Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubrania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubrania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 listopada 2015

Sanforyzacja, której nie było

- Czy ty czasem nie potrzebujesz kupić sobie nowych spodni? - zapytałam męża. Siedzieliśmy na podłodze i z powątpiewaniem zerkałam na kolana jego jeansów, ozdobione dziurami. Wiem, tak jest teraz modnie. Co prawda kupowania spodni już dziurawych kompletnie do mnie nie dociera, ale korzystając z obecnych trendów wciąż noszę swoje lekko już podarte, za to zdecydowanie ulubione jeansy. Zwyczajnie szkoda mi je wyrzucać.

- Tak, chyba tak - zgodził się małżonek.
- Trzeba się będzie wybrać na zakupy… 
- Myślałem raczej, żeby wyklikać sobie jakieś w Internecie.

Pokiwałam głową. Sama od czasu do czasu kupowałam ubrania w sieci, pilnując jedynie, żeby możliwy był ewentualny zwrot zamawianego towaru. Może mam szczęście, ale nigdy niczego nie musiałam odsyłać.

Kilka dni później przyszły nowe spodnie męża. 
- Dlaczego nie włożysz tych nowych jeansów? - marudziłam pewnego przedpołudnia. 
- To nie takie proste… - stwierdził mąż. 
- Co, nie pasują? 
- Nie o to chodzi. Bo wiesz, one są stretch-to-fit. Właśnie sprawdziłem, co to znaczy. Wygląda na to, że zanim je włożę, powinienem je najpierw moczyć we wrzątku, potem wycisnąć… 
- O matko - jęknęłam. - Czy ty nie możesz kupić niczego normalnego?
Przez chwilę słuchałam dość absurdalnie dla mnie brzmiącego wywodu małżonka. Tłumaczył mi, że swój nowy nabytek będzie musiał poddać procesowi zwanemu sanforyzacją, która wprawdzie wymaga jakiegoś tam zachodu, za to same spodnie powinny być o wiele trwalsze niż takie zwyczajne. Cóż - to była już kolejna sytuacja, kiedy mój mąż nabywał zwyczajne z pozoru przedmioty, których nie dało się używać w prosty sposób. 

- A jesteś pewien, że ten zegarek, który chcesz mieć na Mikołajki będzie tak po prostu chodził? Czy może trzeba na przykład poczekać na jakiś postęp w nauce, żeby dało się go w ogóle używać? - spytałam zjadliwie.

W sobotni poranek przystąpiliśmy do sanforyzacji. W skrócie wyglądało to tak: o 9:53 spodnie zostały namoczone w gorącej wodzie. Po godzinie należało je wycisnąć i rozwiesić. Następnie układało się je na podłodze między ręcznikami i udeptywało, a potem trzeba było je włożyć na siebie i męczyć się, czekając, aż wyschną. Mąż wykonał wszystkie czynności zgodnie z instrukcją, a ja starałam się z tego wszystkiego za bardzo nie nabijać, obiecując sobie, że uwiecznię całe wydarzenie niniejszą notką.

- Te spodnie były „stretch-to-fit”? - upewniłam się kilka minut temu, zerkając na męża znad laptopa.
- Tak. 
- Piszę notkę o sanforyzacji - oznajmiłam ponuro.
- Ale to w ogóle nie była sanforyzacja!
- Jak to nie?
- No nie. Sanforyzacja to jest proces, któremu się poddaje w fabryce spodnie, żebym nie musiał robić tego, co dzisiaj robiłem. 


Aha. No, Ale spodnie są spoko.


czwartek, 28 lipca 2011

Ban na spodnie

Być może paryżanki już wkrótce odetchną z ulgą. Ich osobista wygoda stała się bowiem przedmiotem zainteresowania Maryvonne Blondid, francuskiej pani senator, która postanowiła zawalczyć o zniesienie ustanowionego w 1799 roku zakazu noszenia przez kobiety spodni. Aby osoba płci żeńskiej mogła legalnie paradować po ulicach stolicy Francji w "męskim" stroju, powinna uzyskać w tym celu specjalne pozwolenie. W ostatnich latach XIX wieku zakaz został nieco złagodzony - kobieta mogła się pokazać w spodniach, pod warunkiem, że w rękach trzymała lejce konia. Kolejna liberalizacja przepisu nastąpiła już w wieku XX, kiedy to uznano, że czynności takie jak jazda na rowerze są faktycznie wygodniejsze, jeśli ma się na sobie coś, co posiada nogawki.

O tym, że takie przepisy w ogóle istnieją, nie miałam oczywiście pojęcia. Tym samym nieświadomie złamałam prawo - w Paryżu byłam tylko raz i zaledwie przez dwa dni, ale spędziłam je w spodniach - wyjąwszy kąpiel. Jak to jednak mówią, pod latarnią jest najciemniej. Byłam pod wieżą Eiffla, spacerowałam po Polach Elizejskich i jakoś nikt mnie nie zatrzymał. Mało tego, miałam wrażenie, że wokół mnie wprost roi się od kobiet łamiących przepisy. Pewnie miało to związek z faktem, że akurat był grudzień i to wyjątkowo paskudny.

Inna sprawa, że wizja, w której po Polach Elizejskich przechadzają się kobiety ubrane w sukienki wydaje mi się dosyć sympatyczna. To, że kobiece stroje tego typu mają swój urok, odkryłam dopiero w wieku lat przeszło dwudziestu, zdradzając moje wieczne jeansy z kolejnymi spódnicami. Więc - i teraz mówię już zupełnie poważnie - może warto pomyśleć o tym, by np. raz w roku przestrzegać paryskiego prawa?

wtorek, 2 marca 2010

Wizyta w fitting roomie

Kiedy chodziłam do liceum, przy głównej ulicy miasteczka, z którego pochodzę, pojawił się nowy sklep. Wydarzenie samo w sobie mało godne uwagi: nowe sklepy wyrastały tam regularnie i często jak grzyby po deszczu, przeważnie na zgliszczach warzywniaków, mięsnych, spożywczych, odzieżowych i drogerii, których czas dobiegł końca i których właściciele musieli szukać źródła finansowego szczęścia gdzieś indziej. Ten sklep zwrócił jednak uwagę wszystkich. Szklaną witrynę zdobił bowiem wielki, złoty napis: "Cosmetics & biżuteria".

Nazwa odstraszała i budziła politowanie, nawet w niewielkim mieście, gdzie kiczowata nazwa teoretycznie miałaby może większe pole do popisu. Tymczasem nowa witryna stała się przedmiotem kpin i tematem kilku felietonów, które uczniowie naszej klasy mieli za zadanie przygotować na lekcję języka polskiego.

Nie wiem, co kierowało właścicielem (właścicielką?) sklepu przy wyborze nazwy. Faktem jest, że słowo "cosmetics" jest o wiele łatwiej rozpoznawalne niż "jewellery", na swój sposób brzmi też mniej pretensjonalnie w charakterze napisu na wystawie Tak czy siak, ku uldze wielu nazwa sklepu została zmieniona na taką, której dziś pewnie już nikt nie pamięta - była prawdopodobnie zupełnie zwyczajna.

Wszystko to przypomniało mi się dzisiaj podczas kupowania (tak, nareszcie kupowania!) spodni. Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że w jednym ze sklepów w Galerii Mokotów przymierzalnia to "fitting room". 

Przymierzyłam zatem zdjęcie z wieszaka czarne, eleganckie spodnie nie gdzie indziej, jak w "fitting roomie". Efekt byłby ten sam, gdybym zrobiła to w "przymierzalni". I tak bym je kupiła. 

poniedziałek, 1 marca 2010

Problemy (nie)zakupoholiczki

Jak większość ludzi żyjących w naszym kręgu kulturowym, przywiązuję pewną wagę do tego, co na sobie noszę (celowo nie piszę: "jak większość kobiet", bowiem z ulgą stwierdzam, że jest to temat istotny nie tylko dla osób płci żeńskiej). Nie należę raczej do fanek kilkugodzinnych spacerów po sklepach, ale fajny ciuch przykuje moją uwagę i niejednokrotnie portfel. Sęk w tym, że moim przypadku są to zwykle zachowania spontaniczne. Dość kiepsko wychodzą mi wypady mające na celu nabycie konkretnego stroju na konkretną okazję. Zwłaszcza, że jeśli już do takich sytuacji dochodzi, to w grę wchodzi jakaś bardziej oficjalna impreza, na którą moja szafa, przygotowana prawie wyłącznie do wymogów życia codziennego, nie ma żadnej odpowiedzi.

Nie przepadam za weselami, ale zawdzięczam im posiadanie kilku bardziej imprezowych sukienek. Co do żakietów i eleganckich spódnic bądź spodni, podobno wypada mieć w szafie przynajmniej jeden tego typu komplet. Cóż, ja jakoś to przegapiłam. Ostatni taki zakup załatwiłam przed maturą. Żakiet zaliczył wraz ze mną całą masę egzaminów i kilka rozmów kwalifikacyjnych. W tej chwili pewnie leży gdzieś pod stertą innych moich rzeczy w Krakowie. A ja potrzebuję eleganckiego ciucha i to już. Za kilka dni czeka mnie wydarzenie, przy okazji którego od porządnego stroju się nie wywinę...

Nastawiona do całej sprawy jak najbardziej pozytywnie, wybrałam się wczoraj do kilku sklepów. Wydawało mi się, że wiem, czego szukam: jakaś czarna, damska marynarka plus spodnie - eleganckie, ale nie przesadnie sztywne. Powiedzmy, że takie, bym była je w stanie sama uprasować, bez wpadania w pułapki kantów i tym podobnych. Bluzkę na szczęście mam - półoficjalna okazja, w którą byłam zamieszana ponad rok temu, wymusiła na mnie jej kupno.

Tak naprawdę nie wiem, w ilu byłam sklepach. Rasowe zakupowe wyjadaczki pewnie machnęłyby na całą sprawę ręką - moje poszukiwania zajęły nie więcej niż dwie godziny. Niby nie tak mało, zwłaszcza że za miejsce akcji obrałam sprytnie dużą galerię handlową, unikając przez to konieczności przemieszczania się z budynku do budynku. Wiem za to, że niczego nie przymierzyłam, choć w rękach miałam w sumie dobre kilkadziesiąt sztuk odzieży. A raczej: nie przymierzyłam niczego w ramach gatunku, którego poszukiwałam.

Wnioski? Po pierwsze: mam chyba problem z rozmiarem. Większość rzeczy, które w miarę mi się podobały, były albo ekstremalnie małe, albo za duże. W przypadku niektórych modeli ciężko mi było znaleźć coś, co byłoby większe niż 34 i mniejsze niż 42. Kiedy zaś w końcu udało mi się trafić na właściwy rozmiar, od razu oczywiste było, że nie obyłoby się tu bez ingerencji krawca, który skróciłby nogawki spodni (rzecz jak najbardziej do przejścia, ale ja wybrałam drogę - jak mi się wydawało - na skróty).

Dalej: niemal bezskutecznie poszukiwałam czegoś, co spełniałoby wymóg rozmiaru 38 i jednocześnie nie było z materiału sprawiającego wrażenie, że wystarczy usiąść, by spodnie były pomięte. A kiedy już takie coś wpadło mi w ręce, było brązowe. No a ja, wybredna baba, szukałam koloru czarnego.

Po przejrzeniu jakiejś straszliwej liczby wieszaków, znalazłam się wreszcie przy takim, na którym wisiało to, czego szukałam. Elegancki, czarny kostium, ze spodniami, które mogłabym nosić również przy okazji mniej oficjalnych imprez niż ta, która mnie czeka. Szerokość i długość nogawek tak na oko idealne. Zachwycona sięgnęłam do metki z ceną. Po czym wyszłam ze sklepu.

Póki co, moje życie pozbawione regularnie się powtarzających oficjalnych okazji. W związku z tym dam sobie jeszcze szansę na znalezienie czegoś, co sprosta warunkom, które postawiłam i przy okazji nie będzie kosztować majątku. Przecież ja to potem i tak odwieszę do szafy na co najmniej rok...