Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 września 2010

Nobody expects the Spanish Inquisition!




Od wielu tygodni unikam jak ognia dobrowolnego śledzenia wydarzeń z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Oczywiście nie udaje mi się to tak do końca i całą sytuację ogarniam całkiem nieźle. Niemniej ostatnio zaczynam cenić sobie przebywanie w odległości przeszło tysiąca kilometrów od Warszawy: jeśli nie wejdę na stronę któregoś z serwisów informacyjnych ani nie pozwolę sobie na poruszanie pewnych tematów w rozmowach z rodzicami, wieści o krzyżu zwyczajnie nie będą do mnie docierać.


Generalnie kwestia poglądów religijnych jest dla mnie o wiele bardziej osobistym tematem niż orientacja seksualna. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie o zdanie, stwierdziłabym, że według mnie krzyża przed Pałacem Prezydenckim być nie powinno. No, ale jeśli jest sporo ludzi, którym na nim zależy, a nie byłoby żadnych formalnych przeciwskazań, to na bezsenność przez to nie zapadnę. Co prawda trochę dziwi mnie poziom uporu zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu obrońców (to chyba im powinno zależeć na godnym miejscu dla krzyża), ale:
1) każdy myśli po swojemu
2) ja nie muszę rozumieć wszystkiego
3) ja wcale nie muszę mieć racji.

Gorzej, że od czasu do czasu dochodziły do mnie głosy o tym, że ktoś tam kogoś pod tym krzyżem zaatakował, że ktoś był posądzany o żydowski wygląd, że jakiś starszy pan rzucał słoikiem z odchodami, a ktoś inny przyniósł granat. Nieco światła rzuciła na całą sytuację akcja zorganizowana przez wyznawców Latającego Potwora Spaghetti, może absurdalna, ale przynajmniej niegroźna. Potem były jeszcze jakieś protesty, przemarsze, a ja tak się przyzwyczaiłam do tego krzyża stojącego hen, tam, w Warszawie, że kolejne rozdziały tej narodowej sagi przestały do mnie docierać.

Dziś mamy niedzielę: dzień odpoczynku. Weszłam na stronę któregoś z serwisów informacyjnych i zaniemówiłam za zdziwienia. Dowiedziałam się, że przed Pałacem Prezydenckim zebrała się grupa - a właściwie tłum, bo mowa o tysiącu osób - ludzi domagających się nadania Jezusowi Chrystusowi statusu króla Polski. Wygląda na to, że oni mówią zupełnie poważnie.

A ja mam problem: bo tak naprawdę uważam, że monarchia absolutna to całkiem niegłupi system. Oczywiście przy spełnieniu kilku idealistycznych założeń. Tylko że to nie tak miało być. Słowo daję, nie planowałam, że pierwszym od czasu rozbiorów królem będzie Jezus Chrystus!

Jako niespełniony socjolog muszę jeszcze wyrazić zdziwienie z jednego powodu: nigdy nie sądziłam, że tłum starszych głównie ludzi będzie domagał się publicznie przyznania polskiego tronu zadeklarowanemu Żydowi. A podobno jesteśmy narodem nietolerancyjnym z tendencją do antysemityzmu.

Z pozytywów: dzisiejsze zdjęcia sprzed Pałacu Prezydenckiego skojarzyły mi się z pewnym skeczem. "Nobody expects the Spanish Inquisition" zawsze mnie bawiło.

Screen: www.tvn24.pl

środa, 18 sierpnia 2010

Starbucksowy lans

Starbucksa poznałam tak naprawdę w Zurychu. Trudno było tego uniknąć: jest tego tutaj mnóstwo. Kojarzę dwa lokale w promieniu piętnastu minut spaceru od mojego domu. W centrum jest ich jeszcze więcej. Siłą rzeczy są to jedne z tych miejsc, w których człowiek umawia się na popołudniową kawę. Przyjemne wnętrza, kawa, która nie musi zachwycać, ale na pewno jest pijalna plus oferta różnych innych napojów bądź przekąsek idealnych na popołudniowe pogaduchy z koleżanką.

Firma Starbucks zarobiła na mnie już całkiem sporo, bo w jednym z lokali tej sieciówki odbywają się zazwyczaj cotygodniowe, międzynarodowe spotkania, w których uczestniczę. Cel jest jeden: mówić po niemiecku. Tematy znajdują się zawsze, a wybór miejsca wydaje się naturalny. Brak głośnej muzyki, spokój (w tutejszych Starbucksach ciągle spotykam matki z malutkimi dziećmi).

Kiedy zamieszkałam w Warszawie, dowiedziałam się, że chodzenie do Starbucksa jest lansem. Do tego stopnia, że wśród gimnazjalistów podobno modne jest wpadanie po kawę na wynos tylko po to, by dotrzeć do szkoły z kubkiem ozdobionym logo sieciówki. No cóż - nigdy nie zdarzyło mi się patrzeć na to w ten sposób. Bo przecież te Starbucksy są "wszędzie". Co prawda w Warszawie był wtedy tylko jeden... no i co z tego? Po pewnym czasie miałam wrażenie, że dla niektórych pójście w to miejsce byłoby swego rodzaju obciachem, no bo przecież można zostać posądzonym o lans. Podczas prawie rocznego pobytu w stolicy odwiedziłam Starbucksa tylko dwa razy. Nie żebym tęskniła. Ba, nieskromnie muszę nawet stwierdzić, że jeśli chodzi o kawę, to ja potrafię zrobić lepszą. Po prostu dziś wróciłam z kolejnego niemiecko-kawowego spotkania i pomyślałam, że niektórzy mogliby odebrać te moje wypady jako lans.

Kiedy miałam 11 lat, nasza klasa pojechała na - kolejną i nie ostatnią - wycieczkę do Warszawy. Praktycznie każdy z nas już tam wcześniej był i tak naprawdę taki wypad nie wydawał się nikomu z nas atrakcyjny. Argumentem, którym nas przekonano, była obietnica odwiedzenia McDonaldsa, który wówczas był w Polsce nowością. Rzeczywiście, tamten wypad i zjedzenie pierwszego w życiu zestawu Happy Meal miało w sobie coś - z punktu widzenia jedenastoletniego dziecka - magicznego. O tym, jaką te restauracje mają obecnie opinię, nie muszę pisać. McDonaldsy w każdym większym mieście to normalna sprawa i mimo wszystko niemal każdy od czasu do czasu tam bywa (zwłaszcza w lecie, kiedy jest sezon na lody). Ale szesnaście lat temu pomysł kupowania cheesburgerów, które kosztowały więcej niż te z budki na rogu, choć były o wiele mniejsze, wydawał się chory i noszący na sobie piętno lansu. 

Sprawa lansu jest ogólnie dość skomplikowana. Najgorsze jest to, że to kwestia dość subiektywna: nie wszystko co jest lansem pod daną szerokością geograficzną, będzie nim 1000 km dalej. Nie sposób się w tym połapać.

piątek, 25 czerwca 2010

Spakowana, jeszcze tu

Nie lubię się przeprowadzać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w moich ustach stwierdzenie to brzmi nieco głupio. Przeprowadzam się w końcu regularnie od czasu, gdy skończyłam dziewiętnaście lat i wyjechałam z małego Lubartowa na studia do dużego Krakowa. Zresztą, nawet w królewskiej stolicy nie mogłam usiedzieć na miejscu: mieszkania zmieniałam kilkakrotnie. Nawet to, w którym nocuję podczas moich obecnych krakowskich eskapad nie jest już tym, z którego korzystałam przed wyjechaniem z Krakowa "na stałe".

Spakowałam rok swojego życia do przepastnych toreb i walizek. To i owo wylądowało w koszu na śmieci - np. puste flakoniki po perfumach. Przed pozbyciem się ich zrobiłam sobie jeszcze zapachowy seans. Podobno ludzie, których cechuje ułomność w zakresie któregoś ze zmysłów odrabiają to z nawiązką na innym polu. Jeśli to prawda, to słaby wzrok wynagradza mi częściowo zmysł zapachów. Bo to, że czuję potrawy gotowane przez sąsiadów to dopiero początek: mam bzika na punkcie tego, co da się wyczuć. Skutkuje to również swoistą obsesją na punkcie tego, czym pachnę ja sama. Wcieram w siebie przeróżne substancje z nieprzemijającą misją usunięcia może naturalnego, może właściwego zapachu człowieka, jego życia i trudu.

Zapachy przywodzą mi na myśl miejsca, ludzi, konkretne momenty. Nie wszystkie spośród tych, z którymi się dziś rozstałam, naprawdę lubiłam. Były wśród nich takie, które pełniły funkcję pewnych stymulatorów. Były takie, które zostały przez sentyment. Były przecież i te, które wiązały się z jakimiś konkretnymi nadziejami na nowy początek, kasację przeszłości. Choć tak naprawdę nigdy nie wierzyłam do końca w teorie, które mogłyby zmienić życia. Zapachy też nie mogą.

Zostawiam za sobą spory kawałek życia. Pozwalając sobie na rozpłynięcie się w sentymentach. Dlaczego nie? Przecież nie wrócę już do tego domu. Jeśli będę tęsknić, wspomnienia zawsze mogę przywołać konkretnymi zapachami. Albo przeczytam stosowny fragment z prowadzonego przeze mnie od blisko dziesięciu lat dziennika, którego wydaniem uwielbiam straszyć bliźnich zamieszanych w jakiś sposób w moje życie.

Coś we mnie krzyczy, żebym została. I coś zostaje. Czuję się głupio i sentymentalnie. I na swój sposób dobrze mi z tym. 

Jeszcze tu wrócę, prawda?

środa, 2 czerwca 2010

Postwarszawsko

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę mieszkać w Warszawie i - co najciekawsze - będzie mi się to podobać, kazałabym takiemu prorokowi puknąć się w czoło. Bo przecież jeszcze jakiś czas temu, będąc świeżo po maturze, wybrałam na miejsce swoich studiów i życia Kraków, świadomie unikając stolicy (choć odwiedziłam ją przy okazji zdawania egzaminów na UW). Warszawa przerażała mnie nie tylko swoją wielkością. To akurat było jej zaletą: wychowałam się w małym mieście i szerokie ulice, kolorowe sklepy i knajpki raczej mnie pociągały. Odpychało natomiast bliżej niezidentyfikowane "coś", co jak twierdziłam - daje się wyczuć w każdym mniej lub bardziej farbowanym warszawiaku. 

Sześć lat mieszkania w Krakowie raczej tu nie pomogło. I choć w Warszawie bywałam regularnie ze względu na wizyty u znajomych (niektórzy z nich funkcjonowali wcześniej w moim życiu jako "znajomi z Krakowa"), to do przeprowadzki raczej mi się nie spieszyło.

Warszawa przekonywała mnie do siebie stopniowo. Przyszło jej to dużo łatwiej, gdy na stałe mieszkałam już w Zurychu, który nauczył mnie nieco rewizyjnego podejścia do fantastycznego, niemal idealnego w moich oczach Krakowa. Stolica odwiedzana od czasu do czasu, czy to w celach towarzyskich, czy jako miejsce przesiadkowe (lotów Zurych-Kraków wciąż nie ma) powoli okazywała się całkiem sympatycznym miastem, a tajemnicze, "bliżej niezidentyfikowane coś" rozmyło się po prawie roku nieco multikulturowego w moim wydaniu życia w Szwajcarii.

Okazja do zamieszkania w Warszawie pojawiła się nagle i niespodziewanie. Skorzystałam. Jeśli czegoś żałuję, to tego, że mroźna zima trwała zbyt długo i trochę ograniczyło to możliwości spacerowo-eksploracyjne. Ale i tak poznałam kilka ciekawych miejsc, wypiłam różne ciekawe rzeczy (uważajcie na piwo z campari. Jest smaczne, ale bardzo groźne), spotkałam świetnych ludzi. Nauczyłam się poruszać komunikacją miejską, która, o dziwo, wydała mi się o niebo lepiej zorganizowana niż w Krakowie (pomijając kwestię tego, że o 20 poza okolicą stacji metra trudno jest kupić bilet. Przeżyłam to w poniedziałek). Zdołałam uniknąć zakupu Karty Miejskiej i przemogłam wrodzony chyba strach przed jeżdżeniem metrem. Wydałam majątek na polskie książki, których tak bardzo brakowało mi w Szwajcarii. 

Coś się kończy, coś się zaczyna. Wczoraj o 17 wyleciałam z Warszawy. W czerwcu wrócę na kilka dni. Ale tak naprawdę mam nadzieję, że po pewnym czasie wrócę na dłużej. Polubiłam to paskudne miasto. Nawet zaczęło mi się podobać.

środa, 19 maja 2010

Ktoś musi kupić papieża, by do Watykanu pojechał ktoś

Dzisiaj po wyjściu z pracy postanowiłam się wykazać silną wolą i zamiast udać się na popołudniową drzemkę, pojechałam do centrum. Półgodzinna wycieczka po Trafficu zakończyła się połowicznym sukcesem (udało mi się nie wyjść z kilogramami nowych książek, za to nie znalazłam tego, czego naprawdę szukałam). Samotny spacer przy dość przyjemnej na tle ostatnich dni pogodzie był dobrym pomysłem: spacerowałam, zastanawiając się nad tym, gdzie jeszcze mogę poszukać potrzebnej książki oraz próbując po raz kolejny dopasować do siebie bohaterów czytanej ostatnio powieści (większość z nich jest powiązana ze sobą najróżniejszymi rodzajami więzów, od związków, poprzez przyjaźnie, po związki zakończone, przy czym skutkiem niektórych z nich jest np. potomstwo, które też należy jakoś przyporządkować).

Z zamyślenia wyrwała mnie konieczność przedarcia się przez tłum pomiędzy Rotundą a stacją Centrum. Przy wyjściu z przejścia podziemnego zobaczyłam starszą kobietę z olbrzymim psem. Idąc dość szybkim krokiem, nie zdążyłam przeczytać tekstu na trzymanej przez nią w dłoniach tekturowej tabliczce. Prawdopodobnie był zupełnie typowy: pies i właścicielka zbierali na jedzenie. Widok dość przykry o tyle, że kobieta była stara: pokryta zmarszczkami, obrzęknięta twarz częściowo skryta za siwymi, zniszczonymi trwałą włosami. Od tej pary szybko oderwały mnie kolejne obrazy: sprzedawca parasolek, zapewne niezbyt zadowolony z nagłej poprawy pogody, grupki młodych przeważnie ludzi, którzy właśnie to miejsce wybrali na spotkanie. No i roznosiciele ulotek, jak zwykle niezawodnie dostarczający mieszkańcom stolicy codziennej porcji makulatury.

Może źle robię, ale ulotki zazwyczaj biorę. Oczywiście, poza bardzo nielicznymi przypadkami, nigdy z żadnej z nich nie skorzystałam. Przyznaję się też bez bicia, że wiele papierowych reklam, które dostają się do moich rąk, niemal natychmiast ląduje w koszu w postaci zgniecionych kulek. Egzaminu z ich treści nie zdałabym na pewno. Dziś było podobnie: zarówno pierwszą, jak i drugą otrzymaną karteczkę wzięłam automatycznie. Pierwszą wrzuciłam do kieszeni płaszcza. Przy drugiej coś kazało mi się zawahać.

Na wręczonej mi karteczce było popularne zdjęcie Karola Wojtyły. Coś, czego się nie spodziewałam. Wszystko rozegrało się jednak bardzo szybko: przy mnie natychmiast znalazł się młody człowiek, który pytał, czy prowadzę samochód. Zaprzeczyłam, ale wtedy chłopak zaoferował mi jakiegoś specjalnego świętego dla jeżdżących metrem. Szybko zaczęło mi świtać, że skoro nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Papież i święty nie byli bowiem za darmo.
- Zbieramy na pielgrzymkę do Watykanu - wyjaśnił chłopak, a ja stałam się na chwilę zupełnie bezradna. Bo, po pierwsze, nie powinnam się była w ogóle zatrzymywać. Po drugie,  choćbym chciała dać temu człowiekowi jakieś pieniądze, po moich kieszeniach pałętały się wyłącznie bardzo drobne monety. Po trzecie, cała sytuacja w ogóle mi się nie podobała, a jakiś wewnętrzny, zbuntowany głos w mojej głowie upierał się, że zamiast sprzedawać papieża, lepiej by było rozdawać ulotki reklamujące np. pizzerię i pobierać za to wynagrodzenie, tak by na wyjazd do Watykanu zwyczajnie zarobić.

Moje zakłopotanie trwało może trzy sekundy, a to dla chłopaka było chyba zdecydowanie za dużo. Usłyszałam przedstawioną bardzo kpiącym tonem opinię, że widać dla mnie 20 groszy to majątek, i że wydrukowanie tych obrazków kosztowało dużo więcej. Byłam już porządnie zaskoczona, ale słowa młodego człowieka przekonały mnie do tego, by pożegnać się, odwrócić i wejść do stacji metra. 

Kiedy zjeżdżałam ruchomymi schodami, przypomniałam sobie pewną inną sytuację, która przydarzyła mi się parę lat temu. Po obronie, z plecakiem na plecach, szłam w kierunku Dworca Głównego w Krakowie. Szczęśliwa po udanym egzaminie, kochałam cały otaczający mnie świat. Również młodą dziewczynę, która zaczepiła mnie w okolicach ulicy Szpitalnej. Myślałam, że chodzi o pieniądze (miałam tak wspaniały nastrój, że byłam gotowa wspomóc dziewczynę, choćby zbierała po prostu na piwo), ale sprawa była bardziej skomplikowana. Co prawda chodziło o pieniądze, ale panienka nie chciała niczego za darmo: rozdawała zdjęcia papieża i świętego Krzysztofa. Nie wystarczyło po prostu pozbyć się kilku złotych, wziąć obrazki i pójść w swoją stronę. Zostałam zapytana o to, czy mam chłopaka. Nieco zaskoczona przyznałam, że nie, ale żeby zrekompensować sobie to przyznanie się do jakiegoś braku w moim życiu przyznałam, że mam męża. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i zapytała o dzieci. Zaprzeczyłam. Bardzo ją to rozweseliło i stwierdziła poufnym szeptem, że... na pewno jestem "małym świntuszkiem". 

Mimo mojego odlotu po szczęśliwej obronie, sytuacja zaczęła wydawać mi się nieco kosmiczna. Pożegnałam się i szybko poszłam w swoją stronę. Przygodę - dziwną, ale w jakiś niewytłumaczony sposób nieprzyjemną, wyparłam z pamięci. Przypomniała mi się dzisiaj, kiedy po raz kolejny dostałam ofertę kupienia wizerunku papieża u ludzi, którzy wydali mi się co najmniej dziwni. 

Chłopak od papieża nie dostał ode mnie pieniędzy, których i tak nie miałam. Przypomniała mi się natomiast stara kobieta z psem.

czwartek, 22 kwietnia 2010

"Reportaże z warszawskiego getta" Pereca Opoczyńskiego

Perec Opoczyński przez szereg lat próbował zabłysnąć na polu literackim. Publikacje, których doczekał się przed wybuchem II wojny światowej, nie zdążyły mu przynieść wielkiej sławy. Dziś, dzięki Stowarzyszeniu Centrum Badań nad Zagładą Żydów, trzymamy w rękach zbiór jego reportaży, pisanych w getcie warszawskim. “Reportaże z warszawskiego getta” to zbiór tekstów tłumaczonych na język polski z jidysz, ukazujących tragedię zagłady od środka, współcześnie do opisywanych wydarzeń.

Opoczyński podczas wojny pracował jako listonosz żydowskiej poczty. Praca ta dawała mu niepowtarzalną możliwość podejrzenia wielu sytuacji i zjawisk właściwych życiu w tamtych warunkach. Jego obserwacje są bardzo szczegółowe. Reportaże mają grupę stałych bohaterów, wiele postaci jest jednak anonimowych. Nierzadko bohaterem jest grupa: biedota, której nie stać na opłacenie dostarczenia listu, dzieci umierające na ulicach czy szmuglerzy, dzięki którym mieszkańcy getta mają co jeść.

Autor opisując otaczającą go rzeczywistość nie szuka sensacji. Nie epatuje okrucieństwem, nie ma na celu szokowania czytelnika. Skupia się na tym, co obserwuje, dokonuje rzetelnej analizy, opisuje wnioski. Z prawdziwą skrupulatnością przedstawia zjawisko i problemy komitetów domowych – organizacji, które z założenia miały pomóc społeczności żydowskiej, w praktyce zaś często bywały siedliskiem problemów. Innym ciekawym, jednocześnie budzącym grozę zjawiskiem przedstawionym przez autora są parówki – obowiązkowe wizyty w łaźni organizowane przez Niemców. Według oficjalnej propagandy, parówki miały być narzędziem walki z chorobami panującymi w getcie. W praktyce sprowadzały się do tortury wobec bezbronnych ludzi, pretekstem usprawiedliwiającym zmuszanie ich do wielu godzin marznięcia, a w dalszej perspektywie – do zapadania na choroby.
Reportaże Opoczyńskiego, przy całej ich dokładności, nie są suche. Wśród opisów poszczególnych scen, konstruowanych z precyzją godną zawodowego dokumentalisty,  nie sposób nie dostrzec stosunku autora do przedstawianych zjawisk. I nie chodzi tu tylko o odautorski komentarz, którego na kartach książki nie brakuje. Opoczyński jako uczestnik życia, które przedstawia, naprawdę lituje się nad tymi, którzy cierpią. Trudy wojny, które wielu osobom kazały dbać wyłącznie o los swój i swojej rodziny, nie zgasiły w nim zapału społecznika. Wrażenie robi scena, w której żydowski listonosz błaga sąsiadów ubogiego odbiorcy listu, by pokryli koszty dostarczenia przesyłki. Jak sam przyznaje, taka operacja wymagała niekiedy stukania do drzwi lokatorów na kilku piętrach…
Zaletą tekstów Pereca Opoczyńskiego jest to, że sprawiają wrażenie bardzo autentycznych. Nie wiemy, na ile reportaże te uległy fabularyzacji, jednak czytając je mamy wrażenie bliskości opisywanych miejsc i ludzi. Ludzkie proporcje pomiędzy tragedią, współczuciem i tym, co jeszcze mogło być pozytywne dodają tekstom realności.
W przypadku książki poruszającej tematykę zagłady trudno mówić o “przyjemnej lekturze”. Polecam jednak zbiór tekstów Opoczyńskiego jako ciekawy dokument zza muru, który kilkadziesiąt lat temu rozdzielił warszawiaków.
Recenzja ukazała się w serwisie lekturyreportera.pl/

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

O żałobie, sklepach i Stadionie Narodowym

Oczywiście trudno jest mieć pretensje o wprowadzenie żałoby narodowej, nawet jeśli wiąże się to z odwołaniem różnych imprez zapowiadanych na ten tydzień. Niezależnie od politycznych sympatii prawda wygląda tak, że zginęły osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie. Nawet w kraju nie szafującym (jak to się dzieje u nas), instytucją żałoby narodowej, zostałaby ona w takiej sytuacji ogłoszona. 


Niektórych przejawów żałoby nie potrafię jednak zrozumieć. Na przykład zamknięcia sklepów. Czy w dniu żałoby narodowej nie wypada robić zakupów? Trochę marudzę, bo sama nie odczuwałam szczególnej potrzeby kupowania czegokolwiek, a nawet gdybym odczuwała, to akurat sklepik na moim osiedlu był czynny. W fakcie kupowania dóbr materialnych w dniu po tak wielkiej tragedii nie widzę jednak niczego złego. Poza tym sieci supermarketów były zamknięte, za to większość restauracji w Warszawie działała na całego. Przy niektórych ustawiały się kolejki ludzi czekających na wolny stolik. Zapewne wracali z trasy konduktu z trumną Lecha Kaczyńskiego.


Próba zjedzenia czegoś w centrum miasta w okolicach godziny 17 udała się przy którymś z kolei podejściu. W restauracji, w której gdy wchodziłam były dwa wolne stoliki, szybko ustawiła się kolejka głodnych klientów. Niektórzy nie byli zbyt szczęśliwi - no bo jak to, stać muszą, a kelner z jakiegoś tajemniczego powodu nie ma na zbyciu krzeseł, na których mogliby usiąść...

Pomyślałam przez chwilę, że jakiś poszukiwacz spiskowych teorii zapewne powiedziałby, że sklepy zamknięto po to, by spędzić więcej ludzi pod Pałac Prezydencki. Tylko że ci ludzie przychodziliby i tak - w tej chwili jest ich tam mnóstwo. Tak czy siak, niektóre sieci sklepów mogły by się nieco bardziej postarać. Żałobna kreacja sieci Real "z przyjemnością" przy całej świadomości ogromu tragedii wygląda groteskowo. 

Groteską trącą też jak dla mnie niektóre pomysły, które zrodziły się na fali sobotnich wydarzeń. Zdaniem niektórych, Stadion Narodowy powinien otrzymać imię Lecha Kaczyńskiego. Z całym szacunkiem, ale czy nie lepiej by było zachować pamięć o prezydencie tam, gdzie jej miejsce: na kartach historii, w muzeum i świadomości, zamiast przystępować do seryjnego nazywania jego imieniem różnych mało z jego osobą związanych obiektów? 

Szkoda, że ten który to wymyślił nie poszedł dzisiaj na zakupy. Może miałby czymś innym zajęte myśli i nie wpadłby na ten genialny pomysł.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Po weekendzie w Krakowie

Weekend w Krakowie był całkiem niezłym pomysłem, choć miałam moment wahania: czy naprawdę chcę poświęcić dwa wolne dni i nie tylko przyjemnie spędzić czas, ale i podjąć ryzyko, że wcale tak przyjemnie nie będzie, a połowę tego czasu spędzę na dworcach PKP w oczekiwaniu na opóźniony pociąg? To był zresztą tylko jeden ze scenariuszy. Bogata w doświadczenia, jakimi poskutkowało korzystanie z usług PKP podczas ostatniej zimy wiedziałam, że mogę się równie dobrze spodziewać podróży w pociągu częściej stojącym niż jadącym, w dodatku pozbawiona możliwości skorzystania z toalety. Postanowiłam zaryzykować i całkiem słusznie: dojechałam zgodnie z rozkładem (w przypadku powrotu nie było już tak dobrze, był wypadek i pociąg stał w Brwinowie o wiele dłużej, niż bym tego chciała), miło spędziłam czas, a poza tym odpoczęłam i odebrałam firmową korespondencję na tylko jednym z trzech kont. Nieźle, prawda? 

Udało mi się kilka innych rzeczy. Po pierwsze, poszłam z Dawidem na sushi, za którym zatęskniłam kilka dni temu podczas rozmowy z koleżanką z pracy, deklarującą się jako osoba, która osobiście za sushi nie przepada. Po drugie, napiłam się cynamonowego wina. Po trzecie, spędziłam kilka ładnych godzin na Kazimierzu, pozwalając zarobić na mnie dwóm sympatycznym knajpkom i właścicielowi punktu, w którym kupiłam zapiekankę. Po czwarte, posegregowałam trochę starych papierów, poświęcając nieco za dużo czasu na dokładne przejrzenie starych zdjęć, wykonananych głównie podczas studenckich imprez jakieś osiem lat temu. Znalazłam też dwa stare pamiętniki, jeden z czasów klasy maturalnej, drugi upamiętniający pierwszy rok moich studiów w Krakowie. Pooglądałam, poczytałam i stwierdziłam, że to moje życie było całkiem ciekawe. Po piąte, udało się nam uniknąć spotkania z sąsiadką, która od dobrych trzech lat regularnie oskarża nas o to, że zalewamy jej mieszkanie, również w okresach, gdy nikogo nie ma u nas w domu. Co prawda spędziłam za dużo czasu na nerwowym wypatrywaniu spóźniającego się tramwaju (w Warszawie interesujące mnie połączenia są znacznie częstsze, podobnie w Zurychu, gdzie do sprawy dochodzi perfekcyjna punktualność środków komunikacji, do której niestety udało mi się przyzwyczaić), ale moknięcie na przystanku pod krakowskim niebem również miało swój urok. 

Nie wiem, czy życie w Warszawie jest lepsze niż to w Krakowie. Na pewno pod niektórymi względami jest lepiej zorganizowane. W moim przypadku jest też względnie proste - do pracy idę pieszo piętnaście minut, zamiast czterdziestopięciominutowej podróży komunikacją miejską (codzienne doświadczenie z Krakowa). Nie do końca również zgadzam się z opinią, jakoby życie w stolicy było przesadnie szybkie. Dużo większe tempo pamiętam z czasów krakowskich, kiedy każdego dnia wysiadałam wraz z tłumem ludzi pod jednym z biurowców, a pół godziny przeznaczone na zjedzenie obiadu było doliczane do czasu mojej pracy, bez względu na to, czy je wykorzystałam na odejście od biurka, czy nieprzerwanie pracowałam. Chyba wciąż jest nieco drożej, ale z każdą wizytą w Krakowie stwierdzam, że i w tym jest coraz mniej prawdy. Pewnie jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja swój punkt przeniosłam właśnie z powrotem do Warszawy, którą przez ostatnie pół roku udało mi się całkiem polubić.