Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agata. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2015

Zwyczaje senne, czyli starość nie radość

Wiecie co? Wstałam dziś kompletnie nieprzytomna. Niby suma przespanych godzin jest niezła: prawie 8. Tyle, że z przerwą. Starzeję się. Poranki i wieczory są kompletnie inne niż były kiedyś. I chyba już tak mi zostanie.

1) W nocy potrzebuję więcej snu. Jak to się dzieje, że kiedyś dało się normalnie funkcjonować po przespaniu czterech godzin, a teraz po mniej niż siedmiu w ramionach Morfeusza chodzę po ścianach i zastanawiam się, kiedy i gdzie dałoby się tu uciąć sobie drzemkę?

2) Trzeba kłaść się wcześniej. Dawniej normą dla mnie było chodzenie spać o 2 albo 3. Dziś nie ma mowy, żebym wysiedziała aż tak długo. Zwykle kładę się w okolicach północy, a ostatnią godzinę aktywności wypełnia mi już odliczanie minut dzielących mnie od znalezienia się pod kołdrą.

3) Sen przerywany to sen zły. Wiele lat temu miałam taką małą manię, polegającą na tym, że ustawiałam sobie budzik na godzinę znacznie wcześniejszą niż ta, o której naprawdę musiałam wstać. Nie chodziło w tym bynajmniej o to, by zacząć dzień przed świtem. Po prostu uwielbiałam to uczucie, kiedy obudzona, patrzyłam zaspanym wzrokiem na zegarek i wiedziałam, że przed sobą mam jeszcze dwie godziny spokojnego snu. Z błogością zamykałam znów oczy i powoli odpływałam. 
Za tym zwyczajem nie przepadał (łagodnie mówiąc) mój mąż, który teraz od czasu do czasu pokpiwa, że moglibyśmy znów ustawić budzik na jakąś chorą godzinę. Wtedy czuję budzącego się we mnie agresora. Co, przerywać sobie sen ot tak, for fun?!
Źle reaguję również na przerwy we śnie spowodowane przez czynniki ode mnie niezależne: choroby dzieci, burza za oknem, ganiające się po pokoju koty. Jeśli trzeba, to oczywiście wstaję, ale ma to poważny wpływ na poziom mojej senności o poranku. Nawet jeśli obudziłam się tylko na 10 minut.

4) Zrywanie się w środku nocy też nie jest zresztą sprawą prostą. Kiedy miałam kilkanaście lat, ustawiałam sobie budzik na drugą czy trzecią nad ranem, tak żeby posiedzieć sobie w Internecie w czasie, gdy rodzice spali (to były czasy modemu). Teraz jest mi ciężko zwlec się z łóżka „przed czasem”, nawet jeśli powodem jest konieczność spieszenia się na samolot. 

5) Poranek trzeba zacząć od śniadania. Zapewne ilu ludzi, tyle potrzeb. Ja budzę się codziennie wściekle głodna i od razu myślę o tym, żeby coś zjeść. Dziesięć lat temu było zupełnie inaczej: mogłam niczego nie jeść aż do pory obiadu. Nienawidziłam uczucia sytości o poranku i sam organizm jakoś się go nie dopominał. Głód o poranku zaczął u mnie występować przy pierwszej ciąży. I tak już mi zostało.

6) Kiedyś łatwiej było mi znosić niewyspanie. Potrafiłam w jakiś magiczny sposób odsunąć od siebie temat, złapać wiatr w żagle i spokojnie dotrwać do punktu, w którym mogłam się położyć. Dziś senność ma na mnie znacznie większy wpływ: wyraźnie wpływa na nastrój. Mam też prawdziwe schizy przed prowadzeniem samochodu w stanie choćby lekkiego niewyspania. Taka ostrożność to właściwie nic złego. Problem w tym, że kiedy sama jestem śpiąca, mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie mają to samo, w związku z czym jazda samochodem na fotelu pasażera także jest co najmniej nieprzyjemna - bo w jakiś maniakalny sposób jestem przekonana, że o spaniu marzą również w tej chwili mój mąż, kierowca jadącej za nami ciężarówki i zbliżającego się z naprzeciwka SUV-a.

7) Źle reaguję na wszelkie odstępstwa od normy. Do śniadania muszę mieć herbatę. Jeśli przełykam kęs kanapki bez przynajmniej świadomości obecności kubka z gorącą herbatą, mam wrażenie, że moje usta przepełnia nieznośna suchość, skutkiem której mogę nie zdołać przełknąć kolejnego kęsa.

8) A wieczory? Imprezy nadal są fajne, ale nie da się już wypić morza alkoholu. Naprawdę, nie wiem jak ja to robiłam w studenckich czasach: mogłam siedzieć ze znajomymi w knajpie niemal do rana, piwo lało się strumieniami, a potem wracałam przytomnie do domu, szłam spać i rano wstawałam prawie jakby nigdy nic. Jakiś czas temu, podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie, pewnego wieczoru wypiłam cztery piwa. Pomiędzy nimi wypiłam herbatę i zjadłam posiłek. Wracając do domu czułam się już co najmniej ululana, a następnego dnia wstałam z postanowieniem, że piwa przez dłuższy czas nie tknę. Wzdech.


No, ale za to teraz prowadzę zdrowszy tryb życia. No nie?

środa, 29 lipca 2015

Bo czasem jest źle i już

Bywają takie dni, że wszystko idzie źle. I nie trzeba do tego piątku trzynastego. Bywa też i tak, że źle wcale nie idzie. Ale i tak łapiesz agresora.

Wstajesz rano, dziwnie wyspana. Jak zwykle zaraz po otwarciu oczu zerkasz na telefon komórkowy i ze zdumieniem zauważasz, że jest ósma rano. Ósma?! To się nie zdarza. Zawsze jest przecież tak, że wstaje się wcześniej, przez całe życie: bo najpierw była szkoła, potem praca, potem dzieci. Do pewnego momentu dłużej dawało się pospać w weekendy. Korzystałaś z tego chętnie, wylegując się w łóżku znacznie dłużej, niż należałoby, biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte normy śniadaniowe. Ale w pewnym momencie zapewne starzejący się organizm, w ramach potrzeby regulacji trybu życia, zaczął kazać ci się budzić o tej siódmej rano również w soboty i niedziele. No, a potem pojawiły się dzieci, wprawdzie śpiochy, ale jednocześnie ranne ptaszki.

A Ty zawsze miałaś tak, że uwielbiałaś siedzieć długo w nocy, a potem w dzień spać tyle, ile tylko się dało.

Wydawałoby się, że dłuższa niż zwykła noc powinna dać dobry początek rozpoczynającemu się porankowi. Ale nie. Bo głowa jest jakby ociężała - może tego snu było jednak za dużo? Z ust wydobywają się kolejne ziewnięcia, oczy raz po raz wymagają przecierania. Jest źle.

To, co widzisz za oknem, potwierdza tylko twoje obawy. Jest szaro. Może nawet trochę pada. To nie jest pogoda, jakiej można by oczekiwać w lipcu, w dodatku podczas pobytu u rodziców, pierwszego od ponad dwóch lat. I znów zgrzyt: raptem kilka dni temu było źle, bo panował upał. Teraz jest źle, bo jest brzydko. Bez sensu.

Schodzisz na dół na śniadanie. Jest dobrze, dziś nie musisz go sama robić. Młodsze dzieci siedzą grzecznie w krzesełkach, pałaszując z zaangażowaniem leżące przed nimi smakołyki. Większe dziecko kręci się gdzieś po parterze - na szczęście jest już na tyle duże, że nie trzeba go na każdym kroku pilnować. Wzdychasz i sięgasz po książkę, próbując zacząć wszystko od początku. Ale znów coś idzie nie tak: wzrok jakby nie chciał trzymać się linijek tekstu, kolejne zdania docierają do twojej świadomości w zwolnionym tempie i dlatego czytasz je po kilka razy. W końcu stwierdzasz, że to nie ma sensu. 

Wbrew przyzwyczajeniom po śniadaniu wypijasz kawę. Zwykle sięgasz po nią w porze poobiedniej, ale w taki szary, smętny dzień z dołem bez powodu zwiększenie ilości ciepłych płynów wydaje się dobrym pomysłem. Nie dziś. Dodatkowy kubek płynu (bo przed kawą zdążyłaś już wypić herbatę) zdaje się ciebie wypełniać tak, że natychmiast czujesz się jak wtedy, gdy wstajesz od wigilijnego stołu: nadęta i spuchnięta.

A potem wszystko toczy się już samo: dzieci sprawiają wrażenie lekko rozdrażnionych, choć tak naprawdę ciężko się przyczepić do czegoś konkretnego. Maluchy budzą się z dziennej drzemki o godzinę wcześniej niż zazwyczaj, co zdecydowanie nie poprawia im humoru, a tobie rozwala czytelnicze plany. Starsza podchwyciła chyba twój nastrój i ciężko ją czymś zająć. Twoja inicjatywa, chyba pod wpływem tego dziwnego napięcia, spada do zera. Masz ochotę zamknąć się w którymś z pokojów z laptopem na kolanach i pogadać z kimś, kto na co dzień cię nie ogląda, wyżalić się na ten dzień, który zupełnie bez powodu jest totalnie bez sensu, ale przy głębszej analizie tego pomysłu uznajesz, że już na etapie planowania jest on drażniący: nie masz bowiem pojęcia, z kim tak naprawdę chciałabyś pogadać, a kolejne kandydatki i kandydatów odrzucasz w przedbiegach z takich czy innych powodów.

Nic złego się nie dzieje. Ale jest źle.

Gdzieś tam w międzyczasie myślisz o tym, że za kilka dni trzeba będzie pojechać do Krakowa. Brat się żeni, oczywiście nie wyobrażasz sobie nie być na jego ślubie, poza tym przecież uwielbiasz Kraków, ale teraz, gdy o tym myślisz, czujesz, że ogarnia cię jakaś niemoc. Wizja tego, że trzeba będzie spakować walizkę i udać się w tę kilkugodzinną podróż, zwieńczoną wypakowywaniem tejże walizki, wydaje ci się czymś ponad siły i absolutnie niemożliwym do zrealizowania, nawet jeśli w gruncie rzeczy to pestka, od której dzieli cię jeszcze jakiś tydzień.

Mogłam się wczoraj wieczorem napić wina, myślisz, pograć w coś, zarwać może nawet noc. Co ci niby przyszło z tego wyspania się, kobieto, skoro dzisiejszy dzień jest ewidentnie do kitu. I nie zmienia tego nawet obiad w postaci naleśników, które uwielbiasz od dziecka i które mogłabyś jeść w każdej postaci (a zdarzyło ci się już jeść naleśniki z łososiem i rukolą, więc chyba wiesz co mówisz). 

Po obiedzie - wizyta w sklepie. Sklep musi pomóc, wszak powszechnie wiadomo, że zakupy poprawiają kobiecie samopoczucie. Wprawdzie zdaje się, że zazwyczaj mówi się w ten sposób o kupowaniu ubrań, a nie artykułów spożywczych, ale zawsze można mieć nadzieję, że powiedzenie „przez żołądek do serca” dotyczy również w jakimś stopniu kobiet i że kupienie do domu czegoś smacznego pozytywnie wpłynie na twój kiepski nastrój. Zdeterminowana kupujesz cebularza. I białe wino. Bo ulubionych aktualnie lodów (sorbetu z „Zielonej budki”) jak na złość nie ma.

W samochodzie (jedziesz jako pasażer: jak przystało na prawdziwą ofiarę losu po prawie trzech latach w Stanach zanika u ciebie umiejętność prowadzenia samochodu z ręczną skrzynią biegów i najzwyczajniej w świecie boisz się prowadzić po drogach ojczyzny - schiza jak nic, na szczęście nie musisz się nad tym za dużo zastanawiać) wyciągasz książkę. To kolejna próba. I nagle coś zaskakuje: wciągasz się, czytane zdania utrwalają się w twojej świadomości. I przez te dziesięć minut na fotelu pasażera nawet nie myślisz za bardzo o tym, że jesteś w samochodzie, że może należałoby się rozglądać (wprawdzie samochód ma swojego kierowcę, ale jak na rasową żonę przystało, lubisz pilnować drogi również wtedy, gdy to nie ty prowadzisz). Kątem oka dostrzegasz, że na niebie pojawiło się słońce. I myślisz o tym, że może jeszcze będzie dobrze. A nawet jeśli nie, to ten dzień skończy się już za kilka godzin.

Wrócę do domu, myślisz sobie, poczekam na jakąś wolną chwilę, odpalę laptopa, popiszę sobie. Notkę na bloga, czy coś. A potem sobie przypominasz, że dziś możesz sobie pisać do woli i cokolwiek - bo cała Polska jest pod wpływem informacji o śmierci Jana Kulczyka i twój blog nikogo za bardzo nie obchodzi.

Już kiedyś tak było, wspominasz ponuro. Kilka lat temu olśnił cię jakiś absolutnie genialny (albo tak ci się wtedy zdawało) pomysł na tekst. Już, już miałaś zasiąść do komputera, gdy dotarła do ciebie informacja o abdykacji Benedykta XVI. I najpierw zaczęłaś sobie żartować, że nie ma po co pisać, bo dziś wszystkich interesuje tylko papież, a potem tak się w tych żartach zapędziłaś, że pomysł kompletnie wyleciał ci z głowy. I nie wrócił tam do tej pory.

No dobra, myślisz w końcu. Kiepskie dni się zdarzają. Przynajmniej nie jest gorąco, a przed sobą masz jeszcze kilkanaście dni spędzonych w normalnej strefie czasowej. Tylko tym razem żadnego zasypiania o 23. Czytaj, pij wino albo herbatę (w zależności od nastroju), włącz sobie fajna muzykę. Porozmawiaj. W ostateczności - pośpiewaj. W końcu to wakacje. A smuty zostaw sobie na jakiś dzień, kiedy ktoś naprawdę zalezie ci za skórę.

I pamiętaj o zrobieniu jakiegoś zdjęcia, nadającego się do zilustrowania przymiotnika określającego jakoś dobitnie to, jaki miałaś dziś dzień.

środa, 5 września 2012

Włóczęga do Ameryki

W poniedziałek po czterech latach opuściliśmy Szwajcarię.

Było nieco mniej pompatycznie i sentymentalnie niż zakładałam: zamiast hucznej imprezy pożegnalnej - cykl knajpowych spotkań ze znajomymi. Zamiast ostatniej nocy spędzonej w kącie pokoju na podłodze z butelką wina i plastikowymi kubeczkami - mozolne pakowanie naszego życia do czterech walizek. Zamiast wzruszenia na pokładzie samolotu - poczucie, że lecimy na wakacje. I wrażenie kompletnej nierealności na myśl, że w Europie pojawimy się dopiero w grudniu.

Jeszcze nie wszystko mi się przestawiło. W sklepie podświadomie próbuję używać niemieckiego. O tym, by jechać do sklepu samochodem po dosłownie kilka potrzebnych artykułów nawet nie myślę - przyzwyczajona do kilku godzin spaceru dziennie wybieram trzydziestominutową przechadzkę. Nie rzucam się na jedzenie, choć wybór produktów spożywczych zdaje się znacznie przekraczać ten, z którym miałam do czynienia w Zurychu. Powoli dochodzę do wprawy w automatycznym ustalaniu, która godzina jest aktualnie w Polsce.

Kiedy miałam dwanaście, może trzynaście lat, postanowiłam, że po maturze, zamiast iść od razu na studia, wybiorę się na roczną, pieszą włóczęgę. Planowałam spanie pod drzewami i w stodołach. Podróż przed siebie, bez konkretnego planu czy celu. Rodzice pukali mi się w głowę, a ja sama, odebrawszy świadectwo dojrzałości, myślałam raczej o czekających mnie egzaminach wstępnych na studia niż o dziecięcych, mało realnych planach. 

Dawno już jednak zauważyłam, że większość moich marzeń się spełnia - choć zazwyczaj w nieco inny sposób niż to sobie pierwotnie wyobrażałam. Ba, bywa, że sposób realizacji sprawia, iż wolałabym, by dane marzenie pozostało niespełnione. Tym razem nie było aż tak źle. Do Ameryki nie dotarłam pieszo, ani nawet nie na statku. Poleciałam samolotem, za to w towarzystwie męża, piętnastomiesięcznego dziecka i dwóch kocurów. Jedno się zgadza: nie mam pojęcia, na ile przyleciałam. 

I ponieważ jestem i zapewne jeszcze przez jakiś czas będę pod wpływem nowych wrażeń i emocji, rozciągających się od "aaale fajnie" do "mam tego dość!", będę się starała dać upust temu wszystkiego tutaj.

piątek, 31 grudnia 2010

Podsumowania, podsumowania... ekshibicjonistycznie na koniec 2010 roku

Tak jak wielu innych ludzi, mam skłonność do robienia podsumowań wraz z kończącym się rokiem. A że jestem kobietą z całkiem niezłą pamięcią do dat i prowadzę regularne zapiski w pamiętniku, dzięki którym nie ma mowy, żebym pomieszała jakieś wydarzenia - to materiał do podsumowań mam całkiem obszerny.

W Sylwestra 2006 pomyślałam, że kończący się rok był wyjątkowo ciekawy - wydarzyło się wtedy w moim życiu mnóstwo rzeczy. Kilka z nich - o czym wiem dopiero dzisiaj - miało znaczący wpływ na to, co działo się później (choć niektóre związki przyczynowo-skutkowe były dość zaskakujące). Tak się jednak złożyło, że lata 2007 i 2008 były jeszcze ciekawsze, o 2009 nie wspominając. Nie pozostawało mi nic innego jak z pewnym niepokojem myśleć o roku 2010. W praktyce okazał się on rzeczywiście najciekawszym z tych poprzednich. Pozostaje mi czekać z drżeniem serca na podsumowanie, którego dokonam 31 stycznia 2011.

W 2010 roku:
- opuściłam po niemal rocznym pobycie Warszawę, którą naprawdę bardzo polubiłam. Pewnie lubiłabym ją jeszcze bardziej, gdyby nie zeszłoroczna zima, która dość ograniczyła zasięg moich przedsięwzięć (np. łażenie z Szymonem do 2 nad ranem po dziwnych zakątkach stolicy nagle, w zetknięciu z temperaturą -20 stopni, nie wydawało się pomysłem najlepszym z najlepszych);
- wróciłam do Szwajcarii, którą ostatnio nawet troszkę lubię (gdyby nie mówili tu tym strasznym dialektem, byłabym skłonna rozważać naprawdę długi pobyt w tym kraju);
- odwiedziłam kilku szwajcarskich lekarzy i naprawiłam część uszkodzeń w moim organizmie; 
- wróciłam do grania w World of Warcraft - od kilku dni udaje mi się nawet grać codziennie;
- odwiedziłam kilka ciekawych miejsc na trzech kontynentach, z których niektóre bardzo pozytywnie mnie rozczarowały (Nowy Jork), spędziłam też pierwsze w życiu wakacje polegające na leżeniu i pluskaniu się w wodzie (przy okazji przeczytałam kilka książek);
- przekonałam się, że czytanie e-booków ma czasem sens, jeśli posiada się czytnik i dość ograniczony dostęp do części literatury, z którą chce się obcować. Oczywiście nadal zamierzam kupować papierowe książki, ale światu udało się mnie przekonać, że są sytuacje,w których Kindle rządzi;
- zrobiłam kilka fajnych zdjęć, ale wciąż brakuje mi zapału, by wziąć się za temat fotografii jakoś poważniej;
- w tajemniczych okolicznościach straciłam ponad 7 kg, które nie wracają mimo uporczywego wrzucania w siebie naprawdę sporych ilości jedzenia;
- zaczęłam czytać "Wheel of Time" i pluję sobie z tego powodu w brodę;
- odkryłam, że kurczak w sosie mango z warzywami to bardzo smaczna potrawa;
- potwierdziłam kilka swoich mniej lub bardziej optymistycznych twierdzeń na temat otaczającego mnie świata;
- wciąż odkładałam w przyszłość rzetelne wzięcie się za mój francuski;
- zapisałam mnóstwo stron w swoim pamiętniku. Mam nadzieję, że nie zginę w jakimś wypadku i nikt nie wpadnie na to by pod moją nieobecność to wszystko wydać;
- zaplanowałam mniej więcej przebieg roku 2011 i nawet kupiłam kalendarz, który ma mi pomóc się tych planów trzymać.

Szczęśliwego Nowego Roku!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

American Dream

Jako mała dziewczynka marzyłam o wyjeździe do Stanów. Wszystko zaczęło się od bajek Disneya, które nawet w wersji czarno białej budziły we mnie zachwyt. Brałam nawet udział w cotygodniowym konkursie gazetek "Mickey Mouse" i "Donald Duck", w którym główną nagrodą był wyjazd dla dwóch osób na Florydę, do Disneylandu. Naprawdę wierzyłam, że wygram tę wycieczkę i zastanawiałam się, które z rodziców powinnam ze sobą zabrać. Gdyby przyszło co do czego, pewnie zdecydowałabym się na Tatę, z którym na temat Stanów - w których żadne z nas nie było - rozmawiałam nie raz. No bo przecież było o czym: nie dość, że mają tam bajki 24 godziny na dobę, to jeszcze aby się tam znaleźć, trzeba polecieć samolotem. W dodatku kiedy u nich jest dzień, u nas trwa noc. Wszystko to miało w sobie coś magicznego. Nic dziwnego, że wycieczka do USA znajdowała się gdzieś blisko szczytu mojej listy marzeń. 

Po latach o tym marzeniu zupełnie zapomniałam. Nagle stwierdziłam, że na świecie jest wiele znacznie ciekawszych miejsc niż Stany Zjednoczone. Na przykład Spitsbergen, na punkcie którego dostałam w pewnym momencie prawdziwego fioła. I na nic zdały się tłumaczenia, że dostanie się tam byłoby zapewne trudne. Udało się znaleźć więcej osób gotowych spędzić kilka dni lata za kołem podbiegunowym i wybrać się na wyprawę, której z pewnością nigdy nie zapomnę. I którą zamierzam za kilka lat powtórzyć. 

Podobno jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.  A ponieważ wyszło tak, że pojawiła się okazja podróży za Atlantyk, doszłam do wniosku, że nie ma co marudzić i trzeba pojechać. Choćby po to, żeby stwierdzić, że Ameryka jest ble. Choć powiem Wam szczerze, że nie jestem taka pewna czy do takich właśnie wniosków dojdę. Obawiam się, że Nowy Jork może się okazać książkowym rajem, a ja po powrocie będę musiała zamknąć się na cztery spusty na dobry rok, żeby przeczytać to, co przywiozę (podobno z USA wypada przywieźć laptopa albo aparat fotograficzny, ale ja nie potrzebuję drugiego laptopa ani drugiego aparatu, zwłaszcza że fotograf ze mnie żaden).

Póki co najbardziej przeraża mnie przeszło dziewięć godzin lotu. Moje nerwy dość źle znoszą loty wewnątrz Europy, a co dopiero tak dalekie. W dodatku wygląda na to, że samolot, którym polecę, nie ma żadnych bajerów, które mogłyby umilić czas podróży. Kiedy lecieliśmy do Dubaju, przez dobre dwie godziny graliśmy w tetrisa, poza tym oglądaliśmy filmy, a ja spędziłam naprawdę sporo czasu przesłuchując jedynki z brytyjskiej listy przebojów na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Tutaj będę się musiała zdać na książkę, przewodnik po Nowym Jorku (po niemiecku) pamiętnik i laptop, dopóki nie siądą mi baterie. Plus na anielską cierpliwość. Bo oczywiście lecę sama. I to już jutro.

Stany jako kraj są mi w tej chwili zupełnie obojętne. Nie mam pojęcia, czy mi się tam spodoba. Ale ponieważ życiowe doświadczenie nauczyło mnie otwartości wobec świata - jako że ja nigdy nie mogę być pewna gdzie wyląduję za pół roku - to jestem dobrej myśli. W najgorszym razie po prostu pójdę kupić książki.

Aha, no i jeszcze jedno - w Nowym Jorku będę o 6 godzin młodsza. Choć nie wiem czy to akurat jest mi szczególnie potrzebne. Ostatnio w taksówce w Lublinie zostałam zapytana przez panią kierowcę, czy już studiuję (opowiadała mi o swoim synu, który w nadchodzącym roku szkolnym robi maturę i wybiera się potem na którąś z krakowskich uczelni). Zaczynam się martwić, że za kilka lat seks ze mną może się wydawać nielegalny.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

W poszukiwaniu Krakowa

Mój kilkudniowy pobyt w Krakowie dobiega końca. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że w tym mieście spędziłam kawał swojego życia i wciąż wiele mnie z nim łączy: ot, choćby zameldowanie. Nie jestem więc typową turystką: ulotki reklamujące wyjazdy do Oświęcimia i Wieliczki omijam szerokim łukiem, tak samo jeśli chodzi o atrakcyjne oferty noclegów. Odwiedzam konkretne miejsca, spaceruję konkretnymi ulicami. 

Od czasu do czasu przeżywam zdziwienie. No bo jakże to: Sphinx na Rynku to coś, co mijałam przez wiele lat. Ba - przychodziłam tutaj, kiedy już brakowało pomysłów na to, gdzie można zjeść obiad. Raz dostałam tam lekko surowe mięso i niestety nie był to stek. Nie było to w żadnym razie jedno z moich ukochanych miejsc - ale istniało "zawsze", mijane niemal codziennie w drodze na uczelnię (mój wydział znajdował się dosłownie 100 metrów dalej). Teraz na rogu Wiślnej i Rynku straszy jakaś nowa knajpka, oferująca na kolorowych reklamówkach pyszne desery. 

Na samej Wiślnej młody chłopak, zapewne licealista, wciska mi ulotkę. Staram się tu unikać całej tej makulatury, ale zauważam go lekko za późno. Mój błąd - biorę ulotkę reklamującą coś, co wydaje się być elegancką kawiarnią oferującą m.in. pyszne śniadania. Co prawda pora jest już obiadowa, ale zerkam z ciekawości na adres. Gołębia 3. W domu szybko znajduję stronę lokalu - wygląda tak jak kiedyś, w czasach gdy studiowałam. Nie wiem, czy nadal można tam dostać supertanią kawę i wspaniałą atmosferę gratis. Ale pomysł promowania tego miejsca ulotkami jest jakby nie mój - no bo przecież czy jest ktoś, kto nie zna Gołębiej 3?

Kręcąc głową ze zdumienia wpadam na rewelacyjny pomysł: muszę to wszystko opisać! Od prawie 20 lat piszę papierowy pamiętnik, który bez problemu przełyka moje życiowe rewelacje. Oczywiście mam go ze sobą, ale ostatnio wieczorami chętniej sięgam po książkę niż elegancki brulion. Łapię się na tym, że brakuje mi długopisu. Zapewne jest gdzieś w domu, w którymś z wielkich pudeł wyładowanych moimi rzeczami. Mogę jednak zajść do sklepu papierniczego, znajdującego się odkąd pamiętam na rogu Wiślnej i Gołębiej. Pracują tam przemiłe panie, które zawsze wszystko pokażą i pozwolą pomarudzić. Pracują?... Otóż: nie. Na rogu Wiślnej i Gołębiej jest teraz zupełnie inny sklep, zdaje się że z butami. 

Nie ma już Galerii Centrum na św. Anny. Kawiarnia Nescafe na Szewskiej, do której chodziłam czasami jeszcze w czasach studenckich (wtedy to było miejsce lekko snobistyczne - kawa smakowa, która kosztowała 8 zł, wydawała się czymś bezsensownie drogim, zwłaszcza w połączeniu z kanapką za, zdaje się, 6 zł, ale i tak czasem tu przychodziłam: było się gdzie rozłożyć z papierami, a serwowana muzyka nie przeszkadzała w spokojnej lekturze książki), została zlikwidowana już kilka lat temu i póki co lokal nadal stoi pusty. Na tej samej ulicy pojawiło się jednak kilka lokali, których nie znam. Nie wchodzę: jakoś nie mam zaufania do miejsc, których tu nie pamiętam. Uciekając przed nadchodzącą burzą wybieram zatem Bunkier Sztuki, w którym od kilku lat zmieniło się chyba tylko to, że część okładek menu wymieniono na takie w kolorze niebieskim. I nadal oferują tam genialne połączenie (wybaczcie, spełniam stereotypy dotyczące upodobań alkoholowych kobiet i piję takie rzeczy) ciemnego piwa z sokiem różanym.

Jeszcze przed zakończeniem dnia postanawiam wpaść do jednego z uczęszczanych niegdyś przeze mnie pubów. To wyjątkowe miejsce, stanowiące dowód na to, że knajpę można urządzić w każdym miejscu. Awarię na Mikołajskiej można łatwo przeoczyć, nie reklamuje się wielkimi szyldami czy neonami. Lokal znajduje się w piwnicy, w nieco zatęchłych pomieszczeniach. Zimą potrafiłam tu wypijać litry grzanego piwa przy muzyce Marii Peszek. Tym razem też nie było najgorzej: usiadłam z książką, złożyłam zamówienie. Przed wyjściem wstąpiłam do łazienki. W nadal bardzo ciasnej ubikacji na jednej ze ścian, na tle nowych kafelków zobaczyłam spore lustro. Westchnęłam. Kiedyś wisiało tu tylko coś w rodzaju fragmentu lustra, w którym, przy kiepskim świetle, usiłowałam zawsze poprawić makijaż czy włosy. Teraz powinno to być prostsze. A jednak...

I jeszcze jedno rozczarowanie: anglojęzyczna Hetmańska już mnie nie zachwyca. Co gorsza, nie potrafię powiedzieć, czy to księgarnia obniżyła loty, czy może ja przyzwyczaiłam się do anglojęzycznego Orell Fuessli w Zurychu. W każdym razie nic nie kupiłam i nawet obyło się bez pokus.

Od dawna nie zdarzyło mi się spędzić w Krakowie aż pięciu dni. Ba - to już dobrze ponad rok. I choć przyjechałam kompletnie sama, z bardzo niewielkim bagażem, a w mój kalendarz wypełniło trochę nudnych spraw, mogłabym tu siedzieć jeszcze kilka tygodni. Poszukać dawnych miejsc, pokręcić głową nad zmianami. Czasami nawet kiedy coś zmienia się na lepsze, czuje się lekki żal. No, ale przecież to ciągle jest Kraków. A zapiekanki na Kazimierzu są tak dobre jak zawsze.

piątek, 25 czerwca 2010

Spakowana, jeszcze tu

Nie lubię się przeprowadzać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w moich ustach stwierdzenie to brzmi nieco głupio. Przeprowadzam się w końcu regularnie od czasu, gdy skończyłam dziewiętnaście lat i wyjechałam z małego Lubartowa na studia do dużego Krakowa. Zresztą, nawet w królewskiej stolicy nie mogłam usiedzieć na miejscu: mieszkania zmieniałam kilkakrotnie. Nawet to, w którym nocuję podczas moich obecnych krakowskich eskapad nie jest już tym, z którego korzystałam przed wyjechaniem z Krakowa "na stałe".

Spakowałam rok swojego życia do przepastnych toreb i walizek. To i owo wylądowało w koszu na śmieci - np. puste flakoniki po perfumach. Przed pozbyciem się ich zrobiłam sobie jeszcze zapachowy seans. Podobno ludzie, których cechuje ułomność w zakresie któregoś ze zmysłów odrabiają to z nawiązką na innym polu. Jeśli to prawda, to słaby wzrok wynagradza mi częściowo zmysł zapachów. Bo to, że czuję potrawy gotowane przez sąsiadów to dopiero początek: mam bzika na punkcie tego, co da się wyczuć. Skutkuje to również swoistą obsesją na punkcie tego, czym pachnę ja sama. Wcieram w siebie przeróżne substancje z nieprzemijającą misją usunięcia może naturalnego, może właściwego zapachu człowieka, jego życia i trudu.

Zapachy przywodzą mi na myśl miejsca, ludzi, konkretne momenty. Nie wszystkie spośród tych, z którymi się dziś rozstałam, naprawdę lubiłam. Były wśród nich takie, które pełniły funkcję pewnych stymulatorów. Były takie, które zostały przez sentyment. Były przecież i te, które wiązały się z jakimiś konkretnymi nadziejami na nowy początek, kasację przeszłości. Choć tak naprawdę nigdy nie wierzyłam do końca w teorie, które mogłyby zmienić życia. Zapachy też nie mogą.

Zostawiam za sobą spory kawałek życia. Pozwalając sobie na rozpłynięcie się w sentymentach. Dlaczego nie? Przecież nie wrócę już do tego domu. Jeśli będę tęsknić, wspomnienia zawsze mogę przywołać konkretnymi zapachami. Albo przeczytam stosowny fragment z prowadzonego przeze mnie od blisko dziesięciu lat dziennika, którego wydaniem uwielbiam straszyć bliźnich zamieszanych w jakiś sposób w moje życie.

Coś we mnie krzyczy, żebym została. I coś zostaje. Czuję się głupio i sentymentalnie. I na swój sposób dobrze mi z tym. 

Jeszcze tu wrócę, prawda?

środa, 2 czerwca 2010

Postwarszawsko

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkać w Warszawie i - co najciekawsze - będzie mi się to podobać, kazałabym takiemu prorokowi puknąć się w czoło. Bo przecież jeszcze jakiś czas temu, będąc świeżo po maturze, wybrałam na miejsce swoich studiów i życia Kraków, świadomie unikając stolicy (choć odwiedziłam ją przy okazji zdawania egzaminów na UW). Warszawa przerażała mnie nie tylko swoją wielkością. To akurat było jej zaletą: wychowałam się w małym mieście i szerokie ulice, kolorowe sklepy i knajpki raczej mnie pociągały. Odpychało natomiast bliżej niezidentyfikowane "coś", co jak twierdziłam - daje się wyczuć w każdym mniej lub bardziej farbowanym warszawiaku. 

Sześć lat mieszkania w Krakowie raczej tu nie pomogło. I choć w Warszawie bywałam regularnie ze względu na wizyty u znajomych (niektórzy z nich funkcjonowali wcześniej w moim życiu jako "znajomi z Krakowa"), to do przeprowadzki raczej mi się nie spieszyło.

Warszawa przekonywała mnie do siebie stopniowo. Przyszło jej to dużo łatwiej, gdy na stałe mieszkałam już w Zurychu, który nauczył mnie nieco rewizyjnego podejścia do fantastycznego, niemal idealnego w moich oczach Krakowa. Stolica odwiedzana od czasu do czasu, czy to w celach towarzyskich, czy jako miejsce przesiadkowe (lotów Zurych-Kraków wciąż nie ma) powoli okazywała się całkiem sympatycznym miastem, a tajemnicze, "bliżej niezidentyfikowane coś" rozmyło się po prawie roku nieco multikulturowego w moim wydaniu życia w Szwajcarii.

Okazja do zamieszkania w Warszawie pojawiła się nagle i niespodziewanie. Skorzystałam. Jeśli czegoś żałuję, to tego, że mroźna zima trwała zbyt długo i trochę ograniczyło to możliwości spacerowo-eksploracyjne. Ale i tak poznałam kilka ciekawych miejsc, wypiłam różne ciekawe rzeczy (uważajcie na piwo z campari. Jest smaczne, ale bardzo groźne), spotkałam świetnych ludzi. Nauczyłam się poruszać komunikacją miejską, która, o dziwo, wydała mi się o niebo lepiej zorganizowana niż w Krakowie (pomijając kwestię tego, że o 20 poza okolicą stacji metra trudno jest kupić bilet. Przeżyłam to w poniedziałek). Zdołałam uniknąć zakupu Karty Miejskiej i przemogłam wrodzony chyba strach przed jeżdżeniem metrem. Wydałam majątek na polskie książki, których tak bardzo brakowało mi w Szwajcarii. 

Coś się kończy, coś się zaczyna. Wczoraj o 17 wyleciałam z Warszawy. W czerwcu wrócę na kilka dni. Ale tak naprawdę mam nadzieję, że po pewnym czasie wrócę na dłużej. Polubiłam to paskudne miasto. Nawet zaczęło mi się podobać.

niedziela, 23 maja 2010

O zamkniętych sklepach słów kilka

Kiedy dwa lata temu w Zielone Świątki zastałam zamknięte sklepy, byłam wściekła. Właśnie na ten dzień wyznaczyłam sobie termin kupienia pewnej płyty. Niedziela, wolne, możliwość spania do południa i odbycia leniwej wyprawy do Galerii Krakowskiej. Do pewnego momentu wszystko szło świetnie. W Galerii Krakowskiej było zresztą sporo ludzi. Tyle, że wszystkie sklepy były zamknięte - co mało kto przewidział.

Robiąc dobrą minę do złej gry, postanowiłam spędzić dzień rodzinnie. Obiad w jakiejś knajpie, potem może piwo... Sprawa okazała się jednak trudniejsza, niż sądziłam. Byliśmy w kilku knajpach, zostaliśmy może w piątej - w poprzednich wszystkie miejsca były zajęte. W końcu udało się usiąść w pizzerii Dominium, która bynajmniej pierwszego miejsca na naszej liście nie zajmowała. Rynek, a raczej wypełniający go tłum, sprawiał wrażenie totalnie zdezorientowanego: no bo jak to, niedziela, dzień wolny od pracy, nie może być przeznaczony na robienie zakupów? Muszę przyznać, że podzielałam zdanie tłumu: byłam wściekła, a pizza ze szpinakiem łagodziła stan moich nerwów zaledwie częściowo.

Dzisiejsze koncumpcyjne wariactwo w Krakowie przyjęłam już łagodniej. Do sklepów nawet nie próbowałam zachodzić, odkąd rano z bólem w sercu uświadomiłam sobie, że z racji święta moje plany odwiedzenia zakładu fryzjerskiego spełzną na niczym. 

Nie wiem, czy wytłumaczenie, że przy zamkniętych sklepach ludzie spędzą dzień z rodziną do mnie trafia, czy też nie. Do pewnego stopnia to zapewne kwestia indywidualna. Jeśli chodzi o sam fakt zakazu handlu, budzi on we mnie sprzeciw. Sklepy otwarte w dzień świąteczny nie rażą mnie. Natomiast, podczas blisko rocznego pobytu w Szwajcarii i półrocznego w Niemczech przyzwyczaiłam się do tego, że zakupów nie zrobię nie tylko w Zielone Świątki, ale w jakąkolwiek niedzielę. Efekt? Nauczyłam się robić zakupy w sobotę, a niedzieli nigdy nie psuła mi wizja zakupów. No, chyba że zapomniałam o kupieniu czegoś naprawdę ważnego - wtedy zawsze pozostawało wyjście w postaci wyprawy na stację benzynową. Czyli, jeśli trzeba było - dało się.

Co do mnie samej, Zielone Świątki spędzam delektując się Krakowem. Zamknięte sklepy mi nie przeszkadzają - i tak muszę jeść na mieście z racji tego, że nie posiadam kuchni. 

środa, 19 maja 2010

Ktoś musi kupić papieża, by do Watykanu pojechał ktoś

Dzisiaj po wyjściu z pracy postanowiłam się wykazać silną wolą i zamiast udać się na popołudniową drzemkę, pojechałam do centrum. Półgodzinna wycieczka po Trafficu zakończyła się połowicznym sukcesem (udało mi się nie wyjść z kilogramami nowych książek, za to nie znalazłam tego, czego naprawdę szukałam). Samotny spacer przy dość przyjemnej na tle ostatnich dni pogodzie był dobrym pomysłem: spacerowałam, zastanawiając się nad tym, gdzie jeszcze mogę poszukać potrzebnej książki oraz próbując po raz kolejny dopasować do siebie bohaterów czytanej ostatnio powieści (większość z nich jest powiązana ze sobą najróżniejszymi rodzajami więzów, od związków, poprzez przyjaźnie, po związki zakończone, przy czym skutkiem niektórych z nich jest np. potomstwo, które też należy jakoś przyporządkować).

Z zamyślenia wyrwała mnie konieczność przedarcia się przez tłum pomiędzy Rotundą a stacją Centrum. Przy wyjściu z przejścia podziemnego zobaczyłam starszą kobietę z olbrzymim psem. Idąc dość szybkim krokiem, nie zdążyłam przeczytać tekstu na trzymanej przez nią w dłoniach tekturowej tabliczce. Prawdopodobnie był zupełnie typowy: pies i właścicielka zbierali na jedzenie. Widok dość przykry o tyle, że kobieta była stara: pokryta zmarszczkami, obrzęknięta twarz częściowo skryta za siwymi, zniszczonymi trwałą włosami. Od tej pary szybko oderwały mnie kolejne obrazy: sprzedawca parasolek, zapewne niezbyt zadowolony z nagłej poprawy pogody, grupki młodych przeważnie ludzi, którzy właśnie to miejsce wybrali na spotkanie. No i roznosiciele ulotek, jak zwykle niezawodnie dostarczający mieszkańcom stolicy codziennej porcji makulatury.

Może źle robię, ale ulotki zazwyczaj biorę. Oczywiście, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nigdy z żadnej z nich nie skorzystałam. Przyznaję się też bez bicia, że wiele papierowych reklam, które dostają się do moich rąk, niemal natychmiast ląduje w koszu w postaci zgniecionych kulek. Egzaminu z ich treści nie zdałabym na pewno. Dziś było podobnie: zarówno pierwszą, jak i drugą otrzymaną karteczkę wzięłam automatycznie. Pierwszą wrzuciłam do kieszeni płaszcza. Przy drugiej coś kazało mi się zawahać.

Na wręczonej mi karteczce było popularne zdjęcie Karola Wojtyły. Coś, czego się nie spodziewałam. Wszystko rozegrało się jednak bardzo szybko: przy mnie natychmiast znalazł się młody człowiek, który pytał, czy prowadzę samochód. Zaprzeczyłam, ale wtedy chłopak zaoferował mi jakiegoś specjalnego świętego dla jeżdżących metrem. Szybko zaczęło mi świtać, że skoro nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Papież i święty nie byli bowiem za darmo.
- Zbieramy na pielgrzymkę do Watykanu - wyjaśnił chłopak, a ja stałam się na chwilę zupełnie bezradna. Bo, po pierwsze, nie powinnam się była w ogóle zatrzymywać. Po drugie,  choćbym chciała dać temu człowiekowi jakieś pieniądze, po moich kieszeniach pałętały się wyłącznie bardzo drobne monety. Po trzecie, cała sytuacja w ogóle mi się nie podobała, a jakiś wewnętrzny, zbuntowany głos w mojej głowie upierał się, że zamiast sprzedawać papieża, lepiej by było rozdawać ulotki reklamujące np. pizzerię i pobierać za to wynagrodzenie, tak by na wyjazd do Watykanu zwyczajnie zarobić.

Moje zakłopotanie trwało może trzy sekundy, a to dla chłopaka było chyba zdecydowanie za dużo. Usłyszałam przedstawioną bardzo kpiącym tonem opinię, że widać dla mnie 20 groszy to majątek, i że wydrukowanie tych obrazków kosztowało dużo więcej. Byłam już porządnie zaskoczona, ale słowa młodego człowieka przekonały mnie do tego, by pożegnać się, odwrócić i wejść do stacji metra. 

Kiedy zjeżdżałam ruchomymi schodami, przypomniałam sobie pewną inną sytuację, która przydarzyła mi się parę lat temu. Po obronie, z plecakiem na plecach, szłam w kierunku Dworca Głównego w Krakowie. Szczęśliwa po udanym egzaminie, kochałam cały otaczający mnie świat. Również młodą dziewczynę, która zaczepiła mnie w okolicach ulicy Szpitalnej. Myślałam, że chodzi o pieniądze (miałam tak wspaniały nastrój, że byłam gotowa wspomóc dziewczynę, choćby zbierała po prostu na piwo), ale sprawa była bardziej skomplikowana. Co prawda chodziło o pieniądze, ale panienka nie chciała niczego za darmo: rozdawała zdjęcia papieża i świętego Krzysztofa. Nie wystarczyło po prostu pozbyć się kilku złotych, wziąć obrazki i pójść w swoją stronę. Zostałam zapytana o to, czy mam chłopaka. Nieco zaskoczona przyznałam, że nie, ale żeby zrekompensować sobie to przyznanie się do jakiegoś braku w moim życiu przyznałam, że mam męża. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i zapytała o dzieci. Zaprzeczyłam. Bardzo ją to rozweseliło i stwierdziła poufnym szeptem, że... na pewno jestem "małym świntuszkiem". 

Mimo mojego odlotu po szczęśliwej obronie, sytuacja zaczęła wydawać mi się nieco kosmiczna. Pożegnałam się i szybko poszłam w swoją stronę. Przygodę - dziwną, ale w jakiś niewytłumaczony sposób nieprzyjemną, wyparłam z pamięci. Przypomniała mi się dzisiaj, kiedy po raz kolejny dostałam ofertę kupienia wizerunku papieża u ludzi, którzy wydali mi się co najmniej dziwni. 

Chłopak od papieża nie dostał ode mnie pieniędzy, których i tak nie miałam. Przypomniała mi się natomiast stara kobieta z psem.

sobota, 15 maja 2010

Gdy zabraknie karty do bankomatu...

Z wynalazku karty do bankomatu korzystamy w zasadzie wszyscy. To element naszego życia. Do tego stopnia, że na co dzień nie zaprzątamy sobie głowy jego istnieniem. Od czasu do czasu z karty trzeba skorzystać: wsunąć ją w otwór bankomatu, wstukać pin, schować... i w zasadzie znów można o niej zapomnieć.

Ja zapomniałam do tego stopnia, że nagle stanęłam w obliczu niemal całkowitego braku dostępu do gotówki. I to bynajmniej nie w wyniku kradzieży portfela.

We wtorek rano siedziałam na lotnisku w Zurychu i spokojnie popijałam gorącą herbatę. W pewnej chwili postanowiłam sprawdzić położenie portfela w podręcznym plecaku. No i coś mnie tknęło: że chyba jakiś czas temu, kiedy patrzyłam na kartę bankomatową, coś mi się rzuciło w oczy... Spanikowana zaczęłam przeszukiwać przegródki w portfelu. No tak: moje obawy się potwierdziły. W czasie, kiedy byłam na urlopie, upłynęła ważność karty. A ja miałam przy sobie 60 zł i 30 franków szwajcarskich. Plus silne podejrzenie, że nowa karta zapewne została mi wysłana do Krakowa, a ja na co dzień przebywam w Warszawie.

Na pomoc ruszył Dawid, który ma konto w innym banku. Niestety, karta do jego polskiego konta też była już nieważna. Pozostawało mi cieszyć się, że kilka lat temu wpadłam na pomysł posiadania karty kredytowej. Dzięki niej wizja kolejnych dni nie wyglądała aż tak strasznie.

Po dojechaniu taksówką z bagażem do mieszkania w Warszawie, z 60 zł zostało mi jeszcze 30. Zakupy kupiłam na kredyt, ale za sałatkę, po którą poszedł podczas wieczornego dyżuru kolega z pracy, zapłaciłam już gotówką. I tak oto pozostałam bez polskiej waluty przy duszy już pierwszego dnia. Na szczęście jednym z wydatków było pożyczenie 16 zł koleżance, która z kolei następnego dnia zapłaciła za moją zamówioną do redakcji chińszczyznę. Nie było tak najgorzej.

Dwa dni po powrocie znalazłam na swoim pracowym biurku kopertę zaadresowaną przez teściową z Krakowa. Byłam uratowana: karta przyszła. Moja radość nieco stopniała, kiedy pan na infolinii poinformował mnie, że będę mogła jej używać dopiero nazajutrz (byłam już na etapie wydawania zamienionych na złotówki franków). 

Oczywiście rozważałam wizytę w banku i proszenie o wypłacenie mi pieniędzy na podstawie dowodu osobistego. Tyle, że takie przedsięwzięcie wymaga czasu, a poza tym gotówki na opłacenie transportu miejskiego. Bardziej zatem przemawiał do mnie pomysł przelania na konto kogoś znajomego pieniędzy, które następnie za pośrednictwem tego kogoś mogłabym wypłacić. 

Wszystko jednak skończyło się dobrze i dziś, po 3 dniach finansowej niepewności, mogłam wreszcie wypłacić swoje pierwsze od dawna 50 zł. Których, odzwyczajona od gotówki, nawet nie ruszyłam.

Wnioski? Uzależnienie od plastiku jest straszne. A jak pokazuje moja historia, nie bardzo da się od niego uciec.

sobota, 3 kwietnia 2010

Na planetarnym szlaku, czyli mój Wielki Piątek





Na serwisach społecznościowych zapanowały święta. Wszyscy życzą sobie spokojnej i radosnej Wielkanocy, wysyłają wirtualne jajka. Pociągi pękają w szwach od liczby pasażerów udających się do rodziny. Moi znajomi piszą na Facebooku i Blipie o upieczonych ciastach, umytej podłodze. Pytają mnie też o stopień zaawansowania moich przygotowań.

A moje przygotowanie są w tym roku mizerne. Wolne dni postanowiłam wykorzystać przede wszystkim na odpoczynek. W przypadku Wielkiego Piątku był to wręcz odpoczynek aktywny. Wybraliśmy się na Uetliberg i zaliczyliśmy przeszło trzygodzinną wędrówkę. Pogoda była prześliczna.  Gdzieniegdzie leżały tylko resztki śniegu, które jakimś cudem jeszcze nie stopniały. Nasz pomysł na spędzenie tego dnia raczej nie odbiegał szczególnie od wymysłów przeciętnego Szwajcara, bo ludzi na Uetlibergu było prawdziwe zatrzęsienie - od dzieci po staruszków.




Spróbowałam zapomnieć na kilkanaście minut o swoim lęku wysokości. Było warto - zaliczyłam dziesiątki schodów i weszłam na wieżę widokową. Zurych wraz z jeziorem, widziane z wysokości blisko tysiąca metrów - coś niesamowitego. Szkoda tylko, że ceną za ten widok i zrobienie kilku zdjęć były trzęsące się nogi, które nie dawały mi o sobie zapomnieć jeszcze kilka godzin po wizycie na wieży. Dlaczego w prawie każdym ciekawym turystycznie miejscu muszą wybudować coś w rodzaju punktu widokowego, który absolutnie muszę zaliczyć, choć potem przez dłuższy czas chodzę roztrzęsiona? Podobnie było z Pomnikiem Odkrywców w Lizbonie. Kiedy pod nim stałam, widok maleńkich ludzi na jego szczycie fascynował mnie i przerażał. Na to, że sama wjadę na górę nie byłam do końca zdecydowana nawet po kupieniu biletów. W końcu wjechałam. Panoramę Belém zapamiętam pewnie na zawsze. Tak samo jak swoją panikę i telepiące się nogi.


W Wielki Piątek nie odbyłam drogi krzyżowej, ale zaliczyłam prawie całą Planetenweg - trasę spacerową z Uetlibergu, której kolejnymi punktami są elementy Układu Słonecznego w skali 1:1000 000 000. Zgodnie z tymi proporcjami zostały również potraktowane odległości między kolejnymi planetami. Zaliczyłam kulę Słońca, obejrzałam malutkiego Merkurego i Wenus. Przegapiłam Ziemię, przyjrzałam się Marsowi, Jowiszowi i Uranowi. Przed Neptunem mój żołądek zasugerował, że lekka zmiana trasy i udanie się na posiłek może być niegłupim pomysłem. I tak muszę tam wrócić i przejść całość - przecież przegapiłam Ziemię.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Tam dom Twój, gdzie śnieg pada

No dobra. Coś jest ze mną nie tak. Wprawdzie z pomysłami dotyczącymi ingerencji człowieka w zmiany pogodowe miałam do czynienia przynajmniej kilka razy, ale... Kiedy byłam dzieckiem, rodzice dostali od jakiegoś znajomego drewnianą pałkę, z której przy pionowym ustawieniu wydobywał się dziwny dźwięk - coś jakby przesypywania, ale nie do końca. Miał to być wywoływacz deszczu. Oczywiście nikt tego na serio nie traktował, ale "urządzenie" znalazło swoje miejsce w kącie pokoju mojego brata. Raz nawet wzięłam je do szkoły i z poważną miną wyjaśniłam koleżankom w klasie, do czego służy. Pech chciał, że tamtego dnia rzeczywiście zaczęło padać. Pamiętam też jakieś upalne lato, podczas którego posłowie w sejmie modlili się o deszcz (chyba było to za kadencji PiSu, ale głowy nie dam, bo przyzwyczaiłam się, że u nas każda polityczna frakcja miewa dziwne pomysły) i wtedy chyba nic z tego nie wyszło. Natomiast od kilku miesięcy ja sama jestem posądzana o powodowanie zmian pogodowych i, choć rozsądek każe mi się z tego śmiać, powody dla których mam taką a nie inną opinię zaczynają mnie denerwować.

Zima jaka była w Polsce, każdy wie. Należę do tych, którzy szczęśliwie ją przeżyli. Ba, -20 stopni to było za mało, żeby powstrzymać mnie od wypadów ze znajomymi do knajpy. Oczywiście trochę narzekałam, ale tragedii nie było. Za to na wszystkie wypady do Szwajcarii czekałam z utęsknieniem jak na okazje m.in. do ogrzania się i odbycia fajnych spacerów czy wycieczek, które w Warszawie przy tak niskich temperaturach i olbrzymich zaspach nie zawsze były możliwe w takim stopniu, w jakim tego chciałam.

Dawid podsycał to moje "utęsknienie" opowiadaniami, jak to ciepło jest w Zurychu, jak to chodzi do pracy w rozpiętej kurtce... Skuszona opowieściami raz nawet zaszalałam i przyjechałam w innych niż typowe zimowe butach. Oczywiście przyszło mi w nich brodzić w śniegu dzień po tym, jak przyjechałam.

No i zawsze tak to wyglądało: temperatura gwałtownie spadała, a śnieg zaczynał padać dokładnie w dniu mojego przyjazdu, ewentualnie zaraz po moim przylocie. Po pewnym czasie Dawid zaczął żartować i mówić, że w ten a ten weekend na pewno będzie śnieg, bo ja przyjeżdżam. No i był. Szczytem wszystkiego było dwugodzinne opóźnienie lotu do Warszawy, spowodowane tym, że w wyniku śnieżycy pas startowy został zamknięty, a skrzydła samolotu trzeba było dwa razy pryskać płynem do rozmrażania. Oczywiście dwa dni po moim wyjeździe o śniegu w Zurychu nie było już mowy.

Tym razem miało być inaczej. Pogoda w Warszawie wszak była ostatnio przecudna. Chodziłam w lekkim, wiosennym płaszczu, kupiłam wiosenne buty. Na świąteczny weekend w Szwajcarii zaplanowałam co najmniej dwie wycieczki. W końcu ciepło jest, korzystać trzeba! Wczoraj przyleciałam do chłodnego, pokrytego kałużami miasta, a dziś rano na Facebooku z przerażeniem zobaczyłam zdjęcie śniegu, które zrobiła koleżanka mieszkająca pod Zurychem. Co prawda za swoim oknem widzę zielony trawnik, ale... coś jest kurczę nie tak. A prognoza pogody dla Bellinzony, którą planowałam odwiedzić jutro, jakoś nie zachwyca. I wcale nie wygląda na żart z okazji 1 kwietnia.

Aż się boję co się może stać z moim kwietniowo-majowym urlopem. Zima w ciepłych krajach to coś, czego zdecydowanie nie chcę oglądać. Tymczasem pozdrawiam ze Szwajcarii.

niedziela, 21 marca 2010

Weekend przed telewizorem. Był Małysz, była i debata

Pierwszy weekend wiosny był prawdziwie wiosenny: temperatura nareszcie była znośna, a ja poczułam się obudzona do życia na tyle, że przez dwa dni z rzędu obejrzałam coś w telewizji i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Cóż, słowo "obejrzałam" może nie do końca obrazuje faktyczny stan rzeczy, bo właściwie w ekran od czasu do czasu zerkałam, robiąc coś zupełnie innego, na tyle często, by ogarniać to, o czym była mowa.

Tak się zresztą złożyło, że w ten sposób obejrzałam dwie chyba najważniejsze transmisje tego weekendu: sobotnie zawody w skokach narciarskich w Planicy oraz niedzielną debatę Sikorski-Komorowski. Oba programy wniosły do mojego życia mniej więcej tyle samo, czyli niewiele. 

W przypadku skoków doszłam do wniosku, że przez kilka ostatnich lat niewiele się zmieniło: nadal skaczą Ammann, Małysz i Kasai. Co prawda Hautamaeki i Ahonen zapuścili wąsy i osiągają gorsze niż kiedyś wyniki, ale to jedne z bardziej znaczących zmian. Chyba też zmieniły się w jakiś sposób zasady punktowania skoków, ale temat nie fascynował mnie na tyle, by to zgłębiać.

Nieco więcej refleksji zostawiła we mnie polityczna debata. Pierwsze wrażenie po skończonym programie mogłabym streścić w krótkim: "co, to już?" Panowie rozmawiali ze sobą mniej niż pięćdziesiąt minut, z czego część czasu spędzili na odczytaniu prezentacji własnej osoby w roli prezydenta kraju. Wszystko poprzedzał filmik ukazujący sylwetki polityków, oczywiście w sposób dosyć heroiczny. Wartość merytoryczna debaty była mierna, a kwestie istotne, które zostały poruszone, można wyliczyć na palcach jednej ręki. Było grzecznie, miło, bezkonfliktowo. Ot, w sam raz jak na program emitowany w niedzielę o 13. Gdzieś między telerankiem a "Koncertem życzeń". Dziękuję niebiosom za to, że moje zainteresowanie tematem raczej nie jest bardzo duże, bo po iluś dniach oczekiwania na tę debatę z rozczarowania zaczęłabym gryźć czajnik.

Mimo wszystko cieszę się, że jutro wracam do mojego świata bez telewizora. I mam poważny zamiar wykorzystać nadchodzący tydzień nieco bardziej wiosennie, za to mniej sportowo i zdecydowanie niepolitycznie.

środa, 17 marca 2010

Człowiek człowiekowi wilkiem, czyli kto kogo pogryzie?

Nigdy nie rozumiałam do końca właścicieli psów. Celowo piszę "do końca", bo częściowo ich rozumiem. A raczej niektórych przedstawicieli miłośników szczekających czworonogów. Do tej grupy zaliczają się np. moi rodzice, właściciele najwspanialszego - bo przecież i mojego - psa świata. Moja sympatia nie wykracza jednak daleko poza ten przykład: psów się raczej boję, zwłaszcza tych dużych. I jeśli tylko się da, unikam spotkań z nimi.
 
Mieszkanie w krakowskiej Nowej Hucie było pod tym względem prawdziwym wyzwaniem. Miejscowa ludność z jakiegoś powodu dość chętnie praktykowała spacery z psem na wolności - bez kagańca czy czasem nawet smyczy. Spotkanie dwóch psów usiłujących zerwać się z linek i napaść na siebie nawzajem, ujadających przy tym tak, że ciarki mi po plecach przebiegały, nie było czymś rzadkim, przynajmnie z punktu widzenia kogoś, kto tych zwierzaków się boi.

Jako że chwilowo mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych, psy znów widuję i słyszę regularnie. Na szczęście większość z nich pojawia się w moim polu widzenia w towarzystwie właściciela trzymającego ulubieńca na smyczy, poza tym przeciwieństwie do psów nowohuckich rzadko kiedy na mnie szczekają i nie sprawiają wrażenia, jakby chciały kogoś zjeść. Nie zawsze jednak jest tak pięknie: kiedy późnym wieczorem wracam do domu, zdarza mi się przechodzić obok pewnego zakładu, znajdującego się w budynku za kratą. Przejście tamtędy około godziny dwudziestej trzeciej może nie należeć do przyjemnych: dyrekcja placówki najwyraźniej uznała, że dla dobra bezpieczeństwa zakładu trzeba zainwestować w psa-ochroniarza. Olbrzymie zwierzę szczekające zza krat przy jednej z większych ulic w Warszawie już dwa razy przeraziło mnie do tego stopnia, że kiedy tylko mogę, wybieram inną drogę.

Mało sympatyczny był również psiak, którego spotkałam dzisiaj. Szedł wiernie przy nodze pana, dopóki mnie nie mijał. Wstąpił w niego wtedy jakiś diabeł: zaczął ujadać jak szalony i dosłownie rzucił się na moją nogę. W panice odskoczyłam. Pies wpadł niestety na ten sam pomysł, ale interwencja jego właściciela była skuteczniejsza niż działania szczekającej bestii. 

Po pięciu sekundach szłam już w miarę spokojnie przed siebie, powtarzając sobie po raz enty w życiu, że nie rozumiem właścicieli psów. Przynajmniej psów polskich. Z rozrzewnieniem myślę bowiem o przedstawicielach tego gatunku mieszkających w Szwajcarii. W Zurichu psy na smyczy można spotkać w zasadzie wszędzie: w galerii handlowej, w Ikei, w zakładzie pracy, a raz nawet spotkałam psa w kościele - towarzyszył swojej starszej pani i bynajmniej nie był to pies-opiekun. Wszystkie te zwierzaki są nadzwyczaj spokojne, jakby niepsie. Widując je na co dzień, mój lęk przed gatunkiem zaczął powoli topnieć. Niestety, to było chwilowe. 

Pocieszam się jednak lekturą tego tekstu. Jak się okazuje, czasem to nie psów należy się bać. Pogryźć może nas nawet człowiek i to w najmniej oczekiwanym momencie. Ma to nawet jakiś sens: wszak przysłowie mówi: homo homini lupus est, czy też człowiek człowiekowi wilkiem, a wilk to przodek psa. Wszystko zatem zostaje w rodzinie.

(zdjęcie: Wikimedia Commons)

poniedziałek, 1 marca 2010

Problemy (nie)zakupoholiczki

Jak większość ludzi żyjących w naszym kręgu kulturowym, przywiązuję pewną wagę do tego, co na sobie noszę (celowo nie piszę: "jak większość kobiet", bowiem z ulgą stwierdzam, że jest to temat istotny nie tylko dla osób płci żeńskiej). Nie należę raczej do fanek kilkugodzinnych spacerów po sklepach, ale fajny ciuch przykuje moją uwagę i niejednokrotnie portfel. Sęk w tym, że moim przypadku są to zwykle zachowania spontaniczne. Dość kiepsko wychodzą mi wypady mające na celu nabycie konkretnego stroju na konkretną okazję. Zwłaszcza, że jeśli już do takich sytuacji dochodzi, to w grę wchodzi jakaś bardziej oficjalna impreza, na którą moja szafa, przygotowana prawie wyłącznie do wymogów życia codziennego, nie ma żadnej odpowiedzi.

Nie przepadam za weselami, ale zawdzięczam im posiadanie kilku bardziej imprezowych sukienek. Co do żakietów i eleganckich spódnic bądź spodni, podobno wypada mieć w szafie przynajmniej jeden tego typu komplet. Cóż, ja jakoś to przegapiłam. Ostatni taki zakup załatwiłam przed maturą. Żakiet zaliczył wraz ze mną całą masę egzaminów i kilka rozmów kwalifikacyjnych. W tej chwili pewnie leży gdzieś pod stertą innych moich rzeczy w Krakowie. A ja potrzebuję eleganckiego ciucha i to już. Za kilka dni czeka mnie wydarzenie, przy okazji którego od porządnego stroju się nie wywinę...

Nastawiona do całej sprawy jak najbardziej pozytywnie, wybrałam się wczoraj do kilku sklepów. Wydawało mi się, że wiem, czego szukam: jakaś czarna, damska marynarka plus spodnie - eleganckie, ale nie przesadnie sztywne. Powiedzmy, że takie, bym była je w stanie sama uprasować, bez wpadania w pułapki kantów i tym podobnych. Bluzkę na szczęście mam - półoficjalna okazja, w którą byłam zamieszana ponad rok temu, wymusiła na mnie jej kupno.

Tak naprawdę nie wiem, w ilu byłam sklepach. Rasowe zakupowe wyjadaczki pewnie machnęłyby na całą sprawę ręką - moje poszukiwania zajęły nie więcej niż dwie godziny. Niby nie tak mało, zwłaszcza że za miejsce akcji obrałam sprytnie dużą galerię handlową, unikając przez to konieczności przemieszczania się z budynku do budynku. Wiem za to, że niczego nie przymierzyłam, choć w rękach miałam w sumie dobre kilkadziesiąt sztuk odzieży. A raczej: nie przymierzyłam niczego w ramach gatunku, którego poszukiwałam.

Wnioski? Po pierwsze: mam chyba problem z rozmiarem. Większość rzeczy, które w miarę mi się podobały, były albo ekstremalnie małe, albo za duże. W przypadku niektórych modeli ciężko mi było znaleźć coś, co byłoby większe niż 34 i mniejsze niż 42. Kiedy zaś w końcu udało mi się trafić na właściwy rozmiar, od razu oczywiste było, że nie obyłoby się tu bez ingerencji krawca, który skróciłby nogawki spodni (rzecz jak najbardziej do przejścia, ale ja wybrałam drogę - jak mi się wydawało - na skróty).

Dalej: niemal bezskutecznie poszukiwałam czegoś, co spełniałoby wymóg rozmiaru 38 i jednocześnie nie było z materiału sprawiającego wrażenie, że wystarczy usiąść, by spodnie były pomięte. A kiedy już takie coś wpadło mi w ręce, było brązowe. No a ja, wybredna baba, szukałam koloru czarnego.

Po przejrzeniu jakiejś straszliwej liczby wieszaków, znalazłam się wreszcie przy takim, na którym wisiało to, czego szukałam. Elegancki, czarny kostium, ze spodniami, które mogłabym nosić również przy okazji mniej oficjalnych imprez niż ta, która mnie czeka. Szerokość i długość nogawek tak na oko idealne. Zachwycona sięgnęłam do metki z ceną. Po czym wyszłam ze sklepu.

Póki co, moje życie pozbawione regularnie się powtarzających oficjalnych okazji. W związku z tym dam sobie jeszcze szansę na znalezienie czegoś, co sprosta warunkom, które postawiłam i przy okazji nie będzie kosztować majątku. Przecież ja to potem i tak odwieszę do szafy na co najmniej rok...

niedziela, 28 lutego 2010

Perturbacje komórkowe

Podobno nic się samo nie psuje. Po cichu nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Bo przecież nie wypada mi się przyznać, że to ja zepsułam wszystkie te urządzenia, które kiedyś działały mi dobrze, a potem nagle zaczęły nawalać. Z pewnością zaś nie jestem winna zepsuciu się tych wszystkich telefonów komórkowych, które miałam, których używałam i które z przyczyn technicznych musiałam prędzej czy później wymienić.

Mój pierwszy telefon komórkowy, Siemens o symbolu, którego dziś już nie pamiętam, wpadł pewnego wieczoru do wanny. Po kilku dniach, kiedy już wysechł, zdołał "wrócić do siebie" na tyle, że można było odczytać to, co pojawiało się na wyświetlaczu. Wiekowa Nokia, której używałam później, nie do końca dobrze zniosła przebywanie na plaży - piasek dostał się tu i ówdzie i telefon jakimś cudem nie nadawał się już do prowadzenia rozmów.
Przez kilka miesięcy szpanowałam G1. Ogromna cegla zajmowała mi całą kieszeń w jeansach, ale uparcie z niej korzystałam: doskonale pisało się na niej SMS-y. Wprawdzie moje życie towarzyskie nieco cierpiało na tym, że na G1 dość wygodnie było przeglądać internet, a lokali z wifi jest coraz więcej... no ale. Jak zwykle na wymianie telefonu zaważyły kwestie techniczne. Po kąpieli podczas której rozmawiałam przez telefon nagle okazało się, że urządzenie służyć będzie w przyszłości wyłącznie do prowadzenia monologów - moi rozmówcy słyszeli mnie doskonale, ale ja ich prawie w ogóle. Wprawdzie po jakimś czasie nauczyłam się omijać częściowo powstałe niedogodności i raz nawet zamówiłam przez tak działającą komórkę taksówkę, potem jednak zdecydowałam się na Nokię, którą moi rodzice mieli zachomikowaną gdzieś do wykorzystania w sytuacji awaryjnej.

Tej Nokii używam do dziś. W zasadzie nie mogę narzekać: wyświetlacz działa, słyszę swoich rozmówców i oni słyszą mnie, internet co prawda przegląda się na tym urządzeniu trochę niewygodnie, ale dzięki temu siedząc w knajpie ze znajomymi przestałam wychodzić podejrzanie często do ubikacji. Żeby jednak nie było zbyt pięknie, w telefonie musiała nawalić dziewiątka. 
Dla osoby piszącej często SMS-y to prawdziwa tragedia. Straciłam nagle dostęp do literek z, y oraz w (o x nie wspominam, bo na szczęście rzadko kiedy jest potrzebne). Oczywiście wymiennie stosuję na ich miejsce s, i oraz v, co skutkuje tym, że wysyłane przeze mnie wiadomości przypominają wizualnie nieco teksty po czesku. Znajomi zaczynają się już ze mnie śmiać, a ja sama odpisując niedawno przełożonemu na wiadomość dotyczącą pracy modliłam się, by nie uznał, że odpisuję kompletnie pijana. Na wszelki wypadek często zaznaczam: "nie diała mi dieviątka".

SMS-y to jedno, budzik to drugie. Przez jakiś czas byłam kompletnie załamana faktem, że idąc do pracy na godzinę 10, muszę wstać najpóźniej o 8.59, bo przecież np. 9.15 nie uda mi się ustawić. Na szczęście odkryłam, że godzinę można ustawiać również przy pomocy strzałek. I w tym miejscu pragnę podziękować osobie, która wprowadziła dla mojego telefonu takie rozwiązanie. Dzięki niej pośpię w poniedziałek o całe 16 minut dłużej.

środa, 24 lutego 2010

Komu jeansy, komu?


Człowiek jest stworzeniem stadnym, ja zaś obecnie realizuję bardzo stadny model życia. Moja sytuacja mieszkaniowa jest lekko skomplikowana: można powiedzieć, że mieszkam w kilku miejscach, przy czym najwięcej czasu spędzam w Warszawie. W swoim życiu przerabiałam już mieszkanie w akademiku, z koleżanką, z mężczyzną i samotnie. Obecnie wraz z kilkoma innymi osobami zamieszkuję dom na Mokotowie. Ekstremalnie? Nie do końca: duża powierzchnia gwarantuje mi sporą dozę prywatności. Bywa, że przez kilka dni z rzędu nie widzę w domu żywego ducha, a sama ograniczam swoją wieczorną egzystencję do własnego pokoju, łazienki i kuchni. 


Jest w tym domu jednak pomieszczenie, które nieodmiennie przypomina mi o fakcie życia w komunie. Mam na myśli pralnię, zawsze zawieszoną dziesiątkami sztuk schnących ubrań. Przeważnie męskich, jako że jestem jedyną niewiastą pod tym dachem. To sporo ułatwia: podczas wizyt w pralni dość łatwo przychodzi mi rozróżnienie sztuk odzieży mojej, damskiej, od elementów stroju męskiego. Teoretycznie.

W dość duże zakłopotanie wprawiła mnie moja ostatnia wyprawa po wysuszone ubrania. Wśród wiszących na sznurach ciuchów znalazłam swoje spodnie. Swoje? No właśnie...

Wyglądały jak jedne z moich ulubionych jeansów. Coś mi jednak nie pasowało: nie prałam ich ostatnio. Czyżby wisiały tu już od tygodni? Zaczęłam uważnie przyglądać się spodniom. Rozmiar się zgadzał. Charakterystyczna podszewka była dokładnie taka, jak w jeansach, które pamiętałam ze swojej szafy. Kolor także się zgadzał. Rozpaczliwie sięgnęłam do jednej z metek: standardowy tekst informujący o składzie tkaniny był w języku niemieckim, poniżej widniały wersje francuska i włoska. - Super, to na pewno moje! - ucieszyłam się, pamiętając, że moje spodnie były kupione w czasach, gdy mieszkałam w Szwajcarii. Mina zdrzedła mi przy drugiej metce, z której wynikało, że jeansy wyprodukowano w Polsce. Tak po prostu.

Po powrocie do pokoju przeszukałam szafę. Zadzwoniłam do rodziców z pytaniem, czy przypadkiem nie zostawiłam u nich takich to a takich spodni. Odpowiedzieli przecząco. W myślach przeanalizowałam moich współlokatorów: co najmniej dwóch z nich spotyka się z jakimiś dziewczynami, ale o jednej wiem na pewno, że nie mieszka w Warszawie, druga zaś raczej tu nie sypia. A spodnie były ewidentnie damskie.

Jeansy nadal wiszą na sznurze w pralni. Jeśli nikt ich stamtąd nie zabierze w ciągu kilku kolejnych dni, będę gotowa uznać, że są moje. 

Myśl na przyszłość: czas pomyśleć o naszyciu inicjałów na metki...

sobota, 20 lutego 2010

Zamiast wstępu

Dzisiejszy dzień był inny niż poprzednie: przemoczyłam sobie nogi, bo spacer uliczkami na osiedlu domków jednorodzinnych, na którym mieszkam, przypominał bardziej brodzenie w wodzie niż wędrówkę do pracy pani redaktor. Nieodzownym elementem poprzednich tygodni było żmudne przedzieranie się przez sterty śniegu, usuniętego tylko tam, gdzie komuś to przyszło do głowy. Spora odmiana.


Ta noc też jest nieco inna. Po pierwsze, po raz pierwszy od jesieni pada deszcz. Siąpi już od kilku godzin. Siedzę na łóżku w swoim warszawskim pokoju i wsłuchuję się z prawdziwą przyjemnością w odgłos kropli uderzających o szyby. Ja naprawdę bardzo lubię zimę. Ale ostatnio było jej trochę za dużo. Nie to, że za zimno, że zbyt dużo śniegu. Gorsze były te godziny spędzone na dworcach, a potem w zimnych pociągach. I zamknięte drzwi do łazienki w Intercity - bo woda zamarzła.


Jest inaczej niż ostatnio, zatem to może być dobry moment do założenia bloga. Miałam w życiu dwa: pierwszy, który prowadziłam przez kilka lat, był klasycznym internetowym dziennikiem, tworzonym w czasach, w których mogłam napisać co nieco o swoich rozterkach i drobnych miłostkach bez ryzyka, że przeczyta to połowa ludzi na moim roku czy w pracy. Drugi powstał w mało ciekawym momencie mojego życia, kiedy czułam potrzebę uzewnętrzniania się, ale tylko wobec osób, co do których byłam pewna, że nie pukną mi się w czoło. Kto wie, może czas przestać się bawić w tajemnice. Jestem jaka jestem. A że potrzebę pisania mam, to piszę.