ma kolega mojego męża.

Mowa o rodowitym Szwajcarze, któremu skradziono rusztowanie. W dodatku kradzież ta okazała się być sprawą na tyle złożoną, że tutejszy wymiar sprawiedliwości może mieć nie lada problem z rozwikładniem sprawy.

Otóż: jakiś czas temu Szwajcar kupił dom. Dom był z rusztowaniem, które również było na sprzedaż. Po dłuższym czasie okazało się jednak, że facet, który sprzedawał Szwajcarowi rusztowanie, nie miał do tego prawa, ponieważ nie należało ono do niego. Prawowity właściciel przypomniał sobie o tym po jakichś dwóch latach i postanowił nie bawić się w polubowne załatwianie sprawy. Pewnej nocy wybrał się pod dom Szwajcara i ukradł swoje, bezprawnie sprzedane przez osobę trzecią innej osobie trzeciej rusztowanie. Niestety, miał pecha - kradzież zauważył jeden z sąsiadów, poza tym zarejestrowała ją kamera znajdująca się przy budynku. 

Przy okazji obalę jeszcze jeden mit: to nieprawda, że w Szwajcarii wszystko wspaniale działa. Dziś nie działały drzwi wejściowe do budynku, w którym mieszkam. Nie dało się ich otworzyć kluczem. Wraz z sąsiadką obdzwoniłyśmy wszystkie mieszkania i wyglądało na to, że budynek jest pusty, bo nikt nas nie wpuścił. Na szczęście ślusarz działał tak jak powinien i po piętnastu  minutach był na miejscu.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Ucieczka przed zimą, czyli wielkanocna gorąca czekolada

Jakiś czas temu, zachęceni coraz wyższymi temperaturami, spakowaliśmy nasze zimowe swetry do kartonowego pudła, które Dawid zakleił, opisał i wyniósł do piwnicy.

A potem nadeszła Wielkanoc.

Przygotowywałam śniadanie, zerkając co chwila przez okno. Widokiem, który się przez nie roztaczał, była zainteresowana również Emilka. Dawid robił zdjęcia. Było bowiem na co popatrzeć: na ulicę, którą jeszcze kilka dni wcześniej spacerowałam z bluzce z krótkim rękawem, opadały z nieba płatki śniegu. Fakt, że temperatura wynosiła jeden stopień powyżej zera, w związku z czym nie było co liczyć na to, że zasypie drogi i trawniki, jakoś nie poprawiał mi nastroju. 

Do śniadania wypiliśmy gorącą herbatę. Po południu doszliśmy do wniosku, że na cud atmosferyczny raczej nie mamy co liczyć i poszliśmy na spacer. Otuleni w zimowe ciuchy, szczęśliwi, że nie wszystkie grube swetry wylądowały w tekturowym pudle, wyszliśmy na ulicę.

Było zimno. Zimniej niż w Boże Narodzenie. Padał śnieg, wiał wiatr, a my zastanawialiśmy się, co powinniśmy ze sobą zrobić. W plecaku miałam butelkę mleka dla Emilki. Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić pojenia jej na zewnątrz - pozbawione rękawiczek dłonie trzymałam uparcie w kieszeniach i nie miałam zamiaru tego zmieniać. Nagle wizja spędzenia godziny w ciepłej kawiarni, w towarzystwie kubka gorącej czekolady, zaczęła być bardzo kusząca.

Pierwszy Starbucks, w którym próbowaliśmy zostać, był wypełniony po brzegi. Przynajmniej jego dolne piętro - na górne, z racji braku windy, którą moglibyśmy wwieźć wózek, nawet nie próbowaliśmy wchodzić. Ponieważ jednak w Zurychu ze Starbucksami jest prawie tak jak z kościołami w Krakowie (czyli: są wszędzie), nie traciliśmy dobrego nastroju.

Po godzinie i po odwiedzeniu pięciu Starbucksów udało nam się w końcu znaleźć wolny stolik. Ogrzać się gorącą czekoladą, napoić dziecię mlekiem i dojść do wniosku, że o tak wypchane ludźmi knajpy jak podczas Wielkanocy to na co dzień jest jednak trudno. Pomyśleć, że zawsze uważałam Zurych za skrajnie nudne miasto. A tu proszę: wystarczy zrobić święta, trafić na temperaturę bliską zera, wiatr i śnieg... I nawet kupienie cheesburgera w McDonald's okazuje się być trudne. Tak, w Donaldach też nie było miejsc siedzących. Sądząc po rozmiarach kolejek przy kasach, ze stojącymi też mogło być ciężko.

Święta się skończyły i znów jest ciepło. Nie mam pojęcia, czy i jak wpłynęło to na napływ klienteli w Starbucksach.

Być może swetrom uda się spędzić w piwnicy jeszcze kilka miesięcy.

wtorek, 10 stycznia 2012

O choince, która wróciła na łono natury

Pozbyliśmy się choinki.

To nie była taka prosta sprawa. Strach przed tym, co zrobimy z bożonarodzeniowym drzewkiem nie opuszczał mnie od wielu tygodni. Ba, byłam nawet gotowa upierać się przy zakupie sztucznej choinki, żeby tylko uniknąć problemów. Oczyma wyobraźni widziałam powtórkę z rozrywki z początku ubiegłego roku. Było to w czasach, kiedy jeszcze nie umieliśmy wyrzucać takich rzeczy. I proszę się nie śmiać. Ja mieszkam w Szwajcarii, tu nie wszystko jest oczywiste.

Na szczęście zmoblizowaliśmy się i ustaliliśmy, że aby pozbyć się legalnie choinki trzeba ją wynieść przed blok w dzień w którym z naszej ulicy zabierają śmieci. Ponieważ jest to poniedziałek, zatem w niedzielny wieczór rozebraliśmy zielonego stwora i wystawiliśmy związane drzewko przed blok. Następnego dnia zniknęło, a my mieliśmy czyste sumienia.

Rok temu było gorzej. Na początku stycznia polecieliśmy do Polski, zostawiając choinkę w stanie bożonarodzeniowym. Po głowach się nam kołatało, że będą jakieś dwa terminy wyrzucania drzewek i że prawdopodobnie będzie to jakoś ogłaszane - ot, choćby za pomocą informacji na przyklejonej do drzwi kartce. Wizja była na tyle przekonująca, że w ogóle nie myśleliśmy o tym, by w jakikolwiek sposób spróbować ją potwierdzić. Po powrocie zaczęliśmy zatem czekać na wiadomość. 

Mijały tygodnie. Dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze. Zimową kurtkę zamieniłam na lekki płaszcz. Drzewa się zazieleniły. Nie zieleniała natomiast nasza choinka, stojąca i błyskająca światełkami w kącie dużego pokoju, coraz bardziej zasuszona. Był już początek wiosny, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś popełniliśmy błąd. Na ogłaszanie zbiórki bożonarodzeniowych drzewek było już raczej za późno. A tu zbliżał się wielkimi krokami tłusty czwartek. Wizja zajadania się pączkami z choinką w tle była być może oryginalna i na swój sposób kusząca, ale chyba nie do końca tego chciałam.

Rozważaliśmy połamanie choinki na kawałki i wyniesienie jej w białych, oficjalnie zatwierdzonych przez miasto workach na śmieci. Było jednak kilka problemów: nie dysponowaliśmy odpowiednimi narzędziami, poza tym gałęzie zapełniłyby sporo tych worków. Białe, foliowe siatki z odpowiednim logo nie należały do tanich, zachęcając mieszkańców Zurychu do segregowania śmieci. Nie zdziwiłabym się, gdyby koszt takiego wyrzucenia choinki przewyższał jej cenę. Zwłaszcza jeśli doliczylibyśmy do tego koszt siekiery.

Drugim pomysłem było wywiezienie choinki na Uetliberg. To taka góra w okolicy, można się na nią dostać pieszo bądź korzystając z kolejki szynowej. Problem polegał na tym, że wyniesienie tam drzewka chyba nie byłoby do końca legalne. Należałoby to zatem zrobić w nocy. Wtedy z kolei kolejka jest nieczynna, a żadne z nas nie miało ochoty na nocne łażenie po lesie z choinką pod pachą. Zwłaszcza ja, będąc w jakimś siódmym miesiącu ciąży.

Zwyciężył pomysł trzeci. Pewnego wieczoru, kładąc się spać, ustawiliśmy budziki na trzecią nad ranem. Dawid wstał i w stanie ledwo przytomnym wyniósł choinkę do pobliskiego parku. Czekałam na niego niecierpliwie, przypominając sobie różne opowieści o szwajcarskiej policji, która podobno tropi popełniających wykroczenia ludzi ze skutecznością godną jasnowidzów. Cóż, tym razem coś przegapili.  Dawid wrócił po jakichś dziesięciu minutach, nieco już rozbudzony. Bez choinki. - Ale wiesz, ilu ludzi tam łazi o tej porze? - dziwił się.

Nie ma co ukrywać - daliśmy wtedy ciała. Ale jako że człowiek to istota rozumna i uczy się na błędach, rok 2012 rozpoczęliśmy m.in. od nauki wyrzucania choinek w Zurychu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

środa, 4 stycznia 2012

Z gęsią w tramwaju

A było to tak: ponad trzy lata temu szliśmy sobie z Dawidem ulicą przy której mieszkamy. Nagle zauważyliśmy idącego przed nami mężczyznę, któremu towarzyszył ptak, tak na oko z rodziny blaszkodziobych, możliwe że gęś, przy czym byłaby to gęś czarna. Widok był przekomiczny: wyobraźcie sobie gościa idącego jakby nigdy nic ulicą i drepcącą obok niego gęś. Też jakby nigdy nic.

Oczywiście pan i jego nietypowe zwięrzątko budzili powszechne zainteresowanie. Ludzie przystawali, pokazywali sobie zjawisko palcami, śmiali się. Obrazek był właściwie całkiem sympatyczny. Może trochę szczególny, ale nie wyglądało na to, by gęsi działa się jakaś krzywda. Szła sobie spokojnie obok swojego pana i raczej nie zamierzała uciekać.

To był pierwszy raz, kiedy spotkałam pana z blaszkodziobym. Potem widywałam ich jeszcze kilkakrotnie. Dowiedziałam się dzięki temu, że gęsi można kazać wskoczyć do tramwaju i ona takie polecenie wykona. A przynajmniej tak było w przypadku tego egzemplarza. Właściciel zdaje się mieć całkiem dużą praktykę w obchodzeniu się ze swoją podopieczną (swoim podopiecznym?). Idąc z nią między ludźmi na przystanku, pokrzykuje lekko "uwaga, uwaga" i toruje ptaku drogę. Dziś widziałam też, jak sadza ją na siedzeniu w tramwaju. Po prostu podnosi delikatnie do góry, rozkłada na siedzeniu gazetę i stawia na niej gęś. Pani, która skutkiem takich działań znalazła się naprzeciwko czarnej istoty najwyraźniej się to nie spodobało, bo ze zniesmaczoną miną przesiadła się gdzie indziej.


Podróż tramwajem z panem z gęsią to podróż wśród ludzi, którzy trzymają przed sobą swoje telefony komórkowe i kręcą bądź fotografują tych niecodziennych towarzyszy przejażdżki. Sam właściciel gęsi zdaje się w ogóle nie zauważać zainteresowania. A gęś? Cóż, wydaje się, że lubi ludzi. Na pewno nie przejawia wobec nich morderczych instynktów. Jeden z pasażerów, starszy pan, wysiadając pogłaskał ją po dziobie. I nic się nie stało.

Niestety, nie wiem do końca o co w tym wszystkim chodzi. Być może jest to po prostu tego typu relacja jaką człowiek może mieć z psem lub kotem. Po prostu w tym przypadku przybrała ona mniej typową formę. W każdym razie, jeśli będziecie kiedyś w Zurychu, to przejedźcie się około szesnastej tramwajem linii 14 w kierunku Triemli. Być może zobaczycie to wszystko na własne oczy.

I jeszcze jedno. Zakładam, że moja kiepska świadomość ornitologiczna mogła mi spłatać figla i to wcale nie jest gęś. Jeśli tak jest, z góry przepraszam wszystkich za wprowadzenie w błąd. Przepraszam również za kiepską jakość zdjęć - na pomysł ich zrobienia wpadłam nagle, tuż przed docelowym przystankiem i do dyspozycji miałam tylko telefon komórkowy.

Mała aktualizacja: pojawiła się sugestia, że właściciel gęsi to Dr. Dolittle

czwartek, 3 marca 2011

Pączki w Zurychu

W Krakowie, w cukierni przy Rynku Dębnickim, można było kupić bardzo dobre pączki. I to najróżniejsze. Miałam szczęście pracować kilka budynków dalej. Nie mam pojęcia, ile pączków pochłonęłam w tłusty czwartek 2008 roku, ale na pewno bardzo dużo. Pierwszą porcję miałam za sobą już w pracy. Potem, w drodze do domu, kupiłam nowy zapas. O ile pamięć mnie nie myli, moja lepsza połowa  również dostarczyła swoją dolę.

Nie umiem robić pączków, co pewnie ma ścisły związek z faktem, że nigdy nie próbowałam. Co prawda stanie nad płytą i wdychanie oparów to nie jest aktualnie rzecz, o której szczególnie marzę, ale gdyby nie fakt, że w Zurychu pączki można kupić (oczywiście nazywają się tu "Berliner"), pewnie bym zdecydowała się na wersję domową. Tłustoczwartkowy wypad po zakupy miałam zaplanowany już od tygodni. Niestety, jak na złość, skutkiem kilku nie do końca miłych okoliczności w wybranym sklepie na Paradeplatz udało mi się być dopiero o 16.  Wyobrażam sobie, że przede mną szturm na Sprüngli musiały przypuścić tłumy Polaków, bo kiedy podeszłam do stoiska, na którym ostatnio, w związku z karnawałem, aż roiło się od pączków, zobaczyłam przed sobą osiem sztuk berlinerek (berlinerków)? Osiem, podczas gdy ja zamierzałam kupić co najmniej dziesięć.

Niewiele myślać, drżąc w myślach ze strachu przed grupą Polaków, która teoretycznie mogła się w każdej chwili pojawić obok mnie i wykorzystać moment mojego wahania, poprosiłam panią o zapakowanie ośmiu pączków, upewniając się, że to absolutnie wszystkie, które w tej chwili mają. Sprzedawczyni rozejrzała się po innych stoiskach i z pewnym zdziwieniem przyznała, że to naprawdę ostatnie pączki. No cóż.

Wniosek: po tłustoczwartkowe pączki w Zurychu trzeba wychodzić o wiele wcześniej. Warto też pomyśleć o własnej produkcji, bo te ze Sprüngli są wprawdzie smaczne, ale o wyborze pomiędzy różnymi nadzieniami i polewami nawet nie ma co marzyć. Akurat w tej dziedzinie myśl szwajcarska jeszcze polskiej nie dorównała.

środa, 22 grudnia 2010

O tym, jak to pojechałam TGV do Paryża

W ostatni weekend wybraliśmy się na przedświąteczny wypad do Paryża. Wbrew temu, co może się wydawać, z perspektywy kogoś, kto akurat przebywa w Zurychu, nie jest to jakaś wielka wyprawa - pomiędzy tymi miastami funkcjonuje stałe połączenie kolejowe, a dzięki wynalazkowi TGV podróż trwa tylko 4 i pół godziny. Biorąc pod uwagę, że przez kilka lat regularnie jeździłam na znacznie krótszej na trasie Lublin - Kraków i zabierało mi to każdorazowo ponad pięć godzin - grzechem byłoby teraz z tej komunikacyjnej bliskości Paryża nie skorzystać.

Podróż zrobiła na mnie spore wrażenie. Wyjeżdżając, miałam trochę wątpliwości, czy aby spontaniczny pomysł na weekendowy wypad w tym właśnie okresie był takim dobrym pomysłem - wszędzie straszono śnieżycami, a opowieści o tym, co dzieje się z PKP mroziły krew w żyłach. Zima sparaliżowała też podobno Niemcy. Tak czy siak, postanowiliśmy jechać.

Podróż do Paryża przespaliśmy, udało nam się jednak zanotować fakt opóźnienia blisko godzinnego, za które obsługa pociągu bardzo przepraszała. Bardziej świadomie przebyliśmy za to drogę powrotną.

Zaczęło się nieco nerwowo - na francuskim dworcu był tłum ludzi, których grupki gromadziły się głównie wokół wyświetlaczy z rozkładem jazdy. Sporo pociągów było opóźnionych, w tym nasz. Kiedy w końcu usiedliśmy w ciepłym wagonie, opóźnienie wynosiło już około 60 minut. Obsługa pociągu poinformowała pasażerów o utrudnieniach związanych z pogodą (zarówno ten komunikat, jak i wszystkie inne, podawane były w trzech językach: po angielsku, niemiecku i francusku). W związku z nimi, pociąg nie mógł rozwinąć standardowej prędkości i należało liczyć się z tym, że będziemy się poruszać z prędkością "tylko" 200 km/h. Na tym trudności się nie skończyły - tuż przed granicą ze Szwajcarią usłyszeliśmy, że musimy zwolnić do 140 km/h. Po chwili nadano też komunikat, że jeśli w pociągu znajdują się lekarze mówiący po angielsku, to są proszeni do wagonu 14, w którym zasłabł człowiek (w naszym wagonie natychmiast poderwało się dwoje ludzi). Okazało się, że na najbliższej stacji będziemy musieli poczekać na pogotowie. Byłam już na etapie psychicznego przygotowywania się do pieszej wędrówki w środku nocy z dworca w Zurychu do domu (nie żebym miała jakoś daleko, ale zimą w środku nocy, po dość męczącym tygodniu, chciałoby się jednak przemieszczać w jakiś inny sposób), gdy usłyszałam, że zbliżamy się do docelowego dworca z opóźnieniem wynoszącym... 30 minut.

Nie wiem jak to możliwe - zakładam, że jechaliśmy jednak trochę szybciej niż przepowiadały złowróżbne komunikaty. Zapewne też ograniczany był czas stania pociągu na kolejnych dworcach. W każdym razie - do Zurychu dotarliśmy z opóźnieniem mniejszym niż wskazywała na to faktyczna godzina odjazdu pociągu, po czterogodzinnej podróży przez totalnie zasypaną śniegiem Francję. O wszystkich zmianach czy problemach byliśmy informowani na bieżąco (w PKP do szału doprowadza mnie to, że o opóźnieniach pasażer często jest informowany już po tym, jak przewidziana rozkładem godzina już minie, w dodatku oficjalny czas opóźnienia jest zazwyczaj inny niż ten faktyczny). W pociągu nie tylko było czysto - działały również toalety (proszę się nie śmiać - rok temu kilkakrotnie trafiłam na niedziałające toalety w pociągach InterCity na trasie Warszawa-Kraków. Co gorsza, ani razu nie widziałam informacji, że łazienki są nieczynne. Widziałam natomiast niepełnosprawną dziewczynkę, która bezskutecznie próbowała znaleźć działającą ubikację w którymkolwiek wagonie - ze względu na to, że nawaliło oświetlenie, nie było to takie proste), były też pomieszczenia do przewijania dzieci (jakiś czas temu wyczytawszy o istnieniu przedziałów dla matek i kobiet w ciąży próbowałam uzyskać informacje na temat zasad korzystania z nich u pani pracownik PKP i zostałam zrugana od stóp do głów, informacji nie uzyskawszy). 

Wiecie co jest najgorsze? Ja lubię jeździć pociągami. Również polskimi. Może nie przesadnie daleko, ale np. trzygodzinna podróż pociągiem, pod warunkiem że jest czysto i nie jest zimno, to dla mnie przyjemność. Cieszyłam się, kiedy na kilku interesujących mnie w Polsce trasach wprowadzono obsługę TLK - wiele z tych pociągów naprawdę prezentuje się o wiele lepiej niż składy Przewozów Regionalnych. Mimo to, gdy wspominam moje zeszłoroczne przygody z PKP zimą, gdy czytam o tym, co dzieje się teraz, a mam za sobą podróż w naprawdę złych warunkach atmosferycznych w innym kraju, zakończoną naprawdę pozytywnymi odczuciami - otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo nikt mi nie wmówi, że u nas się tak nie da. 

niedziela, 3 października 2010

Okiem niepalącego turysty, czyli pety w Zurychu

Wizyty gości mają jedną niezaprzeczalną zaletę: są bardzo dobrą okazją do obserwowania świata, w którym żyjemy, tak trochę z zewnątrz. I zauważenia rzeczy, na które na co dzień przymyka się już oko. No, choć czasami się po prostu nie da.

Dla wielu osób przyjeżdzających po raz pierwszy do Zurychu szokiem są chodniki zasypane petami. No, może trochę z tym przesadzam, ale tutejszym ulicom daleko do wzorcowej czystości. Szwajcarzy palą i to sporo, a robiąc to na ulicy, resztki papierosów rzucają tam gdzie popadnie - czyli najczęściej gdzieś w okolicach własnych stóp. Pamiętam, że kiedy pojawiłam się tu po raz pierwszy, pewnego ciepłego popołudnia 2008 roku, zmęczona podróżą przeżyłam spore rozczarowanie: spodziewałam się pięknych, czystych ulic, a tymczasem zobaczyłam śmietnik.

Od 1 maja 2010 r. w Zurychu obowiązuje zakaz palenia w knajpach i restauracjach, co nieco zmniejszyło problem. Jako niepaląca, ale mimo wszystko w miarę tolerancyjna (w końcu mam wśród znajomych i palaczy) kilkakrotnie cofałam się od wejścia lokalu po tym, jak poczułam woń papierosowego dymu przepełniającego wnętrza. Po 1 maja można wejść do knajpy bez ryzyka uduszenia się, ale fani ogródków na zewnątrz lokali muszą już liczyć się z tym, że będą cieszyć się piękną pogodą i dajmy na to obiadem w obłokach dymu.

Jeśli wyjdę rano z domu i pójdę w kierunku najbliższego przystanku tramwajowego, minę po drodze kawiarenkę i lokal z fast foodami, których popijający na zewnątrz kawę goście będą puszczać przed siebie (czyli we mnie) zrelaksowane dymki. Na przystanku oczekujący na pojazd pasażerowie umilą sobie oczekiwanie papierosami i bardzo często to właśnie oni zajmą miejsca siedzące. Palących spotkam na peronach. Hala dworca w Zurychu, a raczej zapach, który w niej dominuje w sobotnie wieczory, przywodzi czasem na myśl wnętrza pokątnych spelunek rodem z filmu o gangsterach. Palą dorośli, ale też nastoletnie dzieciaki, w tym dziewczęta wyglądające nienaturalnie staro pod warstwami przesadzonego makijażu. Pocieszanie się, że w wieku lat 30 będą wyglądać jak stare zdziry niewiele da, jeśli akurat będę czekać na ten sam pociąg.

Na szczęście nie wolno palić w środkach komunikacji miejskiej i w pociągach. Oczywiście nikomu nie przychodzi do głowy by zapalić w sklepie, ale niedawno widziałam młodego człowieka maszerującego między stoiskami w Globusie (to taki szwajcarski, trochę snobistyczny dom handlowy) ze zgaszonym papierosem w ustach. 

Patrząc na setki petów rzuconych na dowolnie wybranym przystanku w Zurychu zachodzę w głowę, jak to możliwe, że mieszkańcy tego miasta dopuścili (tak, dopuścili - przecież tu wszystko przechodzi przez referendum) do wyprowadzenia dymków z restauracji i knajp. A może ten cud mógłby pójść nieco dalej i objąć te nieszczęsne przystanki? Stanie z torbami pełnymi zakupów dlatego, że pod daszkiem na ławce schroniła się grupa palaczy wydaje mi się absurdem, niestety powtarzającym się dość często. 

Goście oczywiście zauważyli, że w mieście króluje papieros. I jak tu wytłumaczyć, że Szwajcaria jest porządna, że tu wszystko chodzi jak w zegarku, że ludzie mili, że przestrzegają przepisów, że organizacja pierwsza klasa... Do tego piękne góry i jeziora. I kupa petów w tle? 

środa, 18 sierpnia 2010

Starbucksowy lans

Starbucksa poznałam tak naprawdę w Zurychu. Trudno było tego uniknąć: jest tego tutaj mnóstwo. Kojarzę dwa lokale w promieniu piętnastu minut spaceru od mojego domu. W centrum jest ich jeszcze więcej. Siłą rzeczy są to jedne z tych miejsc, w których człowiek umawia się na popołudniową kawę. Przyjemne wnętrza, kawa, która nie musi zachwycać, ale na pewno jest pijalna plus oferta różnych innych napojów bądź przekąsek idealnych na popołudniowe pogaduchy z koleżanką.

Firma Starbucks zarobiła na mnie już całkiem sporo, bo w jednym z lokali tej sieciówki odbywają się zazwyczaj cotygodniowe, międzynarodowe spotkania, w których uczestniczę. Cel jest jeden: mówić po niemiecku. Tematy znajdują się zawsze, a wybór miejsca wydaje się naturalny. Brak głośnej muzyki, spokój (w tutejszych Starbucksach ciągle spotykam matki z malutkimi dziećmi).

Kiedy zamieszkałam w Warszawie, dowiedziałam się, że chodzenie do Starbucksa jest lansem. Do tego stopnia, że wśród gimnazjalistów podobno modne jest wpadanie po kawę na wynos tylko po to, by dotrzeć do szkoły z kubkiem ozdobionym logo sieciówki. No cóż - nigdy nie zdarzyło mi się patrzeć na to w ten sposób. Bo przecież te Starbucksy są "wszędzie". Co prawda w Warszawie był wtedy tylko jeden... no i co z tego? Po pewnym czasie miałam wrażenie, że dla niektórych pójście w to miejsce byłoby swego rodzaju obciachem, no bo przecież można zostać posądzonym o lans. Podczas prawie rocznego pobytu w stolicy odwiedziłam Starbucksa tylko dwa razy. Nie żebym tęskniła. Ba, nieskromnie muszę nawet stwierdzić, że jeśli chodzi o kawę, to ja potrafię zrobić lepszą. Po prostu dziś wróciłam z kolejnego niemiecko-kawowego spotkania i pomyślałam, że niektórzy mogliby odebrać te moje wypady jako lans.

Kiedy miałam 11 lat, nasza klasa pojechała na - kolejną i nie ostatnią - wycieczkę do Warszawy. Praktycznie każdy z nas już tam wcześniej był i tak naprawdę taki wypad nie wydawał się nikomu z nas atrakcyjny. Argumentem, którym nas przekonano, była obietnica odwiedzenia McDonaldsa, który wówczas był w Polsce nowością. Rzeczywiście, tamten wypad i zjedzenie pierwszego w życiu zestawu Happy Meal miało w sobie coś - z punktu widzenia jedenastoletniego dziecka - magicznego. O tym, jaką te restauracje mają obecnie opinię, nie muszę pisać. McDonaldsy w każdym większym mieście to normalna sprawa i mimo wszystko niemal każdy od czasu do czasu tam bywa (zwłaszcza w lecie, kiedy jest sezon na lody). Ale szesnaście lat temu pomysł kupowania cheesburgerów, które kosztowały więcej niż te z budki na rogu, choć były o wiele mniejsze, wydawał się chory i noszący na sobie piętno lansu. 

Sprawa lansu jest ogólnie dość skomplikowana. Najgorsze jest to, że to kwestia dość subiektywna: nie wszystko co jest lansem pod daną szerokością geograficzną, będzie nim 1000 km dalej. Nie sposób się w tym połapać.

środa, 7 lipca 2010

Sąsiad nocną porą

Z sąsiadami jest trochę tak jak z rodziną: nie mamy do końca wpływu na to, kto się wśród nich znajdzie. Najbardziej lubię takich sąsiadów, o których istnieniu musimy sobie przypominać dopiero wtedy, gdy mijamy się na schodach i mówimy sobie "dzień dobry". Mój nowy "Nachbar", którego balkon graniczy z moim, nie daje jednak o sobie zapomnieć. I tak naprawdę nie wiem do końca, co powinnam o nim myśleć.

Kilka tygodni temu, kiedy byłam w Krakowie, Dawid napisał mi o sąsiedzie, który odwiedził go z prośbą o udostępnienie mu hasła do naszego wi-fi. Podobno jest tu nowy, nie załatwił jeszcze wszystkich dokumentów i nie może póki co mieć "swojego" internetu. Sprawa dość prosta i banalna, ciekawe natomiast było to, że gość przyszedł w tej sprawie około 2 w nocy. Co prawda zachęcić go miał fakt, że świeciło się u nas światło, no ale...

Kolejny raz sąsiad wykazał się już większym poczuciem taktu i przyszedł o 23.30. Najpierw dzwonił domofonem (myśleliśmy na początku, że to jakaś pomyłka, bo kto o tej porze spodziewa się gości?), potem pukał w nasz balkon. Znów chodziło o hasło. No i jakoś tak wyszło, że znów je udostępniliśmy, obiecując sobie jakoś rozwiązać tę sprawę.

Przez ostatni miesiąc sąsiad się nie pojawiał. Od czasu do czasu korzystał z hasła do internetu, ale osobiście nie przychodził. Aż do wczoraj. Było już po 23, a ja chodziłam w koszuli nocnej. Gdy zadzwonił domofon, zamknęłam się z kotami w innym pokoju, a Dawid poszedł otworzyć drzwi. Wizyta trwała krótko, może 2-3 minuty. Tym razem nie chodziło o internet. Sąsiad wyjaśnił, że zapomniał z domu klucza i teraz nie ma jak tam wrócić. Pomyślał zatem, że mógłby przejść z naszego balkonu na swój. Na wysokości drugiego piętra.

Po chwili zastanowienia doszłam mimo wszystko do wniosku, że nas sąsiad może mieć o nas podobne zdanie, jak my o nim: że jesteśmy nieco dziwni. No bo powiedzcie sami: siedzą po nocach, z ich mieszkania docierają dźwięki mordowanych istot (znów gramy w World of Warcraft), a pokój, który gość wczoraj zobaczył, był wyposażony w dwa spore drapaki dla kotów, mnóstwo kolorowych myszek rozrzuconych po podłodze (kotów natomiast nie widział - siedziały ze mną w innym pokoju), sheeshę, opakowanie po butelce porto... 

Być może warto by było poznać tego sąsiada bliżej, skoro już udało mi się ustalić, że fakt iż funkcjonuje w godzinach nocnych nie skreśla go tak do końca z listy normalnych ludzi (inaczej musiałabym z tej listy skreślić siebie). Jak myślicie, czy wpadnięcie do niego któregoś dnia mniej więcej o północy i zaproszenie na kieliszek porto będzie na miejscu? Daleko przecież nie ma. Może się tutaj dostać przechodząc przez barierkę balkonu.

środa, 30 czerwca 2010

Schwyzertüütsch, a może Schwiizerdütsch? Czyli "nie lubię tego"

Kiedy dwa i pół roku temu pojawił się w moim życiu temat wyjazdu do Szwajcarii, znajomi kiwali głową: no tak, tam to sobie poradzisz, w końcu mówisz po niemiecku. Próbowałam się trochę bronić, tłumaczyć, że język, którym posługują się mieszkańcy Helwecji nie do końca jest mową naszych zachodnich sąsiadów. Argument, że w niektórych regionach Polski też mówi się nieco inaczej niż w pozostałych nie jest w tym przypadku dobry. 

Kilka lat temu, gdy mieszkałam jeszcze w Krakowie, pracowałam dla pewnej korporacji. Byłam w zespole związanym z projektem dla szwajcarskiego klienta. Na moim biurku stał aparat telefoniczny podpięty pod bazylejski numer. Oczywiście początkowo bardzo przejmowałam się swoją nową pracą, a telefoniczne rozmowy w obcym języku mocno mnie stresowały. Byłam wtedy co prawda bezpośrednio po półrocznym pobycie na stypendium w Niemczech, ale czym innym jest pogawędka w cztery oczy czy to przy piwie, czy w sali wykładowej, czym innym zaś rozmowa telefoniczna o charakterze biznesowym. Najgorsze było jednak to, że początkowo w ogóle nie byłam w stanie zrozumieć moich rozmówców. Ciągle pamiętam to przerażenie: jak ja ich mogę tak w ogóle nie rozumieć? Z opresji wybawił mnie kolega z zespołu, tłumacząc, że dzwoniący Szwajcarzy mówią w swojej własnej odmianie niemieckiego. Zupełnie innej od tej, którą oboje znaliśmy. - Trzeba ich prosić, żeby mówili w Hochdeutsch - wyjaśnił Marcin. Sposób okazał się skuteczny: gdy mój rozmówca wyrzucał z siebie potok kompletnie niezrozumiałych dla mnie wyrazów, uprzejmie prosiłam o przejście na "właściwy" niemiecki. Zawsze działało. 

Oczywiście wiedziałam, że w Szwajcarii mówią "trochę po swojemu", nie przypuszczałam jednak, że różnice mogą być aż tak znaczące. Tak czy siak, po prawie dwóch latach mieszkania i pomieszkiwania w Zurychu wciąż nie znam Schwyzertüütscha. Poznałam konkretne słowa, używane np. podczas zakupów w sklepie. Wiem na przykład, że prosząc o siatkę nie powinnam mówić o "Tasche" tylko o czymś, co wymawia się "Sekhli". Co prawda przez pewien czas nosiłam się z zamiarem nauczenia się tego języka, ale zniechęcił mnie przykład koleżanki, która mieszkając w Zurychu, jeździ na studia do Bazylei, gdzie podobno mówią już zupełnie inaczej. Znajomy studiujący we Fribourgu z kolei opowiadał mi, że każdy nowy rok akademicki na jego uczelni zaczyna się od tego, że nowi studenci, pochodzący z różnych regionów Szwajcarii, wymieniają się informacjami na temat tego, jak u nich się mówi na dane przedmioty czy zjawiska. W kraju, który ma tylu mieszkańców co Londyn!

Na szczęście nie jest tak źle: od czasu do czasu moja pamięć uzupełnia się o kolejne, pojedyncze słówka, a sami Szwajcarzy mówią również w Hochdeutsch. Książki są wydawane zazwyczaj po niemiecku. Pocieszyły mnie także słowa pewnej Niemki z Hamburga, która zapewniała mnie, że gdy przyjechała po raz pierwszy do Zurychu, sama miała problem ze zrozumieniem czegokolwiek.

Były też śmieszne sytuacje: z panią w Ikei, która załatwiała nam transport pierwszych mebli do mieszkania, dogadywaliśmy się tak, że mówiliśmy coś po niemiecku, a ona zapisywała to na kartce, jakby dla potwierdzenia, że mamy to samo na myśli. Pewnym problemem mogą być kontakty z ludźmi pracującymi w sektorze usług - wielu z nich to imigranci, np. z krajów bałkańskich, którzy znają tylko Schwyzertüütsch

O istnieniu Schwyzertüütscha, którego nie tylko nie znam, ale i nie lubię, przypomniał mi ostatnio Facebook, sugerując, bym "polubiła to". Problem polega na tym, że nie lubię. Moja językowa pasja chowa się w tej sytuacji w kąt, a motywacja do nauki rozpływa się w powietrzu. 

Warto zerknąć: http://pl.wikipedia.org/. Jak widać, język, o którym mowa, nie ma nawet jednolitego zapisu. Jest wesoło.

niedziela, 9 maja 2010

Szwajcaria bez dymu?

Kiedy we wrześniu 2008 roku odwiedziłam po raz pierwszy Szwajcarię, moje pierwsze wrażenia najlepiej byłoby określić jako zdziwienie połączone z rozczarowaniem. Tyle się nasłuchałam o tym, jacy to Szwajcarzy są ułożeni, jak bardzo pilnują porządku... Tymczasem zaraz po wyjściu z budynku lotniska zauważyłam walające się po chodniku pety. I to w jakichś strasznych ilościach. Było około godziny 18. Rano ulice były już czyste, a na kolejne zaśmiecenie trzeba było czekać do wieczora: prawdopodobnie czas nieśpiesznych powrotów z pracy, wizyt w knajpach czy spacerów. Szybko nauczyłam się jednego: Szwajcarzy może i pilnują porządku, ale w kwestii papierosów ta reakcja im się wyłącza. Miałam wrażenie, że ten naród pali niemal wszędzie. Często zdarzało mi się iść którąś z ulic i przystawać, by oddalić się od idącej przede mną grupy osób, pozostawiających za sobą smugę dymu. Restauracje i knajpy otwierały przed palaczami swoje podwoje w zasadzie bez ograniczeń, na peronach dworca palono, a widok wyglądających na 15 lat dziewczynek z papierosem w paluszkach nie był i nie jest tu niczym rzadkim. 

Wszystko to sprawiło, że informację o jakimkolwiek zaostrzeniu przepisów odnośnie palenia papierosów w Szwajcarii przyjęłam ze zdziwieniem. Czy Szwajcarzy, tak na oko uwielbiający przebywanie w papierosowym dymie, naprawdę byli w stanie zrezygnować z części przywilejów? Najwyraźniej tak.

Od 1 maja m.in. w Zurychu obowiązuje zakaz palenia w miejscach publicznych. Cytując za Polskim Radiem: Nie wolno palić we wszystkich miejscach publicznych, czyli w miejscu pracy, w restauracjach, kinach, szkołach, sklepach i hotelach (link). Zakazem nie będą objęte najmniejsze knajpki, w których nie da się utworzyć stref dla palaczy, jeśli ich właściciele postarają się o odpowiednie pozwolenie od władz. W przypadku większości lokali skończy się na paleniu przed budynkiem. Tak było w knajpie, którą odwiedziłam wczoraj. Byłam tam po raz drugi - wrażenie zupełnie inne, dużo lepsze. W środku kompletny brak papierosowego dymu. Na palących gości czekało kilka stolików ustawionych przed lokalem. Różnica olbrzymia, wyczuwana "na pierwszy węch". A nie należę do osób, które w knajpach przesadnie pilnują braku zadymienia (w restauracjach owszem, bo tam jem posiłek).

Nie wierzę jednak, by wolne od dymku knajpy były początkiem zmiany przyzwyczajeń Szwajcarów. Raczej obawiam się trochę tego, że 100 proc. "dymku" wyniosą na ulice. Spacerowanie w chmurze papierosowego dymu z mojej perspektywy zdecydowanie nie jest przyjemne. A z tym nawet i przed 1 maja 2010 roku było w Zurychu o wiele gorzej niż w Polsce, w której kwestia palenia snu z powiek mi nie spędza. No, chyba że przy okazji nieudolnych prób wyciągnięcia z nałogu rodziców.

Zdjęcie: Wikimedia Commons

sobota, 3 kwietnia 2010

Olbrzymi zając. A może królik?

Przy okazji ostatnich przedświątecznych zakupów w Sihlcity (centrum handlowe w Zurychu) natknęłam się na znanego chyba wszystkim zajączka Lindta. Od tych widzianych do tej pory odróżniały go gigantyczne rozmiary. Zając jest wielki i z pewnością nie zrobiono go z czekolady. 

Może to i lepiej, bo wizja zbiorowego zjadania wielkiego, czekoladowego zwierzaka jest dla mnie lekko obrzydliwa. Przypomina mi pewną scenę z czytanej w dzieciństwie radzieckiej książeczki Przygody Nieumiałka i jego przyjaciół, w której miniaturowi bohaterowie opalali się leżąc na arbuzach. Co prawda z arbuza przed konsumpcją zdejmuje się skorupkę, ale wyobrażenie półnagich, spoconych od upału ciał na czymś, co potem się je zawsze wydawało mi się mocno nieestetyczne.

Swoją drogą, te wielkie zające są dla mnie lekko przerażające. Nie wyglądają, jakby przejawiały pokojowe zamiary. Mało entuzjastyczna mina czekoladowych egzemplarzy w przypadku złotych olbrzymów kojarzy się z szaleństwem. Mnie one do kupowania produktów Lindta nie zachęcają.

Bo tych zająców podobno jest więcej. Jeden z nich stoi przed Galerią Mokotów w Warszawie. Ciekawe, czy w wersji polskiej jest to zając czy może królik. Olbrzym stojący przy Sihlcity ma wersję dwujęzyczną, przy czym w wydaniu niemieckim jest to Hase (zając), a we francuskim lapin (królik). Ale to tylko takie moje czepianie się, połączone z kiepską znajomością francuskiego. Zresztą, mnie się zające z królikami od zawsze mylą, więc dlaczego innym nie mogą? 

Na planetarnym szlaku, czyli mój Wielki Piątek





Na serwisach społecznościowych zapanowały święta. Wszyscy życzą sobie spokojnej i radosnej Wielkanocy, wysyłają wirtualne jajka. Pociągi pękają w szwach od liczby pasażerów udających się do rodziny. Moi znajomi piszą na Facebooku i Blipie o upieczonych ciastach, umytej podłodze. Pytają mnie też o stopień zaawansowania moich przygotowań.

A moje przygotowanie są w tym roku mizerne. Wolne dni postanowiłam wykorzystać przede wszystkim na odpoczynek. W przypadku Wielkiego Piątku był to wręcz odpoczynek aktywny. Wybraliśmy się na Uetliberg i zaliczyliśmy przeszło trzygodzinną wędrówkę. Pogoda była prześliczna.  Gdzieniegdzie leżały tylko resztki śniegu, które jakimś cudem jeszcze nie stopniały. Nasz pomysł na spędzenie tego dnia raczej nie odbiegał szczególnie od wymysłów przeciętnego Szwajcara, bo ludzi na Uetlibergu było prawdziwe zatrzęsienie - od dzieci po staruszków.




Spróbowałam zapomnieć na kilkanaście minut o swoim lęku wysokości. Było warto - zaliczyłam dziesiątki schodów i weszłam na wieżę widokową. Zurych wraz z jeziorem, widziane z wysokości blisko tysiąca metrów - coś niesamowitego. Szkoda tylko, że ceną za ten widok i zrobienie kilku zdjęć były trzęsące się nogi, które nie dawały mi o sobie zapomnieć jeszcze kilka godzin po wizycie na wieży. Dlaczego w prawie każdym ciekawym turystycznie miejscu muszą wybudować coś w rodzaju punktu widokowego, który absolutnie muszę zaliczyć, choć potem przez dłuższy czas chodzę roztrzęsiona? Podobnie było z Pomnikiem Odkrywców w Lizbonie. Kiedy pod nim stałam, widok maleńkich ludzi na jego szczycie fascynował mnie i przerażał. Na to, że sama wjadę na górę nie byłam do końca zdecydowana nawet po kupieniu biletów. W końcu wjechałam. Panoramę Belém zapamiętam pewnie na zawsze. Tak samo jak swoją panikę i telepiące się nogi.


W Wielki Piątek nie odbyłam drogi krzyżowej, ale zaliczyłam prawie całą Planetenweg - trasę spacerową z Uetlibergu, której kolejnymi punktami są elementy Układu Słonecznego w skali 1:1000 000 000. Zgodnie z tymi proporcjami zostały również potraktowane odległości między kolejnymi planetami. Zaliczyłam kulę Słońca, obejrzałam malutkiego Merkurego i Wenus. Przegapiłam Ziemię, przyjrzałam się Marsowi, Jowiszowi i Uranowi. Przed Neptunem mój żołądek zasugerował, że lekka zmiana trasy i udanie się na posiłek może być niegłupim pomysłem. I tak muszę tam wrócić i przejść całość - przecież przegapiłam Ziemię.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Tam dom Twój, gdzie śnieg pada

No dobra. Coś jest ze mną nie tak. Wprawdzie z pomysłami dotyczącymi ingerencji człowieka w zmiany pogodowe miałam do czynienia przynajmniej kilka razy, ale... Kiedy byłam dzieckiem, rodzice dostali od jakiegoś znajomego drewnianą pałkę, z której przy pionowym ustawieniu wydobywał się dziwny dźwięk - coś jakby przesypywania, ale nie do końca. Miał to być wywoływacz deszczu. Oczywiście nikt tego na serio nie traktował, ale "urządzenie" znalazło swoje miejsce w kącie pokoju mojego brata. Raz nawet wzięłam je do szkoły i z poważną miną wyjaśniłam koleżankom w klasie, do czego służy. Pech chciał, że tamtego dnia rzeczywiście zaczęło padać. Pamiętam też jakieś upalne lato, podczas którego posłowie w sejmie modlili się o deszcz (chyba było to za kadencji PiSu, ale głowy nie dam, bo przyzwyczaiłam się, że u nas każda polityczna frakcja miewa dziwne pomysły) i wtedy chyba nic z tego nie wyszło. Natomiast od kilku miesięcy ja sama jestem posądzana o powodowanie zmian pogodowych i, choć rozsądek każe mi się z tego śmiać, powody dla których mam taką a nie inną opinię zaczynają mnie denerwować.

Zima jaka była w Polsce, każdy wie. Należę do tych, którzy szczęśliwie ją przeżyli. Ba, -20 stopni to było za mało, żeby powstrzymać mnie od wypadów ze znajomymi do knajpy. Oczywiście trochę narzekałam, ale tragedii nie było. Za to na wszystkie wypady do Szwajcarii czekałam z utęsknieniem jak na okazje m.in. do ogrzania się i odbycia fajnych spacerów czy wycieczek, które w Warszawie przy tak niskich temperaturach i olbrzymich zaspach nie zawsze były możliwe w takim stopniu, w jakim tego chciałam.

Dawid podsycał to moje "utęsknienie" opowiadaniami, jak to ciepło jest w Zurychu, jak to chodzi do pracy w rozpiętej kurtce... Skuszona opowieściami raz nawet zaszalałam i przyjechałam w innych niż typowe zimowe butach. Oczywiście przyszło mi w nich brodzić w śniegu dzień po tym, jak przyjechałam.

No i zawsze tak to wyglądało: temperatura gwałtownie spadała, a śnieg zaczynał padać dokładnie w dniu mojego przyjazdu, ewentualnie zaraz po moim przylocie. Po pewnym czasie Dawid zaczął żartować i mówić, że w ten a ten weekend na pewno będzie śnieg, bo ja przyjeżdżam. No i był. Szczytem wszystkiego było dwugodzinne opóźnienie lotu do Warszawy, spowodowane tym, że w wyniku śnieżycy pas startowy został zamknięty, a skrzydła samolotu trzeba było dwa razy pryskać płynem do rozmrażania. Oczywiście dwa dni po moim wyjeździe o śniegu w Zurychu nie było już mowy.

Tym razem miało być inaczej. Pogoda w Warszawie wszak była ostatnio przecudna. Chodziłam w lekkim, wiosennym płaszczu, kupiłam wiosenne buty. Na świąteczny weekend w Szwajcarii zaplanowałam co najmniej dwie wycieczki. W końcu ciepło jest, korzystać trzeba! Wczoraj przyleciałam do chłodnego, pokrytego kałużami miasta, a dziś rano na Facebooku z przerażeniem zobaczyłam zdjęcie śniegu, które zrobiła koleżanka mieszkająca pod Zurychem. Co prawda za swoim oknem widzę zielony trawnik, ale... coś jest kurczę nie tak. A prognoza pogody dla Bellinzony, którą planowałam odwiedzić jutro, jakoś nie zachwyca. I wcale nie wygląda na żart z okazji 1 kwietnia.

Aż się boję co się może stać z moim kwietniowo-majowym urlopem. Zima w ciepłych krajach to coś, czego zdecydowanie nie chcę oglądać. Tymczasem pozdrawiam ze Szwajcarii.