Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Opowieść o winie, paszporcie i obrazach z wyprowadzką z Irlandii w tle

Pukanie do drzwi lekko mnie zaskoczyło. Poczta już dziś przecież była, kurier z przesyłką to raczej też nie jest, bo wszystkie zamówione dobra, które utknęły na swojej drodze skutkiem okołoświątecznego zamieszkania, dotarły już do moich ramion... Może to sąsiad, który nareszcie zorientował się, że jego kot spędza u nas dużą część dnia i przyszedł urwać nam głowy za to, że dokarmiamy jego podopiecznego karmą inną niż ta preferowana w jego domu?

Nic z tym rzeczy. Na progu stał stary, zaniedbany człowiek odziany w łachmany. Obok niego leżała sterta pakunków owiniętych grubą warstwą szarego papieru. Nie trwało to długo: na widok otwartych drzwi dziadek zaczął szybko wnosić swoje paczki do środka, każdą z nich kładąc w innym miejscu. Sytuacja co najmniej dziwna i raczej mało zachwycająca, ale byłam tak zaskoczona, że mogłam tylko gapić się na to wszystko z otwartymi ustami. Sądząc po minie małżonka, do tej pory spokojnie siedzącego z laptopem przy kuchennej wyspie, nie tylko ja reagowałam w ten sposób.

Dziadek zniknął równie szybko jak się pojawił, a my niepewnie zaczęliśmy rozpakowywać przyniesione przez niego paczki.
- Obrazy - stwierdziłam zdziwiona. I niezadowolona. Obrazów było dużo, może dwadzieścia, w dodatku żaden z nich nie przypominał czegoś, co ewentualnie mogłabym chcieć powiesić na ścianie. Bardzo klasycznie wyglądające malowidła w ciężkich, mosiężnych ramach... Wprawdzie kiedyś chciałam kupić muzeum i potem w im zamieszkać (pisałam o tym tutaj), ale wtedy byłam mała i wrażenie robiło na mnie wszystko, co było ode mnie większe.

- Co z tym zrobimy? - jęknęłam.
- Rozsądek mówi - małżonek zaczął zdanie w swój ulubiony sposób - żeby wezwać kogoś, kto mógłby nam to wszystko wycenić. Wieszać raczej nie chcemy, ale może być coś warte, wygląda na stare...
- Dobra - westchnęłam. - Ty się tym zajmij. Ja nie cierpię dzwonić. Poza tym muszę ogarnąć tę przeprowadzkę...

To była prawda. Za kilka dni kończył się nasz irlandzki epizod. Wyjeżdżaliśmy do Kalifornii. Nie taka prosta sprawa, biorąc pod uwagę trójkę dzieci i trzy koty, z czego przynależność jednego nie była do końca jasna. Lestat wprawdzie spędzał tu więcej czasu niż gdziekolwiek indziej, ale wciąż był na etapie "dochodzenia".

Kolejne dni były szalone: pakowanie, planowanie... W dodatku końcowy etap tego wszystkiego miałam zaliczyć samodzielnie. Małżonek wylatywał kilka dni przede mną, wpadając jeszcze po drodze do Zurychu. Ja miałam finalizować pakowanie i polecieć z dziećmi do San Francisco. Starałam się nie wpadać za bardzo w panikę - wbrew ilości obowiązków chętnie spotykałam się ze znajomymi, z którymi piłam kolejne odstresowujące kieliszki wina. Właściwie pod względem towarzyskim to był bardzo dobry czas - odświeżyłam nawet trochę znajomości ze znajomymi z czasów podstawówki. To zaskakujące, jak wielu z nich mieszkało teraz w Irlandii. Np. taki K. - zawsze wydawał się typem, który na zawsze zostanie w naszym rodzinnym miasteczku, co prawda skończył informatykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale potem wrócił do siebie, tam się ożenił, płodził dzieci i pracował.

Rzeczoznawca od obrazów pojawił się dopiero w dniu wyjazdu małżonka. Ten ostatni był już niemal w drzwiach, gdy specjalista dokonywał swojej analizy. Szczerze? Środek przeprowadzki to nie jest sytuacja, w której powinieneś się dowiadywać, że posiadasz w domu dwadzieścia malowideł o wartości około pół miliarda PLN każdy. Malowideł starych, od wielu lat zaginionych, których sytuacja prawna wygląda w ten sposób, że prawo do posiadania ich posiada wprawdzie państwo, ale jest ono zobowiązane zapłacić za nie aktualnemu właścicielowi. Nie powinieneś się tego wszystkiego dowiadywać w takich okolicznościach, ponieważ właśnie dopinasz pewien etap swojego życia i zwyczajnie nie masz jak zająć się tą niespodziewaną sytuacją. No a jeśli się nią nie zajmiesz, to przed nosem przelecą ci spore pieniądze.

- Możemy trochę poczekać ze sprzedawaniem tego - zastanawiał się stojący już w drzwiach małżonek - może za kilka lat będzie więcej warte? Ja teraz muszę już pędzić na samolot...
- Powinniśmy się tego pozbyć jak najszybciej - upierałam się - kupilibyśmy sobie dom w Kalifornii...

Ale wiedziałam, że to małżonek ma rację. W tej chwili, a nawet w ciągu kilku najbliższych dni, nie zdołamy tego załatwić. Obrazy będą musiały zostać tu, a my spróbujemy coś wykombinować już będąc w Stanach.

_____
Kilka dni później, obładowana bagażem i trójką dzieci brnęłam przez korytarze lotniska w Dublinie. Na szczęście nie jest ono przesadnie duże, a ja byłam na miejscu kilka godzin przed czasem, ale i tak miałam spory problem.

Nie miałam paszportu.

Poprzedniego dnia podczas pakowania z przerażeniem stwierdziłam, że podczas spotkania towarzyskiego z K. z jakiegoś powodu dałam mu do potrzymania swój paszport... który schował on na moich oczach do plecaka. Niby prosta sprawa, wystarczyłoby zadzwonić albo napisać maila czy wiadomość na Facebooku, umówić się gdzieś i paszport odebrać, ale:
- nie miałam telefonu do K.,
- nie miałam maila K.,
- K. nie używał Facebooka.

I tak oto stałam na środku wielkiego holu, niemal niknąc pod stertą walizek, z trzema lekko przestraszonymi dziewczynkami uczepionymi mojego swetra, i dzwoniłam do mojej mieszkającej w Polsce mamy, żeby wytłumaczyć jej, który z moich szkolnych kolegów to był K., jak wyglądała jego matka i błagać, żeby tę matkę jakimś cudem wśród dwudziestu tysięcy mieszkańców naszego miasteczka znalazła i poprosiła o kontakt z synem, bo ja za kilka godzin lecę do San Francisco i jak przegapię ten lot, to jestem w ciemnej dupie.

- Ceną biletów, jakby trzeba było coś przebookować, nie powinnam się chyba martwić - tłumaczyłam sobie. - Te cholerne obrazy są warte tyle, że jak je sprzedam, będę mogła latać w tę i z powrotem do końca życia.

Tłumaczenie tłumaczeniem, ale i tak musiałam zdążyć na ten samolot. Z paszportem.

Zanim doczekałam się jakiejkolwiek konkretnej reakcji ze strony mamy, matki K., albo jego samego, otworzyłam oczy i z ulgą stwierdziłam, że jest poranek, ja leżę w swoim łóżku, wprawdzie nie posiadam ani jednego obrazu, za to nie muszę dziś nigdzie lecieć, mój paszport zaś leży bezpiecznie w poświęconym mu miejscu.

Nie mam pojęcia, jaki morał płynie z tego snu. Pewnie coś w stylu "nigdy nie pozwalaj, by kolega z podstawówki chował twój paszport do swojego plecaka". Albo "nie pij wina z osobnikami posiadającymi plecak, jeśli akurat masz przy sobie paszport". Oraz: "czytasz za dużo newsów w polskich serwisach informacyjnych".

poniedziałek, 14 listopada 2016

A miało być zimno

Życie zaskoczyło mnie już niejednokrotnie. Na przykład wtedy, gdy dostałam stypendium naukowe (dość długo myślałam, że koleżanka przekazująca mi tę wieść robi sobie ze mnie jaja). Albo gdy okazało się, że będę mieć bliźniaki. Albo podczas wizyty w hali targowej w Połtawie (stare wagi, liczydła). Ale wszystko to pikuś przy świadomości, że w listopadzie roku 2016, jako mieszkanka Irlandii, stoję sobie na zewnątrz ubrana w jeansy i t-shirt z krótkim rękawem i nawet nie marznę.

No dobra - trochę naginam rzeczywistość. Epizod z krótkim rękawem trwał maksymalnie kwadrans i miał miejsce za domem, gdzie wieszałam pranie. Przy dłuższej wyprawie raczej włożyłabym na siebie jakąś kurtkę, bo jednak czternaście stopni to temperatura trochę daleka od letniej. Ale wierzcie mi - nie zmarzłam. A pogoda w Irlandii póki co okazuje się zupełnie nie tym, czego się po niej spodziewałam.

Spodziewałam się bowiem deszczu, występującego z dość dużą częstotliwością. Najprawdopodobniej codziennie. Miałam do tego trochę mieszany stosunek. Z jednej strony jako osoba z pudlem na głowie, obsesyjnie prostująca swoje długie włosy spodziewałam się, że będę musiała zmienić nastawienie do swojej fryzury. Z drugiej - no cóż, ja w zasadzie lubię deszcz i listopadowy nastrój. Szare niebo, lampa zapalona również w dzień i dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet... Wiecie jak wtedy się rewelacyjnie czyta? Pisze? Myśli? Pracuje?

Tak więc przeprowadzając się z Kalifornii do Irlandii deszczu oczekiwałam i bałam się równocześnie.

Nie powiem - trochę tu pada. Na pewno dużo więcej niż we wspomnianej Kalifornii. Szara pogoda przywitała mnie tu w sierpniu i przez pierwsze dni zdawała się dominować. Po kilku spędzonych tu miesiącach mam jednak wrażenie, że póki co więcej deszczu miałam podczas ostatniego lata spędzonego w Polsce. Na pewno więcej razy porządnie zmokłam. Słonecznych dni jest mnóstwo. Temperatury oczywiście przesadnie nie rozpieszczają (dzisiejsze 14 stopni to trochę wyjątek, ostatnio w ciągu dnia jest bliżej 10, choć bywa i zimniej) i często naprawdę bardzo mocno wieje. Ale samego słońca jest zaskakująco dużo. Wybrzeże w Dun Laoghaire skąpane w jasnych promieniach wygląda pięknie niezależnie od wiatru. A moje okulary przeciwsłoneczne są używane dość często, bo popołudniowe słońce potrafi porządnie dać po oczach.

Pławię się zatem w tej ładnej pogodzie, podświadomie wciąż czekając na jakieś załamanie, ulewy trwające przez tydzień i brak widoku słońca aż do wiosny. Pewnie prędzej czy później to nastąpi. Póki co Irlandia bardzo stara się mi udowodnić że to, co mówią o jej warunkach pogodowych, to czyste kłamstwo. No, chyba że ja mam bardzo wysoką tolerancją na deszcz i czegoś tu nie dostrzegam.
No, ale z dwojga złego chyba lepiej w tę stronę.


piątek, 16 września 2016

Irlandzka notka optymistyczna

Siedzę sobie w tej Irlandii już trochę ponad miesiąc. Życie zaczyna się nam powoli normować. Przez wrzutkę na listy co kilka dni wpadają nam różne papiery świadczące o tym, że faktycznie tu mieszkamy - zaświadczenia o nadaniu różnych numerów, karty ubezpieczenia zdrowotnego, karta związana z "public services", co do której pojęcia nie mam, do czego ma służyć, ale zawiera moje zdjęcie, na którym wyszłam jeszcze gorzej niż na tym, które mam w amerykańskim prawie jazdy. Ach, i dziś ją pokazałam przy okazji odbierania na poczcie listu poleconego.
Dzieje się dużo, ale w jakiś taki spokojny sposób. Może dlatego, że to już czwarty kraj (poza Polską), w którym mieszkam i łatwiej jest mi ogarnąć rzeczywistość. Poza tym wszystko siłą rzeczy musi się toczyć według dość sztywnego harmonogramu. Od 31 sierpnia moje najstarsze dziecko jest uczennicą i w określonych godzinach trzeba ją odstawiać i odbierać z placówki. Paradoksalnie mam wrażenie, że osobie tak chaotycznej jak ja takie sztywne ramy bardzo dobrze robią. 

Chodzę dużo na piechotę. Tutaj się nie myliłam - w Stanach rzeczywiście brakowało mi spacerów, takich, które zaczynają się i kończą za drzwiami domu (tak, znów piję do tego, że nie muszę mieć samochodu). Moja smartfonowa aplikacja twierdzi, że codziennie mam w nogach kilka ładnych kilometrów. 

Wiecie, co mi się tu podoba? Że podczas takich zwykłych, codziennych czynności ma się wokół siebie ludzi. Idę na przykład na stację DART-u, czekam na pociąg, zamykam oczy i słyszę wokół siebie rozmowy. Mam wrażenie, że wszyscy tu bardzo chętnie ze sobą rozmawiają. I że gdyby tak to nagrać, a potem spisać, to można by uzyskać co najmniej fragment jakiegoś scenopisu. Nawet te pytania o moje bliźniaki, które słyszę wszędzie, tu są jakby bardziej zróżnicowane. Wczoraj na przykład jeden starszy pan przyglądając się mojemu wózkowi spytał, czy dobrze mu się wydaje, że jedna z dziewczyn ma bardziej dominujący charakter. Cóż - trafił, ale nie oszukujmy się, miał 50% szans. Tak czy siak zaczął mi potem mówić o tym, że interesuje się bliźniętami jako tematem i trochę o tym czyta. 

Mili są ci ludzie. Któregoś dnia bolała mnie głowa. Zaszłam do apteki i poprosiłam o jakieś środki przeciwbólowe. Aptekarka upewniła się, że to dla mnie, po czym poszła na zaplecze i wróciła z kubkiem wody, żebym mogła od razu połknąć i popić tabletki. Zupełnie nieproszeni o to ludzie pomagają mi z wózkiem tak często, że aż boję się, że w końcu przestanę to zauważać. Wczoraj weszłam z dziećmi do Disney Store i ekspedientka od razu do mnie podeszła informując, że jak coś to z tyłu sklepu mają windę. A jeśli już o windach mowa, to kiedyś, jakoś w pierwszych dniach mojego pobytu tutaj, kilkoro starszych ludzi na mój widok wysiadło z windy na dworcu, tak żebyśmy ja i moje wypełniające wózek córki mogły pojechać pierwsze. Było mi głupio, ale oni byli cali w uśmiechach i machali dziewczynom. Może brzmi to wszystko za bardzo optymistycznie, wszak idealnie nie jest nigdzie, ale słowo daję - tu jest sympatycznie.

I nawet trochę swojsko. Dawid wczoraj stwierdził, że tutejsze nazwy przypominają mu Warcrafta:
- Black Rock to tak jakby miasto orków, Booterstown - krasnoludów, a Dun Laoghaire elfów - tłumaczył mi wczoraj w pociągu.

No i fajnie. Początki mieszkania w Szwajcarii i Stanach wspominam kiepsko. W pierwszym z tych miejsc długo czułam się obco i jakby bezradnie. W Stanach byłam przez długi czas dość samotna - miejscowych jeszcze nie znałam, a kontakt ze znajomymi ze Starego Kontynentu utrudniała mi różnica w czasie. Tu w zasadzie dopiero jestem na etapie zawierania pierwszych znajomości, ale i tak codziennie rozmawiam kilka razy dziennie z przypadkowo spotkanymi ludźmi. ;-) 

Ale nie martwcie się. Póki pogoda dopisuje, mogę sobie pozwolić na tryskanie optymizmem. Czekam na obiecany deszcz. Już kilka razy zawitał, ale na krótko, po czym zawsze wychodziło zza chmur piękne słońce, troskliwie susząc moje biedne pranie.

Ughm, chyba czas odstawić klawiaturę.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Jesienią pranie się suszy*

Cześć. Pamiętacie jeszcze moje pralkowe przygody? Jeśli kogoś ominęły, a jest ciekawy, może zajrzeć tutaj. Kto mniej ciekaw, niech nie czyni sobie wyrzutów. To ta kategoria wiedzy, bez której można żyć.

Tymczasem pomyślałam, że opowiem Wam trochę więcej o praniu w Irlandii. A konkretnie praniu w moim wydaniu, bowiem przebieg i jakość tej czynności są w XXI wieku uzależnione od różnych spraw bytowych. A tym aktualnie jest nieco inaczej niż bywało. Największa różnica sprowadza się do tego, że po raz pierwszy od 2008 roku muszę się martwić o to, co dzieje się z praniem pomiędzy robotą, którą odwala maszyna, a czynnością układania ciuchów. W Szwajcarii mieliśmy do dyspozycji w piwnicy spore pomieszczenie, które pełniło funkcję suszarni, w Stanach we wszystkich zamieszkiwanych przez nas miejscach mieliśmy rewelacyjnie działającą suszarkę. A przy takiej ilości prania, jaką potrafi wyprodukować pięć osób, to naprawdę ma znaczenie.

Nie chodzi o czas. Tak naprawdę wystawianie "zwykłej" suszarki i wieszanie na niej ubrań nie zajmuje go jakoś kosmicznie dużo, poza tym da się przy tym słuchać audiobooka. Chodzi raczej o miejsce. To koromysło zajmuje go raczej sporo. Poza tym, kiedy używałam go dawno temu w Krakowie, wieszałam na nim ciuchy należące tylko do dwóch osób. Przy pięciu jest tego o wiele więcej i nagle czynnik miejsca (na suszarce, jak i na suszarki) jest już istotny. No bo wiecie - raz, że trzeba to wszystko zmieścić, potem to musi odpowiednio szybko wyschnąć, bo następne pranie jest tuż-tuż. Tymczasem jak na złość to wszystko schło koszmarnie wolno, a sterta w łazience rosła w dramatycznym tempie.

Po kilku dniach funkcjonowania z pralką bez funkcji suszenia, za to z trójką radośnie brudzących się dzieci doszłam do wniosku, że mam problem. I że chyba coś robię źle. No bo przecież to nie jest tak, że wszyscy wokół mają te mechaniczne suszarki. Ba, ja sama przeżyłam bez niej większość swojego życia. Nie było czegoś takiego również w moim rodzinnym domu, a razem z bratem i rodzicami była nas czwórka, więc trochę brudów musieliśmy produkować. Zaczęłam przywoływać odległe wspomnienia: no tak, suszyliśmy nie tylko na takim rozstawianym koromyśle, ale jeszcze na balkonie. Tu balkonu nie mamy, ale bez przesady, ten w bloku, w którym się wychowałam, nie był jakiś ogromny, coś tam się dało powiesić, ale szaleństwa raczej nie było. Choć "trochę" na pewno robi znaczącą różnicę. Zdaje się też, że mieliśmy sznurki nad wanną. Tak czy siak, coś trzeba było wymyślić. Nie mogło być przecież tak, że bez suszarki się nie da, a moje odczuwanie jej braku to efekt tego, że coś tam mi się w czterech literach przewróciło, no nie?

I nagle mnie olśniło: ten sznurek, który jest rozwieszony przez całą szerokość podwórka, powinien być lepszy niż linki na balkonie czy nad wanną. Problem tkwił tylko w pogodzie. No wiecie - Irlandia. W ostatnią sobotę deszcz padał siedem razy (albo i więcej, a ja straciłam rachubę). Co prawda pomiędzy tymi epizodami wychodziło piękne słońce, ale takie warunki suszenie prania lekko jednak komplikują. No chyba że założymy, że całe dnie spędzałabym gapiąc się za okno i okazjonalnie biegając wzdłuż sznurka, ściągając w trybie ekspresowym zagrożone zmoknięciem pranie.

Wizja nieustającej obserwacji pogody jakoś mnie nie pociągała, postanowiłam zatem zdać się na prognozy. Przez kilka kolejnych dni wyglądało to mało optymistycznie, ale oto na horyzoncie pojawiła się środa z obietnicą zerowych opadów i pięknego słońca na błękitnym niebie.

Przygotowania rozpoczęłam już poprzedniego wieczoru. Przed udaniem się spać wepchnęłam część zalegających w łazience brudnych ciuchów do pralki. Rano ochoczo przystąpiłam do procesu rozwieszania (no dobra, nie do końca ja. Ale pomysł był mój!). I wiecie co? Nasz sąsiad robił dokładnie to samo. A ponieważ jest Irlandczykiem, to musiał wiedzieć co robi.

I tak oto stwierdziłam, że suszarki to przereklamowana sprawa. Wystarczy solidny sznur i podwórko. No i prognoza pogody.

Poza tym pierwsze rozwieszanie prania było nawet pewną rozrywką dla dzieci. Kolejne już nie bardzo, ale cel został osiągnięty: wyzerowałam backloga z łazienkowej podłogi.

Więcej wieści z Irlandii już wkrótce.

P.S. To nie jest tak, że tu nie ma suszarek. Po prostu my jej nie mamy.

________
* Tak zaczynał się wiersz, który napisał mój kolega z podstawówki. Polonistka kazała nam pisać wiersze o jesieni i on wybrał sobie takie dość praktyczne ujęcie tematu.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Nowe początki

Jak wiadomo, planowanie nie ma żadnego sensu, bo jak przychodzi co do czego, życie i tak ustawia nas po swojemu. Mimo iż każde z nas odwiedzało Irlandię kilkakrotnie w przeszłości, to tak naprawdę dopiero teraz się jej uczymy. Nie żeby coś było nie tak - póki co obojgu nam się tu podoba, nawet jeśli mieszkamy nie do końca tam gdzie planowaliśmy i nie do końca tak jak planowaliśmy.

Praktycznie w przypadku wszystkich krajów, do których się przeprowadzaliśmy, ostrzegano nas, że ze względu na fakt posiadania przez nas kotów znalezienie mieszkania nie będzie łatwym zadaniem. Cóż - albo informacje te były mocno przesadzone, albo do tej pory zwyczajnie mieliśmy szczęście. Zarówno w Szwajcarii, jak i w Kalifornii znaleźliśmy mieszkania już pierwszego dnia poszukiwań. Nieco inaczej przedstawiała się sytuacja z Irlandią - tu rzeczywiście pojawiły się pewne schody. Nie dość, że koty zdają się nie być szczególnie chcianymi lokatorami, to i samych nieruchomości pod wynajem było jakoś niewiele. A te, które się pojawiały, często miały dziwną cenę. Ok, daleko im do bańki cenowej z Doliny Krzemowej, ale i tak... W końcu znaleźliśmy dom w Dún Laoghaire, spełniający nasze założenia.

Znaleźliśmy też szkołę dla Emilki, a raczej dwie (co wynika z tego, że długo nie wiedzieliśmy, gdzie właściwie będziemy mieszkać, a rok szkolny zbliżał się wielkimi krokami).

Jednym z czynników, które sprawiły, że Irlandia wydała się nam krajem przyjemnym do mieszkania, była kwestia bezpieczeństwa. No wiecie - w Kalifornii są trzęsienia ziemi, pożary, węże, pająki... Tego wszystkiego miało tu nie być. Tymczasem podczas pierwszego tygodnia pobytu na Zielonej Wyspie zaliczyliśmy:
- pożar, który miał wprawdzie miejsce jakieś 10km od nas, ale spowodował chmurę dymu wędrującą swobodnie nad naszym miasteczkiem oraz smród spalenizny, który czuć było jeszcze kolejnego ranka,
- spotkanie z pająkiem rozmiarów, jakich w Kalifornii nie widywałam. Co gorsza, pająk siedział sobie w naszej kuchni, a przeniesiony w kieliszki na zewnątrz zaczął biec z powrotem w kierunku naszego domu.

Z rzeczy, które póki co idą zgodnie z planem i przewidywaniami mogę wymienić:
- dwa krany w kuchni (tak - osobny do gorącej wody i osoby do zimnej. Ten kto na to wpadł chyba nigdy nie zmywał naczyń);
- sznurek do odpalania prysznica;
- przycisk w kabinie prysznicowej, dzięki któremu woda w ogóle leci (zazwyczaj myjąc się wyobrażam sobie spięcie w całym tym ustrojstwie);
- brak konieczności jeżdżenia samochodem (5 minut od domu mamy duże Tesco, do Emilki szkoły pieszo idzie się kwadrans, a przystanek autobusowy, z którego można pojechać bezpośrednio do centrum Dublina mamy za rogiem);
- polskie produkty (ciekawe, kiedy Dawidowi znudzą się kabanosy);
- deszcz (padało dopiero raz, ale jeśli wierzyć prognozom pogody, to będzie tego deszczu dużo więcej).

Mamy też otoczone murem podwórko ze sznurkiem, na którym można wieszać pranie. Spacerem możemy dojść nad wybrzeże, a po drodze jest restauracja z najlepszym azjatyckim żarciem, z jakim miałam do czynienia od lat. Po okolicy włóczą się koty i przemili ludzie. Pierwsze wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. 

środa, 17 sierpnia 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna

Od tygodnia jestem w Irlandii. Moje życie z wolna wychodzi zza rzędów kartonów (choć zanim wyjdzie zza nich tak zupełnie, minie jeszcze pewnie wiele tygodni), a samymi kartonami coraz mniej chce mi się zajmować. Po kilku naprawdę pięknych, słonecznych dniach pogoda zmieniła się dziś w kierunku czegoś, czego wielu oczekuje po tej części świata: jest szaro i zanosi się na deszcz. Czas na krótkie spojrzenie wstecz.

Bo przecież miało być o Kalifornii: kilka zdań o tych czterech spędzonych tam latach. Czasie, który minął mi jakoś dziwnie szybko - z jednej strony miałam wrażenie, że to krótki epizod, z drugiej jednak okazywało się nagle, że w tym epizodzie pomieściło się mnóstwo spraw, które same z siebie zajmują przecież sporo czasu: przyzwyczajenie do kompletnie innego stylu życia, odchowanie najstarszej córki od poziomu bobasa do etapu dziewczynki opowiadającej wszem o wobec o procesie mitozy, druga ciąża, której efektem było pojawianie się na świecie dwóch kolejnych córek i odchowanie bliźniaków do etapu względnie ogarnialnego. Zmieściło się tam również pokonywanie najrozmaitszych lęków. Celowo nie piszę “pokonanie” - bo tak naprawdę wciąż boję się jazdy samochodem i trzęsień ziemi. Na swój sposób nauczyłam się jednak z tym żyć. Wreszcie, we wspomnianym epizodzie zmieściło się zawiązanie wspaniałych znajomości, których już teraz mi brakuje.

Przyzwyczajanie się do Kalifornii nie było proste. Wszystko było kompletnie inne i raziło moje europejskie przyzwyczajenia. Życie bez samochodu okazywało się niemożliwe - no, chyba że ktoś zakłada, że będzie spędzał cały czas w domu lub na podwórku. Swego czasu próbowałam. Zdaje się, że nie wsiadłam za kółko przez jakieś trzy czy cztery tygodnie, zanim ostatecznie się poddałam. Wszystko inne też bardzo się różniło: robienie zakupów, system przedszkoli, chodzenie do lekarza, załatwianie czegokolwiek z jakąkolwiek instytucją przez telefon (automaty obsługujące telefony to zło. Umawianie się za ich pośrednictwem np. na egzamin na prawo jazdy to zło jeszcze większe)… Wszystko to, jak również poczucie, że zostałam z tym sama i nie mam komu się wypłakać, kompletnie mi nie służyło. Gdyby to było takie proste, wsiadłabym w pierwszy samolot do Europy, wynajęła paskudny pokój blisko głównej ulicy którejś z europejskich stolic i starała się zarobić na czynsz na deptaku śpiewając i zbierając datki do kapelusza. Wszystko, byle tylko wyrwać się z tego kompletnie innego świata, w którym nie mogłam jak człowiek po prostu wyjść z domu i łazić godzinami po ulicach, mijając ludzi, wpadając do przypadkowego baru na przypadkowe piwo, podjeżdżając od czasu do czasu przypadkowym tramwajem dwa czy trzy przystanki.

A potem coś się zmieniło. Ni stąd ni zowąd zaczęłam poznawać mnóstwo ludzi - niekiedy nawet całymi chmarami, do tego stopnia, że gdyby nie genialny wynalazek Facebooka zapewne sporo czasu zajęłoby mi ogarnięcie tych wszystkich nowych znajomości. Ciągle do kogoś jechałam, ktoś jechał do mnie, zaczęły się wspólne wyjścia - z dziećmi i bez dzieci. I choć z czasem nauczyłam się lubić w Dolinie Krzemowej całe mnóstwo rzeczy, a nawet zaczęłam uważać, że w pewnej mierze po prostu do tego miejsca pasuję, to wiem, że najbardziej będzie mi brakować spotkanych tam ludzi. 

Wiecie, bo to jest fajne uczucie wiedzieć, że ma się przyjaciół, nawet wśród ludzi którzy są od nas różni, z którymi w wielu kwestiach się nie zgadzamy. Że można to jakoś przeskoczyć i mimo wszystko się lubić. Znaleźć płaszczyznę, na której da się porozumieć pomimo różnic. I być dla siebie fajnym, bez rozliczania się z poglądów i wartości. Czuć, że w razie czego ma się na kogo liczyć. Że są ludzie, którzy się o Ciebie martwią i troszczą. Tacy spoza rodziny, którzy na dobrą sprawę mają prawo uznać, że Twoje życie to nie ich sprawa. Z ludźmi, których spotkałam w Dolinie Krzemowej
mogłabym chyba mieszkać w każdym miejscu na ziemi.

Za tymi znajomościami na pewno jeszcze zatęsknię. Ba - już teraz mi ich brakuje. Z niektórymi udało mi się już spotkać w Europie. Na pewno nie po raz ostatni. 


Jasne, że będę tęsknić za Kalifonią. Ale Irlandia też jest fajna. 

czwartek, 28 lipca 2016

Pogłoska o mojej śmierci była przesadzona

To nie będzie fascynująca notka. Ot, kilka słów wyjaśnienia gdzie byłam, dlaczego mnie nie było i co będzie dalej.

No więc, moi mili, jak to rzekł Mark Twain, the report of my death was an exaggeration.

Żyję. I nie jest tak, że nie mam o czym tu pisać. Mam tego tyle, że sama nie wiem od czego zacząć. I, jak na złość, w świecie pozakomputerowym mam do mentalnego ogarnięcia taki stos spraw, że blog dostał urlop. A za dzisiejszą notkę podziękujcie Karolci. Byłam dziś u niej i namawiała mnie do pisania. No to piszę. Bo tak szczerze mówiąc, to już sama się za tym miejscem stęskniłam.

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
To powyższe, to Henryk Sienkiewicz, a konkretnie - Ogniem i mieczem. Oczywiście obecnie mamy rok 2016, ale reszta się tak jakby zgadza. Do totalnych klęsk wprawdzie nie dochodzi (odpukać), natomiast z całą pewnością jest dziwnie i mają miejsca nadzwyczajne wydarzenia.

Zaczęło się chyba od tego, że zaczęłam grać na gitarze. Sama nie wiem, co mnie napadło - ot, pewnego dnia uświadomiłam sobie, że gitara to instrument odgrywający sporą rolę w muzyce, której lubię słuchać. Tak się składa, że lubię śpiewać i pomyślałam sobie, że jakbym się do tego jeszcze nauczyła grać, to znacznie podniosłoby to moje możliwości pełnego przeżywania muzyki. Na chwilę obecną muszę przyznać, że wielkiego talentu u siebie nie odkryłam, ale chodzi o frajdę, no nie?

Stwierdziwszy, że jak szaleć to szaleć, zapisałam się na kurs jazdy na łyżwach. W dzieciństwie niby zawsze chciałam, ale trochę nie było jak. Okazało się, że mając ponad trzydzieści lat mam już jak, ale mało co z tego wychodzi. Czegoś tam się niby nauczyłam i nawet bywało, że sprawiało mi to frajdę, ale szału nie było. No i nigdy nie odważyłam się wyjechać na środek lodowiska.

Potem naszła mnie refleksja, że w sumie to dawniej wykorzystywałam komputer do trochę szerszych celów niż obecnie i postanowiłam trochę do tego wrócić. Udało mi się to tak skutecznie, że obecnie rzadko kiedy zdarza mi się dzień bez dłubania jakiegoś cosia. Wygląda na to, że pomysł był rewelacyjny i dzięki niemu oszczędzę na wielu płaszczyznach - ciuchach, kosmetykach etc. Bo mąż z jakiegoś powodu bardziej się cieszy z żony piszącej coś w Pythonie niż z takiej, która wróciła od fryzjera. 

No a potem poszłam na całość i wyjechałam z Kalifornii.

Pomysł nie pojawił się jakoś nagle. Właściwie to o opuszczeniem tej mlekiem i miodem płynącej krainy myśleliśmy już od dość dawna. Mam jednak poczucie, że to opuszczanie Kalifornii odbyło się jakoś na szybko i że nie ze wszystkimi pożegnałam się tak jak chciałam. Z drugiej jednak strony pożegnania nie zawsze są dobre, a odległości w dzisiejszych czasach czasem znaczą tak mało, że nie jest wykluczone, iż wszystkich tych, którym nie zdążyłam powiedzieć "papa" jeszcze zobaczę. 

O samym opuszczaniu USA i o tym, czym były dla mnie cztery lata tam spędzone, powinnam napisać chyba osobnego posta. Jak ktoś mnie kopnie i przypomni, to napiszę.

Tymczasem informuję, że moje notki od teraz będą miały nieco bardziej irlandzki charakter. Zielona Wyspa po kilku odrzuceniach z naszej strony w końcu zdołała nas przyciągnąć. Przygoda trwa zatem nadal - a ja jak zwykle obiecuję sobie, że to już jej ostatni etap. Zaczynam dochodzić do wniosku, że przeprowadzić można się w każdych warunkach w niemal każde miejsce na świecie, ale wierzcie mi - to trochę męcząca sprawa.

Dość tej nudy. Następne razy będą o Kalifornii, o tym jak zgubiłam garnek z bigosem itd.

    niedziela, 23 sierpnia 2015

    O perkusji, gitarze i naprawdę dobrych ciastkach

    Siedziałam sobie spokojnie z dziećmi u Moniki, ot, takie typowe spotkanie: kawa czy herbata i pogawędki, pomiędzy czujnymi spojrzeniami rzucanymi w kierunku grupki dzieci. Ni stąd ni zowąd poczułam nadciągające uczucie paniki: jak ja się tu w ogóle znalazłam? Pamiętałam dobrze początek wizyty, ba - potrafiłam przywołać wspomnienie dzwonienia do drzwi, ale kiedy próbowałam się cofnąć choćby o dziesięć minut, miałam w głowie czarną dziurę. A przecież musiałam tu jakoś przyjechać, gdzieś zaparkować… 

    I nagle mnie olśniło. Przecież jestem w Dublinie, a tu samochodem nie jeżdżę. Owszem, ściągnęliśmy promem naszą Hondzię, ale stoi teraz bezpiecznie na strzeżonym parkingu, czekając na moment, gdy będzie potrzebna. 

    Wielu okazji już mieć nie będzie. Jeszcze kilka dni i wracamy, uświadomiłam sobie nagle. Może branie ze sobą auta było jednak błędem? Prawie z niego nie korzystamy, a jego transport do Kalifornii znów zajmie co najmniej miesiąc, nie mówiąc już o kosztach. Jak będziemy sobie radzić przez ten czas? Kłopoty zaczną się od razu, przecież musimy się dostać jakoś z lotniska do domu…

    W ogóle będzie niezłe zamieszanie. Trzeba się w końcu wziąć w garść, spakować walizki i nie czekać na ostatnią chwilę. Próbowałam rozmawiać o tym z D., ale jak na złość te ostatnie dni spędzone w Europie miał wypełnione różnymi zajęciami: a to musiał być w pracy dłużej niż zwykle, a to przypominały mu się jakieś bardzo ważne zakupy, których wolał dokonać sam, nie ciągnąc ze sobą kobiety i dzieci. Trochę mnie to martwiło, osobiście wierzę w to, że na zakupy powinno się chodzić razem, wtedy ma miejsce coś w rodzaju wzajemnej kontroli rozsądku. W pojedynkę ryzyko kupowania niepotrzebnych rzeczy wzrasta.

    Potwierdziło się to tego wieczoru. D. wrócił do domu dość późno, obładowany jakimiś wielkimi pakunkami przypominającymi garnki. Co on wyprawia, myślałam niespokojnie, przecież mamy w domu komplet garnków, używamy ich od lat i na pewno nie potrzebujemy nowych.
    - Perkusja - wyjaśnił D. Z dumą. - Zawsze chciałem się nauczyć grać, a tutaj taki sprzęt kosztuje o wiele mniej, więc pomyślałem, że warto kupić.
    - A jak ty zamierzasz to przewieźć do Kalifornii? - zapytałam kąśliwie, pomijając milczeniem resztę pretensji. Perkusja w ogóle nie była nam potrzebna, a nawet, jeśli w Irlandii kosztowała mniej niż gdzie indziej, to i tak nie była to raczej niska kwota.
    - Nie martw się, rozmotuję i wszystko zmieści się do walizek - uspokajał mnie małżonek. Wzruszyłam ramionami. Fakt, w pakowaniu był niezły, radośnie pozwalałam mu zajmować się tym tematem przy okazji wszelkich wyjazdów. Pakował sprawnie i elegancko.

    Następnego dnia przeglądałam zgromadzone przez nas przedmioty, próbując w jakiś sposób posunąć temat przygotowywania się do wyjazdu. Mój wzrok spoczął na dwóch butelkach - w jednej było wino czerwone, w drugiej białe musujące. Zastanawiałam się, co z nimi zrobić. Wolałam je zabrać ze sobą do Stanów, ze względu na pakowanie i lot o szóstej rano i tak czekała nas bezsenna noc, urozmaicanie jej wypijaniem zbyt dużej ilości alkoholu raczej nie było dobrym pomysłem. A może powinniśmy je zostawić naszym gospodarzom? Mieszkaliśmy tu kątem u znajomych rodziny, takie starsze małżeństwo. Przemili ludzie, nie wtrącali się nam do niczego, czasem tylko próbowali trochę rozmawiać.

    Rozmyślania przerwało mi wejście D.
    - Gitara - wyjaśnił, ustawiając z sapnięciem na podłodze pakunek o nieregularnym kształcie. - I kilka drobiazgów do niej.
    - Przecież masz już gitarę - jęknęłam.
    - No mam, ale nie taką. Chciałem mieć akustyczną. Nie martw się, wszystko na pewno zmieści się do walizek. Poza tym popatrz, kupiłem też coś dla ciebie, ciastka…

    Do pokoju wszedł nasz gospodarz.
    - Tak pomyślałem, że dotrzymam wam trochę towarzystwa - rzekł, siadając przy stole. - Wiecie, tak mi się przypomniało, mam takiego znajomego, on był kiedyś premierem Danii…
    - Czy mógłbyś proszę zabrać tę cholerną gitarę i tę pieprzoną perkusję i oddać je do sklepu?! - wrzasnęłam, nie zważając na naszego gościa. - Dość mam tych wariactw, nie potrzebujemy ani perkusji, ani gitary, miejsce to wszystko tylko zajmuje!
    - To naprawdę dobre ciastka - stwierdził gospodarz, zaglądając do jednej z toreb, które przyniósł D. - Proszę spróbować, zwłaszcza polecam te z różowym…
    - Mogę oddać - rzekł markotnie D. - Ale naprawdę, okazja była, poza tym pomyślałam, że może dzieci by się chciały uczyć grać…
    - ZABIERZ TO Z MOICH OCZU! - darłam się.

    Nagle drzwi się otworzyły i ukazała się w nich żona naszego gospodarza, z Natalką na rękach.
    - Proszę pani - powiedziała do mnie wzburzona - Proszę się nad sobą zastanowić! Perkusji pani mężowi żałuje? Co za podła kobieta, jak tak się pani odnosi do małżonka, to ja rekwiruję sukienki pani córek. Mogą jechać w workach! 
    Spojrzałam na Natalkę. Faktycznie, ubrana była w żółty worek, taki z otworem na głowę. 


    No i mniej więcej wtedy się obudziłam. Nie ma to jak dobrze rozpoczęta niedziela.

    poniedziałek, 22 czerwca 2015

    Pozdrowienia z Irlandii

    Od prawie dwóch tygodni jestem w Irlandii. Trochę ciężko mi w to uwierzyć, czas mija strasznie szybko, a jego organizacja nie wychodzi mi jakoś mistrzowsko. Najlepszym przykładem tego jest fakt, że kilku miejsc, które chciałam odwiedzić, zwyczajnie nie zdążymy już zaliczyć, za to w paru innych byliśmy więcej niż raz. No nic, wszystko można nadrobić.

    To nie jest moja pierwsza wizyta w Dublinie, ale pierwsza z dziećmi. To zmienia trochę perspektywę - kiedyś nie zauważałam nierówności chodników, schodów niemożliwych do sforsowania podwójnym wózkiem czy tego, że toalety to nie jest coś, co na pewno znajdę na placu zabaw (a może źle szukam?). Inna sprawa, że to wszystko to nie są jakieś problemy - nierówne chodniki nie są już czymś, na co zwracam uwagę, do knajpy, do której wchodziło się po schodach po prostu nie poszliśmy, a narzekanie na brak ubikacji przy placach zabawach byłoby już chyba lekką przesadą. Ot, jest inaczej.

    Największą różnicą jest oczywiście sposób poruszania się po okolicy. W Dublinie nic nie stoi na przeszkodzie, by robić długie, kilkugodzinne spacery, bez konieczności korzystania z samochodu.  I to takie spacery, które mają sens. Instynkt podpowiada mi teraz zmianę tematu, bo na temat swobody poruszania się po mieście bez wsiadania za kierownicę ględziłam już tylu różnym ludziom tyle razy, że na pewno są tacy, którzy mają tego tematu w moim wykonaniu serdecznie dość.

    Kolejnym tematem jest oczywiście pogoda. Jak łatwo zgadnąć, ta tutejsza trochę różni się od kalifornijskiej. Nie byłam do końca pewna czego oczekiwać, głupio mi było pytać miejscowych znajomych, no i koniec końców zapakowałam ubrania na każdą pogodę, z zapasem swetrów włącznie. Z większości ciepłych rzeczy co prawda nie musimy korzystać, ale gdy patrzę na ludzi mijanych na ulicach, to stwierdzam, że są tacy, którzy pewnie przerobiliby tu każdą sztukę odzieży z mojej szafy.

    No właśnie. Być może wynika to z tego, że pogoda w Dublinie jest zmienna (słońce może nagle schować się za chmurami, z których po chwili pada rzęsisty deszcz, by po trzydziestu minutach znów pięknie świecić nad głowami zmokniętych przechodniów), ale w tym samym czasie na ulicy można zobaczyć ludzi ubranych w ciepłe kurtki i takich w bluzkach z krótkim rękawem i w krótkich spodenkach. Dotyczy to nie tylko dorosłych, podobnie jest z dziećmi, także z tymi małymi, w wózkach. Bywało już, że szłam dokądś w płaszczu, wcale nie było mi z tego powodu zbyt gorąco, zwłaszcza że wiał silny, zimny wiatr, a na ulicy widywałam dzieciaki bez butów w bardzo krótkich spodenkach. Moje drogie koleżanki, przerażane regularnie faktem, że moje dzieci często występują boso: może być gorzej!

    W związku z tą zmienną pogodą cieszę się, że porzuciłam temat prostowania włosów. Tutaj i tak to nie miałoby żadnego sensu.

    Ludzie wydają się sympatyczni, ale o wiele rzadziej jestem zatrzymywana i zasypywana pytaniami o dzieci oraz zachwytami nad nimi. To akurat zaleta. Miło jest, gdy ludziom podobają się twoje pociechy, ale po kilku razach w ciągu dnia robi się to nudne, zwłaszcza, że część powtarzających się pytań jest co najmniej denerwująca (to temat na osobną notkę, którą kiedyś popełnię).

    Jedzenie jest dobre. Trochę mnie to zaskoczyło, nie spodziewałam się żadnych niespodzianek w tym akurat temacie, zwłaszcza że amerykańskie jedzenie mi smakuje, zwłaszcza po trzech latach pobytu tam, gdy już zdążyłam przefiltrować te masy dostępnego pożywienia przez kategorie smaku i jakości. Tymczasem tu zachwycam się smakiem zwykłej kanapki z sałatą i serem. Rozsądek mówi mi, że rzecz leży nie w faktycznej różnicy w smaku, ale w różnicy samej w sobie. Żeby nie było, maliny w Kalifornii smakują mi bardziej niż tu. W ogóle podejrzewam, że w Kalifornii są najlepsze maliny na świecie.

    Uwielbiam styl irlandzkich pubów, zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Trochę przypominają mi moje ulubione krakowskie knajpy, choć tam trudniej mówić o jakimś jednym wspólnym stylu - te, które lubiłam najbardziej, sprawiały zawsze wrażenie zapuszczonych jam, których wystrój kompletowano na kilku różnych śmietnikach. Paradoksalnie to wszystko składało się na klimat, który uwielbiałam. Różnic jest jednak więcej - tutaj widziałam już panów nad piwem w godzinach przedpołudniowych, tymczasem wciąż pamiętam pewne październikowe przedpołudnie w Krakowie, kiedy wraz z kilkoma koleżankami bezskutecznie próbowałyśmy znaleźć otwartą knajpę, w której możnaby się napić piwa (bezskutecznie do czasu - oczywiście w końcu taką znalazłyśmy). Zniesmaczonych informuję, że byłam wtedy bardzo młoda i absolutnie nie miałam jeszcze dzieci.

    Po przeprowadzce do Stanów narzekałam trochę na to, że artykuły spożywcze kupuje się tam w większych ilościach. Z czasem nauczyłam się, że nie wszystkie i nie wszędzie, ale ogólny trend jest jednak taki a nie inny. Teraz mam wrażenie, że w Irlandii niektórych rzeczy jest za mało w opakowaniu - na przykład ser i wędlina kończą się mi bardzo szybko, po mleko chodzę praktycznie codziennie. No, ale zakupy robię zwykle w jednym z dwóch najbliższych sklepów, bez kombinowania. Moje tułacze doświadczenie życiowe uczy jednak, że w każdym kraju trzeba sobie wypracować nowy, własny styl robienia zakupów, tak żeby było optymalnie pod każdym względem.

    Skoro już o zakupach mowa: pewnego wieczoru chcieliśmy się napić wina. D. wyskoczył do najbliższego spożywczego i wrócił z pustymi rękoma: powiedziano mu, że po 22 alkoholu nie sprzedają. Innym razem podczas porannych zakupów chciałam kupić desperadosa, którego kiedyś bardzo lubiłam, a którego nie widziałam od paru lat - no i znów to samo, pani przy kasie powiedziała mi, że nie może mi go sprzedać przed 9.30 Informacyjnie - była mniej więcej 9.25. Nie mam pojęcia czy są to regulacje na poziomie miejskim, krajowym, czy sklepowym. Ot, ciekawostka.

    Co jeszcze? W Irlandii oczywiście obowiązuje ruch lewostronny. Co prawda nie jeżdżę tu samochodem, ale na początku nawet przez jezdnię przechodziło mi się nieco dziwnie. Na szczęście przy wielu przejściach dla pieszych są napisy przypominające, w którym kierunku należy patrzeć w oczekiwaniu na nadjeżdżające auta.

    A tak w ogóle to jest całkiem miłe, europejskie miasto.

    I na tym kończę tę chaotyczną notkę, której tworzenie pochłonęło już swoje ofiary: w pewnym momencie dzieci odłączyły mi Internet, potem córka numer dwa pozbawiła mój płaszcz guzika, a w tym właśnie momencie córka numer trzy sprawdza stabilność telewizora względem stolika, na którym stoi. Pozdrowienia z Irlandii!