Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Jork. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 września 2010

Nigdy więcej Delty

Moja amerykańska przygoda zakończyła się już kilka dni temu, a ja ciągle nie mogę się pozbyć skutków zmiany strefy czasowej. Zauważyłam, że w tej sytuacji o wiele trudniej przychodzi mi zorganizowanie sobie czasu - godziny szybko uciekają, a ja nadal jestem w kropce w rzeczach, którymi się zajmuję. Czas jednak powrócić do żywych.

Paradoksalnie przyjazd do Stanów będę wspominać o wiele milej niż wyjazd z nich. Oczywiście przed opuszczeniem Europy musiałam odpowiedzieć na całą masę pytań typu "gdzie znajdował się Twój bagaż od momentu spakowania go", a po przylocie na miejsce przyszło mi tłumaczyć się, po co tu w ogóle jestem, wszystko jednak przebiegało bez problemu, zgodnie z procedurami. Przy opuszczaniu Nowego Jorku doświadczyłam co najmniej kilku mało przyjemnych sytuacji, które dla większej przejrzystości przedstawię "po szkolnemu" w punktach. 

1. Przy stanowiskach do oddawania bagażu i wydawania kart pokładowych panował chaos. Przez długi czas na około dziesięć istniejących stanowisk pracowały tylko trzy. Przy wszystkich pracownicy linii lotniczej, którą lecieliśmy, rozmawiali przez telefon - prawdopodobnie rozwiązując problemy stojących przed nimi klientów. Trwało to dość długo. Kolejka za nami szybko się powiększała, a sytuacji nie rozładowało pojawienie się kilku dodatkowych pracowników: postanowili oni rozpocząć pracę od kontaktu z klientami, których samoloty będą odlatywały wcześniej niż pozostałe. Wywoływano zatem pasażerów udających się do konkretnych destynacji, kompletnie ignorując tych lecących - tak jak my - do Zurichu. 

2. Kiedy w końcu stanęliśmy przed panem, który miał nas obsłużyć, dowiedzieliśmy się, że nie możemy siedzieć obok siebie. "Bo się nie da". Dostaliśmy miejsca w zupełnie innych rzędach wraz z sugestią, by spróbować poprosić o zmianę przy gejcie. 

3. Spróbowaliśmy. Pracowniczka linii, którą najzwyczajniej w świecie zapytaliśmy, czy jest możliwość zamiany miejsc (powołując się przy tym na naszego poprzedniego rozmówcę), przerwała nam, zanim zdążyliśmy dokończyć zdanie. Sprawiała wrażenie wściekłej, że w ogóle śmiemy zawracać jej głowę. Powiedziała - a właściwie krzyknęła - że nie ma mowy, bo samolot jest pełny. 

4. Kontrola bagażu w naszym przypadku przebiegła bez problemu, ale pan, który był w kolejce przede mną, musiał zmierzyć się z pracownikiem lotniska, który na widok tego, że przyszły pasażer czegoś tam nie zrobił (chodziło chyba o zdjęcie kurtki) podszedł i grożąc  palcem krzyknął z pretensją w głosie: "Ty, nie słyszysz co mówiłem?"

5. Podczas oczekiwania na boarding, usłyszeliśmy informację, że lot będzie opóźniony, bo coś musi zostać zrobione z silnikiem. Byłam już tak skołowana, że nawet nie spanikowałam tak bardzo. Dużo bardziej denerwował mnie fakt, że co chwila ogłaszano poszukiwania ochotników, którzy w zamian za pieniądze zrezygnują z naszego lotu (pasażerów z biletami było więcej niż miejsc). Cena była podbijana do czasu, aż znaleźli się chętni.

6. Pani, która sprawdzała przy wyjściu paszporty i zbierała od nas druczki wypełniane w samolocie w drodze do Nowego Jorku, dosłownie wydarła się na Dawida za to, że nie dał jej tego druczku tak szybko, jak ona by tego chciała (nie wiedzieć czemu gdy przyleciał do Stanów pracownik lotniska wczepił mu ten druczek do paszportu - ja miałam po prostu luźną kartkę). 

7. W samolocie udało się nam jakoś zamienić tak, by siedzieć obok siebie. Okazało się, że mnóstwo pasażerów ma ten sam problem co my - rozdzielone małżeństwa, rodziny. Tak czy siak, na start przyszło nam jeszcze trochę poczekać, a gdy już byliśmy od jakiegoś czasu w powietrzu, powiedziano nam, że będziemy lecieć nieco wolniej bo przed nami leci inny samolot i ze względów bezpieczeństwa nie będziemy się do niego zbliżać.

W swoim życiu jeździłam pociągami PKP tak wiele razy, że nabrałam dystansu do tematu kiepskiej organizacji w środkach komunikacji. Mimo wszystko, jeśli jest bałagan, jeśli czegoś się z jakiegoś powodu nie da zrobić (jak w sytuacji z miejscami w samolocie) - można chyba zachować względem klienta chłodną uprzejmość. Zwłaszcza, że żadne z nas nie okazywało śladów pretensji.

Kiedy zamawiałam bilet do Stanów, na miesiąc przed planowaną datą wylotu, priorytetem była dla mnie niska cena, a tę oferowała Delta. Samolotami latam dość regularnie, choć prawie wyłącznie na terenie Europy. Taka sytuacja nie zdarzyła mi się nigdy. Nie wiem czy to kwestia pecha - bo mogło być tak, że trafiłam na niewłaściwych pracowników. Jeśli jednak tak było, to pech jest obustronny. Bo ja prędko Deltą nie polecę.

Nowy Jork będę wspominać jeszcze długo i jak najbardziej pozytywnie. Ten temat ciągle nie został wyczerpany, nawet jeśli stąpam już po ziemi Starego Kontynentu. Tylko ta linia. Ech.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Po spacerze w Central Parku


Wyprawa do Central Parku to zadanie na wiele godzin. Tak naprawdę można tu zaplanować spędzenie całego dnia. Położony w centrum Manhattanu, przyciąga bogactwem zieleni i wieloma atrakcjami. To miejsce, w którym można zarówno posiedzieć nad wodą z książką w ręku, jak i szaleć po niewysokich skałkach. Rozmieszczone na każdym kroku atrakcje skierowane do najmłodszych czynią to miejsce wręcz idealnym dla rodzin. Dzieciaki wspinają się, jeżdżą na karuzelach, taplają w wodzie, siadają na kolanach Hansa Christiana Andersena... żyć, nie umierać!

W okolicy wejść do parku spotkamy wielu "naganiaczy", oferujących możliwość zwiedzenia Central Parku w czymś w rodzaju wózka ciągniętego przez wynajętego rowerzystę. Człowiek, który próbował nas na coś takiego namówić, tłumaczył, że w ten sposób oszczędzimy sobie jakieś 2-3 godziny czasu. Odmówiliśmy - doszliśmy do wniosku, że lepiej nie zwiedzić wszystkiego, za to przemierzyć daną trasę na własnych nogach. Było warto.


Pod drzewem, na trawie, zdrzemnęłam się z książką w rękach. Zrobiłam sobie zdjęcie z Andersenem, pomarudziłam przy schodzeniu z jednej ze skałek (jakoś nie mogłam uwierzyć, że buty naprawdę nie będą mi się ślizgać). Pozazdrościłam dzieciakom rozpędzonym na karuzelach. Niestety, było już trochę za późno, by odwiedzić znajdujące się w Central Parku zoo - gdy dotarliśmy na miejsce, do jego zamknięcia pozostało niewiele ponad godzinę. 

Na jednej z alejek spotkaliśmy grupę elegancko ubranych młodych ludzi. Kobiety miały na sobie fioletowe suknie, panowie - garnitury. Wśród nich spacerowali świeżo upieczeni państwo młodzi, filmowani podczas tego spaceru przez dwóch kamerzystów. Nieopodal, przy pobliskim stawie przechadzali się ludzie trzymający w dłoniach coś w rodzaju pilotów z antenkami - były to urządzenia do sterowania małymi łódeczkami pływającymi po stawie. 


Zieleń Central Parku, z urokliwymi mostami i alejkami ciekawie wygląda na tle nowojorskich wieżowców. Na pewno jest doskonałą odskocznią od codziennego pędu i klimatu wielkomiejskich ulic. A spacerowaniem tutaj można się naprawdę zmęczyć - obszar parku jest ogromny, atrakcji przy których turysta chce się zatrzymać choć na chwilę - mnóstwo.


Przy jednym z trawników zobaczyłam tabliczkę zapisaną ręcznym pismem. Z treści wynikało, że jest to coś w rodzaju listu matki do zmarłego dziecka. Obok tabliczki ustawione były pluszowe maskotki.

sobota, 28 sierpnia 2010

Brooklińskim mostem


Jedną z najbardziej przykuwających uwagę atrakcji Nowego Jorku jest niewątpliwie most Brookliński. Olbrzymia konstrukcja wisząca, to jeden z największych takich obiektów na świecie. Od ponad 100 lat łączy Manhattan z Brooklinem i sam w sobie stanowi ciekawostkę architektoniczną i turystyczną. Oczywiście przemierza go również wielu nowojorczyków, pragnących np. przedostać się na drugą stronę East River na rowerze.


Wędrówka mostem Brooklińskim oznacza spacer w tłumie. Ludzi jest tutaj mnóstwo. Co chwila przystaję, bądź wymijam parę czy grupę turystów robiących sobie zdjęcia. Od czasu do czasu mijam sprzedawców chłodnych napojów: w upalne, sierpniowe popołudnie perspektywa przejścia mostu liczącego niemal dwa kilometry długości rzeczywiście może budzić pragnienie. Setki butelek wypełniające ustawione na moście kosze na śmieci świadczą o tym, że interes ma powodzenie.



Z powodu długości, ale też tłumu zwiedzających, przechadzka mostem może zająć ponad pół godziny. Nie ma jednak mowy o znudzeniu: widoki, które roztaczają się z góry, są naprawdę zachwycające. Dodatkowy klimat stwarzają utrzymane w starym stylu latarnie. Po bokach co jakiś czas ustawione są ławeczki, na których można usiąść i odpocząć. Do tego dochodzi ciągłe wrażenie życia i pędu, wzmagane przez ruch pieszy i samochodowy (droga dla samochodów usytuowana jest poniżej kładki dla pieszych. Widok pędzących przez most aut na tle architektury Nowego Jorku jest sam w sobie wart zobaczenia).


Duże wrażenie robi widok Manhattanu z brooklińskiego końca mostu. Wieżowce układające się w charakterystyczną panoramę zapierają dech w piersiach. Zobaczymy stąd również Statuę Wolności. To miejsce, którego podczas pobytu w Nowym Jorku nie można pominąć. Nawet jeśli ktoś - tak jak ja - cierpi na paniczny lęk wysokości. Najlepiej przemierzyć most pieszo, napawając się niezapomnianą atmosferą.

Wokół WTC

Jakiś czas temu podczas którejś z rozmów ze znajomymi ktoś stwierdził, że ciekawe jest, jak po latach wspomina się pewne ważne wydarzenia: myślimy i mówimy o tym, co wtedy robiliśmy, jak odbieraliśmy to, co się działo. Mówiliśmy akurat o ataku z 11 września 2001. Podobnie jak moi rozmówcy, pamiętam ten dzień bardzo dobrze: miałam 17 lat, robiłam kurs na prawo jazdy i o wszystkim dowiedziałam się z samochodowego radia. Potem cały wieczór spędziłam przed telewizorem i przy Internecie. Obraz samolotu uderzającego w jeden z budynków WTC zapadł mi głęboko w pamięć, a ja - wychowana w małym mieście, gdzie samolot przelatujący nad głową zwykłego śmiertelnika nie był wcale taką zwyczajną sprawą - przez długi czas nerwowo reagowałam na widok sunących przez niebo maszyn.

Odwiedzenie miejsca zamachu przy okazji wizyty w Nowym Jorku było dla mnie czymś oczywistym. Plac budowy, oddzielony od przechodniów niebieskim ogrodzeniem, robi wrażenie dość ponure. Wokół przemyka chmara ludzi, spieszących się do codziennych obowiązków. Wśród nich pojedynczy turyści próbują robić zdjęcia  budynkowi WTC7, zbudowanemu na miejscu jego zniszczonego  w 2001 roku poprzednika i pnącej się ku górze budowie Wieży Wolności. Zadanie nie jest proste: przynajmniej mnie uchwycenie w kadrze wieżowcow na Manhattanie w sposób taki, w jaki bym tego chciała, nastręcza niemałych trudności. 

Wieża Wolności, 1 World Trade Center, ma być gotowa w roku 2013. Budynek będzie liczył ponad 500 m, głównie za sprawą wieńczącej go iglicy. Na obecnym etapie budowy przyszły wieżowiec jeszcze nie wyrasta ponad otaczające go drapacze chmur.

Spacery po Manhattanie nadały mojemu spojrzeniu na zamachy z 11 września nową perspektywę. Przechadzając się pomiędzy wieżowcami próbuję wyobrazić sobie obraz samolotu wbijającego się w któryś z nich. Wizja budzi grozę, kontrastującą z widokiem samolotów sunących spokojnie nad nowojorskim niebem. 

czwartek, 26 sierpnia 2010

Kaloryczny Nowy Jork

Choć z pewnością nie jest tak, że po ulicach Nowego Jorku spacerują głównie spasieni, cierpiący na poważną nadwagę przechodnie, to nie da się nie zauważyć, że średnia wagi jest tu o wiele wyższa niż np. w Szwajcarii. Ludzi po prostu grubych jest rzeczywiście sporo. 



Zjawisko to kontrastuje nieco z powszechną dość praktyką podawania informacji odnośnie kaloryczności potraw. Wczorajszy wypad do Starbucksa (miałam ochotę na jakąś mrożoną kawę) przyprawił mnie o zawrót głowy i zestresował w takim stopniu, że zamiast z kawą wyszłam z lokalu z mrożoną herbatą w kubku średniej wielkości. Powód? Przy wszystkich pozycjach menu podawana jest liczba kalorii, którą dany napój zawiera. W ten sposób dowiedziałam się, że moja ulubiona czekolada na zimno w wersji największej to około 500 kcal, a w tej nieco mniejszej - ponad 400. Po dokładnym przejrzeniu menu stwierdziłam, że nawet zwykła mrożona kawa z mlekiem jest o wiele bardziej kaloryczna niż śmiałabym przypuszczać. Od herbaty mrożonej, którą w końcu wybrałam, mniej tucząca wydawała się tylko herbata zwykła. I choć ciasta proponowane do napojów wyglądały kusząco, również i w tym przypadku odstraszyły mnie liczby. Czy wiecie, że kawałek ciasta cytrynowego to przeszło 400 kcal? Rozbój w biały dzień.


Tak czy siak stwierdziłam, że rozsądniejsze od rozpustnej wizyty w Starbucksie byłoby zjedzenie raz na jakiś czas połowy pizzy. I powiem Wam, że nie wiem czy będę w stanie zapomnieć o tych trzycyfrowych liczbach po powrocie do Europy. 

Inną ciekawostkę zauważyłam wczoraj, gdy przeglądaliśmy menu restauracji irlandzkiej. Potrawy były podzielone na grupy, z których jedna np. nosiła nazwę "potrawy niskowęglowodanowe". W konsekwencji tego wszystkiego na obiad zjadłam rybę ze szpinakiem z towarzyszeniem dużej ilości wody i kieliszkiem białego wina. Nie wiem, ile miało to kalorii, ale pewnie tyle co słodka kawa z bitą śmietaną.

Stany Zjednoczone to bardzo stresujący kraj. Najgorsze jest to, że te wszystkie Starbucksy, Dunkin' Donuts itd. są praktycznie na każdym kroku. Być może po jakimś czasie te okropne liczby przestają straszyć, człowiek się oswaja i kupuje te wszystkie dobre rzeczy. I tak naprawdę sama chciałabym się z nimi oswoić - w końcu dieta podczas wyjazdu to pomyłka, prawda?

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

American Dream

Jako mała dziewczynka marzyłam o wyjeździe do Stanów. Wszystko zaczęło się od bajek Disneya, które nawet w wersji czarno białej budziły we mnie zachwyt. Brałam nawet udział w cotygodniowym konkursie gazetek "Mickey Mouse" i "Donald Duck", w którym główną nagrodą był wyjazd dla dwóch osób na Florydę, do Disneylandu. Naprawdę wierzyłam, że wygram tę wycieczkę i zastanawiałam się, które z rodziców powinnam ze sobą zabrać. Gdyby przyszło co do czego, pewnie zdecydowałabym się na Tatę, z którym na temat Stanów - w których żadne z nas nie było - rozmawiałam nie raz. No bo przecież było o czym: nie dość, że mają tam bajki 24 godziny na dobę, to jeszcze aby się tam znaleźć, trzeba polecieć samolotem. W dodatku kiedy u nich jest dzień, u nas trwa noc. Wszystko to miało w sobie coś magicznego. Nic dziwnego, że wycieczka do USA znajdowała się gdzieś blisko szczytu mojej listy marzeń. 

Po latach o tym marzeniu zupełnie zapomniałam. Nagle stwierdziłam, że na świecie jest wiele znacznie ciekawszych miejsc niż Stany Zjednoczone. Na przykład Spitsbergen, na punkcie którego dostałam w pewnym momencie prawdziwego fioła. I na nic zdały się tłumaczenia, że dostanie się tam byłoby zapewne trudne. Udało się znaleźć więcej osób gotowych spędzić kilka dni lata za kołem podbiegunowym i wybrać się na wyprawę, której z pewnością nigdy nie zapomnę. I którą zamierzam za kilka lat powtórzyć. 

Podobno jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.  A ponieważ wyszło tak, że pojawiła się okazja podróży za Atlantyk, doszłam do wniosku, że nie ma co marudzić i trzeba pojechać. Choćby po to, żeby stwierdzić, że Ameryka jest ble. Choć powiem Wam szczerze, że nie jestem taka pewna czy do takich właśnie wniosków dojdę. Obawiam się, że Nowy Jork może się okazać książkowym rajem, a ja po powrocie będę musiała zamknąć się na cztery spusty na dobry rok, żeby przeczytać to, co przywiozę (podobno z USA wypada przywieźć laptopa albo aparat fotograficzny, ale ja nie potrzebuję drugiego laptopa ani drugiego aparatu, zwłaszcza że fotograf ze mnie żaden).

Póki co najbardziej przeraża mnie przeszło dziewięć godzin lotu. Moje nerwy dość źle znoszą loty wewnątrz Europy, a co dopiero tak dalekie. W dodatku wygląda na to, że samolot, którym polecę, nie ma żadnych bajerów, które mogłyby umilić czas podróży. Kiedy lecieliśmy do Dubaju, przez dobre dwie godziny graliśmy w tetrisa, poza tym oglądaliśmy filmy, a ja spędziłam naprawdę sporo czasu przesłuchując jedynki z brytyjskiej listy przebojów na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Tutaj będę się musiała zdać na książkę, przewodnik po Nowym Jorku (po niemiecku) pamiętnik i laptop, dopóki nie siądą mi baterie. Plus na anielską cierpliwość. Bo oczywiście lecę sama. I to już jutro.

Stany jako kraj są mi w tej chwili zupełnie obojętne. Nie mam pojęcia, czy mi się tam spodoba. Ale ponieważ życiowe doświadczenie nauczyło mnie otwartości wobec świata - jako że ja nigdy nie mogę być pewna gdzie wyląduję za pół roku - to jestem dobrej myśli. W najgorszym razie po prostu pójdę kupić książki.

Aha, no i jeszcze jedno - w Nowym Jorku będę o 6 godzin młodsza. Choć nie wiem czy to akurat jest mi szczególnie potrzebne. Ostatnio w taksówce w Lublinie zostałam zapytana przez panią kierowcę, czy już studiuję (opowiadała mi o swoim synu, który w nadchodzącym roku szkolnym robi maturę i wybiera się potem na którąś z krakowskich uczelni). Zaczynam się martwić, że za kilka lat seks ze mną może się wydawać nielegalny.