Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Wszystko zaczęło się w ubikacji

Właściwie nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. To był impuls, jeden z tych, którym trudno się oprzeć. Było nas kilka, wszystkie miałyśmy po piętnaście czy szesnaście lat, a ja miałam największy plecak. Był na tyle duży, że zmieściła się do niego klapa od sedesu, którą dumnie wyniosłyśmy ze szkolnej ubikacji. Trofeum.

Nie, naprawdę nie mam pojęcia, po co mi to wtedy było. Wiem, że nie lubiłam swojej szkoły, zapewne zatem ten kretyński w gruncie rzeczy postępek dawał mi poczucie, że coś tej znienawidzonej instytucji odbieram. Że w jakimś minimalnym wymiarze mam władzę nad tym szarym gmachem, w którym traciłam kolejne lata swojego życia.

Kaśka, która towarzyszyła mi w całym procederze, to końca dnia szeptała zainteresowanym: "Agata ma klapę w plecaku". Po lekcjach, kiedy już dotarłam do domu, zdobycz stanęła przy moim biurku, a ja patrzyłam na nią zwijając się w środku ze śmiechu. Bohaterski czyn nie rozśmieszył jednak rodziców - po powrocie z pracy z dość surowymi minami usiłowali ze mnie wyciągnąć, po co właściwie zrobiłam to, co zrobiłam. Bez rezultatu. Mało tego - udało im się zasiać we mnie nieźle kiełkujące ziarno wątpliwości, skutkiem czego utraciłam wiarę w sens obecności szkolnej deski klozetowej w moim pokoju i kolejnego dnia potulnie odniosłam ją na miejsce.

I to byłoby na tyle. Akcję udało się przeprowadzić w tajemnicy, nie dowiedział się o nim żaden element ówczesnego ciała pedagogicznego i pewnie gdyby nie to, że przez te dwadzieścia lat ciągle ktoś mnie pytał o to, po co mi była ta klapa i co się z nią potem stało, sama wymazałabym całą przygodę z pamięci. Nic z tego - znajomi nie zapomnieli, a ostatnio dowiedziałam się nawet, że moja pracująca jako nauczycielka koleżanka regularnie opowiada o mnie i tej nieszczęsnej klapie swoim kolejnym uczniom.

Kilka dni temu wzięłam udział w fejsbukowym konkursie serwisu Publio.pl. Trzeba było opowiedzieć o jakiejś historii z czasów szkolnych, którą pamięta się do dziś. Z telefonem w ręku szybko wyklikałam co trzeba, uznając, że po tylu latach nie ma się czego wstydzić, zresztą - wszystko wskazywało na to, że o całej sprawie wie już kilka setek ludzi.

Dziś się okazało, że dzięki temu, iż w 2000 roku wyniosłam z liceum w Lubartowie klapę od sedesu, w 2019 roku wygrałam książkę.

Wypływa z tego morał, a nawet dwa:
- pobyt w każdej placówce oświaty może przynieść coś pozytywnego*,
- każde wydarzenie w naszym życiu może mieć sens. Nawet, jeśli na ten sens trzeba czekać dwadzieścia lat.

________
* Pobyt w tej akurat miał zresztą więcej zalet, ale nie oszukujmy się - jakby było ta dobrze, to nie wynosiłabym klapy.

poniedziałek, 19 października 2015

Pokój z Rzymem, czyli gra słowna z wystrojem wnętrz w tle

- Muszę kiedyś wpaść do ciebie do pracy - powiedziałam do męża. 

Był spokojny, październikowy wieczór. Mąż patrzył w ekran komputera i za pomocą kolejnych kliknięć myszki posuwał się dalej w świecie komputerowej gry. Ja siedziałam obok, z czytnikiem na kolanach. Oddawaliśmy się swoim zajęciom, co jakiś czas zamieniając kilka zdań i sięgając po kieliszki z czerwonym winem.

- Co ty na to? - Nie otrzymawszy odpowiedzi na propozycję odwiedzin domagałam się reakcji. - Może bym przyjechała któregoś dnia? Zdaje się, że wspominałeś coś o tym, że masz teraz biurko w innym miejscu.

- Mhm - potwierdził mąż. - Mam teraz pokój z Rzymem.

Nie zdziwiło mnie to za bardzo. U mojego męża w pracy widziałam już tak różne rzeczy, że byłabym w stanie uwierzyć nawet w salę konferencyjną z myszką Mickey na ścianie. Pokój z Rzymem - czyli jak to sobie wyobrażałam, pomieszczenie stylizowane na starożytny Rzym, jak najbardziej mieścił się w zakresie jakim dysponowała moja wyobraźnia. Może mają np. takie ciężkie, fioletowe kotary w oknach, myślałam. Albo jakieś kolumny. Popiersia sławnych postaci, na przykład w formie przycisków do papieru. Wieńce laurowe, togi… Eee, nie - tu już ponosiła mnie fantazja. Zresztą nie byłam wcale pewna, czy miałabym ochotę oglądać kilkudziesięciu geeków w togach. Nawet w miejscu pracy.

No nic, kontynuowałam swe rozmyślania, trzeba będzie tam wpaść któregoś dnia i zobaczyć. Wezmę dziewczynki, spodoba im się. Najlepiej chyba będzie zaplanować to na któreś późne popołudnie, jak już zwolni się trochę miejsc parkingowych. Mimo kilku lat codziennego siedzenia za kółkiem parking pod miejscem pracy mojego małżonka wciąż napawa mnie niechęcią. No, ale miejsce pracy stylizowane na starożytny Rzym to jednak coś, co pewnie warto zobaczyć, więc…

- To co, kiedy możemy przyjechać? - zapytałam. - I na czym właściwie polega ten pokój z Rzymem? 

Spojrzałam na ekran komputera i na widok mapy świata zaproponowanej przez Civilization V nagle zrozumiałam. 

- O matko - po raz kolejny tego wieczoru zwróciłam się do mojego milczącego małżonka. - Ja myślałam, że ty o wystroju pokoju, w którym pracujesz…

Mąż spojrzał na mnie jakoś dziwnie. I w końcu przemówił:

- Nie. Ja mam pokój z Rzymem w grze. Pokój z Rzymem.

- No już kumam - pokiwałam głową. - Peace with Rome. Nie room with Rome.



Polski język trudna język.

poniedziałek, 12 października 2015

Stajnia w garażu, czyli co można zastać po powrocie z wakacji

Po kilku tygodniach wakacji wróciliśmy do domu. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze, niezależnie od tego z jak fantastycznego miejsca wracam, cieszę się powrotem do domu. Na własne śmieci. Do życia mniej więcej przewidywalnego. Do swojskiego widoku za oknem, już od rana, od momentu w którym świeżo przebudzona siadam na łóżku i odsuwam zasłonę. W moim przypadku nie jest to widok szczególnie porywający - za oknem widzę bowiem wąską drogę i dom sąsiada, niemal identyczny jak ten, w którym sama mieszkam. Najbardziej interesującym elementem tego widoku jest drzewo, którego liście zmieniają kolor w zależności od pory roku - to znaczy prawie zawsze są one zielone, ale w pewnym momencie przybierają barwy jesienne. Wtedy jest ładnie.

Ale wróćmy do domu sąsiada. Gdybym chciała odgrywać wścibską panią z naprzeciwka, miałabym trudne zadanie. Wprawdzie wiem, jakim samochodem jeździ sąsiad, jak wygląda jego żona no i on sam, zauważyłam też, że od czasu do czasu wpada po coś w ciągu dnia - spędza wtedy trochę czasu wewnątrz, nie kłopocząc się zamykaniem drzwi garażowych, dzięki czemu wiem, że w garażu ma porządek - ale na tym mniej więcej kończy się moja wiedza. Okna domu sąsiada są bowiem szczelnie osłonięte i choć regularnie zdarza mi się wyglądać na roztaczający się za moją sypialnią świat (w jakiś sposób muszę przecież stwierdzić, czy liście na drzewie przybierają już barwy jesieni), nigdy nie zauważyłam nawet najmniejszego ruchu za zasłonami w jego pokoju.

W innych domach w sąsiedztwie dzieje się więcej: ich lokatorów albo widuję w miarę regularnie (jak np. pewnego młodego człowieka, może siedemnastoletniego, który każdego dnia jakby nigdy nic wraca ze szkoły samochodem - moja polska mentalność wciąż nie może do tego przywyknąć), albo ich słyszę (jak np. sąsiadów zza płotu, którzy od dłuższego czasu uparcie remontują swoje patio, albo tych, którzy od czasu do czasu robią imprezę i wtedy przez kilka godzin wprost nie sposób ich nie słyszeć). Sąsiada, którego dom widzę z okien sypialni, widuję, owszem - ale zdarza się to bardzo rzadko.

Tym bardziej zdziwiłam się teraz, kiedy wracaliśmy z wakacji. Skręcaliśmy już w naszą ulicę - jego dom jest pierwszy po lewej, zatem od razu zauważyłam, że zaszły pewne zmiany. Na miejscu drzwi garażowych znalazło się coś w rodzaju przegrody, kończącej się mniej więcej na wysokości mojej twarzy. Powyżej niej zauważyłam kilka końskich głów, z których spoglądały na mnie pary ciemnych, uważnych oczu.

- O, sąsiad urządził sobie zagrodę dla koni w garażu - stwierdził wesoło Dawid. - Fajnie w sumie.

Nie podzielałam jego entuzjazmu. Od dziecka słyszałam, że konie to cudowne zwierzęta. Jestem skłonna w to uwierzyć, ale nie zmienia to faktu, że się ich boję. I naprawdę, czym innym wydaje mi się mijanie koni zaprzężonych do dorożek na Rynku w Krakowie, a czym innym codzienne pakowanie siebie i trójki dzieci do samochodu pod okiem koni znajdujących się metr, może dwa ode mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie będę potrzebować eskorty Dawida za każdym razem, gdy będę chciała bądź musiała wyjść z domu. Trochę by nam to komplikowało życie.

No i co z zapachem? Nie wierzę, że to nie będzie stanowiło problemu. To jednak zwierzęta. Zwierzęta wydalają. I nie wydaje mi się, by konie należały do mistrzów higieny, jeśli chodzi o kwestie fizjologiczne. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mieszkają w na wpół otwartym garażu, znajdującym się niemal tuż przy moim oknie, w dodatku w temperaturach właściwych dla tej części świata, czyli nierzadko upalnych.

Trzeba będzie coś z tym zrobić, myślałam. Być może da się to gdzieś zgłosić? Wymusić na sąsiedzie pozbycie się koni? Przecież tak nie będzie się dało żyć. Pomysł rozmowy z sąsiadem odrzuciłam od razu - skoro koleś już urządził tę stajnię i kupił zwierzęta, to raczej nie po to, by wszystko odkręcać na prośbę jednej sąsiadki.

- Ha, w sumie dobrze, że to konie - cieszył się Dawid, wchodząc ze mną do domu. - Pamiętaj, że na konie nie mam uczulenia.

Bosko, pomyślałam smętnie, wchodząc na piętro. Poszłam od razu do sypialni. Zmęczona podróżą i zrezygnowana wizją pozbywania się koni z sąsiedztwa usiadłam na łóżku. Mimowolnie spojrzałam za okno. Zobaczyłam dom, niemal identyczny jak ten, w którym mieszkałam, Na dole widziałam garaż przerobiony na stajnię i kilka końskich głów. Podniosłam wzrok, kierując go na okno sypialni sąsiada. I nagle zamarłam.

Po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięcią, okno nie było zasłonięte. Ba, było nawet otwarte! Na całą szerokość. Wyglądało też na to, że sąsiad pozbył się moskitiery, w którą wyposażone są zazwyczaj tutejsze okna. Przez otwór wystawała głowa pięknego, białego konia, a duże, czarne oczy wpatrywały się we mnie skupionym wzrokiem.

______________________
Jasne, że to sen.

Miłego tygodnia.

P.S. Nie dysponuję zdjęciem konia w oknie. Mam za to zdjęcie mojego kota, spoglądającego na dom sąsiada.

poniedziałek, 28 września 2015

Książka w formie wina

Uległość Michela Houellebecqa przeczytałam jakieś dwa tygodnie temu. Któraś z polskich księgarń ebookowych oferowała wersję elektroniczną i natychmiast skorzystałam. Zazwyczaj nie lubię tak kombinować - czytam (z różnych względów) głównie na Kindle, ale jeśli już mam książki danego autora w tradycyjnym formacie, to kolejne jego dzieła staram się kupować w takiej samej formie.

Ale rynek wydawniczy jak wiele innych spraw na tym pięknym świecie idzie do przodu. Niby wiadomo. Ale czasem można się jeszcze zdziwić.

Łaziłam  z D. po księgarni. Jakimś cudem byliśmy tam sami. Nie mam pojęcia, gdzie były dzieci, zapewne zostały z jakąś opiekunką. Nie to się liczyło - napawałam się bowiem cudowną możliwością zatrzymywania się przy wypełnionych książkami półkach, spędzania niemal nieograniczonego czasu na przeglądaniu autorów, tytułów, czytaniu notek z tyłu okładek. Należę do tych czytelników, którym zdarza się sięgnąć po daną książkę wyłącznie na podstawie okładki.

Nagle zatrzymałam się zdziwiona. W narożnym regale zrobiono coś w rodzaju "kącika Houellebecqa". Jego książki zostały elegancko wyeksponowane na nieskazitelnie białym tle, na wysokości idealnej dla człowieka o przeciętnym wzroście. Dominowały oczywiście egzemplarze wydanej niedawno Uległości. Ale coś mi się tu nie zgadzało.

- Patrz, jakoś dziwnie to wydali - pokazałam Dawidowi jedną z książek. Rzeczywiście: w środku nie było normalnych stron zadrukowanym tekstem. Zamiast tego pełno było ilustracji, a każda kartka była wyposażona w coś w rodzaju koperty. Każda koperta zawierała kolejny fragment tekstu powieści.

- Dziwne - uznałam. - Ciekawie wygląda, ale kto chciałby czytać cokolwiek w ten sposób? Przecież to niewygodne, ciągle otwierać te kopertki, czytać, chować, otwierać kolejną...
- No dziwne - zgodził się mój małżonek. - Ale może jako prezent ślubny to by zdało egzamin.
- Ale kto kupowałby komukolwiek w prezencie ślubnym powieść Houellebecqa? - powątpiewałam.

I wtedy obok kopertowego wydania zobaczyłam inne, jeszcze dziwniejsze. Był to bowiem karton, trochę przypominający kartony z sokiem, z nakrętką u góry. Jeśli chodzi o szatę graficzną, to była taka sama jak na okładce normalnego wydania Uległości i jeśli wierzyć temu, co widziały moje biedne oczy, było to winna wersja tej książki. Tak, właśnie tak: w kartonie było czerwone wino.

- Ty, patrz, a to mogłabym nawet chcieć - uznałam. - Wydanie winne.
- Tylko jak się czyta tak wydaną książkę? - zastanawiał się D. - Pijesz i w miarę tego picia treść sama do ciebie przychodzi?
- Pojęcia nie mam, ale skoro tak to wydali, to musi być w tym jakiś sens - stwierdziłam. - Kupujemy?
- No weź - sprzeciwił się małżonek. - Przecież mówiłaś, że kupiłaś już ebooka. Po co nam dwa wydania tej samej książki?

I tak nie dowiedziałam się, jak czytać winne wydanie powieści. Chyba już się nigdy nie dowiem, bo obudziłam się wkrótce po powyższej wymianie zdań.

niedziela, 21 czerwca 2015

O tym, jak napisałam pewne podanie i co z tego wynikło

Sama nie pamiętam, jak i dlaczego wpadłam na ten pomysł. Był tak absurdalny, że musiał być wytworem szalonej, albo co najmniej mocno nietrzeźwej wyobraźni. To prawda, lubię od czasu do czasu zakończyć wieczór dobrym drinkiem. Mam nawet książkę z przepisami na całe mnóstwo alkoholowych koktaili, a w niej - sprawdzone, ulubione pozycje.

Wiadomo, że do zrobienia większości drinków potrzebujemy, poza alkoholem i różnymi płynnymi składnikami - lodu. Kiedy mieszkaliśmy w Szwajcarii, zdarzało się nam kupować na pobliskiej stacji benzynowej kruszony lód. Nie kosztował dużo, a opakowanie wystarczało na bardzo długo. Jedyny mankament stanowił fakt, że wór lodu zajmował piekielnie dużo miejsca.

Już nie kupujemy gotowego lodu. Mamy taką zwykła, klasyczną formę do zamrażania kostek, która musi wystarczać. Zamrażalnik wypełniają teraz raczej zamrożone pierogi, warzywa, mięso. Fakt, że należy do tych nieszczególnie dużych, podobnie jak cała lodówka. Niektórzy na naszym miejscu pewnie kupiliby coś większego, ale my raczej tego nie zrobimy - w końcu to nie nasza kuchnia, nie ma co inwestować w sprzęty.

Tak naprawdę nie wierzyłam do końca w to, że przeprowadzę swój pomysł. Najpierw tylko o nim fantazjowałam. Potem dla zabawy, sama nie mogąc uwierzyć, że to robię, zdecydowałam się na pierwszy krok. Napisałam poważnie brzmiące podanie i wysłałam na adres konkretnej instytucji. Nie widziałam sensu w oczekiwaniu na odpowiedź pisemną. Po kilku dniach, kiedy uznałam, że moje pismo na pewno dotarło już na miejsce przeznaczenia, a jego treść została odczytana, postanowiłam zadzwonić.

Usiadłam wygodnie na łóżku w sypialni i wybrałam numer.
- Tu dziekanat Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego - usłyszałam w słuchawce męski głos. - W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, ja wysłałam jakiś czas temu podanie. Chodziło o możliwość zamrażania i przechowywania kostek lodu w lodówce na państwa uczelni.
- Tak, rzeczywiście. Proszę poczekać, musimy sprawdzić, na jakim etapie jest pani wniosek.

Wiedziałam, że to może potrwać. Włączyłam tryb głosnomówiący w telefonie, położyłam go obok siebie na kołdrze i wzięłam do ręki książkę. Czytałam aż dwie godziny. Dopiero po tym czasie w z leżącego obok telefonu dobiegł głos.
- Hello, are you there? - tym razem po drugiej stronie był ktoś inny. - I'm afraid your request has not been processed yet.
Pewnie jakiś praktykant ze Stanów, pomyślałam zniechęcona. Słyszałam, że przysyłają ich teraz masami do sekretariatów polskich uczelni. Wieść głosi, że tylko u nas mogą naprawdę nauczyć się zawodu i w ogóle życia. Nikt, kto przeżył studenckie oblężenie sekretariatu jakiegokolwiek wydziału na UJ nie będzie już nigdy taki sam.

Postanowiłam pojechać na uczelnię osobiście. Plan wydawał mi się coraz mniej absurdalny. Czułam, że na tym etapie muszę go już doprowadzić do końca.
- Ach, to pani - przywitała mnie dość młoda kobieta w ciemnozielonym kostiumie. Wydaje się, że już na mnie czekała. Stała w drzwiach dobrze mi znanego sprzed lat sekretariatu. Za sobą miała podłużne pomieszczenia, wzdłuż ścian którego stały biurka i komputery poszczególnych pracowników. Po zastanowieniu stwierdziłam, że jednak wygląda to nieco inaczej niż pamiętałam z czasów swoich studiów.
- Tak, chodzi o lód. Chciałabym uzyskać możliwość zamrażania i przechowywania kostek lodu na państwa wydziale.
- Oczywiście, jest taka możliwość. Niestety, jesteśmy obecnie zawaleni robotą. Gdyby jednak mogła pani nam trochę pomóc... - zawahała się.
- Zrobię co w mojej mocy - odpowiedziałam na tyle sztywno, by magiczne "co w mojej mocy" nie brzmiało zbyt obiecująco.
Kobieta poprowadziła mnie do jednego z biurek. Nikt przy nim nie siedział, nie było tu też komputera. Na blacie leżał stos pustych kartek i kilka długopisów. Usiadłam, zachęcona zapraszającym gestem.
- Gdyby mogła pani napisać i przedstawić nam gotowy biznesplan  całej operacji - powiedziała. - Jest szansa, że wtedy wszystko pójdzie szybciej.

Posłusznie zabrałam się do roboty. W pewnej chwili zauważyłam, że młody facet siedzący dwa biurka przede mną pod przeciwległą ścianą ogląda się od czasu w moim kierunku. Uśmiechał się przy tym, a raz czy dwa puścił nawet oko, Był nawet przystojny, trochę w typie bohatera amerykańskich seriali młodzieżowych. Czyli zupełnie nie w moim. Ale popatrzeć można. Miał popielate włosy, ścięte na pazia, nieco zbyt długie, z przedziałkiem pośrodku. Przyznaję, kiedyś nawet podobały mi się takie fryzury. Ale miałam wtedy może czternaście lat. Korespondowałam nawet przez jakiś czas mejlowo z chłopakiem o takiej fryzurze. Dawne dzieje.

Naprzeciwko mnie siedział z kolei Amerykanin. Miałam rację, był praktykantem. Chudy, ciemnoskóry, z głową pokrytą dredami. Trochę przypominał Boba Marleya.

Atmosfera sekretariatu była przyjazna, choć nieco drętwa. Żarty padały może raz na godzinę. Były dobre, rozbawiały towarzystwo, które zaraz jednak milkło, jakby speszone, że pozwoliło sobie na moment luzu w progach jakże szanownej instytucji.

- Chodźmy na kawę - usłyszałam nagle nad uchem. Podniosłam głowę i nie zdziwiłam się, widząc nad sobą bohatera seriali. Tego typu zaproszenie wydawało się tak naprawdę tylko kwestią czasu. Wyszłam za nim na uniwersytecki korytarz. Zauważyłam, że jest ode mnie sporo niższy - może o głowę, może więcej. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mi to przeszkadza. Dochodziłam ostrożnie do wniosku, że chyba nie.

Potem moją uwagę zwrócił rozciągający się za plecami chłopaka korytarz. Zaskoczona zauważyłam, że nie przypomina w ogóle tego, ktory kojarzyłam z UJ. Wyglądał zupełnie jak korytarz szkolny w mojej podstawówce, ten wzdłuż których ciągnęły się drzwi pierwszych klas. Dawne dzieje. Pomyślałam, jakie to życie jest dziwne: kiedyś przychodziłam tu jako mała dziewczynka, nie wiedząc, jak za ćwierć wieku będzie wyglądać moje życie i w ogóle świat. Dziś byłam tu ponownie, przygnana przez misję, by w murach tej instytucji zamrażać kostki lodu.

________________
Chyba mniej więcej wtedy się obudziłam.

________________
Jakby komuś było mało, to jestem również tu: http://nabazgrane-na-kolanie.blogspot.com. Mniej do śmiechu.


piątek, 31 października 2014

Sąsiadka

To był krótki, weekendowy wypad: ot, jedna noc w jakimś domku w pobliskim lesie. Wycieczka w sam raz dla rodziny z małymi dziećmi: coś innego niż zwykle, fajnego, bez elementu zmęczenia i wielu godzin spędzonych za kółkiem. To był ostatni dzwonek na taką wyprawę - za kilka dni mieliśmy się przeprowadzać i wiedzieliśmy, że kolejny miesiąc - a może i dwa - spędzimy na urządzaniu się.

W radosnych nastrojach wypakowaliśmy skromne bagaże z bagażnika samochodu i wjechaliśmy windą na nasze piętro. Po drodze rozmawialiśmy wesoło. Ten wypad naprawdę byl strzałem w dziesiątkę.

Pod drzwiami mieszkania stanęliśmy jak wryci. Tak jak wszyscy nasi sąsiedzi, mieliśmy drewniane, pomalowane na zielono drzwi. Tak było jeszcze wczoraj, przed wyjazdem. Teraz od naszego mieszkania dzieliły nas solidne, żelazne wrota.

- Coś musiało się stać, kiedy nas nie było - zdenerwowałam się. - Może pożar? Drewniane drzwi spłonęły, więc wstawili takie, bardziej solidne...
- Nie, to na pewno nie był pożar - oświadczył Dawid. - Dzwoniliby do nas.

Miał rację. Z początku niepewnie, ale już po chwili stanowczo pukaliśmy do drzwi. Otworzyła nam kobieta, mniej więcej trzydziestopięcioletnia. Miała czarne, kręcone włosy, o kilka kilogramów za dużo i wyglądała znajomo, jak ktoś, kogo mija się codziennie na korytarzu.

- Sorry - powiedziała bez wstępu. - Ja potrzebuję większego mieszkania. Nie mieściłam się ze swoimi dzieciakami u siebie, was nie było, no to pomyślałam, że się tu przeniosę.

Weszliśmy do środka. Nic tu nie przypominało wnętrza, które opuściliśmy zaledwie wczoraj. Wszędzie stały obce meble, na ścianach (przemalowanych) wisiały zdjęcia przedstawiające członków jakiejś obcej rodziny. Nigdzie nie było widać naszych rzeczy.

- Gdzie są nasze meble, ubrania? - zapytałam z rozpaczą.
- U mnie - odparła spokojnie kobieta. - Wszystko wyniosłam.
- Ależ tam przecież było mnóstwo potrzebnych nam rzeczy! - krzyczałam. - Jesteśmy świeżo po podróży, musimy się w coś przebrać, dzieci muszą dostać jeść...
Odpowiedziała mi wzruszenie ramionami.

- Nie mogła pani poczekać kilku dni? - kontynuowałam. - My to mieszkanie za kilka dni opuszczamy. Mogla je pani przecież wynająć, teraz spadły ceny...

Kobieta zapaliła papierosa i patrzyła na mnie bez słowa zaciągając się dymem. Zastanawiałam się, dlaczego nie włączają się czujniki dymu. Zaraz powinien tu być alarm, może przybiegnie ktoś z administracji i wyjaśnimy to całe nieporozumienie. Dzieci powinny zjeść obiad.

Kobieta paliła w najlepsze.
- Dawid, zostań tu z maluchami - poprosiłam zrezygnowana. - Ja pójdę do administracji, przecież to trzeba jakoś wyjaśnić.

***
- Proszę zrozumieć, zostaliśmy de facto bez dachu nad głową. Za kilka dni się przeprowadzamy, ale jeszcze nie dostaliśmy kluczy - tłumaczyłam jakby nieobecnej, odwróconej do mnie plecami kierowniczki administracji budynku. W jej biurze panował mrok. Powietrze przesycone było wonią papierosów. Czułam się przytłoczona, trochę tym zapachem, a trochę meblami wypełniającymi to pomieszczenie: wszystkie były stare, z ciemnego drewna, obite ciemnozielonym pluszem.
- Nie mogę państwo nocować w mieszkaniu tej pani?
- W zasadzie moglibyśmy - przyznałam. - Ale ona nasze rzeczy po prostu tam wrzuciła, wszystko jest w strasznym nieładzie. A my mamy małe dzieci, one muszą mieć gdzie spać, muszą mieć dostęp do czystych naczyń...
- Rozumiem - oświadczyła beznamiętnym tonem kierowniczka. - Ale widzi pani, my mamy tu taką zasadę: nie wcinamy się w relacje między sąsiadami. Jeśli państwu obecność tej kobiety przeszkadza, to proszę załatwić to z nią osobiście.

***
Obudziłam się lekko przerażona. W swoim łóżku. Bez żadnych sąsiadek obok.

czwartek, 17 kwietnia 2014

O sztuce pisania listów i o nowym żelu do kąpieli

Wykąpałam się dziś przy użyciu nowego żelu pod prysznic. Jakiś czas temu trafiłam w sklepie na promocję w stylu "kup 3 różne i zapłać tylko tyle a tyle", z której skorzystałam, skoro już i tak wybrałam się na te zakupy z zamiarem uzupełnienia zapasów okołokąpielowych produktów.

Siedziałam sobie w wannie i nie mogłam od siebie odpędzić myśli, że zapach tego żelu coś mi przypomina. Coś bardzo konkretnego, niekoniecznie mającego związek z kosmetykami. Fala skojarzeń zawiodła mnie w kierunku lat dziecinnych i nastoletnich, gdzieś tam się przewinęła obsesja na punkcie Ani z Zielonego Wzgórza, gdzieś indziej moja najlepsza przyjaciółka z tamtych czasów i w ten sposób dotarłam wspomnieniami do listów.

Nie wątpię, że ta notka dotrze przynajmniej do kilku osób, które lepiej lub gorzej pamiętają okres, w którym ja i K. miałyśmy obsesję na punkcie pisania listów. Wiecie, jeśli przypomną się Wam jakieś dodatkowe szczegóły - nie musicie dzielić się nimi z publicznością. W końcu każdy był kiedyś bardzo młody.

Wszystko to zaczęło się jakoś w ósmej klasie szkoły podstawowej (to było bardzo, bardzo dawno temu, kiedy gimnazja nie istniały). Wpadłyśmy z K. w szał pisania listów. Nie jestem pewna jak się to wszystko zaczęło - ja utrzymywałam korespondencyjny kontakt ze stałą grupą ludzi już od ładnych paru lat, odkąd w wieku lat dziewięciu zamieściłam swoje ogłoszenie w kąciku korespondencyjnym "Świata Młodych". Być może wciągnęłam K. w temat, być może była już wciągnięta przez samą siebie. Tak czy siak, obie się nakręcałyśmy. Doszło do tego, że poznawałyśmy ze sobą nawzajem niektórych spośród naszych listowych przyjaciół, a do pewnej koleżanki (którą lata później poznałam na żywo) pisaliśmy całą grupą znajomych. Dziewczyna regularnie dostawała od nas listy długie nawet na kilkadziesiąt stron, które powstawały podczas szkolnych przerw i lekcji. Planowaliśmy nawet spotkanie, ale o ile się nie mylę, tylko mnie udało się poznać tę dziewczynę na żywo. Bo wszystko to były znajomości na odległość, mające swoje źródła w kącikach korespondencyjnych, stanowiących stałe rubryki na łamach gazet czy... telegazety.

Poza wspólnymi znajomymi od listów, miałyśmy też z K. takich osobnych. Kiedy się spotykałyśmy, często opowiadałyśmy sobie o nich albo po prostu każda  z nas zabierała się do pisania. Wszystko to przypominało trochę ręcznie pisany Internet (którym zresztą mniej więcej w tym właśnie czasie zaczynałyśmy się interesować, ale ponieważ była to wówczas rozrywka znacznie droższa niż pisanie listów, zajmowała nam ona odpowiednio mniej czasu).

Z wakacji między ósmą klasą a początkiem liceum pamiętam głównie budynek Poczty. W środku, naprzeciwko okienek dla interesantów stały stół i kanapa. W którymś momencie uznałyśmy z K., że to bardzo dobre miejsce do pisania naszych listów. Po co mamy siedzieć nad nimi w domu? Pisanie na zewnątrz, na kolanie, nie było pociągającą perspektywą. Kawiarnie odpadały, bo wtedy jeszcze w takie miejsca nie chodziłyśmy, a poza tym raczej nie uśmiechało się nam dopłacanie do naszego hobby, wymagającego ciągłego kupowania znaczków i kopert. Chodziłyśmy zatem na pocztę. Codziennie. Spędzałyśmy tam całe godziny, co jakiś czas urozmaicając sobie czas spacerkiem w kierunku któregoś z okienek celem nabycia znaczków. Nie widziałyśmy w tej naszej praktyce niczego dziwnego. Był stół? Był. No to czemu miałyśmy przy nim nie siedzieć? Poza tym to było takie praktyczne! Kiedy ktoś miał do nas jakąś sprawę (komórek oczywiście nikt z nas wtedy nie miał), wystarczyło, że wpadł na pocztę.

O ile mnie pamięć nie myli, nikt nigdy nie zwrócił nam uwagi. Formalnie rzecz biorąc, chyba ciężko się było do nas przyczepić. Może spędzanie pięciu czy sześciu godzin dziennie w budynku Poczty Polskiej nie jest czymś bardzo powszechnym (pomijając oczywiście osoby zatrudnione przez tę instytucję), ale też nikomu nie robiłyśmy tam krzywdy i raczej nie przeszkadzałyśmy. Ludzie, którzy od czasu do czasu siadali koło nas, żeby wypełnić różne kwitki nigdy nie narzekali. Sama Poczta na nas zarabiała, a my znalazłyśmy sobie przyjemną formę spędzania wakacji.

O tym wszystkim przypomniałam sobie jakiś czas temu. Chyba się starzeję, bo na samo wspomnienie zaczęłam się głośno śmiać.

A co ma tu do rzeczy żel do kąpieli? Otóż jego zapach bardzo mi przypomina serię zapachowych papeterii, których lubiłam w tamtych czasach używać. Chyba będę ten żel przez jakiś czas kupować. Z sentymentu.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Sen o Chorwacji, chłodni - więzieniu i dziecku, któremu nie dałam obiadu

Pewnej soboty wraz z koleżankami postanowiłyśmy wybrać się do Chorwacji. Miała to być jednodniowa wycieczka samochodem. Ponieważ Chorwacja jest nieco daleko od Stanów i taka podróż w tak krótkim czasie (oraz takim a nie innym środku lokomocji) wydawała się mało realna, postanowiłyśmy za punkt startowy wybrać Szwajcarię. Obliczyłyśmy, że jeśli ograniczymy się do bardzo krótkich postojów, obliczonych tylko na to, by wymieniać się za kółkiem, powinnyśmy dotrzeć do miejsca przeznaczenia w ciągu czterech godzin.

Co prawda była to sobota i miałam pod opieką Emilkę, postanowiłam jednak wyjątkowo wysłać ją tego dnia do przedszkola. Powinnam zdążyć wrócić na tyle wcześnie, żebym mogła ją jeszcze odebrać. Przygotowując się do wycieczki przypominałam sobie, że powinnam zapakować jej coś do jedzenia. Jak to jednak bywa, szał pakowania pochłonął mnie tak bardzo, że o jedzeniu dla dziecka zwyczajnie zapomniałam.
- Trudno - powiedziałam sobie. - Zadzwonię potem do rodziców i zapytam ich, czy nie podrzuciliby do przedszkola jakiegoś lunchu. W końcu to tylko dzisiaj!

W drodze do Chorwacji zajechałyśmy do sklepu po jakieś drobne, wyjazdowe sprawunki. Parkując, zauważyłymy grupę trzech młodzieńców, intensywnie się nam przyglądających. Kobiecy instynkt podpowiedział nam od razu, że obserwujący nas osobnicy należą do tzw. upierdliwych podrywaczy, którzy zapewne zaraz się nas uczepią, sławiąc nasze walory zewnętrzne - a wszystko po to, żebyśmy zapłaciły za ich zakupy.

I rzeczywiście - młodociani panowie weszli do sklepu za nami i z miejsca przystąpili do działania. Trochę się wystraszyłam - dobrze wiedziałam, że tacy jak oni potrafią być nie tylko upierdliwi, ale również groźni, kiedy odmówi im się tego, o co się starają (czyli całusa i zapłacenia za torbę ich zakupów spożywczych). Niewiele myśląc, zwabiłam ich do pomieszczenia znajdującego się na tyłach sklepu. Było to coś w rodzaju wielkiej chłodni, o temperaturze bliższej tej w zamrażalniku niż w lodówce. Zwabiłam, uciekłam i zasunęłam skobel. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że właściciel tego przybytku nie wypuści młodzieńców, o ile sama tego nie zrobię.

Zataczając się ze śmiechu, dumne z własnego sprytu, wróciłyśmy z koleżankami do samochodu i spokojne ruszyłyśmy do Chorwacji. No, może nie do końca spokojne. Gdzieś w środku niepokoiła mnie sprawa zamkniętych chłopaków. Może coś im się w tej chłodni stanie? A nawet jeśli nie, to po wyjściu z niej mogą chcieć się na nas mścić.

Nastroje powoli opadały. Do Chorwacji dojechałyśmy sprawnie, ale spędziłyśmy tam zaledwie chwilę - ot, piknik na plaży. Zadzwoniłam szybko do rodziców (miałam przy sobie komputer ze Skype, a na chorwackiej plaży było bardzo dobre WiFi). Powiedziałam im, że zapomniałam dać Emilce obiad do przedszkola i martwię się o to, że teraz siedzi tam głodna.
- Dziecko, my tu mamy inną strefę czasową - powiedziała znużonym głosem mama. - Jest już wieczór. Nawet jeśli Emilka nie miała obiadu, to jest już z nami w domu i dostała kolację. Tak więc wszystko jest w porządku.
Uspokojona szybko rozgrzeszyłam się ze swojego porannego roztrzepania i dołączyłam znów do koleżanek. Zjadłyśmy jeszcze razem opakowanie "Piegusków' i ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Postanowiłyśmy zajechać do sklepu. Nasłuchując i obserwując okna zorientowałyśmy się od razu, że chłopcy nadal są w środku. Jedna z koleżanek wzięła mnie na stronę i powiedziała:
- Zrobiłyśmy rzecz straszną. Wolałabym cofnąć czas i tego nie robić, bo wiem, że za to zapłacimy, my i nasze rodziny. Może nie od razu, ale wiem, że będziemy tego żałować jeszcze za dwadzieścia lat.
Powiedziała to takim tonem, jakby była postacią żywcem wziętą z którejś z powieści Kinga. Nie wiem, czemu tak pomyślałam, ale potem wielokrotnie chciałam ją o to zagadnąć - może taka postać i książka naprawdę istniały? Wtedy chciałabym ją przeczytać, choćby po to, by ustalić, co takiego mnie czeka za zamknięcie kilku chłopaków w chłodni.

Na próbę poruszyłam klamką drzwi prowadzących do sklepowego więzienia. Słowo daję, nie chciałam otwierać tych drzwi, a tak delikatny ruch nie miał prawa ich odblokować. Ale jakimś cudem skobel zeskoczył, a ze środka wybiegli wściekli chłopcy, od razu kierując się w stronę kuchni. Wiedziałam, że sięgną tam po noże, przy pomocy których będą chcieli dokonać swojej zemsty. Miałyśmy maksymalnie minutę na to, by jakoś się z nimi dogadać. Bałam się jak nigdy przedtem - byłam w zaawansowanej ciąży i oczyma wyobraźni widziałam, jak nasi więźniowie próbują przebić nożem mój brzuch, a ja się odwracam plecami, żeby z dwojga złego oberwać z tamtej strony.

Zaczęłyśmy od głośnych, żałosnych przeprosin. To był impuls, tłumaczyłyśmy im. Spieszyło się nam do Chorwacji, nie miałyśmy czasu na ich grę. Głupio zrobiłyśmy, fakt, ale teraz już tego nie odkręcimy. Rozumiemy, że są wściekli. Naprawdę - bardzo, bardzo przepraszamy.

O dziwo, nasze jękliwe błagania ofiar przyniosły skutek. Chłopcy byli wściekli, ale odłożyli noże. Nawet chwilę z nami pogawędzili. Uprzedzili jednak, że cała sprawa nie rozejdzie się tak po prostu po kościach.
- Siedząc w chłodni nie mieliśmy co robić, więc malowaliśmy węglem po ścianach. Będziecie musiały za to zapłacić właścicielowi.
Zgodziłyśmy się natychmiast. Po chwili wszyscy poszliśmy do domów.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie jedna z biorących w całej sprawie udział koleżanek.
- Słuchaj, wiesz że ci chłopcy mają zespół muzyczny? Pomyślałam, że mogłybyśmy im jakoś wynagrodzić tę całą sprawę. Zarejestrowałam ich w takiej jednej fundacji i teraz ludzie będą mogli przeznaczać na nich 1% podatku.

W ostatniej scenie snu, którą pamiętam, trzymałam w dłoniach gazetę, która na jednej ze stron zachęcała do przekazania pieniędzy na działania młodego zespołu. Potem była już jak najbardziej realna Emilka, stojąca nad moim łóżkiem i domagająca się śniadania.

----------------------------
Powyższa historia to opis mojego snu. Co prawda występowały w niej postaci realne (koleżanki, rodzice, Emilka), jednak wydarzenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nigdy nawet nie byłam w Chorwacji. Piszę o tym na wszelki wypadek, bowiem po mojej notce o śnie, w którym przeprowadziliśmy się do Utah (link) całkiem sporo osób myślało, że to tak na serio. ;-)

wtorek, 4 czerwca 2013

Zabawa w dom i Czerwony Kapturek

Ta notka będzie trochę o dziecku. Ale spokojnie, tylko trochę. Żadnych nocników czy przewijania. W gruncie rzeczy jak zwykle będzie głównie o mnie. Możecie spokojnie czytać dalej.

Z okazji dnia dziecka moja córka dostała domek dla lalek.

W zasadzie to całkiem zwyczajna sprawa: dziewczynkom pewnie prędzej czy później daje się takie rzeczy, a w naszym przypadku motywacją był fakt, że Emilka uwielbia przy pomocy zabawek odgrywać różne scenki. Domek nie jest jako przesadnie zaawansowany pod względem architektonicznym i wyposażeniowym, ma natomiast trójkę mieszkańców: pana, panią i dziecko. Wszystko to oznacza, że chcąc nie chcąc skazałam się na zabawę w dom.

A ja mam traumę przed zabawą w dom od czasów dzieciństwa. Z nieznanych mi przyczyn była to ulubiona zabawa małych dziewczynek na moim osiedlu. Polegała na odgrywaniu scenek z życia rodziny, zarówno przy pomocy lalek, jak i wcielania się dzieci w konkretne postaci. Z tego co pamiętam, większość dziewczynek chciała odgrywać rolę córki lub mamy. 

Od czasu do czasu próbowano mnie (sama również próbowałam) zaangażować mnie w taką zabawę w dom. Niestety, była to sytuacja, w której wyraźnie ujawniał się brak mojego przystosowania do życia w społeczeństwie. Otóż niemal nieodłącznym elementem zabawy w dom była scenka, w ktorej do mieszkania przychodzi podpity tata. A jeśli nawet nie podpity, to wzbudzający podejrzenia co do wcześniejszego spożycia alkoholu. Dla mnie było to coś całkowicie obcego (mój tata nie tykał alkoholu) i lekko przerażającego (jako że w owych czasach moi rodzice byli praktycznie abstynentami, picie budziło we mnie lęk). Z jednej strony kompletnie nie potrafiłam odgrywać scenek z pijanym tatą, z drugiej zaś miałam wrażenie, że to całe picie to taki pretekst, żeby mama mogła na tatę nakrzyczeć. 

W rezultacie zawsze podczas takiej zabawy robiłam coś źle i zabawa często przeradzała się w połajankę ze strony rówieśnic. Moje pomysły na rozwiązanie sytuacji, jak np. wprowadzenie postaci taty - abstynenta, jakoś nie przechodziły. W dodatku przeważnie wychodziło tak, że to ja miałam odgrywać postać ojca. 

Mogłam grać w kapsle. Robić fikołki na trzepaku. Jeździć na rowerze. Ale zabawa w dom była (obok gry w "dwa ognie") najgorszą traumą mojego podwórkowego dzieciństwa. Zapewne wyolbrzymioną przez lata i ogólną skłonnością do popadania w obsesje.

Tymczasem dociera do mnie, że zupełnie niechcący sama się na nią skazałam. Co prawda nikt mi nie każe odgrywać roli pijanego taty (poza tym zmieniły się zarówno czasy jak i moje podejście), ale wspomnienia powróciły. Staram się nie dać i przy Emilce dzielnie odgrywam role małymi lalkami reprezentującymi różnych członków rodziny.

Jak sami widzicie, bycie matką jest trudne. Nie tylko przez zabawę w dom. Wczoraj nawaliłam na całej linii podczas opowiadania bajki o Czerwonym Kapturku. W trakcie opowieści uświadomiłam sobie, że kompletnie zapomniałam, jak to się stało, że wilk trafił do domku babci i ją pożarł. Wytłumaczyłam biednemu dziecku, że mama musi najpierw wygooglać fabułę, przerwałam bajkę i przeszłam do etapu śpiewania piosenek. 

środa, 30 stycznia 2013

Dbanie o zdrowie jako czynność bardzo stresująca

Pewnego amerykańskiego wieczoru doszłam do wniosku, że dbanie o zdrowie może być bardzo stresującą sprawą. A jak wiadomo, stres zdrowiu (i urodzie) szkodzi.

Kilka dni temu próbowałam za pośrednictwem serwisu internetowego wyklikać sobie wizytę u lekarza. Specjalnie używam słowa "próbowałam" - próba została zakończona sukcesem, ale zanim do niego doszło, minęło jakieś 30 minut, podczas których zdarzało mi się mocniej uderzyć w klawisze laptopa czy pomyśleć jakiś brzydki wyraz. Kiedy nareszcie uspokojona zapisałam sobie datę i godzinę planowanej wizyty, mój wzrok przyciągnął jeden z punktów na stronie kliniki. Otóż proponowano mi zrobienie czegoś w rodzaju testu, który miał określić moją zdrowotną kondycję.

Cóż, o zdrowie podobno trzeba dbać, zatem kliknęłam w odpowiednie miejsce. Kolejne czterdzieści minut spędziłam odpowiadając na pytania z bardzo różnych dziedzin. Wszystko w trosce o swoje zdrowie, a może i życie.

Niestety, w miarę zaznaczania odpowiedzi czułam, że podpadam coraz bardziej. Z jakichś powodów dostawałam pytania o ilość przesypianych godzin czy też wypijanego alkoholu. Dość szybko uznałam, że normy, jakie wyznaczyli twórcy tej całej ankiety są z sufitu. Idąc tropem ich myśli, powinnam spędzać każdą dobę na jedzeniu, spaniu i bieganiu. O rzeczy naprawdę ważne - takie jak liczba przeczytanych książek, wycieczki, smaczne alkohole czy godziny spędzone z przyjaciółmi mnie nie zapytano. Dziwne. Musiałam natomiast przyznać się, że nie stosuję żadnych osłon przeciwsłonecznych, nie jestem zaszczepiona przeciwko grypie, a na drodze zdarza mi się lekko przekraczać dozwoloną prędkość. No dobrze - nie musiałam. Ale chciałam być uczciwa.

Następnie dostałam pytania mające ocenić moją gotowość do wprowadzenia zmian. Na przykład pytano mnie, czy zamierzam zmienić swój styl żywienia.  Na szczęście zawsze była tam do wyboru jakaś rozsądna odpowiedź, brzmiąca "nie i nie zamierzam zmieniać zdania w ciągu najbliższych sześciu miesięcy".

Jeśli sądziłam, że test był stresujący, z taką oceną powinnam poczekać do momentu odczytania wyników. Dowiedziałam się z nich mianowicie, że cierpię na depresję i alkoholizm, mój sposób odżywiania się jest tragiczny (tak swoją drogą, nie zapytano mnie w ogóle o ilość jedzonych słodyczy, okazało się natomiast, że jem za mało pieczywa), a w ogóle to co prawda nie mam nadwagi, ale mam poważne problemy z talią.

To ostatnie to przez pomyłkę. Jako porządna Europejka na pytanie o obwód w talii podałam odpowiednią wartość w centymentrach, zapomniawszy, że test pyta raczej o cale. Wyszło zatem, że tej talii mam ponad 160 cm. Niewiele mniej niż wzrostu.

Na koniec test chciał wiedzieć, czy życzę sobie dodania wyników całości do mojego "medical record", tak by dostęp do nich miał mój lekarz. Przed oczyma stanęła mi dobra, miła pani doktor, u której byłam z wizytą jakoś w listopadzie. Pani była blondynką z Iranu i podzielała moją pasję do spacerów. Stwierdziłam, że absolutnie nie mogę jej rozczarować swoimi wynikami i zaznaczyłam "NO".

Tak czy siak poczułam się niedoceniana. Ja tu chodzę na basen, na spacery, nie palę, kupuję żywność w zdrowych sklepach, a oni jeszcze narzekają. I wysyłają mi spam z propozycjami zajęć terapeutycznych.

/Notka została napisana z lekkim przymrużeniem oka.

czwartek, 29 listopada 2012

Ciało z przystanku

Jak co roku w okresie przedświątecznym na podmiejskich cmentarzach unosiła się słodka woń pieczonych ciast. Tysiące kobiet w małych, rozstawionych wśród grobów kuchniach przygotowywało tradycyjne przysmaki. Poza niepisanym obowiązkiem wypieków, jaki nakładał na nie zwyczaj, kobiety mogły się przy okazji cieszyć własnym towarzystwem i okazją do plotek.

Pani Kowalska należała chyba do tych niezadowolonych z tego, że jest w tym a nie innym miejscu. Maleńka kuchnia, którą dzieliłyśmy, nie rozbrzmiewała bynajmniej gwarem przyjacielskiej rozmowy. Wszystko sprowadzało się do gderliwego "odsuń się" i "podaj cukier". Pani Kowalska należała do tych osób, które każdego dnia wytaczały wojnę młodemu pokoleniu: tak na wszelki wypadek, z góry zakładając, że młodzież jest zła. A do młodzieży zaliczała wszystkich wyraźnie młodszych niż ona sama. Nawet mnie, choć miałam na karku trzydzieści lat i nosiłam na palcu obrączkę.

Kiedy po kilku godzinach do kuchennej budki zajrzeli Dawid i Aneta, poczułam ulgę. Mogłam spokojnie uznać, że pieczenia na dziś już wystarczy. W planach mieliśmy spacer wzdłuż cmentarnych alejek - ot, nic takiego, okazja do przyjacielskiej pogaduchy i pooglądania przykrytych śniegiem grobów. Płyty, przykryte warstwą białego puchu podbarwionego kolorowym światłem ze zniczy wyglądały prześlicznie.

Zdawałoby się, że pani Kowalska poczuje ulgę na wieść, że oto zostaje pozbawione uciążliwego towarzystwa. A jednak na widok Anety zasępiła się wyraźnie i wpatrywała przez jakiś czas w dziewczynę, świdrując jej twarz swoimi małymi, stalowymi oczyma.
- To ta pannica, co mdleje - oświadczyła oskarżycielskim tonem. - Łazi tu z różnymi, pada na ziemię, potem ją pogotowie zabiera. Też sobie towarzystwo znajdujesz - zwrociła się do mnie z dezaprobatą.

Wzuszyłam ramionami. Anetę znałam słabo, o jej tendencji do omdleń nic nie wiedziałam, ale nawet uświadomiona w tej kwestii nie do końca rozumiałam, na czym tak naprawdę polega problem. To chyba nie jej wina, że mdleje?

Opuściliśmy panią Kowalską i ruszyliśmy na wyprawę wzdłuż grobów. Zaczął padać śnieg.

_____
Problem pojawił się na przystanku autobusowym. Było pusto, na transport czekała tylko nasza trójka. W pewnym momencie Aneta zaczęła się osuwać na ziemię. Wpadłam w panikę - nikt nigdy przy mnie nie zemdlał. Nie miałam pojęcia, co robi się w takiej sytuacji. Bo chyba nie sztuczne oddychanie? Brak reakcji i czekanie, aż dziewczyna odzyska przytomność sama z siebie również nie wydawało się dobrym scenariuszem. Spojrzałam na Dawida, który także nie sprawiał wrażenia, jakby wiedział, co ma w tej sytuacji zrobić.
- Zadzwonię na pogotowie - powiedział w końcu.

Pani na pogotowiu nie była bardzo skora do pomocy. Ona również, podobnie jak Kowalska, kojarzyła już mdlejącą Anetę i choć obiecała, że karetka przyjedzie na przystanek, wyraźnie dała nam do zrozumienia, że przypadek dziewczyny uważa za beznadziejny. Nie rozumiałam, co dokładnie miała na myśli - bo chyba nie to, że powinniśmy zostawić naszą znajomą w zaspie śnieżnej późnym wieczorem na pustym przystanku? Z niepokojem obejrzałam dziewczynę. Już nie żyła, to było jasne. Instynktownie sprawdziłam jej puls, zbliżyłam policzek do ust w poszukiwaniu ciepła oddechu. Nic.

Oczekiwanie na karetkę przedłużało się. Nie pojawiał się również autobus. Było trochę dziwnie: od dłuższego czasu na ulicy nie pojawił się żaden człowiek. Zgoda, było już późno, ale przecież to było duże miasto. Zawsze powinien znaleźć się jakiś przechodzień wracającu do domu o mniej typowej porze. No i samochody. Dlaczego żadne nas nie mijały?

Chyba tylko tą nieoczekiwaną pustką można wytłumaczyć to, co zrobiliśmy, gdy nagle zobaczyliśmy z oddali światła zbliżającego się auta. To nie była karetka - na dachu brakowało koguta, poza tym samochód był niewielki, zbyt mały by zmieścić w nim dorosłą osobę w pozycji leżącej. A jednak Dawid postanowił go zatrzymać. Kierowca, mężczyzna o wyglądzie dość typowym, nie sprawiał wrażenia zdziwionego otaczającą nas pustką. Nie widział też problemu w tym, by zawieźć nas do domu. Martwa Aneta nie robiła na nim wrażenia.

Nie wiem, czy aby podrzucić nas do domu musiał zbaczać ze swojej trasy. Nie przyszło nam do głowy by zapytać go o pieniądze za paliwo, a on nigdy o nich nie wspomniał. Kiedy byliśmy już na górze, zadzwoniła komórka Dawida. Pani z pogotowia zniecierpliwionym głosem domagała się wyjaśnień. Podobno karetka czekała na nas od dłuższego czasu na wskazanym przystanku.
- Przepraszam - bąkał Dawid. - Długo nikt nie przyjeżdżał, było zimno, a ktoś mógł nas podrzucić, więc pomyśleliśmy...
- I tak sobie państwo jeździcie stopem z ciałem? - krzyczała dyspozytorka. - Gdzie ono teraz jest?
Zastanawiałam się, skąd na pogotowiu wiedzą, że Aneta nie żyje. Nigdy o tym nie wspominaliśmy.
- Może karetka mogłaby przyjechać tu? - zastanawiał się Dawid. - Na pewno nie ruszymy się stąd do rana...
- Dawid! - wrzasnęłam. - Przecież jej tu nie ma!
- Co...?
- Wchodziliśmy tu bez niej. O Boże, co my zrobiliśmy z tym ciałem? Chyba zostawiliśmy je w samochodzie...
Dawid rozłączyl się. Patrzył na mnie bezradnie z drugiego końca pokoju. Co mieliśmy zrobić? Nasz zwyczajny wieczór zamienił się w koszmar, z którego w dodatku nic nie rozumieliśmy. Najpierw to omdlenie i śmierć, potem puste ulice... Nie docierało do mnie, jak mogliśmy zapomnieć o zabraniu z samochodu ciała Anety. Kiedy o tym myślałam, nie byłam już nawet pewna jak je przewoziliśmy. Razem z nami z tyłu samochodu? Może na przednim siedzeniu? A może jednak w bagażniku?

Nagle usłyszeliśmy dziki śmiech. Instynktownie rzuciłam się w kierunku Dawida i zlapałam go za ręce. Śmiech się powtórzył: dziki, niepohamowany, dochodził z drugiego pokoju. Zrobiliśmy kilka kroków w tamtym kierunku. I nagle ją zobaczyliśmy: Aneta szła w naszą stronę, w swoim czarnym płaszczu, z rudymi włosami rozwianymi na wszystkie strony, choć okna byly pozamykane i nie było przeciągu. Jej nieżywa twarz robiła się już sina.

____
Obudziłam się z wrzaskiem. Przez kolejne pół godziny walczyłam z chęcia wstania i zapisania treści tego snu, zanim kompletnie go zapomnę do rana. Ale najzwyczaniej w świecie bałam się wstać.
____
Od czasu do czasu ktoś sugeruje mi, żebym zapisywała swoje sny. Problem ze snami jest jednak taki, że zwykle dużą ich część się zapomina i przedstawiane innym osobom wydają się bezsensowne. Oczywiście nie zawsze tak jest: mojego snu o rządowym projekcie przedstawienia "Gwiezdnych Wojen" jako alegorii losu Polaków chyba nigdy nie zapomnę. Tak czy siak, powyższy tekst to zapis koszmaru, który nawiedził mnie ostatniej nocy. Podreperowałam nieco motyw samochodu, który wiózł nas do domu - tak naprawdę nie pamiętam, skąd się we śnie pojawił. Pamiętam natomiast, że był beżowy.

czwartek, 4 października 2012

Kłopoty z Rambergiem


Wczoraj minął pierwszy miesiąc od czasu naszego przylotu do Stanów. Czas zdaje się płynąć bardzo szybko - szybciej niż nasze rzeczy, które na początku września zostały wysłane statkiem i ciągle są na etapie zmierzania w naszym kierunku.


Opisanie procesu pakowania mogłoby być samo w sobie niezłym tematem na notkę, ale skoro nie zrobiłam tego miesiąc temu, to teraz nie będę się już zagłębiać w taką prehistorię. Pewien aspekt tej sprawy nie daje mi jednak spokoju. Jest bowiem problem, z którym będziemy musieli się zmierzyć.

Cztery lata temu, kiedy wyposażaliśmy mieszkanie w Zurychu, jednym z naszych zakupów była szafa Ramberg z Ikei. Podobała się nam z wyglądu, poza tym pasowała kolorem do innych mebli, które wybraliśmy do sypialni. Co prawda zakup, jak również jego złożenie, okazały się nieco kłopotliwe (szafa była bowiem bardzo ciężka), ale efekt zdawał się być wart zachodu. Niestety, tylko do czasu - szafa była zdecydowanie za mała jak na potrzeby dwóch dorosłych osób, poza tym szybko okazała się tworem mało wytrzymałym, co objawiło się tym, że dna dwóch szuflad, w które była wyposażona, nie wytrzymały próby czasu i ciężaru naszych ciuchów.

Nie zdołaliśmy się pozbyć Ramberga przed wyjazdem do Stanów, coś jednak trzeba z nim było zrobić. W ten sposób narodził się pomysł wzięcia szafy za ocean: miejsca w kontenerze mieliśmy jeszcze dość, poza tym w dzięki tej decyzji udało nam się przełożyć problem szafy na bliżej nieokreśloną przyszłość. Chyba od początku wiedzieliśmy, że pomysł jest niezbyt mądry, ale w chaosie przeprowadzki chcieliśmy po prostu mieć jeden dylemat z głowy. Przynajmniej tymczasowo.

W USA królują szafy wnękowe, dające o wiele więcej przestrzeni na trzymanie ciuchów i tego typu rzeczy niż jakakolwiek szafa. Ramberg zupełnie się nam nie przyda, zajmowałby tylko miejsce. Mój tata, zaznajomiony z problemem, stwierdził, że może znajdziemy na miejscu szaleńca, który chciałby mieć taki nietypowy tutaj mebel, ale ja szczerze w to wątpię. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę wątłe dna szuflad.

Oczywiście szafę można po prostu wyrzucić. Choćby po kawałku: najpierw dna, potem drzwi... I tak dalej. Co jednak, jeśli będziemy mieć zsyp zamiast śmietnika? To bydlę nie przejdzie przez wąski otwór, nawet po kawałku. Co prawda od biedy możnaby skorzystać z jakiegoś bardziej tradycyjnego miejsca do wyrzucania śmieci w sąsiedztwie, ale wizja noszenia Ramberga, choćby po kawałku, jakoś nas nie pociąga. Na pomysł idealny wpadliśmy podczas pewnego wesołego wieczoru, kiedy towarzyszył nam gin z tonikiem.
- Spalimy Ramberga w jakimś osiedlowym kominku...
- I zaprosimy sąsiadów na imprezę...
- A jak się będą dziwić, dlaczego palimy meble, to powiemy, że to taki polski zwyczaj, że trzeba przywieźć i spalić mebel z poprzedniego miejsca zamieszkania...
- ...w ramach składania ofiary dla boga przeprowadzek.

Swoją drogą, jesteśmy chyba bardzo niezorganizowaną rodziną. To już nie pierwszy raz, kiedy mamy problem z pozbyciem się rzeczy, które kiedyś były nam potrzebne, a teraz już nie są. Być może niektórzy z Was pamiętają naszą przygodę z choinką.

__________
Jeśli chodzi o przedmioty, które mamy i których nie potrzebujemy, to wczoraj dołączył do ich grona kolejny: drewniana katapulta do złożenia, którą mąż przyniósł z pracy. Ręce mi opadły.

__________
Tak, wiem, jest mnóstwo dobrych i rozsądnych sposobów na pozbycie się niechcianej szafy. Nawet jeśli mieszka się w Stanach, gdzie (prawie) wszyscy mają szafy wnękowe. Ale gdybym od razu na początku napisała, że możemy ją oddać na cele charytatywne, to byłoby mniej ciekawie.

czwartek, 6 września 2012

Wszystko duże?

Podczas dwóch poprzednich, dziesięciodniowych pobytów w Stanach nie zauważałam za bardzo czegoś, co zwykle jest kojarzone z tym krajem: tego, że wszystko jest duże. Owszem, budynki na Manhattanie są wysokie - ale to jest dokładnie to, czego się tam spodziewasz. Cappuccino zamówione na lotnisku pojawiło się w wysokim kubku, w którym spodziewałabym się raczej zobaczyć latte. Ale tak to bywa w kawowych sieciówkach. 


Co innego jest teraz, kiedy jestem tu nie całkiem turystycznie i staję przed problemem urządzenia sobie życia, zrobienia zakupów itd.

"Problem" zaczyna się już na poziomie mieszkania, a raczej kompleksu mieszkalnego, w którym będziemy mieszkać przez kilka pierwszych miesięcy. Zajmujemy nie bardzo duże, ale wygodne i funkcjonalnie urządzone, trzypokojowe lokum. Żeby się do niego dostać, korzystam z mapy. Nie, nie mapy miasta - najbliższą okolicę zdołałam poznać już w maju. Mapa zawiera plan osiedla, złożonego z kilkudziesięciu budynków, ułożonych w coś w rodzaju labiryntu. Jestem tu czwarty dzień i jeśli podczas wychodzenia na ulicę zgubię się raz, uważam to za sukces i przejaw poprawy mojej orientacji w przestrzeni. A ponieważ zaraz może się odezwać ktoś dowodzący, że "to kobiety tak mają", to śpieszę dodać, że w przypadku Dawida jest podobnie.

Problemu z wielkością doświadczam również podczas zakupów. W pobliskim Safewayu pełno jest najróżniejszych babeczek, croissantów i muffinek. Takich zdających się nadawać w sam raz na deser. Szkoda tylko, że zazwyczaj sprzedają je - jak na moje standardy - hurtowo. Naprawdę, w ramach drugiego śniadania chętnie wypiję kawę i zjem babeczkę. Jedną. Nie dwadzieścia.

Dużo bardziej przychylnym okiem patrzę na baniaczki rumu Baccardi, spoglądające na mnie z półki z alkoholem. Obawiam się tylko, że biorąc pod uwagę konieczność prowadzenia samochodu, a co za tym idzie - pozostawania w trzeźwości, baniaczek mógłby mi towarzyszyć przez dobre pół roku, przy założeniu, że będę się starała wypijać drinka codziennie przed snem. Nawet największy fan mojito mógłby się znudzić.

Bywa i tak, że choć czegoś jest dużo, do wyboru zdaje się nie być nic. Od kilku dni poszukuję naprawdę_dobrego_chleba i jeszcze go nie znalazłam. Na szczęście pieczywa jem mało i nie jest to szczególnie palący problem.

Tak czy siak efekt takiej a nie innej polityki w sklepach spożywczych w moim przypadku jest chyba odwrotny do zamierzonego. Bo zamiast cieszyć się, że mogę kupić całą torbę muffinek taaak tanio - nie kupuję ich w ogóle. 

Czasami to, że coś jest duże, wpływa niegatywnie na rozmiary czegoś innego. Na przykład drogi i chodniki dla pieszych. Te pierwsze są szerokie i - przynajmniej tu, w mieście - wygodne. Co do chodników - zapomnij o rodzinnym spacerze, podczas którego wszyscy idą obok siebie i bez problemu miną drugą taką grupkę idącą z naprzeciwka. Tu gdzie obecnie mieszkam chodniki są jednoosobowe.

O wielkości zestawów z McDonalda na razie nie mogę się wypowiedzieć, bo jeszcze tego nie sprawdzałam. I nie sądzę by szybko to nastąpiło. Lepszego jedzenia na szczęście nie brakuje, a frytek zwyczajnie nie lubię.

_____
Już po dodaniu notki zorientowałam się, że nie poruszyłam problemu wielkości samych mieszkańców Kalifornii. Otóż niektórzy są duzi. Niektorzy są bardzo, bardzo duzi. Ale szczupłych też nie brakuje, więc póki co jakoś nie odnoszę wrażenia, że prezentuję się szczególnie lepiej od reszty ludzi. Zwłaszcza, że nie działa tu moja prostownica do włosow i chodzę z sianem na głowie.