Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 maja 2016

MacGyver w kuchni i łazience, czyli jak się robi pączki

Był luty 2014 roku, a my postanowiliśmy po raz pierwszy w życiu usmażyć pączki. Poniekąd zmusiła nas sytuacja - chcieliśmy pocelebrować tłusty czwartek, a udawania, że amerykańskie donuty mogą udawać polskie pączki, mieliśmy zwyczajnie dość.

Niby wszystko wydawało się proste. Mieliśmy wszystkie składniki, odpowiednio głęboki garnek, w którym dało się zanurzać uformowane kule, nabyliśmy nawet specjalny termometr do sprawdzania temperatury oleju (przy jego zakupie upierał się oczywiście mój jak zawsze dokładny małżonek). Ok, nie mieliśmy szprycy do nadziewania naszych produktów różaną marmoladą, samą marmoladę natomiast posiadaliśmy i uznaliśmy, że wprowadzimy ją do środka jakoś inaczej (uwaga: udało się).

Nie brakowało nam też zapału, oraz - co tu ukrywać - pewnego doświadczenia kulinarnego na innych polach, w tym cukierniczym. 

Jak wiadomo, pierwsze razy wychodzą czasem tak sobie. Nam jednak wyszło, nie chwaląc się, naprawdę dobrze. Mniej więcej połowa pączków miała nieco dziwny kształt, na te ładniejsze, późniejsze egzemplarze, zabrakło nam z kolei lukru, ale smakowo w zasadzie nie mieliśmy zastrzeżeń. Trochę tylko przeliczyliśmy się z czasem: jakoś tak zakładaliśmy, że cały proces potrwa mniej więcej tyle czasu co pieczenie przeciętnego ciasta, zatem do roboty wzięliśmy się około dwudziestej. Skończyliśmy o czwartej nad ranem. No, ale szczęśliwi czasu nie liczą.

Wszystko to było już dość dawno temu, a ponieważ pączki nie są jakimś stałym elementem mojego jadłospisu, to ich wspomnienie nie spędza mi snu z powiek. Ostatnio jednak temat wyszedł sam przy okazji babskiego spotkania w knajpie i postanowiłam podzielić się swoim tłustoczwartkowym doświadczeniem.

- Najgorsza sprawa była z wyrośnięciem ciasta - tłumaczyłam grupie polskich koleżanek, z których pewnie każda posiadała jakieś doświadczenia z zakresu produkcji pączków. - Wiecie, w lutym noce w Kalifornii są raczej zimne, a przepis nakazał odstawienie kul z ciasta drożdżowego w ciepłe miejsce. No więc, nie wiem jaki wy macie sposób, ale ja po prostu zrobiłam w łazience parówę: nalałam do wanny bardzo gorącej wody, postawiłam gdzieś tam blisko pączki i zamknęłam drzwi. Ślicznie wyrosły.

I tu zapadła cisza. Wpatrywało się we mnie kilka par oczu wyrażających lekkie zdziwienie i jasne było, że z moją historią było coś nie tak.

- Ty tak serio? - zapytała któraś koleżanka. Inna uprzejmie wyjaśniła:
- Bo wiesz, jak ciasto drożdżowe trzeba wstawić do ciepłego miejsca, to po prostu nagrzewa się tak trochę piekarnik i tam wstawia na chwilę to ciasto.
- Yyy... - zająknęłam się. Rozwiązanie stosowane przez koleżanki było tak bajecznie proste, że aż było mi głupio. - No dobra. Ale jeśli kiedyś będziecie chciały robić pączki i akurat zepsuje się piekarnik... to wiecie co robić.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Notka o plackach ziemniaczanych

- Serio tak się kumplujesz z Czechami? - spytała zaskoczona koleżanka. Od kilku tygodni byłyśmy w Erlangen, rozkoszując się życiem erasmusowych studentek. - Oni nas nie lubią.

Ja też o tym słyszałam. Ale Czesi, których spotkałam podczas studenckiej wymiany w Niemczech, nie sprawiali wrażenia, jakby mieli do mnie osobisty żal o przyłączone do Polski ziemie. Polubiliśmy się. Po prawie dziesięciu latach kilkoro z nich widnieje na mojej liście znajomych na Facebooku.

Nie pamiętam, jak wpadliśmy wtedy na pomysł, żeby smażyć placki ziemniaczane. Wiem tylko, że dość szybko stało się to swego rodzaju tradycją. Spotykaliśmy się w akademiku, w którym mieszkało dwoje spośród nas. Każdy przychodził w towarzystwie butelek grzanego wina (w sklepach występowało w kilku wariantach i zawsze było nieprzyzwoicie tanie. Starałam się kupować takie ze środkowej półki cenowej, płacąc zdaje się 1 euro za litr bordowego płynu), ktoś dostarczał ziemniaki. Placki robiliśmy w nieco innej wersji niż ta, do której byłam przyzwyczajona w rodzinnym domu: dodawaliśmy więcej składników i nie szczędziliśmy przypraw. Potem smażyliśmy całą stertę kartoflanego dobra, a następnie oddawaliśmy się konsumpcji, popijając kolejne kubki grzanego wina, rozmawiając, robiąc sobie nawzajem zdjęcia. Oczywiście używaliśmy do tego celu aparatów fotograficznych, o smartfonach żadne z nas jeszcze nie myślało.

Wino podgrzewaliśmy w mikrofalówce. Wspominam o tym tylko po to, by podzielić się z Wami radą: nie próbujcie grzać grzańca w czajniku bezprzewodowym. Osobiście nie stosowałam tej sztuczki, ale jeden z kolegów przychodzących na te plackowo-winne imprezy owszem, i twierdził, że to był bardzo zły pomysł.

Bardzo lubiłam te spotkania i po powrocie do Polski placki ziemniaczane zagościły na pewien czas w stałym repertuarze mojej kuchni. Ale już nie popijałam ich grzańcem - ten, który mogłam kupić w Krakowie, smakował mi znacznie mniej, wydawał się zbyt słodki. No i był znacznie droższy. Zamiast tego eksperymentowałam z samymi plackami, dodając do nich szczypiorek, pora, albo paprykę.

To na swój sposób zabawne: to było niemal dekadę temu; w tym czasie zdążyłam pomieszkać przez jakiś czas w Polsce, potem mieszkałam w Szwajcarii, następnie wylądowałam w Stanach Zjednoczonych, i za każdym razem, gdy jem placki ziemniaczane, myślę o Erlangen, tamtejszej zimie, znajomych z Czech i niemieckim grzańcu.

Chyba mi już tak zostanie.

__________
Do dociekliwych: ta notka nie ma żadnego drugiego dna. Nie ma tu mowy o alegoriach, a wszelkie podobieństwo do czegokolwiek jest przypadkowe. Naprawdę chodzi o placki. W chwilach, gdy świat mnie przytłacza, najzwyczajniej w świecie lubię zachwycać się jedzeniem i wspominać.


wtorek, 27 października 2015

Trochę o sernikach, trochę o kurczaku, trochę o winie. Z wyborami w tle

Zaczęło się od sernika.

Serniki to stały element mojego życia. Im jestem starsza, tym częściej je piekę. I tym więcej jest osób, które je jedzą. Wiecie, jak to jest - czasem idzie się do kogoś na urodziny, albo z dłuższą wizytą i głupio przyjść z pustymi rękoma. Wino nie wszyscy piją (wiem - dziwne), natomiast z sernika ludzie zwykle naprawdę się cieszą.

Mój ostatni sernik powstał wczoraj, z myślą o dzisiejszej dzieciowej imprezie. Nie wiedzieć czemu, pomyślałam o nim przed zaśnięciem. Musiałam być chyba porządnie śpiąca, bo oto ni stąd ni zowąd pojawiła się w mojej wyobraźni wizja produkcji serników rozwiniętej na skalę masową. Przez chwila oczyma duszy widziałam mój kuchenny blat zastawiony robotami kuchennymi, rzędem misek z obracającymi się mieszadłami, przygotowującymi serową masę. Szybko jednak ten obraz zastąpił inny, może bardziej abstrakcyjny, ale - jak mi się wtedy wydawało - gwarantujący większą wydajność produkcji. Wyobraziłam sobie bowiem taką ogromną ilość masy serowej wyrabianej w bębnie pralki.

Wizja wydawała mi się na tyle sensowna, że podzieliłam się nią z zasypiającym mężem. A potem pomyślałam, że w nocy pewnie przyśni mi się taki sernik z pralki.

_________________________________

To było wieczorem. Miałam za sobą dość ciężki dzień, wprost padałam z nóg, a przed sobą miałam jeszcze wizję ważnej sprawy do załatwienia poza domem i przygotowaniem obiadu na kolejny dzień. W roli głównej miał występować kurczak. Co prawda bardzo lubię gotować, ale tym razem zwyczajnie mi się nie chciało.

- Słuchaj - zaproponowałam mężowi - może ty byś przygotował tego kurczaka, a ja w tym czasie pojadę załatwić co trzeba i szybciej będzie z głowy? Przy okazji mógłbyś posłuchać sobie audiobooka - dodałam, wiedząc, że mąż jest aktualnie dość wciągnięty w akcję pewnej słuchanej przez siebie książki.

Małżonek zgodził się bez problemu. Z niechęcią wyszłam z domu  - był już wieczór, a ja nie cierpię prowadzić po zmroku. Pocieszała mnie myśl, że po powrocie zastanę już pewnie gotową potrawę, którą jutro wystarczy tylko podgrzać przez dwadzieścia minut w piekarniku. No i przy jeżdżeniu samochodem również można słuchać audiobooka.

Moja pozadomowa misja nieco się przeciągnęła - nie było mnie dobre trzy godziny. Skoro tyle to trwało, zdecydowałam, że pół godziny w tę czy w drugą stronę nie robi już żadnej różnicy i zajechałam do Sprouts po wino. Wieść niosła, że pięćdziesiąt procent uprawnionych do głosowania obywateli Polski oddała dziś swój głos w wyborach parlamentarnych. Ostatecznych wyników jeszcze nie znano, ale wino w dniu wyborów to zawsze wskazana sprawa.

Kiedy wróciłam do domu w towarzystwie trzech butelek ciemnoczerwonego płynu, zastałam widok dość zaskakujący. W kuchni stał mój mąż, a wokół niego, na wszystkich blatach, piętrzyły się potrawy z kurczaka. Mój wzrok padał kolejno na formę do pieczenia z prześlicznie ułożonymi filetami, spoczywającymi tam w towarzystwie warzyw i ziarenek przypraw, na formę wypełnioną kawałeczkami kurczaka pływającymi w apetycznie wyglądającym sosie, na filety w pięknej, złocistej panierce, na sałatkę z drobno posiekanego drobiu i warzyw, na coś w rodzaju mięsnej galarety, zastygniętej w małych plastikowych pudełeczkach… Wszystko wyglądało bardzo apetycznie i z powodzeniem mogłoby znaleźć się na zdjęciach w restauracyjnym menu.

- Ej, ale ty miałeś tylko przygotować obiad na jutro - jęknęłam, zastanawiając się z przerażeniem, skąd ja u diabła wytrzasnę w lodówce miejsce na upchnięcie przynajmniej połowy tego wszystkiego. I kiedy ja to właściwie zjem? Żarcia mogłoby starczyć na dobre dwa tygodnie.

- Oj no, w zamrażalniku było strasznie dużo tego kurczaka - wzruszył ramionami mąż. - No i audiobooka się fajnie słuchało.

_____________________________

Kurczak to sen, reszta zdarzyła się naprawdę. No, jeszcze poza kupowaniem wina. Choć kieliszek rzeczywiście wypiłam. Więcej nie było.

niedziela, 5 lipca 2015

Precz z grillami, zacznijcie czytać Wikipedię

Lubię upały. Ale są sytuacje, w których wolę deszcz bębniący o szyby i wiatr wyginający gałęzie drzew. Na przykład wtedy, kiedy wszystkie te uciążliwe zjawiska atmosferyczne mają miejsce na zewnątrz, a ja siedzę sobie w przytulnym pokoju z kubkiem herbaty i książką. Albo wtedy, gdy muszę biegać za trójką dzieci (no dobra, wtedy w ogóle lepiej unikać jakichkolwiek ekstremów pogodowych, takie bieganie jest wystarczająco męczące i nie trzeba do niego dokładać żadnych uciążliwości pogodowych). Przede wszystkim jednak nie lubię upałów wtedy, kiedy mam iść spać.

Podobają mi się kalifornijskie noce, bo są chłodne. To bardzo praktyczne i przyjemne zjawisko dla tej upalnej części świata. Na początku mnie to dziwiło. Kiedy znalazłam się tam po raz pierwszy, próbowałam wieczorem usiąść na balkonie z kieliszkiem wina. Mniej więcej tyle mi się udało. Już po chwili uciekałam z balkonu do cieplejszego wnętrza, bo na zewnątrz panował chłód, a ja nie miałam ze sobą żadnych swetrów. Wtedy byłam niezadowolona, ale teraz lubię te zimniejsze zakończenia dni
.

Zasypianie w oparach wysokiej temperatury wydaje mi się nienaturalne. Ma być przyjemnie, tymczasem robi się lepko i ciężko. Jeśli ktoś ma tak jak ja i absolutnie musi spać przykryty, bo bez tego ciało odbiera sen jak jakiś przypadkowy epizod na ławce w parku, to powstaje dodatkowa trudność. Bo jak tu opatulić się się kołdrą, gdy w pokoju panuje blisko trzydzieści stopni Celsjusza i żadne otwieranie okien nie jest w stanie tego zmienić?

Wygląda na to, że na moje problemy postanowił odpowiedzieć Onet. Znalazłam tam dziś cały tekst poświęcony temu, jak ułatwić sobie zasypianie podczas upałów. Otóż, moi mili, aby ułatwić sobie ten proces, nie trzeba wcale bawić się w liczenie owiec. Wystarczy wysunąć jedną lub dwie nogi spod kołdry i wszystko będzie prostsze. Ponadto powinniśmy się starać, żeby temperatura w naszej sypialni nie przekraczała 19 stopni. Nic łatwiejszego, no nie? Zwłaszcza w ostatnich dniach.

Powiem Wam coś w tajemnicy: to bzdura. Jeśli nie możecie zasnąć, obojętnie z jakiego powodu, zacznijcie czytać Wikipedię. Po jakimś czasie i tak padniecie, a w międzyczasie dowiecie się czegoś bardziej lub mniej ciekawego. Ja mam za sobą już m.in. biografie członków The Beatles, historię większości stanów USA i niektórych republik wchodzących w skład Federacji Rosyjskiej. Zdaje się, że jedna z moich koleżanek przerabia w ten sposób dynastię Habsburgów.

A tak przy okazji: czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, dlaczego w czasie tych cholernych, tak bardzo wszystkim przeszkadzających upałów, ludzi opanowuje szał grillowania? Jak Wy możecie przy tej pogodzie stać nad tym przypiekającym się mięchem, a potem je jeszcze jeść?

Grille powinny być modne jesienią albo wczesną wiosną.

Nigdy nie zrozumiem świata.