Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Coś ostatnio moja droga do tego bloga jest tak kręta i wyboista, że nie docieram tu tak często, jakbym chciała. Na szczęście wrodzona skłonność do pamiętania o wszelkich datach i założeniach mnie nie zawodzi. Zbliża się koniec stycznia, a ja wciąż nie podsumowałam ubiegłego roku pod kątem przeczytanych książek. Świat zapewne poradziłby sobie bez tego, czytelnicy nadal by czytali, a i ja żyłabym nadal swoim codziennym życiem.

Ale wiem, że dręczyłoby mnie to, spędzało sen z powiek, przypominało się podczas tych najprzyjemniejszych momentów, po pierwszych łykach wina, kiedy po ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, po uśmiechu, który skieruję do kogoś, kto był dla mnie miły, po tym, jak otworzę długo wyczekiwaną paczkę, psując tym samym chwilę błahego szczęścia... Dobra, koniec tego ględzenia, bo to nie ma być moja książka, tylko notka o książkach napisanych przez innych ludzi, którzy sztukę pisania opanowali najwyraźniej lepiej, skoro ktoś ich wydaje i płaci im pieniądze.

178 książek to może i sporo, choć w obliczu liczby istniejących na rynku tytułów to zaledwie kropla w morzu. Szczerze mówiąc, nie wiem jakim cudem udało mi się tego tyle pochłonąć. Sporą część roku przepracowałam, czytałam wtedy w pociągach i podczas przerwy obiadowej. Słuchałam audiobooków, ale z uwagi na charakter pracy mogłam to robić jak zwykle podczas domowych porządków, szydełkowania i samotnych spacerów (choć w ostatnim przypadku przerzuciłam się raczej na Duolingo). Być może z biegiem czasu czytam coraz szybciej, być może ma tu znaczenie fakt, że paradoksalnie mając na głowie dużo obowiązków łatwiej mi się zorganizować - upycham wtedy różne dzienne zajęcia w 24 godziny niczym klocki w tetrisie i nagle okazuje się, że się da. Uparcie twierdzę, że najwięcej czytałam na studiach, kiedy program wymagał ode mnie przyswojenia treści pokaźnej listy lektur, a życie - pracy i spotkań towarzyskich. Najważniejsze jest pewnie to, że czytać po prostu lubię, dlatego upycham to czytanie gdzie tylko się da, nawet jeśli czasem mówimy tylko o jednej czy dwóch stronach tekstu.

Dość usprawiedliwień, tylko winni się tłumaczą.

Po pierwsze, kryminały
Przyjemnie czytało mi się serię Viveci Sten, zaczynającą się od "Na spokojnych wodach". Fani Camilli Läckberg i innych "łagodniejszych" skandynawskich kryminałów mogą spokojnie myśleć o sięgnięciu po tę książkę.

W 2018 roku sięgnęłam też po powieści J. L. Horsta. Jego seria o Williamie Wistingu towarzyszyła mi z przerwami przez większą część roku, a kilka pozycji wciąż czeka na mojej liście. To taki autor, po którego na pewno będę sięgać w przyszłości, gdy tylko wyjdzie coś nowego. Fajerwerków może nie ma, ale towar odpowiada oczekiwaniom.

O pół stopnia wyżej oceniam kryminały Tess Gerritsen z serii o Rizzoli i Isles. W tym przypadku sięgnęłam po audiobooki, których słuchałam trochę poza kolejnością, probując za każdym razem dopasować niczym puzzle kolejność wydarzeń w życiu głównych bohaterów. Zawsze był to proces przyjemny, stanowiący świetne tło dla powstawania moich szydełkowych wyrobów.

Ostatnim autorem kryminałów, którego tu wspomnę, jest Robert Galbraith (wszyscy już wiedzą, że to pseudonim J.K. Rowling, prawda?). Nareszcie przeczytałam "Wołanie kukułki" i tak mi się spodobało, że już planuję sięgnięcie po kolejne części. Akcja jak akcja (szczerze mówiąc, dość szybko domyśliłam się, kto zabił), ale język i sposób prowadzenia narracji tak mi się spodobał, że nie ma dla mnie znaczenia czy ta książka jest kryminałem, fantasy czy reportażem (jest tym pierwszym).

Po drugie, non-fiction
W tym roku rzadko sięgałam po ten rodzaj książek. Tak naprawdę na mojej liście pojawiło się ich zaledwie kilka. Warto tu wspomnieć o "Czerwonym głodzie" Anne Applebaum. Ta książka uświadomiła, że wbrew temu co sądziłam, o głodzie na Ukrainie wiedziałam naprawdę bardzo niewiele. Książka mocna i wstrząsająca, ale należąca do tych, które trzeba i warto poznać.

"1968. Czasy nadchodzą nowe" Ewy Winnickiej to swego rodzaju przekrój przez rok 1968, widziany przez pryzmat wydarzeń i zjawisk z całego świata. Ciekawe i przystępne.

"Moja ojczyzna była pestką jabłka" to zapis rozmowy Angeliki Klammer z Hertą Müller, niemiecką pisarką i laureatką literackiej Nagrody Nobla, urodzoną w Rumunii. Do tej pory czytałam tylko jedną jej powieść, wrażenie było jednak na tyle silne, że wkrótce potem czytałam już z wypiekami na twarzy biografię Nicolae Ceaușescu. Rumunia drugiej połowy XX wieku to zdecydowanie kwestia, która mnie kręci, więc jeśli ktoś może polecić jakąś lekturę w temacie, to bardzo proszę.

Ta notka nie byłaby kompletna bez wspomnienia o "Dzieciach księży" Marty Abramowicz. Poruszająca i ważna książka, której lektura pozostawiła we mnie więcej pytań niż odpowiedzi.

Podobnie było z "Żeby umarło przede mną"  Jacka Hułuba - zbiorze historii matek niepełnosprawnych dzieci, obrazujących ich codzienne życie i zmagania. To nie jest przyjemna lektura, ale zaliczam ją do najważniejszych w 2018 roku.

Pod koniec roku sięgnęłam po "Nowy rozdział" Roberta Biedronia. Książkę przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i sympatią, bo takie też reakcje budzi we mnie sam autor. Nie wiem, czy chcę kolejnego rozdziału w jego wydaniu, ale na pewno bardzo chciałabym chcieć. :)

Po trzecie, ciekawostki
Wśród książek, którymi zauroczyłam się trochę niechcący, muszę koniecznie wymienić "Siedem sióstr" Lucindy Riley. To pierwsza część kilkutomowej sagi (pozostałych tomów jeszcze nie czytałam). Ludzie, ja nie wiem czy ta książka jest dobra i w sumie mam to gdzieś. Ja w nią tak wsiąkłam, że po skończonej lekturze chciałam lecieć do Brazylii i wcinać pomarańcze. Nawet nauczyłam się podstawowych zwrotów po portugalsku. Z tego co wiem, w następnym częściach nie ma już nic o Brazylii, a ponieważ zamierzam je przeczytać, to istnieje ryzyko, że moja lista fascynacji znacznie się wydłuży.

"Nikt nie idzie" Jakuba Małeckiego było delikatne i urocze i znalazło mokre miejsce w moich oczach. Nie wiem jak ten autor to robi, ale chyba zagwarantował sobie dożywotnio moją czytelniczą wierność.

"Śmierć Komandora" porwała mnie. Tak, wiem, że to napisał Haruki Murakami, od którego twórczości odżegnywałam się kiedyś z całych sił. Ale tym razem jestem bardzo na tak.

"Immortaliści" Chloe Benjamin wprawiło mnie w potężnego doła, z którego wychodziłam kilka dni. Dół był wielopoziomowy i zawierał w sobie zarówno tęsknotę za San Francisco i Kalifornią w ogóle, jak i strach przed życiem jako takim. Ale gdybym miała wskazać książkę przeczytaną w 2018, po którą miałabym sięgnąć ponownie, to byliby to właśnie "Immortaliści". Pięć gwiazdek na pięć.

"Białe łzy" Hari Kunzru zauroczyły mnie niesamowitym klimatem. Wybrałam je zupełnie przypadkiem, szukając jakiegoś nowego audiobooka i to był strzał w dziesiątkę.

Po czwarte, rozczarowania
"Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" Marcina Kołodziejczyka to było rozczarowanie na całej linii. Serio, pojęcia nie mam po co ta książka jest i w jaki sposób czerpać z niej przyjemność. Nie czytajcie, jeśli nie musicie.

"Pogrzebany olbrzym" Kazuo Ishiguro przypomniał mi, że nie zawsze warto sięgać po książkę kierując się tym, że jej autor dostał Nagrodę Nobla. Oczywiście mam szczerą nadzieję, że nikt nigdy nie napisze tego samego o mojej książce, o ile kiedyś taka się ukaże ;-)

"Hashtag" Remigiusza Mroza zdołał przekroczyć bariery mojej dość szerokiej tolerancji na twórczość tego autora. Bo ja właściwie Mroza lubię - uważam, że na kogoś takiego jak najbardziej jest miejsce, gość pisze wciągające powieści z wartką akcją. Ale w przypadku "Hashtagu" non stop coś się we mnie buntowało przeciwko temu jak bardzo ta historia jest przerysowana i nieprawdopodobna. Tak mniej więcej po 30% lektury, bo zaczynało się nieźle.

________________________

Umówimy się, że poprzestanę na powyższym. Oczywiście tych przeczytanych książek było sporo więcej, a wśród nich znajdowały się zarówno lepsze, jak i gorsze pozycje. Nie ma jednak szans, bym wspomniała o wszystkich - jeśli ktoś bardzo chce, może zajrzeć do mojego profilu na Goodreads, gdzie od ponad ośmiu lat skrzętnie notuję swoją czytelniczą aktywność. Wystarczy kliknąć tutaj.

Ja zresztą nie mam nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu przeczytać słabą książkę. Nie zawsze mam nastrój na wybitne dzieła, a bywa, że po ciężkiej lekturze chętnie sięgam po taką, o której wiem, że będzie błaha i prosta. Może powinnam nawet napisać o takich książkach osobną notkę? Nawet jeśli tak, to pomyślę o tym w dalszej przyszłości, bo mimo wszystko nie chcę robić z tego miejsca bloga tylko książkowego. Muszę w końcu znów się za niego wziąć - opowiedzieć Wam trochę o moich snach, przygodach i co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy.

Do przeczytania,
Agata.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

178 książek, 10 kilometrów później

Naprawdę nie pisałam od lipca? Aż trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza że blog cały czas gdzieś tam istniał w zagłębieniach mojej świadomości.

Notki podsumowującej kończący się rok nie mogłoby jednak zabraknąć. Zwłaszcza, że 2018 był dla mnie niczym jakieś tornado. Które, mam nadzieję, już przeszło. Bo chociaż w ostatnich miesiącach zdarzyło się sporo dobrego, to były i takie zdarzenia, których zdecydowanie nie chcę przeżywać ponownie.

Co zatem się działo?


  • Odwiedziłam Kalifornię. Bilet kupiłam spontanicznie, a swój udział w podjęciu błyskawicznej decyzji zdecydowanie miało wino. Spędziłam w Dolinie Krzemowej pewien styczniowy tydzień - i był to jeden z najlepszych tygodni w 2018 roku. The Eagles mają rację - Kalifornii nie da się opuścić. Jadąc samochodem koleżanki z lotniska w San Francisco czułam się tak, jakbym nigdy nie wyjechała. Wszystko było tak bardzo znajome i swojskie, aż trudno było uwierzyć w to, że mój dom i rodzina są na drugim końcu świata.
  • Przeczytałam 178 książek. Jak już odchoruję sylwestra, napiszę o tym osobną notkę ;)
  • Przebiegłam swoje pierwsze 10km. Kto zna mnie od dawna, ten wie, że z bieganiem byłam zawsze na bakier - tym bardziej więc jestem z siebie dumna. Niestety, owe 10 kilometrów zamiast nakręcić mnie na nowe wyzwania sprawiły, że bieganie zaczęłam stopniowo zarzucać. 
  • Odważyłam się odwiedzić okulistę. Mój wzrok się nie pogarsza. Patrzę na świat przez szkła o magicznym numerze bliskim -11, wiec to naprawdę dobra wiadomość.
  • Sporą część roku spędziłam w pomarańczowym biurze HubSpota. Ta praca bardzo dużo mi powiedziała o tym, czego chcę i czego nie chcę. To temat wart przestrzeni osobnego bloga, ale nie chcę skupiać się na złych emocjach. Było ciekawie i na pewno nie żałuję.
  • Pod koniec roku zaczęłam trochę wracać do pisania. Idzie mi to różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że brakuje mi w tym pisaniu tego "czegoś". Może piszę nie o tym, o czym powinnam?
  • To trochę dziwne, ale miałam naprawdę mało ciekawych snów.
  • Spędziłam cudowny weekend w Warszawie, w towarzystwie cudownych kobiet. Było morze rozmów, wyznań i alkoholu. Chcę więcej.
  • Wyprodukowałam całe stosy szali, chust i czapek. Wszystko na szydełku.
  • Uzależniłam się od Duolingo. Potrzebuję klona, żeby używać tego tyle, ile bym chciała.
  • Przetrwałam atak Bestii ze Wschodu, która najechała Irlandię jakoś marcu. Ostatni raz takie ilości śniegu widziałam w 2010 roku w Warszawie.
  • Z tego świata odeszły dwie bliskie mi osoby. W jakiś sposób świat wydał mi się potem jakiś bardziej kruchy, do tego stopnia, że zaczęło mnie to przerażać. Wiem, że pewne rzeczy są nieuniknione i następują prędzej czy później. Czasem może nawet lepiej jest, jeśli nastąpią wcześniej. Ale to są właśnie te rzeczy, których wolałabym już nie przeżywać.

Za kilka godzin zacznie się 2019 rok, a ja mam tym razem kilka noworocznych postanowień. Więcej pisać (również tu). Robić zdjęcia. Więcej sypiać. Pić mniej wina. Nadal czytać. Biegać. Podróżować. Szydełkować. Poodchudzać się (jak zwykle w nowym roku). Iść na wybory. Nauczyć się w końcu swobodnie obsługiwać pada do PlayStation4.

Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 31 stycznia 2018

Czytelniczo w 2017 - podsumowanie

No proszę, ostatni dzień stycznia! A ja się nie mogę wygrzebać spod stosu zaległości, w tym zaległych notek, które na swój sposób wprawdzie już istnieją, ale to istnienie odbywa się póki co wyłącznie w mojej głowie, co zamyka je na lekturę i komentarze osób postronnych. Czas jednak ucieka tak szybko - na moim podwórku zaczynają powoli kiełkować tulipany, a ja wprost nie mogę uwierzyć, że w 2018 roku zdążyłam już przeczytać 10 książek, odwiedzić Kalifornię, kupić pierwsze w życiu buty do biegania...

Zostańmy może póki co przy książkach. Bo przecież obiecałam sobie i światu tradycyjną notkę podsumowującą moje ubiegłoroczne czytanie. Naprawdę, powinnam te czytelnicze notki sporządzać jakoś częściej niż raz do roku - teraz mam tego tyle, że doprawdy nie wiem od czego zacząć ani na czym skończyć, tak więc z góry przepraszam za chaos, jaki być może zaraz się tu wkradnie. Postaram się też nie rozwlekać przesadnie - jakimś cudem przeczytałam 171 książek (na starość człowiek zaczyna szybciej czytać, możecie mi wierzyć) i broń Boże nie zamierzam tu wymieniać każdej z nich.

O książkach Eleny Ferrante pisałam kilka miesięcy tutaj. Na sagę neapolitańską trafiłam zupełnie przypadkiem, za to wiem, że w jakimś sensie te książki zostaną ze mną na zawsze. Zdaje się, że pisałam już o tym w oryginalnej notce, ale powtórzę: podczas lektury wpadałam w autentyczne stany wzruszenia, bywało, że odkładałam na moment książkę, by przemyśleć na spokojnie daną scenę, a podczas momentów, w których akurat nie czytałam, analizowałam emocje bohaterów. Te książki okazały się być dla mnie istotne na bardzo różnych płaszczyznach i na swój sposób żałuję, że nigdy już nie przeczytam ich po raz pierwszy.

Drugą sagą, w której totalne się zatraciłam, były książki Anne B Ragde o rodzinie Neshov. Ponure i wyjątkowe - czytając miałam wrażenie, jakby narrator niemal unikał opisywania emocji (no może poza postacią Erlenda, ale ten człowiek składa się w zasadzie tylko z emocji), a jednak dotykał ich na najgłębszym poziomie. Podczas lektury czułam się czasem jak w psychologicznej wyżymaczce. Te książki również już ze mną zostaną, a za Erlenda jestem prawdziwie wdzięczna - w jakiś pokręcony sposób mam wrażenie, że nigdy nie spotkałam bohatera literackiego, z którym utożsamiałabym się tak głęboko jak z nim.

Po kilku latach od przeczytania pierwszego tomu "Outlandera" Diany Gabaldon sięgnęłam w końcu po "Dragonfly in Amber". Dawno już nie czytałam w wersji papierowej książki liczącej sobie przeszło tysiąc stron, ale było warto. Najwyżej chwilami nieco niewygodnie. Czytając o trybie życia bohaterki, bądź co bądź przeniesionej w przeszłość z wieku XX, która będąc w ciąży praktycznie codziennie piła alkohol, obiecywałam sobie zrobić mały research odnośnie tego, kiedy zaczęto dostrzegać wpływu procentów na płód - tak jednak wyszło, że tego w końcu nie sprawdziłam. Ktoś wie?

Słuchajcie, słuchajcie, po miesiącach, a może i latach zastanawiania się o co chodzi z tym Remigiuszem Mrozem, który pisze chyba szybciej niż ja mówię, postanowiłam sięgnąć po jego twórczość. No i nie żałuję. Nobla facet nie dostanie, lekkie to to i choć nie zawsze przyjemne (wszak to kryminały), to jednak na swój sposób rozrywkowe. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale np. z serią o Chyłce bardzo się zaprzyjaźniłam i zawsze czekam na więcej. Swoją drogą płodność twórcza pana Remigiusza miała spory wpływ na liczbę 171.

A skoro już jesteśmy przy kryminałach - bardzo dobrze czytało mi się powieści Arnaldura Indridasona. Islandzkie klimaty mają w sobie to "coś". 

Bardzo spodobała mi się powieść Stefana Dardy "Dom na Wyrębach" - pewnie po części dlatego, że jej akcja dzieje się w moich rodzinnych stronach. Niestety, inne książki pisarza już mnie nie zachwyciły. "Starzyzna" dawała sporo nadziei, ale jej kolejne części były sporym rozczarowaniem.

Ale żeby nie było, że czytam same kryminały - wciągnęłam się w sagę Brandona Sandersona rozpoczętą tomem "Z mgły zrodzony". Serio, chyba dawno nie czytałam tak wciągającej fantastyki (tak, wiem - to dlatego, że w pewnym momencie przerzuciłam się z fantastyki na kryminały ;)

W kategorii niezłych czytadeł muszę napomknąć o książkach Charlotte Link. Pomogły mi przetrwać długie jesienne i wietrzne wieczory. Zaskoczyło mnie to, jak różne od siebie są kolejne jej książki - być może diabeł tkwi w tłumaczeniu?

"A Star Called Henry" Roddy'ego Doyle'a wciągnęła mnie i zachwyciła właściwie wszystkim - językiem, narracją, kreacją bohaterów, tematyką, wreszcie - samą historią. Możecie sobie wyobrazić moją radość, gdy odkryłam, że za tą powieścią czają się kolejne dwa tomy. Jeden z nich czeka już na mnie na półce. Gdyby ktoś chciał po Henry'ego sięgnąć, to ja zachęcam, da się również po polsku, a w sieci można nawet znaleźć recenzję lepszą od mojej: TU.

A co mi się nie podobało? Z pewnością trylogia Irene Ceo "Widzę cię", "Słyszę cię" i "Pragnę cię". W założeniu chyba romans - erotyk, w praktyce, moim zdaniem, książka co najmniej okrutna, pokazująca relację zagubionej dziewczyny i zadufanego kolesia który dominuje i niszczy jej osobowość, marzenia i zasady. Jak dla mnie zdecydowanie kategoria "nie czytać, a jeśli przeczytasz, to zapomnieć".

I na tym może zakończę. Przemyślę temat częstszych notek o książkach, tak by nie było przesadnie skrótowo i z pomijaniem większości tutułów. Uprasza się o trzymanie kciuków za owocne myślenie. Kolejna notka będzie o Kalifornii. :-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Szczęśliwego!

Tak się składa, że mam właśnie przerwę w aktywnościach przedsylwestrowych i postanowiłam wykorzystać ten czas na stworzenie tradycyjnej, podsumowujących kończący się rok notki.

To był chyba najspokojniejszy - może nawet najnudniejszy - rok mojego życia. Nigdzie się nie przeprowadziliśmy, nie snuliśmy też przeprowadzkowych wizji - prawdopodobnie dlatego, że po raz pierwszy od jakichś 10 lat mieszkamy w miejscu, które należy do nas. Po tych wszystkich latach pełnych przenosin to właściwie ulga. W pewnym momencie miło wiedzieć, gdzie się będzie za rok czy dwa lata. A przynajmniej zakładać z dużą dozą prawdopodobieństwa. ;-)

Moje dzieci, których w momencie gdy zaczynałam wrzucać na tego bloga pierwsze notki nawet nie było w planach, znów urosły. Najstarsze zalicza już drugi rok w irlandzkiej podstawówce, a bliźniaczki od końcówki sierpnia chodzą do Montessori. Przeżywam chyba coś w rodzaju złotego wieku macierzyństwa - dzieci są na tyle duże, że w dużym stopniu ogarniają się same, a jednocześnie na tyle małe, że nie sprawiają jeszcze poważniejszych problemów. Gdyby ciąże kończyły się urodzeniem od razu trzylatków mogłabym mieć ich jeszcze z piątkę.

Jakoś na początku tego roku podczas rozpakowywania pudeł z Kalifornii trafiłam na resztki starej włóczki. Wygrzebałam skądś szydełko i zaczęłam dłubać. Skutek jest taki, że pokój, który początkowo planowałam przeznaczyć na domową bibliotekę stał się pokojem szydełkowym. Mam w nim jakąś straszną ilość włóczki, a w głowie - pomysły szydełkowane na kolejnych kilka lat.

Przeczytałam ponad 170 książek, o czym zresztą jak zwykle napiszę osobną notkę. Pod względem czytelniczym mogę pochwalić się nie tylko wynikiem ilościowym, ale też jakościowym - zupełnie przypadkiem trafiłam na dwie serie, które zostaną w moim sercu na wiele lat. Właściwie łapię się na tym, że wracam do nich myślami niemal codziennie.

Nie odbyłam wielkich podróży, choć odwiedziłam Polskę i Niemcy. Za to pod koniec roku zarezerwowałam bilet na samolot do Kalifornii. Uwielbiam Irlandię i mam nadzieję już tu zostać, ale gdybym z jakiegoś powodu nie mogła, to prawdopodobnie myślałabym poważnie o powrocie do USA, mimo że chłodna analiza nie przemawia z tą opcją.

W temacie wyzwań intelektualno - zawodowych wyszło zupełnie nie tak jak miało być, ale trochę wskazuje na to, że jeszcze będzie dobrze.

W maju byłam na koncercie Guns 'N Roses. Warto było.

Nie schudłam tych pięciu kilogramów, które według mojej wagi dzielą mnie od czasów sprzed bliźniaczej ciąży, ale za to mam FitBita - magiczne urządzenie, które poza wskazywaniem godziny liczy moje kroki, analizuje sen i mierzy puls. Jakimś cudem to wszystko naprawdę motywuje mnie do ruchu, zaczęłam też więcej sypiać. Właśnie dziś zorientowałam się, że stało się niemożliwe - od jakiegoś czasu sama z siebie budzę się przed 8 i nie mam problemów ze wstawaniem, mimo że za oknem jest ciemno.

Coś tam próbuję pisać po angielsku - zaczęłam spisywać różne obrazy zapamiętane z dzieciństwa. Wychodzi z tego lekko smętny obraz, ale z jakiegoś powodu gorzej pisze mi się o tych samych rzeczach po polsku. Może angielski to język stworzony do opisywania dzieciństwa spędzonego w Polsce lat osiemdziesiątych?

No i widzicie, to by było na tyle. Nuda. Ale nie martwcie się, za 15 dni wsiadam na pokład samolotu i rozpocznę ten rok z przytupem.

A tymczasem - szampańskiego sylwestra i szczęśliwego 2018!

piątek, 20 stycznia 2017

Czytelnicze podsumowanie, czyli co dobrze mi się czytało w 2016 roku

Słuchajcie, San Escobar jest jak najbardziej wciąż na tapecie, ale muszę zrobić małą przerwę na notkę podsumowującą moje czytanie w 2016 roku, bo jak tak dalej pójdzie zastanie nas tu grudzień i będę mieć dwa lata do nadrobienia.

Czytelniczo to był bardzo dobry rok. Mimo różnych zawirowań, zmian, przeprowadzek, parokrotnego zmieniania kraju pobytu i grudnia wypełnionego składaniem mebli z Ikei (po złożeniu zawartości kilkudziesięciu kartonów stanowczo uważam, że ludziom którzy składają to za pieniądze płaci się za mało) moje czytelnicze doświadczenie zwiększyło się o 155 tytułów.

Nie, nie omówię tu 155 książek. Zajęło by mi to pewnie więcej czasu niż napisanie wszystkich odcinków mojego kryminału o San Escobar. Po zastanowieniu stwierdziłam też, że nie będę Was raczyć opiniami o kiepskich książkach. Zrobię tylko jeden mały wyjątek. "Nakarmić kamień" Bronki Nowickiej przeczytałam już kilka miesięcy temu i do dziś nie potrafię zrozumieć fenomenu, który nakazał członkom jury nagrodzenie tej książki nagrodą Nike. Serio, Nobel dla Dylana to przy tym rewelacyjna decyzja.

No dobrze, przejdźmy do pozytywów. Od czasu do czasu ktoś prosi mnie o polecenie "fajnej książki", dla siebie bądź na prezent, może więc ta notka na coś się przyda.

W 2016 roku rozpoczęłam przygodę z serią kryminałów Katarzyny Puzyńskiej. Nie żałuję. Lekkie, przyjemne, swojskie. W sam raz na czas przeprowadzek i długie jesienne wieczory w tym coraz ohydniejszym świecie. Swoją drogą, zauważyliście, że bohaterowie współczesnych powieści, tych z półki "rozrywka", często nie mają poglądów politycznych? I bardzo mnie to cieszy. Będę wracać do kolejnych tomów serii Puzyńskiej, to dobre schronienie przed rzeczywistością.

Chciałam się też pochwalić, że w końcu przeczytałam biografię Steve'a Jobsa pióra Waltera Isaacsona i bardzo mi się podobała. Mam ogólną słabość do biografii, może przez to, że od dziecka piszę pamiętniki. Tę konkretną przeczytałam w bardzo dobrym momencie, niedługo przed wyprowadzką z Doliny Krzemowej, dzięki czemu zdążyłam jeszcze podjechać pod dom rodziców Jobsa, ten od słynnego garażu. Niestety okazało się, że przyjeżdża tam bardzo dużo ludzi, co wkurza jego obecną mieszkankę. W ogóle się jej nie dziwię, choć ja na jej miejscu na pewno nie chciałabym mieszkać w domu, pod który codziennie ktoś podjeżdża robić sobie selfie.

Skoro już jesteśmy przy tematach okołobiograficznych, to przy okazji polecę pozycję "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusza Urbanka. Książka przedstawia sylwetki i losy, zarówno zawodowe jak prywatne, grupy genialnych uczonych, którzy zaczynali swoją karierę w przedwojennym Lwowie. Jeśli ktoś tak jak ja interesuje się trochę projektem Manhattan, to znajdzie tu coś dla siebie.

Wśród luźniejszych książek, które zapamiętałam bardzo pozytywnie, na pewno jest "Najlepsza książka świata" Petera Stjernstroma. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale ja mam trochę prymitywne poczucie humoru i sceną, w której bohater mówi "ty pieprzony muffinie", autor kupił mnie kompletnie. Polecam w ramach rozrywki.

Czas na podziękowania dla Kasi O., która poleciła mi książkę "Tales of the City". Ta powieść to dokładnie takie San Francisco, jakie znałam i jakie czułam. Opowieść o grupie młodych ludzi żyjących w tym dość specyficznym mieście pod dachem pewnej przemiłej hodującej marihuanę pani to historia osobistych dramatów, radości i tajemnic. Wszystko w mocno hippisowskim klimacie Kalifornii lat 70. Naprawdę bardzo się cieszę, że Armistead Maupin napisał tego więcej części. Kilka mam już za sobą i na pewno będę wracać.

Bardzo podobały mi się "Czarne liście" Mai Wolny. To opowieść o historyczce badającej relacje polsko-żydowskie w latach czterdziestych. W historię jej starań o zachowanie pamięci o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat wpleciony jest dramat zaginięcia córki, być może uprowadzonej przez ojca. Dobra, przepełniona ciepłą wrażliwością książka.

Lektura książki "Białystok" Marcina Kąckiego nie była może przyjemna w dosłownym znaczeniu tego słowa. Była poruszająca. To obraz miasta od dawna borykającego się z problemem antysemityzmu i rasizmu, jednocześnie będącego kolebką języka esperanto i zabiegów in vitro w Polsce. Historia terenów, których wielokulturowej przeszłości dziś zdaje się nikt nie pamiętać. Bardzo smutny i bardzo ważny zbiór reportaży.

Pozostańmy jeszcze przy non-fiction. Jeśli zastanawiacie się, czy "Ceaucescu. Piekło na ziemi" Thomasa Kunze jest warte przeczytania, to gorąco zapewniam, że tak. Świetnie napisana, poparta licznymi źródłami, rzetelna biografia Nicolae Ceaucescu, historia jego politycznej kariery i obraz Rumunii czasów komunizmu to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w ubiegłym roku.

Jedną z ostatnich pozycji, po którą sięgnęłam pod koniec grudnia, była ostatnia książka Szczepana Twardocha, "Król". Uwielbiam. Obraz Warszawy z lat 30. XX wieku, miasta wielokulturowego, nierzadko rządzącego się brutalnością, borykającego się z problemami narodowościowymi i społecznymi, przedstawiony pięknym, a jednocześnie ostrym i bezkompromisowym językiem. No właśnie, ten język - uwielbiam sposób pisania Twardocha i trochę mu go zazdroszczę.

Na tym chyba skończę podsumowanie - jeśli ktoś chciałby poznać szczegóły moich czytelniczych perypetii w 2016 roku, to zapraszam tutaj.

No i chyba będę musiała wrócić do częstszych podsumowań czytelniczych, bo inaczej wychodzi z tego straszny bajzel.

Miłego czytania i do zobaczenia w San Escobar,

Agata.

sobota, 31 grudnia 2016

2016 - rok zmian, czytania i serników

2016 był dla mnie rokiem spełniania marzeń.

Ok, skoro już pojechałam banałem, to przejdźmy do konkretów.

Tak, wiem - w skali światowej ten rok był do dupy. Kiepskie wieści z Polski i świata, śmierć kilku znanych osób, których twórczość w jakiś tam sposób była dla mnie ważna, totalne rozczarowanie ludźmi, ich ocenami i wyborami - wszystko to sprawiło, że kilka spraw musiałam sobie na nowo poukładać i przewartościować. Pod niektórymi względami mam wrażenie, że otrzymałam ekspresowy kurs dorastania, na który świat wysłał mnie bez mojej zgody.

Jakby na przekór temu wszystkiemu sprawy osobiste układały mi się aż za dobrze. Było trochę tak, jakby nasza rodzina po prostu realizowała kolejne punkty z wishlisty. Zaczynam wierzyć, że czasem naprawdę jest tak, że jeśli się czegoś chce, to po prostu trzeba się za to wziąć. A może to po prostu sposób świata na wynagrodzenie mi tego wszystkiego, o czym wspomniałam w poprzednim akapicie? Tak czy siak, jest dobrze.

A teraz spróbuję to jakoś ubrać w punkty.


1. W 2016 roku piekłam serniki. Nie wiem ile dokładnie wyszło ich spod moich rąk, ale na pewno było tego co najmniej kilkadziesiąt blach, w kilkunastu odmianach smakowych. Pieczenie serników to czynność, która znakomicie zespaja mnie z resztą świata: z jakiegoś powodu ludzie lubią je jeść, ja zaś jakąś namiętną fanką serników nie jestem, ale uwielbiam proces robienia ciasta. Mimo iż nie prowadziłam dokładnych statystyk, mam wrażenie, że publice najbardziej podchodziły serniki jagodowe i marchewkowe.

2. 29 maja po raz ostatni wyszłam przez drzwi domu na Whisman Court w Mountain View w stanie Kalifornia. Zrobiliśmy sobie jeszcze całą rodziną pamiątkowe zdjęcie przed dotychczasowym miejscem zamieszkania i pojechaliśmy na lotnisko w kierunku innego życia. To była najprzyjemniejsza podróż samolotem w moim życiu - w trosce o własne nerwy, którym z lataniem jest jakby nie po drodze, oraz nauczona doświadczeniem, które mówiło mi, że przez całą podróż nie zdołam zasnąć, zapłaciłam kilkanaście dolarów za dostęp do pokładowego Internetu. A co do samej przeprowadzki: nie tęsknię za Kalifornią, ale tęsknię za tamtejszymi przyjaciółmi. Macie teraz latać do Polski przez Irlandię, zrozumiano?:)

3. Najlepsze imprezy są w Żyrardowie. Zresztą to nie tylko kwestia miejsca, ale i osób. Od wakacyjnej babskiej imprezy minęło już kilka ładnych miesięcy, a ja ciągle ją wspominam. Dziewczyny, w najbliższe wakacje trzeba to powtórzyć. 

4. Od sierpnia mieszkam w Irlandii i wygląda na to, że chwilę tu sobie posiedzę. Wszystko wskazuje na to, że tradycja corocznych przeprowadzek to coś, co jest już za nami. Mam piękny widok za oknem, miłych sąsiadów, powoli ale sukcesywnie powiększające się grono znajomych i dochodzącego kota (oraz dwa własne, te same od 2007 roku). W ciągu tego krótkiego czasu zdążyłam:
- boleśnie odczuć różnicę pomiędzy BER A a BER G (mogłaby powstać o tym dość zabawna notka)
- przeżyć kilka miesięcy bez dostępu do wanny (spokojnie, prysznic był, ale kto mnie dobrze zna, ten wie, że jestem bardzo wannolubna)
- zaliczyć wyciek gazu i późniejsze perypetie z urządzeniem, które miało sprawdzać, czy takiego wycieku nie ma, a jak się okazało, przy okazji zajmowało się wyczuwaniem alkoholu, 
- zapisać się do bardzo fajnej biblioteki, w której można czytać książki siedząc przy przeszklonej ścianie z widokiem na morze.

5. "Własny pokój" Virginii Woolf przeczytałam kilkanaście lat temu, ale aż do grudnia tego roku nie rozumiałam w pełni, jak bardzo ta idea własnego pokoju jest ważna. Świadomość, że można sobie siąść przy swoim biurku, w osobnym pomieszczeniu, w którym wszystko stoi i leży tak, jak mnie pasuje, że można (oczywiście przy odpowiedniej organizacji różnych szczegółów rodzinnego życia) zamknąć drzwi od tego pokoju, odizolować się mentalnie i fizycznie od reszty świata i domowników jest bezcenna. Na pewne rzeczy trzeba mieć nie tylko czas, ale i miejsce.

6. W 2016 nie napisałam książki, ale zapisałam mnóstwo stron codziennymi notatkami. Wciąż piszę papierowy pamiętnik. Czasem myślę o tym, że pisanie go na komputerze miałoby sporo zalet, ale od dziecka lubię piękne bruliony zapełnione ręcznym pismem.

7. Przeczytałam 155 książek. Tradycyjnie napiszę o tym taką podsumowującą czytelniczą notkę, ale to już po sylwestrowych szaleństwach. Zarzuciłam zwyczaj pisania comiesięcznych podsumowań i to był błąd - nie wiem jak teraz przedrę się przez te 155 tytułów.

8. Zostałam mamą uczennicy. Moje najstarsze dziecko od września chodzi do szkoły, przez co rytm mojego dnia jest poukładany jak nigdy dotąd. Bliźniaki od jesieni pójdą do przedszkola. Coś się kończy, coś się zaczyna...

9. Pod pewnymi względami to był rok wychodzenia ze strefy komfortu. Zapisałam się na kurs jeżdżenia na łyżwach - szło mi fatalnie, ale cieszę się, że próbowałam (choć raz po kolejnych nieudanych zajęciach poryczałam się jak bóbr). Zrobiłam kilka kursów na Courserze (to szło mi jakby lepiej niż jazda na łyżwach), polubiłam Pythona i znienawidziłam JavaScript. Dzięki aplikacji MeetUp poszłam na spotkanie z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Było bardzo fajnie, ale trwałe przyjaźnie się z tego nie wywiązały - mam wrażenie, że większość przychodzących tam ludzi szuka przede wszystkim partnerów, z którymi mogliby mieć dzieci. Ja już mam męża i dzieci, ale brakuje mi trochę wieczornego wychodzenia na piwo. A wracając do wychodzenia ze strefy komfortu - zaczęłam trochę brzdąkać na gitarze. Wprawdzie okołoprzeprowadzkowe zamieszanie wymusiło na mnie dość długą przerwę w tym temacie, ale powoli wracam do interakcji z instrumentem.

10. Mikołaj przyniósł mi bilety na koncert Guns N' Roses. Hurra!


Jak zwykle notka podsumowująca wyszła chaotycznie i od czapy. Trudno.

Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 3 lutego 2016

Styczniowe czytanie, czyli pora na podsumowanie

Styczeń zakończyłam z czternastoma przeczytanymi książkami na koncie. Sam
a nie wiem skąd ich się aż tyle wzięło - styczeń 2016 roku był dla mnie miesiącem lekko nijakim, takim do odbębnienia i zapomnienia. W dodatku jakieś dwa tygodnie spędziłam w towarzystwie chorych dzieci i wierzcie mi - to nie były bardzo sprzyjające warunki do czytania.

Wśród tego, co udało mi się przeczytać od początku roku, jest aż sześć książek Andrzeja Pilipiuka: 2586 Kroków, Aparatus, Czerwona gorączka,  Reputacja, Rzeźnik drzew oraz Operacja: Dzień wskrzeszenia. Z wyjątkiem ostatniej pozycji wszystko to tomy opowiadań. Jak zwykle w przypadku Pilipiuka mam bardzo mieszane uczucia: facet potrafi być zabawny, miewa świetne pomysły, ma też sporą wiedzę, którą przekazuje czytelnikowi niejako mimochodem. Nie potrafię się jednak oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z grafomanem o porządnym historycznym wykształceniu. W dodatku po pewnym czasie zaczynają mnie drażnić przebijające z niemal każdego opowiadania poglądy autora - pewnie dlatego, że są dość różne od moich. Ale skoro mimo wszystko po tego Pilipiuka sięgam, to może coś w nim jest. Spośród wymienionych najbardziej mi się podobały opowiadania z 2586 Kroków i z Reputacji. Lubię utwory, których bohaterem jest doktor Skórzewski. Wydają mi się najbardziej neutralne światopoglądowo i podoba mi się ich pełen niesamowitości klimat.

Ja jestem Halderd Elżbiety Cherezińskiej przeleżało na moim czytniku zdecydowanie zbyt długo. To drugi tom cyklu Północna droga, której pierwsza część, Saga Sigrun, przeczytana dłuższy czas temu, lekko mnie rozczarowała. Być może była trochę słabsza, albo po prostu sięgnęłam po nią w niewłaściwym momencie? Ja jestem Halderd naprawdę mnie wciągnęło. Z lekturą pozostałych części raczej nie będę za długo czekać.

Córki gór Anny Jörgensdotter miały w sobie wszystko, by pozostawić mnie z wrażeniem odbycia udanej czytelniczej uczty. Ta książka jest po prostu piękna. Ponura, nierzadko zwyczajnie smutna, a jednocześnie cudownie napisana. No i ten nordycki klimat sprzed kilkudziesięciu lat! Na przeszło pięciuset stronach powieści autorka kreśli sylwetki grupy bohaterów w sposób tak pełny i wiarygodny, że czytelnik szybko się do nich przywiązuje. Jest w tej książce też jakiś niepokój, który z jednej strony przygnębia, z drugiej - nie pozwala odłożyć książki. Polecam.

Najlepsza książka na świecie Petera Stjernströma rozbawiła mnie do łez. Bo jak tu nie kochać powieści, zawierającej takie urocze kwestie jak "Ty pieprzony mufinie?" Pan Peter może zdecydowanie liczyć na mnie jako na czytelniczkę innych jego książek.

Podróże z Charleyem Johna Steinbecka tradycyjnie przeniosły mnie do Ameryki sprzed kilkudziesięciu lat. Tym razem autor pokazuje nam nie tylko Kalifornię - w towarzystwie swojego psa odbywa podróż przez całe Stany Zjednoczone.

Sekret w ich oczach Eduardo Sacheri to całkiem przyjemnie napisana powieść sensacyjna, na podstawie której nakręcono co najmniej dwa filmy. Główny bohater, urzędnik sądowy, po przejściu na emeryturę postanawia opisać pewną sprawę sprzed wielu lat, w którą chcąc nie chcąc zaangażował się nie tylko czysto zawodowo, ale też osobiście.  Przyjemna rozrywka.

Ship of Magic Robin Hobb, książka otwierająca cykl Liveship Traders pozostawiła mnie z uczuciem, które najchętniej określiłabym jako "sama nie wiem". Gdyby ktoś przedstawił mi akcję tej powieści w punktach, zapewne stwierdziłabym, że zapowiada się na coś całkiem ciekawego. A jednak w trakcie lektury zdarzało mi się czekać z utęsknieniem na koniec danego rozdziału z nadzieją, że kolejny będzie traktował o którymś z ciekawszych bohaterów. Poza tym czytając bardziej przywiązywałam się chyba do statków niż do ludzkich postaci. No, ale skoro to "żywe" statki, to może tak właśnie miało być? Zobaczymy, jak będzie mi się czytać kolejne tomy. Sam pomysł - świetny, elementy fantasy też.

Dziewczynę z porcelany Agnieszki Olejnik spokojnie można sobie odpuścić. Książka jest do bólu przewidywalna i miejscami drażniąca. Nie napiszę Wam, co wkurzyło mnie najbardziej, bo a nuż ktoś zechce jednak to przeczytać i zepsuję mu frajdę zdradzając zakończenie?

The Five Dysfunctions of a Team: A Leadership Fable Patricka Lencioni przeczytałam, bo:

  • było na Kindlu na skutek dokształcania się mojego małżonka;
  • było krótkie i proste, w tylko coś takiego byłam w stanie czytać siedząc przy prawie dwuletniej dziewczynce cierpiącej na wysoką gorączkę i jej dwóch kaszlących siostrach.
Książka przedstawia temat zawarty w tytule w formie opowieści o pewnej firmie w Dolinie Krzemowej. Nieco ciężko mi ją ocenić - nie zarządzam zespołem (chyba że liczymy członków rodziny) i temat raczej mnie nie dotyczy. Ale zarządzający mąż mówi, że fajna, więc pewnie tak jest.

___________________
No i to by było na tyle. Czytajcie, moi mili, bo to fajna sprawa. Ja lecę podczytać kawałek czwartego tomu Pana Lodowego Ogrodu Grzędowicza, którą to serię z całego serca wszystkim polecam.

czwartek, 7 stycznia 2016

Grudniowe lektury, czyli ostatecznie pożegnanie z rokiem 2015

Rok 2016 zaczął się już kilka dni temu, a za mną chodzi zaległa notka, ta związana z postanowieniem powziętym jakoś w połowie 2015, zgodnie z którym co miesiąc staram się pisać choć kilka słów o książkach przeczytanych w miesiącu ubiegłym. Wróćmy zatem na chwilę do grudnia i przyjrzyjmy się kilku tytułom. Z góry uprzedzam, że nie będzie to notka z gatunku porywających - piszę ją z lekkim zniechęceniem. Nie chce mi się pisać, czytam świetną książkę. No, ale obiecałam sobie, nie? No dobra, to jedziemy.

Dziecko Rosemary (Ira Levin) to książka, na podstawie której Roman Polański nakręcił w 1968 roku film. To jeden z tych przypadków, kiedy ekranizacja dość wiernie oddaje treść powieści. Czyta się dobrze, choć jako że dzięki filmowi znałam już przebieg zdarzeń, zabrakło dreszczyku. Tak czy siak polecam, choć jeśli chodzi o panie w pierwszej ciąży, to radzę wstrzymać się do rozwiązania.

Cierpienia młodego Wertera (Johann Wolfgang Goethe). Nie, nie zwariowałam. Naprawdę to przeczytałam. A raczej przesłuchałam, bo doszłam do wniosku, że jedynym sposobem dobrnięcia do końca będzie słuchanie audiobooka w samochodzie. Nie jestem pewna, które to było podejście do treści tego słynnego dzieła. Bestseller drugiej połowy XVIII wieku nigdy nie miał we mnie wielkiej fanki. W czasach liceum i studiów mimo najlepszych chęci i sprzyjających okoliczności (kiedy próbowałam to czytać jako lekturę szkolną, byłam akurat chora, czyli warunki do spokojnej lektury w zasadzie miałam zapewnione) nie zdołałam przebrnąć przez tę krótką bądź co bądź książkę. Teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że ten temat mam odhaczony. I raczej już do niego nie wrócę.

Mężczyzna, który się uśmiechał i Fałszywy trop to kolejne tomy serii kryminalnej Henninga Mankella, którą podczytuję od kilku miesięcy. Oba tomy mnie wciągnęły i trafiły na moją mentalną półkę dla dobrze napisanych kryminałów.

Skoro już o kryminałach mowa, to wróciłam do książek Hakana Nessera, tym razem biorąc na warsztat pozycje z jego serii o komisarzu Barbarottim. Całkiem inną historię oraz Drugie życie pana Roosa nie tyle przeczytałam, co połknęłam. Martynka, miałaś rację - ta seria jest lepsza od tej z Van Veeterenem.

Pokolenie Ikea. Kobiety (Piotr C.) podobało mi się bardziej niż część pierwsza. Tak, wiem, mam prymitywny gust literacki. A przynajmniej miewam.

Cudowny czwartek Johna Steinbecka w wersji audiobookowej towarzyszył mi głównie podczas zmywania. Tak sobie myślę, że gdybym nie zamieszkała w Kalifornii, prawdopodobnie nigdy nie poznałabym tych wszystkich powieści Steinbecka. A to byłaby spora strata. Uwielbiam te jego historie z Monterey z pierwszej połowy XX wieku w tle.

Nie potrafię powiedzieć, czy głośna Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins) bardziej mnie wciągnęła czy rozczarowała. Owszem, byłam bardzo ciekawa rozwoju akcji, dość mocno przeżywałam perypetie głównej bohaterki, ale... spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Książki, przy lekturze której będę się bała wyjść do kuchni po kubek z herbatą. W końcu sam Stephen King był pod wrażeniem,
no nie? No więc u mnie było tak: powieść bardzo mi się podobała. Ale mam wrażenie, jakby te wszystkie przepełnione zachwytem recenzje dotyczyły zupełnie innej książki.

__________________
I to by było na tyle.  Odkładałam pisanie tej notki, bo i wracanie do 2015 roku jakoś mnie nie korci. Nie to, żeby był zły. Wręcz przeciwnie. Ale ten będzie lepszy.

:)

czwartek, 31 grudnia 2015

2015. Podsumowanie, bez rewelacji

Ci, którzy tu zaglądają od dawna, wiedzą, że ostatniego dnia roku mam w zwyczaju dokonywać swego rodzaju podsumowania. Nic nietypowego - ot, taka naturalna potrzeba zakończenia roku w symboliczny sposób. A ponieważ jakimś cudem moje mocno nieciekawe życie zawsze obfituje we w miarę interesujące szczegóły, to jest o czym pisać.

Odkrywcza notka to nie będzie, ale kto chce, niech zerknie na to, co wydarzyło się w życiu autorki bloga w kończącym się właśnie 2015 roku.

1. Przeczytałam 142 książki. Jak dobrze pójdzie, to przed północą dobiję do 143. Przyznaję się bez bicia - pod względem czytelniczym było bardzo beletrystycznie. Ale nie żałuję, udało mi się trafić na kilka perełek. Wyodrębniłam też nową kategorię książek - pozycje, w przypadku których mam gdzieś, czy są dobre czy złe. Pewne rzeczy po prostu mi się podobają i nawet nie zamierzam przykładać do nich ekierki.

2. Spędziłam ponad dwa miesiące w Europie. Wspaniałe miesiące. Było cholernie gorąco, często nieprzyjemnie, wiele rzeczy wyszło inaczej niż miało wyjść. Ale było cudownie. W ciągu tych tygodni mój brat zmienił stan cywilny, co wydaje mi się trochę ekstremalne, biorąc pod uwagę fakt iż pamiętam dzień w którym rodzice przywieźli go ze szpitala. W niebieskich śpioszkach. Nie no, żartuję - młody ma fajną żonę.

3. Na początku roku zwiedziliśmy kawałek południowej Kalifornii. Przy okazji zaliczyliśmy Legoland, Disneyland, Hollywood (co ciekawe, za drugim razem podobało mi się tam bardziej niż za pierwszym) i oczywiście polski konsulat w Los Angeles. Tak naprawdę chodziło właśnie o konsulat - motywacją do całej wycieczki był plan wyrobienia paszportów bliźniaczkom. Wycieczka trwała w sumie dwa tygodnie. Jeździliśmy samochodem i nocowaliśmy w miejscach udostępnionych na Airbnb. Było super. Zoo w San Diego rządzi. Disneyland jest super, choć szczerze mówiąc najchętniej poszłabym tam bez dzieci. To była nasza pierwsza większa wyprawa z trójką dzieci (bo trzydniowy wypad do miejscowości oddalonej o 4 godziny jazdy się nie liczy, prawda?) i wyszło tak dobrze, że zafundowaliśmy sobie punkt czwarty.

4. Czyli Hawaje. Jakoś tak wyszło, że nie wspomniałam o tym tutaj. To był wyjazd trochę spontaniczny - bilety okazały się być tańsze niż je o to podejrzewaliśmy. Polecieliśmy na Maui. To był pierwszy lot bliźniaków (jakieś 5 i pół godziny) - zniosły go całkiem ok, choć szczerze mówiąc podczas lotu do Europy kilka miesięcy później było jeszcze lepiej. Hawaje powitałam w towarzystwie choroby, która okazała się być zapaleniem zatok. Przez cały czas zmagałam się z gorączką, ale mimo to było wspaniale. Piękne widoki, dobre jedzenie, cudowna pogoda. No i Mai Tai - drink, od smaku którego prawie się uzależniłam ;-) 

5. Zachowaliśmy się bardzo nieamerykańsko i przeszliśmy z wersji „dwa samochody na gospodarstwo domowe” na „jeden samochód na gospodarstwo domowe”. Niby nic, ale w praktyce pozbyliśmy się naszego pierwszego wspólnego samochodu. Auta, na którym tak naprawdę nauczyłam się jeździć.

6. Znalazłam najlepszy jak dotąd zestaw szampon + odżywka prostujący włosy. Wiem, ten news nie zwali Was z krzeseł, ale niektórzy z Was wiedzą o mojej nieustającej walce w kręcącymi się włosami. Doceńcie, proszę.

7. Wybory w Polsce wygrała kompletnie nie moja partia, ale szczególnie mnie to nie zaskoczyło. Natomiast tempo zmian po tej wygranej lekko mnie już zszokował i szokuje nadal. No nic. I tak tęsknię za Polską. Staram się trzymać tego bloga z dala od polityki (która i tak dość mocno siedzi w moim codziennym życiu i rozmowach), więc na tym zakończę.

8. Zaczęłam trochę częściej pisać na blogu. To wyszło trochę samo - w Europie dopadła mnie taka bardzo intensywna wena, do tego stopnia, że tematy na notki same przychodziły mi do głowy i zaczęłam je zapisywać w osobnym pliku. Było ich tyle, że większość z nich do dziś nie doczekała się realizacji. Czekają na swoją kolej.

9. Mam trzy świetne córki i to pod ich znakiem upłynął ten rok. Łapię się na tym, że miewam problem gdy ktoś, z kim przez dłuższy czas nie rozmawiałam, pyta co u mnie słychać. Bo tu póki co słychać przede wszystkim dzieci. Jest gwarno, głośno i wesoło. Zawsze tak nie będzie, więc staram się cieszyć chwilą. 




Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 1 grudnia 2015

Listopadowe czytanie, czyli Agata poleca (albo nie)

Kolejny miesiąc za nami, czas zatem na następny odcinek moich czytelniczych podsumowań. Jest szansa, że tym razem nawet się to komuś przyda - wszak święta nadchodzą szybkimi krokami, a niektórzy ludzie lubią dawać bądź dostawać książki (jeśli o mnie chodzi, uwielbiam jedno i drugie). Z góry uprzedzam, że poniższe akapity stanowią totalny chaos. Mój czytelniczy żywot ciężko byłoby określić mianem uporządkowanego. 

W listopadzie sięgnęłam po dwa kolejne tomy serii Henninga Mankella o Kurcie Wallanderze: Psy z Rygi oraz Białą lwicę. Przeczytany w październiku rozpoczynający serię Morderca bez twarzy zachęcił mnie do kolejnych tomów, zaś po lekturze drugiej i trzeciej części jestem już fanką Mankella. Podoba mi się swego rodzaju rozmach,  który cechuje świat przedstawiony jego książek: w swoich kryminałach nie ogranicza się on wyłącznie do problemów i miast Szwecji. Bohaterów może też umieścić w Rydze czy miastach RPA i robi to w sposób przekonujący, prawdziwy.

Stowarzyszenie umarłych poetów to jeden z moich ukochanych filmów (wiem, jestem mało oryginalna), postanowiłam zatem w końcu przeczytać powieść napisaną na podstawie scenariusza. No, nie tyle przeczytać, co przesłuchać. Stowarzyszenie w wersji książkowej nie jest raczej wielkim arcydziełem, ale to całkiem przyzwoita pozycja dla tych, którzy lubią i chcą sobie odświeżyć film. Przy okazji dodam, że Jacek Rozenek to wprawdzie przyjemny w odbiorze lektor, ale mógłby trochę popracować nad wymową anglojęzycznych nazwisk. Albo po prostu obejrzeć jakiś dokument o Whitmanie. 


Nazwę „Pasadena” (takie miasto w Kalifornii, znane z pewnością widzom serialu The Big Bang Theory; odmawiam używania polskiej wersji tego tytułu) Rozenek też wymawia trochę inaczej, niż bym chciała, ale to mi nawet tak bardzo nie przeszkadza. Czytany przez niego Marsjanin Andy’ego Weira, którego słuchałam m.in. wyciągając ze zmywarki czyste naczynia i uzupełniając ją brudnymi, wciągnął mnie doszczętnie. 

Wszystkim, którzy lubią czytać o tym dziwnym kraju, jakim są Stany Zjednoczone, polecam Ameryka nie istnieje Wojciecha Orlińskiego. Dobrze napisana, bardzo ciekawa książka, będąca swego rodzaju przewodnikiem po USA - mniej lub bardziej istniejącym.

Osobiście przychylam się raczej do opinii, zgodnie z którą Ameryka istnieje. Dowodem na to niech będzie Ulica nadbrzeżna Johna Steinbecka. Przyjemna, klimatyczna powiastka, pokazująca życie i perypetie członków ubogiej społeczności żyjącej w kalifornijskim Monterey w latach 30. XX wieku. Jest coś niesamowitego w czytaniu o przeszłości miejsc, które zna się takimi, jakie są teraz.

Nigdy nie byłam w Los Alamos i sądzę, że nawet moje życie nie jest tak zakręcone, bym miała się tam kiedykolwiek znaleźć. Powieść Wives of Los Alamos (TaraShea Nesbit) nie należy do porywających, choć temat od pewnego czasu mnie interesuje. Życie kobiet, które wyjechały do Nowego Meksyku, by towarzyszyć mężom pracującym w laboratorium nad tajemniczym projektem raczej nie należało do najprostszych. O tym, jak czuje się człowiek dzielący łóżko z kimś, kto brał udział w budowie bomby atomowej wolę nawet nie myśleć.

Rzadko zdarza się, że lektura książki kończy się dla mnie wybuchem płaczu, ale tak się skończyło moje czytanie The Time Traveler’s Wife Audrey Niffenegger. Powieść ta leżała sobie od lat na mojej wirtualnej liście „to-read” i w końcu sięgnęłam po nią w sensie dosłownym: stałam wtedy między bibliotecznymi regałami, nie szukając niczego szczególnego, gdy nagle mój wzrok padł na znajomy tytuł. The Time Traveler’s Wife to dla mnie książka, w przypadku której nie obchodzi mnie, czy jest dobra czy zła. Porwała mnie. Zawarte w niej emocje są w jakiś sposób „moje”, tak bardzo, że ostatnią stronę czytałam już przez łzy. 

Wiem, ryczenie przy książkach jest głupie. Ale jeszcze głupsze jest ciągłe uleganie pokusie czytania marnych powieści. Nie powiem Wam za dużo o A Christmas in Vermont: A Very White Christmas (Brian Mooney), bo nie warto. Jedynym atutem tej powieści jest to, że pada w niej dużo śniegu (wiecie, że nie widziałam śniegu od początku 2013 roku?).

Skoro już zaczęłam wątek kiepskich książek, to dopiszcie do tej listy jeszcze Maddie’s Recipe of Mysteries Emily Page. Po przeczytaniu tej pozycji już wiedziałam, że moje korzystanie z Kindle Unlimited nie wyjdzie poza fazę próbnego, bezpłatnego miesiąca. I że naprawdę istnieją książki, na które nie warto tracić czasu.

Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli Ałbeny Grabowskiej rozczarowało mnie głównie wykonaniem. Pomysł na książkę jest całkiem niezły - w każdym razie ja lubię wszelkie sagi rodzinne, w których losy bohaterów rozgrywają się na tle wydarzeń historycznych. Ale praktyka wygląda tu już tak sobie - postaci kompletnie mnie nie przekonywały, wszystko było jakieś płaskie i bez wyrazu. Nie jestem też przekonana co do historycznej ścisłości powieści. Seria zawiera jeszcze dwa kolejne tomy i naprawdę nie wiem, czy zechce mi się po nie sięgnąć.

W końcu przeczytałam The Catcher in the Rye J.D. Salingera! Bawiłam się przy tym wybornie. Większą część powieści pochłonęłam grając z Dawidem w Cywilizację. Podczas gdy on w ramach swojej tury dzielnie podbijał duńskie prowincje, ja przemierzałam Nowy Jork w towarzystwie Holdena Caulfielda. No i teraz pewnie już przez cale życie Buszujący będzie mi się kojarzył z Cywilizacją V.

Pomarańczowy Majdan Marcina Wojciechowskiego zaczęłam czytać trochę z sentymentu. W 2004 roku pełniłam rolę międzynarodowego obserwatora wyborów prezydenckich na Ukrainie. Byłam też na Majdanie, oglądałam miasteczko namiotowe. To ten rodzaj przeżycia, którego się nie zapomina. Lektura reportażu Wojciechowskiego pozwoliła mi wrócić do tamtych dni.

Tristan 1946 Marii Kuncewiczowej był nieco innego rodzaju podróżą sentymentalną. Uwielbiam tę autorkę od pierwszego zetknięcia z nią prawie dwadzieścia lat temu. Kocham wszystkie jej książki, które zdarzyło mi się czytać. Przywodzą mi na myśl czasy późnonastoletnie, okres, w którym zaczęłam doświadczać kontrastu między moimi ideałami, a otaczającym światem. Przeczytanie tej powieści w odległej Kalifornii początku XXI wieku to ciekawe doświadczenie. 

Kłamca Jakuba Ćwieka okazała się dla mnie książką, której mogłoby nie być. Zaczęło się ciekawie, ale im dalej w las, tym szybciej chciałam go opuścić. Coś w klimacie tej książki, a może sposobie jej napisania było tak totalnie nie moje, że na kolejne części w ogóle nie mam ochoty.

Do fanów twórczości Jerzego Pilcha raczej nie należę, a książka Zuza albo czas oddalenia z pewnością tego nie zmieniła. Opowieść o związku starszego mężczyzny ze znacznie młodszą kobietą niczym mnie nie zainteresowała, a świetny warsztat pisarski Pilcha okazał się zbyt słabym argumentem, by wzbudzić mój zachwyt. A jednak znalazło się w tej książce coś, co spodobało mi się szalenie, mianowicie słowa: „Można zakochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co? Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?”.

Mam na imię Ania Anny Grodzkiej odebrałam jako pozycję ważną i poruszającą. Poza historią byłej już posłanki czytelnik ma okazję dowiedzieć się co nieco o samym problemie transpłciowości, jak wygląda na co dzień życie osoby, której ten temat dotyczy, oraz na czym polega zmiana płci pod względem medycznym i prawnym. Po lekturze spodziewałam się czegoś w rodzaju życiorysu, a tymczasem zetknęłam się z ciekawą, kompetentnie napisaną książką.

Ale najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Ja nie jestem Miriam Majgull Axelsson. Ta książka jest piękna. Mądra, wartościowa, niekiedy przytłaczająca. Jednocześnie delikatna i brutalna. To taka powieść, po lekturze której człowiekowi jest na swój sposób żal, że ją przeczytał, bo już nigdy nie będzie mógł sięgnąć po nią po raz pierwszy. Jak wygląda życie przeżyte w kłamstwie? Czy takie kłamstwo może być uzasadnione? Jak istotna jest w ostatecznym rachunku prawda? Czy da się od niej uciec? Ja nie jestem Miriam to cudowna opowieść o pragnieniu życia.

_____________________
A teraz, moi mili, idę czytać następnego Mankella. 

P.S. Muszę chyba zacząć sobie przygotowywać te książkowe notki jakoś bardziej na bieżąco, bo potem to jest jedna wielka dłubanina.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Lektury października, czyli czas na podsumowanie

Zaczął się listopad, a ja korzystając z przejawów silnej woli postanowiłam dokonać kolejnego czytelniczego podsumowania. Jeśli chcecie podejrzeć, co Agata czytała w październiku, co jej się podobało, a przy czym zmarnowała czas - zapraszam.


Miesiąc rozpoczęłam Sprawą G - kryminałem Håkana Nessera, kończącym serię o komisarzu Van Veeterenie. Będzie mi brakować bohaterów tych kryminałów - z każdym kolejnym tomem zżywałam się z nimi coraz bardziej, choć początkowo nic tego nie zapowiadało - moim zdaniem seria zaczyna się tak sobie, ale wraz z każdą kolejną częścią naprawdę się rozkręca.

To nie jedyne pożegnanie października. Przesłuchałam trzy ostatnie tomy Oka jelenia Andrzeja Pilipiuka. Pod koniec byłam już tak wciągnięta, że dosłownie z radością rzucałam się na czynności takie jak opróżnianie i zapełnianie zmywarki, a w końcu w czytelniczym szale ulepiłam kopytka z kilku kilogramów ziemniaków. Wszystko ze słuchawkami na uszach.  Wrażenia z serii - jak najbardziej pozytywne. Po miesiącach zastanawiania się nad tym, jak też autor rozwikła losy bohaterów, muszę przyznać, że udało mu się mnie zaskoczyć. Podsumowując: Oko jelenia nie stanie się serią mojego życia, ale te książki wciągały, były najeżone różnymi historycznymi ciekawostkami i świetnie nadawały się do poznawania właśnie w formie audiobooka. Co prawda wolałabym, żeby autor w nieco mniejszym stopniu przemycał w narracji swoje poglądy, ale nie można mieć wszystkiego.

Dość o pożegnaniach, przejdźmy do powitań. Wzięłam się w końcu za Henninga Mankella. Mordercę bez twarzy czytało się dobrze, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że skandynawska policja ma w sobie to „coś”.

Po miesiącach polowania na promocję, udało mi się wreszcie kupić kilka książek Philipa Kerra. Kryminały, których akcja osadzona jest w III Rzeszy - to brzmiało intrygująco. W październiku przeczytałam trzy tomy serii (Marcowe fiołki, Blady przestępca i Niemieckie requiem) i na pewno sięgnę po kolejne. Sposób prowadzenia akcji w tych książkach ma w sobie coś, co nie do końca mi pasuje, poza tym postać głównego bohatera trochę mnie nie przekonuje. Jednak czasy, w których dzieją się przedstawiane wydarzenia, klimat faszystowskich Niemiec nadają tym powieściom ciekawego rysu.

Temat faszyzmu pojawił się również w książce On wrócił autorstwa Timura Vermesa. Muszę przyznać, że miałam lekkie opory przed humorystyczną powieścią, której głównym bohaterem jest Adolf Hitler. Cz
ytać powieść, choćby i fikcję literacką, o zbrodniarzu, wybuchając przy tym śmiechem? Spróbowałam. Książka była rzeczywiście zabawna, choć na swój sposób również przerażająca. W warstwie wizualnej wzrok przykuwa z pewnością okładka.

Nasłuchawszy się zewsząd ochów i achów na temat książek Katarzyny Bondy, sięgnęłam po Sprawę Niny Frank. Bardzo interesujący kryminał, zachęcający do tego, by sięgnąć po kolejne części, choć zakończenia wolałabym chyba nie czytać. Nie wiem też czemu podczas lektury od czasu przypominał mi się serial Złotopolscy.

Więcej krwi Jo Nesbø czytało się miło, ale to jedna z tych książek, z których spokojnie można zrezygnować. Muszę chyba zacząć się przyzwyczajać do myśli, że ten autor potrafi mnie zauroczyć tylko tymi książkami, w których występuje Harry Hole.

Nie zachwyciła mnie również Zagadka Kuby Rozpruwacza Andrzeja Pilipiuka, choć opowiadanie o tym, jak w wyniku wybuchu w Czarnobylu powstał zaczyn posiadający świadomość, samo w sobie zasługuje na sporo gwiazdek. Choćby za odjechany pomysł.

Wzruszyłam się Chatą wuja Toma. Książka jest oczywiście napisana w sposób tak sentymentalny i pretensjonalny, że gdyby powstała współcześnie, prawdopodobnie odłożyłabym ją na półkę po przeczytaniu pierwszych stron, bez względu na temat. Moja czytelnicza świadomość jakimś cudem jednak przefiltrowała jej język przez dzielące mnie od jej powstania 150 lat i pod koniec prawie się popłakałam. 

Temat konfliktów rasowych w USA należy do stałego repertuaru moich czytelniczych wyborów, więc po Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość autorstwa Katarzyny Surmiak - Domańskiej sięgnęłam bardzo chętnie. Było warto - to świetny reportaż, napisany przez kobietę, która uczestniczyła w wiecu organizowanym przez jeden z odłamów Ku Klux Klanu, rozmawiała z wieloma członkami i sympatykami organizacji, jak również jej wrogami. Opisy rozmów, które prowadziła, przeplatane są historią Afroamerykanów w Stanach Zjednoczonych, dziejami kolejnych odsłon klanu i obrazami zmieniającej się świadomości obywateli USA. Warto.

Grecja. Gorzkie pomarańcze Dionisiosa Sturisa to reportaż przybliżający nam zmagającą się z kryzysem gospodarczym Grecję. Bardzo dobra, konkretna książka, zza której wyłania się kraj szarpany problemami nieco bardziej złożonymi niż chciałyby to widzieć media. Przy okazji: nie miałam pojęcia o masowym wywożeniu greckich dzieci do komunistycznej Polski i chętnie dowiem się o tym czegoś więcej. Jeśli ktoś może podrzucić jakieś tytuły, to poproszę.

Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka Swietłany Aleksijewicz przeleżały na moim Kindle’u kilka miesięcy. Ostateczną motywacją do przeczytania był oczywiście Nobel dla autorki. Wrażenia mam podobne jak w przypadku czytanej dwa lata temu Czarnobylskiej modlitwy - mocna, niekoniecznie przyjemna, warta przeczytania, ważna książka. 

Dobrym pomysłem było sięgnięcie po Dworzec w Monachium Stanisława Dygata. Uwielbiałam jego książki kilkanaście lat temu, w czasach, kiedy byłam stałą klientką bukinistów przy krakowskim dworcu. Wygrzebywałam wtedy powieści Dygata spośród stert innych, pożółkłych i sczytanych książek. Lubiłam ich refleksyjny klimat, język. Lektura Dworca była trochę taką literacką wycieczką w przeszłość.

Podobało mi się Pokolenie Ikea Piotra C. Mamo, jeśli czytasz tę notkę, to nie sugeruj się akurat tą opinią. A tak serio: to raczej nie jest ten rodzaj literatury, którą chciałabym czytać na co dzień. Świat przedstawiony w powieści to nie jest świat, w istnienie którego chcę wierzyć. Jako karykatura Mordoru i okolic wydała mi się zabawna, straszna i obrzydliwa. Ale mniej więcej tego oczekiwałam, więc czuję się usatysfakcjonowana.

Death of a Cupcake Queen miało mi zapewnić dobry skok w jesień. Mam taką teorię, zgodnie z którą w chłodne pory roku należy przeczytać trochę litertury niższych lotów - takiej, w której ludzie się zakochują i wszystko cudownie się kończy. Mogą być to też tzw. cozy mysteries, czyli ciepłe, zabawne książki, w których np. w piekarni czy sklepie ze świeczkami (tak, czytałam taką książkę) dochodzi do morderstwa, a główny bohater, przeważnie płci żeńskiej, szybciej niż policja odkrywa tożsamość przestępcy. Death of a Cupcake Queen było jednak tak fatalnym wyborem, że na pewien czas mam dość tego typu książek. Literatura nie musi być ambitna, ale motyw z odkryciem zabójcy dzięki aplikacji na iPada, umożliwiającej sprawdzenie, jak dany człowiek będzie wyglądał za 20 lat, to za dużo nawet dla mnie. Picie alkoholu przez matkę i policjanta na imprezie kończącej naukę w szkole średniej też jakoś nie powala realizmem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że akcja miała miejsce w USA.
Na koniec zostawiłam sobie najpiękniejszą książkę tego miesiąca. The Glassblower Petry Durst-Benning to powieść, o której nawet nie potrafię powiedzieć, czy jest dobra, czy zła. Nawet mnie to za bardzo nie obchodzi. Czytałam ją jak zaczarowana, przez trzy dni szukając wszelkich dostępnych pretekstów do tego, by przeczytać kilka kolejnych stron. Martwiłam się o bohaterów, odwracałam wzrok, kiedy działo się coś złego. Zachwycałam się klimatem kupieckiej Turyngii z końca XIX wieku, niemiecką zimą i uczuciami bohaterów. I te bombki choinkowe, produkowane przez trzy tak różne od siebie siostry, ręcznie malowane, zachwycające nawet za pośrednictwem opisujących je słów. Po przeczytaniu ostatniej strony wiedziałam, że chcę jeszcze - i na szczęście więcej dostanę, bowiem powieść ma dwa kolejne tomy. Ale zanim zdążyłam po nie sięgnąć, skończył się październik.


czwartek, 1 października 2015

Wrześniowe czytanie, czyli czas na podsumowanie

Żegnamy wrzesień, witamy październik. Pomyślałam, że to dobry moment na małe książkowe podsumowanie - w ramach postanowienia, by takie podsumowania robić częściej, nawet raz na miesiąc. Oto notka, która pozwoli Wam prześledzić moje czytelnicze połowy ostatnich kilku tygodni.

Jako że w sierpniu wróciłam do porzuconej dłuższy czas temu serii kryminałów Camilli Läckberg, postanowiłam iść za ciosem i przeczytać wszystkie tomy, które mi jeszcze pozostały. O ile Fabrykantka aniołków faktycznie mi się podobała, o tyle Pogromca lwów nieco rozczarowywał. Czytając miałam wrażenie, że autorka bardzo chce napisać kolejny tom serii, ale robi to jakby byle jak. Jeśli dobrze zrozumiałam to i owo zawarte w posłowiu z podziękowaniami dla osób wspierających pisarkę w pracy twórczej, w jej życiu nastąpiły pewne zawirowania natury uczuciowej i to właśnie te zawirowania postanowiłam obarczyć winą za słabość Pogromcy. Tak czy siak na pewno będę sięgać po ewentualne kolejne tomy serii, zwyczajnie ciekawią mnie bowiem dalsze losy Eriki i Patricka.

Bardzo mieszane uczucia pozostawiła we mnie lektura Łowców głów Jo Nesbø. Jestem fanką Harry’ego Hole, ale książki spoza tej serii póki co jakoś mnie nie przekonują. Łowcy zaczęli się naprawdę nieźle i takimi pozostali mniej więcej do momentu, w którym główny bohater znalazł w swoim samochodzie trupa. Potem wszystko już przypominało mi szybko następujące po sobie sceny z kiepskiego filmu sensacyjnego. Całość łagodziło nieco nagradzające poprzedzające je słabości zakończenie - trochę przewidywalne, ale mimo wszystko dobre.

Przeglądam listę książek, które przeczytałam we wrześniu i wygląda na to, że był to bardzo kryminalny miesiąc. Przeczytałam aż cztery kolejne tomy serii Håkana Nessera o komisarzu Van Veeterenie i tym samym zostawiłam sobie na październik już tylko jedną, dziesiątą część cyklu. Z tych wrześniowych najbardziej podobał mi się chyba Karambol. Przy okazji pragnę zaapelować do wszystkich, którzy sięgają po tę serię i są rozczarowani pierwszymi tomami: potem robi się lepiej, naprawdę.

13 pięter Filipa Springera nie zmieniło mojej opinii o tym autorze. Jest świetny i już. Książka o sytuacji mieszkaniowej w Polsce, tej dzisiejszej i tej sprzed II wojny światowej to lektura przygnębiająca, ale dająca sporo do myślenia. Po jej przeczytaniu przez kilka ładnych wieczorów zadręczałam męża swoimi wnioskami i opiniami w kwestii kredytów, wynajmu i instytucji mieszkań komunalnych. Mam lekkie wrażenie, że mamy nieco inne podejście do tego tematu, ale to pewnie dlatego, że małżonek nie czytał jeszcze 13 pięter.

Skończyłam trzeci i czwarty tom Oka Jelenia Andrzeja Pilipiuka. To taka seria, do której najlepiej pasuje mi bardzo nieszkolne słowo „fajna”. Od pierwszej części poznaję ją za pośrednictwem audiobooków. Im więcej mam prania i zmywania, tym szybciej mi idzie. Ostatnio zaczęłam jeszcze słuchać podczas malowania kolorowanek dla dorosłych, które podobno mają działać uspokajająco (tak sobie tłumaczę czas przy nich spędzony).

Uległość Michela Houellebecqa przeczytałam niemal zaraz po zakupieniu ebooka. Po książki tego autora sięgam regularnie od czasu przeczytania Cząstek elementarnych. Zdecydowanie nie jest on moim guru w zakresie poglądów na różne tematy, ale pisze świetnie, a ja zachwycam się jego językiem (bądź tym, jak przedstawiają ten język jego tłumacze - niestety nie jestem w stanie czytać tych książek po francusku i coś mi mówi, że jak będę tyle czasu spędzać na czytaniu, to nic się w tej kwestii nie zmieni). Polecam.

Skoro już jestem przy książkach dotykających tematu islamu, to Tysiąc wspaniałych słońc Khaleda Hosseiniego pozostawiło mnie w stanie jednocześnie zachwytu i przerażenia. To kolejna, po przeczytanym w sierpniu Chłopcu z latawcem książka tego autora, która poruszyła mną od stóp do głów. Okrutna, przedstawiająca pewne sprawy w sposób bardzo wyrazisty. I bardzo potrzebna.

Dwie spośród książek, które przeczytałam we wrześniu, były czymś w rodzaju przerywników - mam tu na myśli Wschód Andrzeja Stasiuka i Te chwile Herbjørg Wassmo. Nie jestem wielką fanką Stasiuka, wydaje mi się, że to nie jest po prostu tak do końca „mój” pisarz, ale mam sporo uznania dla jego prozy. Wschód zdecydowanie należy tych jego książek, które bardziej do mnie trafiły. Z Wassmo z kolei mam problem przy każdej z jej powieści - są dobre, klimatyczne, wciągające. Ale gdzieś tam z tyłu głowy pobrzmiewa mi lekkie „ale”. Najcichsze „ale” słyszałam podczas lektury Stulecia, największe przy Księdze Diny. Te chwile ulokowały się gdzieś pośrodku, pozostawiając mnie w poczuciu, że przeczytałam całkiem dobry przerywnik.

Kompletnym niewypałem była dla mnie lektura Delia’s Shadow autorstwa Jaimie Lee Moyer. Opis książki i pierwsze strony mnie wciągnęły, potem było coraz gorzej. Jak na kryminał było to dla mnie kiepskie, wątek obyczajowy był mdły i nieprzekonujący, a autorka zapomniała chyba wyposażyć bohaterów w charakter. Raczej nie skuszę się na kolejne tomy, chyba że złoży mnie gorączka i będę potrzebować czegoś bardzo odmóżdżającego. Mimo wszystko książkę oceniłam na 2/5, głównie przez to, że akcja toczy się w San Francisco początku XX wieku.

Żeby nie wpadać w ponury ton, pragnę oznajmić, że Fried Green Tomatoes at the Whistle Stop Cafe Fannie Flagg zachwyciło mnie w stopniu niesamowitym. Spodziewałam się zabawnej powieści obyczajowej, a dostałam wspaniałą, mądrą książkę, doskonale łączącą w sobie humor i tragedię. To taka pozycja, po lekturze której człowiek się uśmiecha i wierzy w to, że świat jest fajny. Dzięki Atunia za polecenie, masz u mnie butelkę wina.

I w ten sposób docieramy do zbioru opowiadań Jamesa Franco o dość znaczącym dla mnie tytule Palo Alto. Ta książka znajdowała się od dość dawno na mojej liście „do przeczytania”. Zwróciłam na nią uwagę podczas buszowania w księgarni i postanowiłam kiedyś przeczytać - wszak sama mieszkam zaledwie kilka kilometrów od tytułowego Palo Alto. Opowiadania z tego zbioru to historie nastolatków wychowujących się w Dolinie Krzemowej chyba mniej więcej na przełomie lat 80. I 90. XX wieku (doszłam do tego na podstawie daty premiery Małej Syrenki Disneya, który to film jest wspominany w jednej historii). Mówiąc krótko, wszyscy tu piją, ćpają i robią nielegalne rzeczy. To dość przygnębiająca lektura i niestety nie jestem w stanie ocenić, na ile oddaje rzeczywiste realia Palo Alto tego czasu. Na Goodreads zbiór ten nie cieszy się raczej wysoką oceną czytelników. Ja jestem raczej na „tak” - książka jest przygnębiająca i często bezsensownie okrutna i wulgarna, ale jeśli autor chciał pokazać przygnębiający i wulgarny świat, to właśnie to mu się udało. Poza tym dla mnie, jako mieszkanki tych okolic, na swój sposób fascynujące było śledzenie bohaterów spacerujących bądź jeżdżących ulicami, które regularnie odwiedzam.


I to by było na tyle. Czas na październikowe czytanie. Jeśli moja silna wola zwycięży, kolejną taką notkę napiszę już za miesiąc.