Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalifornia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalifornia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 października 2017

Nawiedzony sąsiad, czyli moja druga najstraszniejsza przygoda w USA

Moja druga najstraszniejsza przygoda w Kalifornii miała miejsce w tym samym roku, co pierwsza, choć nieco wcześniej. Był początek roku, we mnie rosły bliźniaki co było zresztą już doskonale widoczne, ja zaś przeżywałam prawdziwą manię jedzenia zupy serowo-brokułowej.

Miałam na nią ochotę właściwie 24 godziny na dobę. Na szczęście podawano ją w pobliskiej knajpie, takiej, do której dało się dotrzeć bez wsiadania do samochodu, znajdowała się bowiem tuż obok apartamentowca, w którym wtedy miesz
kaliśmy. Regularnie zatem wynosiłam na dwóch spuchniętych  nogach swoje coraz bardziej puchnące ciało w kierunku wyczekiwanej uczty dla podniebienia. Spacer już wtedy był trochę skomplikowany, idąc przypominałam zapewne pingwina i nawet przyszło mi do głowy, że zamiast kombinować z tymi spacerami i jeszcze wydawać pieniądze, powinnam raczej gotować sobie tę cholerną zupę w domu, wtedy mogłabym mieć ją w ilościach hurtowych, bez ograniczania się do niewielkiej miseczki - niestety, zupa brokułowo-serowa okazała się być jedną z potraw, które absolutnie nie chciały mi się udać, ser zbijał się i nie chciał przemienić w delikatną, lekko słonawą zawiesinę.

Chodziłam zatem na tę swoją zupę, pochłaniałam ją, czytając lepszą lub gorszą książkę, a potem wracałam do domowego zacisza. Tak samo było i tym razem - szłam klikając w smartfona, gdy nagle zauważyłam, że idący koło mnie człowiek zrównuje ze mną krok. Pierwsza myśl, jaka przyszła i do głowy, była taka, że przez nieuwagę jakoś zaszłam mu drogę i on właśnie próbuje mnie minąć, zwolniłam zatem znacznie, czekając, aż przejdzie obok. Gdy to nie nastąpiło, spojrzałam na idącego obok faceta, który ni stąd ni zowąd zapytał:
- All you all right?

Trochę zdębiałam. Fakt, mogłam nie wyglądać na okaz sił witalnych, ciąża bliźniacza jest lekko męcząca, poza tym dopadła mnie anemia i męczył ból kręgosłupa, ale na swój sposób byłam do tego przyzwyczajona i nie wydaje mi się, żebym sprawiała wrażenie kogoś kto może np. zemdleć. Z drugiej jednak strony facet mógł po prostu być troskliwy, może sam miał żonę albo siostrę w ciąży (był mniej więcej w moim wieku), albo jakieś złe doświadczenia. Zapewniłam go zatem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i ruszyłam dalej przed siebie.

Facet też ruszył przed siebie, problem polegał jednak na tym, że najwyraźniej zmierzał w tym samym kierunku. Okazało się bowiem, że mieszkał w tym samym apartamentowcu - kiedy doszliśmy do bramy, otworzył ją swoim dyngsem, a potem szedł wraz ze mną przez ciemne korytarze. W tym czasie zdążył mnie zapytać:
- skąd jestem,
- jakimi językami mówię,
- czy mój mąż się cieszy z ciąży

...i o kilka innych rzeczy, oraz powiedzieć:
- że pracuje w PayPalu
- że jego dziewczyna mówi po angielsku, francusku i jeszcze w jakimś języku
- że nasz apartamentowiec jest super

...i kilka innych rzeczy. Był to trochę dziwny potok informacji jak na kogoś, kogo "znałam" od trzech minut, ale naprawdę przestraszyłam się, kiedy facet podszedł ze mną pod drzwi naszego mieszkania. Zapytał, czy jestem pewna że nic mi nie będzie, a kiedy zwróciłam się w kierunku drzwi, objął mnie na pożegnanie.

Wpadłam do środka, zamknęłam drzwi na klucz, przypominając sobie jednocześnie teorię znajomego, w myśl której włamywać się do kalifornijskiego domu czy mieszkania należy przez ścianę, a nie przez drzwi, bo drzwi akurat są w miarę solidne, natomiast ściana to taka byle jaka sklejka. Siadłam do komputera i spuchniętymi palcami wystukałam kilka spanikowanych wiadomości do D. Wszystko to było kompletnie absurdalnie - facet nie zrobił w sumie nic złego (poza naruszeniem mojego "bąbla", jak nazywa to moje sześcioletnie dziecko), ale to akurat mogło mieć jakieś uzasadnienie i wynikać np. z wychowania czy różnic kulturowych. Całość jednak była dziwna i niepokojąca.

I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi, a ja cała zdrętwiałam.

Oczywiście najprostsze wyjaśnienie było takie, że dzwoni listonosz. W ciąży przeżywałam prawdziwą manię tworzenia biżuterii i non stop przychodziły do mnie jakieś paczki z koralikami. Odczekałam chwilę i podeszłam do drzwi. Wyjrzałam przez wizjer i zauważyłam znajomą sylwetkę mojego nowego znajomego, znikającą za rogiem korytarza.

No i teraz byłam już nieźle przestraszona. A ponieważ wyobraźnia działa u mnie zwykle na wysokich obrotach, przez kilka kolejnych tygodni nie chodziłam już na zupę brokułową, a w torebce nosiłam nóż.

Nic się jednak nie działo - nikt dziwny nie dzwonił do moich drzwi, nikt mnie nie zaczepiał. Oczywiście co jakiś czas myślałam o tym wszystkim - coraz bardziej prawdopodobna wydawała mi się teoria, zgodnie z którą facet miał jakąś obsesję na punkcie bab w ciąży. Samotny nie był, mówił przecież że ma dziewczynę, zdaje się też, że mieszkanie wynajmował wspólnie  kolegą. Po jakimś czasie uspokoiłam się, wyjęłam nóż z torebki (noszenie go tam też nie było super bezpieczne) i powoli zaczęłam zapominać o sprawie.

Pewnego dnia dzwonek do drzwi zadźwięczał ponownie. Nawet nie przyszło mi do głowy, że to może być tamten człowiek - minęło za dużo czasu. Otworzyłam więc bez namysłu i oto miałam go przed sobą, stojącego z niewielkim szmacianym pakunkiem w ręku. Gość zaczął mi tłumaczyć, że mają jakąś akcję w mieszkaniu, jakąś dezinsektyzację czy coś w tym stylu i muszą wynieść swoje rzeczy, on właśnie wynosi do znajomego laptopa i jakiś inny sprzęt (pokazał mi swój wypchany plecak), ale chciał zapytać czy nie mogłabym mu przechować tej paczki, którą trzymał.

Patrzyłam na niego niepewnie, bo w ogóle mi się to nie podobało. Facet musiał to zauważyć, bo zaczął zapewniać, że w tym pakunku niczego takiego nie ma, on mi zresztą zaraz wszystko pokaże - ot, strój na siłownię, wyjaśniał, pokazując mi jakąś zwiniętą koszulkę i spodenki. Pojęcia nie mam, dlaczego kolega mógł mu przechować laptopa, ale koszulki i spodenek już nie. Wiem, że prawdopodobnie w ogóle nie powinnam brać od niego tej paczki, ale z drugiej strony bałam się tego nie zrobić. Kiedy już ją przyjęłam, gość chciał jeszcze się umówić na jej odbiór - najchętniej za kilka godzin. Powiedziałam, że za kilka godzin to absolutnie nie będzie mnie w domu (miałam zamiar być, ale postanowiłam zmienić plany i trzymać się jak najdalej od tego miejsca przez kolejne godziny) i podałam godzinę wieczorną, żeby być pewną iż D. będzie już wtedy w domu.

Nigdy więcej nie widziałam tego człowieka, bo wieczorem paczkę oddał mu mój mąż. I do tej pory nie wiem o co w tym wszystkim chodziło. Wrażenia D. były podobne jak moje - z gościem zdawało się być wszystko w porządku, choć robił dziwne rzeczy. Nie aż tak dziwne jednak, żeby dało się do czegoś jakoś konkretnie przyczepić. Podryw mocno ciężarnej baby na zawiniątko ze strojem gimnastycznym wydaje się dość zaawansowaną teorią.

Kilka miesięcy później wynajęliśmy inne lokum, choć nie ze strachu przed sąsiadem. Jakoś po tym, gdy D. przekazał mu paczuszkę moje nerwy zdołały się uspokoić.

A Wy coś z tego rozumiecie?:)

czwartek, 28 września 2017

Moja najbardziej przerażająca przygoda w Kalifornii

Wczoraj lało i wiało do tego stopnia, że poważniej niż zwykle zaczęłam rozważać kupno samochodu. Broń Boże nie chciałabym nim jeździć codziennie - mieszkam w miejscu zapewniającym mi rzetelną dawkę codziennego spaceru, z którego za nic nie chciałabym rezygnować. Ale jeśli mogłabym od czasu do czasu uniknąć przemoknięcia do suchej nitki, to może jednak...? Dziś jednak poranek przywitał mnie pięknym słońcem i wszelkie samochodowe idee uciekły z mojej głowy w siną dal.

Ale coś mi się przypomniało. Coś, o czym zaraz Wam opowiem. I może nawet niektórzy z Was uwierzą, że czasem lepiej nie mieć samochodu niż go mieć. Albo inaczej: czasem fakt posiadania samochodu może być przyczynkiem do powstania sytuacji co najmniej nieprzyjemnych.

To była końcówka listopada w 2014 roku. Kalifornia tonęła w oparach słonecznych promieni, a ja od dwóch tygodni po raz pierwszy w życiu mieszkałam w domu. W domu, nie w mieszkaniu. Właśnie dlatego tak dobrze pamiętam, kiedy to się wydarzyło: przeprowadziliśmy się z San Jose do Mountain View, z którego było dość daleko do dotychczasowego przedszkola E. Postanowiliśmy zatem ją wypisać i poszukać innej, bliższej placówki. Dzień, o którym mówię, był jej ostatnim w starym przedszkolu. Gdyby coś takiego wydarzyło się wcześniej, ten ostatni dzień nastąpiłby zapewne o wiele dawniej.

Ale po kolei.

Późnym popołudniem jak zwykle podjechałam pod budynek przedszkola. Parking był tam dość mizerny - mieścił może 10 aut, więc o ile nie przyjechało się odpowiednio wcześnie, pozostawało parkowanie przy ulicy. Nawet mi to pasowało - było to jak najbardziej legalne i prostsze niż celowanie w konkretne wąskie miejsce, z którego potem trzeba było jakoś wyjechać. Biorąc pod uwagę fakt, że podobnie jak większość odbierających dzieci matek byłam posiadaczką minivana, jakieś tam znaczenie to miało.

Zaparkowawszy samochód zwróciłam uwagę na pojazd stojący przede mną. Natychmiast go rozpoznałam - niewątpliwie należał do faceta mieszkającego naprzeciwko przedszkola. Gość był dość malowniczym typem - wyglądał jak podstarzały hippis, z długą białą brodą, niedbałym strojem i nieprzytomnym wzrokiem. Pod jego domem zawsze stało kilka zdezelowanych aut. Teraz jedno z nich stało tuż przede mną, a jego właściciel zajęty był wyciąganiem z jego wnętrza kolejnych toreb z zakupami i przenoszeniem ich na drugą stronę jezdni. Nie zastanawiając się nad tym wszystkim za bardzo, wyjęłam ze swojego bagażnika wózek, do którego zapakowałam swoje kilkumiesięczne bliźniaki i poszłam odebrać ich starszą siostrę.

Kiedy wróciłam do samochodu, zapakowałam wózek i trójkę dzieci do środka, zajęłam miejsce kierowcy i zamarłam. Przed sobą nadal miałam zaparkowane auto dziwnego faceta. Za sobą zaś - kolejny z jego zdezelowanych samochodów. Facet zwyczajnie mnie zastawił. W tej chwili stał naprzeciwko, przed swoim domem i kiwając się w przód i w tył wpatrywał się we mnie uważnie. Zauważyłam, że przed jego domem znajduje się przedziwna dekoracja - co najmniej kilkanaście drewnianych krzyży wbitych w ziemię. Pojęcia nie mam o co w tym chodziło (prawdopodobnie po prostu o to, że facet był dziwny), wiem natomiast, że budziło dość przerażające wrażenie. Uwierzcie - ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, do kogo powinnam podejść i poprosić o przestawienie samochodu.

Nie wiedziałam co robić, zaczęłam więc od napadu paniki. Potem, zdaje się, wysłałam Dawidowi wiadomość odnośnie sytuacji. Być może powinnam zadzwonić po jakąś policję czy inną pomoc drogową, ale byłam zbyt przerażona żeby racjonalnie myśleć. Myślałam o tym, że facet pewnie celowo zastawił moją Hondę, żebym pieprznęła w jego auto i spowodowała szkodę, za którą musiałabym zapłacić.

To było najdłuższe wycofywanie w moim życiu, polegające na wielokrotnym podjeżdżaniu i cofaniu
- a przynajmniej tak odebrała to moja psychika. Byłam przerażona, dzieci na tylnym siedzeniu również. Ostatecznie wyjechałam szczęśliwie, w czym niewątpliwie pomogła mi kamerka. Jechałam do domu z bijącym sercem i niesamowitym poczuciem ulgi. Do tej pory zdarza mi się opowiadać o tamtym zdarzeniu. Po 3 latach nadal nie wiem dokładnie o co w nim chodziło. Wiem natomiast, że była to jedna z dwóch najbardziej przerażających rzeczy, które spotkały mnie w Stanach*.

Teraz moje dzieci pokonują drogę do przedszkola i szkoły pieszo. Dzięki temu żaden podejrzany koleś z krzyżami pod chałupą nie może mnie zastawić.

P.S. Nie, to nie sen.


*Chcecie usłyszeć o tej drugiej?:)

poniedziałek, 14 listopada 2016

A miało być zimno

Życie zaskoczyło mnie już niejednokrotnie. Na przykład wtedy, gdy dostałam stypendium naukowe (dość długo myślałam, że koleżanka przekazująca mi tę wieść robi sobie ze mnie jaja). Albo gdy okazało się, że będę mieć bliźniaki. Albo podczas wizyty w hali targowej w Połtawie (stare wagi, liczydła). Ale wszystko to pikuś przy świadomości, że w listopadzie roku 2016, jako mieszkanka Irlandii, stoję sobie na zewnątrz ubrana w jeansy i t-shirt z krótkim rękawem i nawet nie marznę.

No dobra - trochę naginam rzeczywistość. Epizod z krótkim rękawem trwał maksymalnie kwadrans i miał miejsce za domem, gdzie wieszałam pranie. Przy dłuższej wyprawie raczej włożyłabym na siebie jakąś kurtkę, bo jednak czternaście stopni to temperatura trochę daleka od letniej. Ale wierzcie mi - nie zmarzłam. A pogoda w Irlandii póki co okazuje się zupełnie nie tym, czego się po niej spodziewałam.

Spodziewałam się bowiem deszczu, występującego z dość dużą częstotliwością. Najprawdopodobniej codziennie. Miałam do tego trochę mieszany stosunek. Z jednej strony jako osoba z pudlem na głowie, obsesyjnie prostująca swoje długie włosy spodziewałam się, że będę musiała zmienić nastawienie do swojej fryzury. Z drugiej - no cóż, ja w zasadzie lubię deszcz i listopadowy nastrój. Szare niebo, lampa zapalona również w dzień i dźwięk kropel deszczu uderzających o parapet... Wiecie jak wtedy się rewelacyjnie czyta? Pisze? Myśli? Pracuje?

Tak więc przeprowadzając się z Kalifornii do Irlandii deszczu oczekiwałam i bałam się równocześnie.

Nie powiem - trochę tu pada. Na pewno dużo więcej niż we wspomnianej Kalifornii. Szara pogoda przywitała mnie tu w sierpniu i przez pierwsze dni zdawała się dominować. Po kilku spędzonych tu miesiącach mam jednak wrażenie, że póki co więcej deszczu miałam podczas ostatniego lata spędzonego w Polsce. Na pewno więcej razy porządnie zmokłam. Słonecznych dni jest mnóstwo. Temperatury oczywiście przesadnie nie rozpieszczają (dzisiejsze 14 stopni to trochę wyjątek, ostatnio w ciągu dnia jest bliżej 10, choć bywa i zimniej) i często naprawdę bardzo mocno wieje. Ale samego słońca jest zaskakująco dużo. Wybrzeże w Dun Laoghaire skąpane w jasnych promieniach wygląda pięknie niezależnie od wiatru. A moje okulary przeciwsłoneczne są używane dość często, bo popołudniowe słońce potrafi porządnie dać po oczach.

Pławię się zatem w tej ładnej pogodzie, podświadomie wciąż czekając na jakieś załamanie, ulewy trwające przez tydzień i brak widoku słońca aż do wiosny. Pewnie prędzej czy później to nastąpi. Póki co Irlandia bardzo stara się mi udowodnić że to, co mówią o jej warunkach pogodowych, to czyste kłamstwo. No, chyba że ja mam bardzo wysoką tolerancją na deszcz i czegoś tu nie dostrzegam.
No, ale z dwojga złego chyba lepiej w tę stronę.


środa, 9 grudnia 2015

Zimno, kurde

To nie będzie mądra notka. Odkrywcza ani ważna też nie. Będzie bzdurna i egoistyczna. Jest bowiem zimno i tylko to się tego wieczoru liczy.
Jak zapewne zauważyliście, jest już grudzień. Czyli tak jakby zima. Tak jakby, bo ta astronomiczna ma się zacząć dopiero tuż przed Bożym Narodzeniem. Gdyby spadł śnieg, raczej nikogo by to nie zdziwiło. Dla porządku sprawdzam - wygląda na to, że w Warszawie nie sypie. Temperatura w dzień wynosi kilka stopni powyżej zera. Mieszkańcom stolicy może nieco przeszkadzać deszcz. Nawet bez śniegu jest pewnie zimno i nie bardzo przyjemnie.

A ja tymczasem siedzę sobie w tej całej Kalifornii. Jest wieczór, moje dzieci leżą w łóżkach. Ja też leżę (no - półleżę) na moim szwedzkim łożu w sypialni. Pod dwiema kołdrami. I marznę. Wystukuję tę notkę zimnymi palcami. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo można zmarznąć kilkadziesiąt kilometrów na południe od San Francisco.

Nikt mi nigdy nie wmówi, że piętnaście stopni to zawsze piętnaście stopni. W Polsce przy tej temperaturze zapewne nie zawracałabym sobie nawet głowy kurtką. Tutaj chodzę opatulona w strój, który towarzyszył mi w Zurychu w sezonie zimowym 2011/2012. Był wtedy porządny mróz, tak porządny, że nie wychodziłam z domu, o ile absolutnie nie musiałam.  No, dobra, bywają dni (jak choćby dziś i wczoraj), kiedy wystarczy mi zwykły sweter. W sumie to luksus, tak bez kurtki w grudniu.

Zimowe buty, które widuję w sklepach, wcale już nie wyglądają dla mnie groteskowo, choć 3 lata temu, kiedy tu przyjechałam, ich widok nieco mnie bawił. Zimowe buty, w Kalifornii? W takiej ilości? Jasne, ludzie wyjeżdżają, w tym często do miejsc, w których pada śnieg. Ale bez przesady. A teraz zaczyna mi się wydawać, że po kolejnych trzech latach tutaj sama bym te buty kupowała.

Mieszkam w słonecznej Kalifornii. W słonecznej Kalifornii śpię pod dwiema kołdrami i często jeszcze w skarpetach. Herbatę piję już nie tylko dla smaku (choć bardzo lubię), ale również dla rozgrzania się. A na szczyt mojej prywatnej listy małych i wielkich zazdrości wspina się szybko tak banalny obiekt jak kaloryfer. 

Bo my tu nie mamy kaloryferów. Oczywiście da się ogrzać dom i mieszkanie. Ciepłe powietrze wpada wtedy przez specjalne kratki. Nie lubię tego, kiedy wstaję rano po takiej serii ciepłych podmuchów czuję się ociężała i od razu zmęczona. Alternatywą jest poranne wstawanie w świecie o temperaturze czternastu stopni. Co kto woli. Testowałam obie możliwości i wciąż nie mogę się zdecydować.

Chodzę, a niekiedy i śpię w ciepłych swetrach. I po raz kolejny klnę na samą siebie za mój genialny pomysł z sierpnia, kiedy byłam w Polsce, w myśl którego stwierdziłam, iż nie ma sensu wracać do Stanów z tymi wszystkimi zimowymi ciuchami. Wystarczy tylko to czy tamto. Bo przecież w Kalifornii jest ciepło, lepiej już przeznaczyć więcej miejsca w walizce na inne rzeczy.

Właściwie to chciałam napisać o czymś zupełnie innym. Na przykład o tym, dlaczego jest niefajnie, kiedy mąż wyjeżdża na drugi koniec kontynentu, nawet jeśli tylko na kilka dni. Albo coś na długo odkładany temat - błędy, które łatwo popełnić po przeprowadzce w nowe miejsce. Albo o znikających skarpetkach. Tyle, że się nie da. Jest za zimno.

Idę po więcej herbaty.

środa, 25 listopada 2015

Prosto z Kalifornii, z tęsknoty za deszczem

To się zaczyna pod koniec jesieni i przy odrobinie szczęścia wraca co jakiś czas przez kilka kolejnych miesięcy. Wchodzę wtedy na Facebooka i czytam posty kalifornijskich znajomych zachwycających się pogodą. Słowo daję, nigdzie nie widziałam takiej zbiorowej frajdy z deszczu, jak tutaj.

Gdyby pięć lat temu ktoś mi powiedział, że będę cieszyć się z każdej prognozy pogody, zapowiadającej opady, puknęłabym się w głowę. Nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym odczuwać brak czegoś, czego doświadczałam przecież regularnie, w dodatku często w niewłaściwym czasie. Podczas weekendu, kiedy zniechęcona tonącym w strugach deszczu światem rezygnowałam z zaplanowanej wycieczki. W drodze na imprezę, akurat w dniu, kiedy zdecydowałam się na soczewki kontaktowe i porządny makijaż. Późnym popołudniem, kiedy po całym dniu pracy czekałam na autobus pod gołym niebem, bo pod dachem wiaty panował taki ścisk, że nie zdołałaby się tam zmieścić sama Anja Rubik. 

To nie jest tak, że nie lubiłam deszczu. Dobrze się czuję w wysokich temperaturach, ale klimat listopada, takiego z klasyczną polską pluchą, żółtymi liśćmi wdeptanymi w kałuże i zimnym wiatrem zatykającym dech ma dla mnie swoisty urok. Lubię spacery przy takiej pogodzie - oczywiście nie wtedy, kiedy akurat niosę zakupy, spieszę się gdzieś, albo powinnam dobrze wyglądać. Powiedzmy, że chodzi o sytuacje, w których mogę sobie pozwolić na moment lenistwa i niedbalstwa. Kiedy nie muszę się martwić o przemoczone nogawki spodni i wilgotne włosy. Te strugi deszczu działają na mnie w jakiś sposób napędzająco: mogę moknąć i brnąć przez kałuże, proszę bardzo. Jakimś cudem właśnie w takich sytuacjach fantastycznie mi się myśli. Czasem, dla odmiany, lubię też stanąć po drugiej stronie lustra, wstąpić do kawiarni i w ciepłym, przyjemnie oświetlonym wnętrzu popijać ciepły napój i spoglądać na smętne, jesienne ulice oddzielone ode mnie szklaną taflą okna. Świat się zmienia, a wraz z nimi ludzie, ale jedno jest pewne: jeśli kiedyś w końcu napiszę książkę (albo skończę jedną z tych, które zaczęłam), to zrobię to właśnie jesienią.

Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w Kalifornii będę tęsknić za pluchą. 

A jednak to robię: codziennie z maniackim uporem sprawdzam prognozę pogody na kolejne dni, wydając okrzyki w rodzaju: „o, w czwartek dodali deszcz!” albo: „ej, wycofali niedzielne opady”. Mówię to tak, żeby brzmiało zabawnie. Ale kiedy już nadchodzi ranek, w którym mojej pobudce towarzyszą dźwięki deszczu bębniącego o dachówki, to usta mojego wewnętrznego ja rozciągają się w szerokim uśmiechu.

I sądząc z tego, jak reaguje na deszcz wielu spośród moich tutejszych znajomych - nie jestem jedyna.

Choć pewnie nie wszystkim chodzi o tęsknotę za pluchą. Kalifornia od kilku lat zmaga się z poważnym problemem suszy. „We need it”, mówią tutejsi w mokre dni. 


Nic to, idę czytać, nasłuchując odgłosów zza okna. Według mojego telefonu za dwie godziny mamy jakieś 30% szansy na deszcz. Być może uda mi się zasnąć z rytmicznym akompaniamentem w tle.

wtorek, 6 października 2015

Pole pełne dyń, czyli w Kalifornii zaczęła się jesień

W październiku atmosfera w Kalifornii ulega pewnej zmianie - nadal jest dość ciepło i słonecznie, ale powoli czuje się, że lato już się skończyło. Dni robią się krótsze, a wieczorom towarzyszy pomarańczowe niebo coraz słabiej rozświetlone zachodzącym słońcem.

Pomarańczowo jest zresztą wszędzie wokół. Ostatniego października Amerykanie będą obchodzić Halloween, a tygodnie poprzedzające ten dzień to czas przygotowań. Sklepy wypełnią się dorosłymi i dziećmi poszukującymi nowych kostiumów. Ale ciuchy to nie wszystko - tak samo ważne są dynie. Na początku października jest ich już pełno w sklepach spożywczych, w różnych odmianach, rozmiarach i kolorach (choć dominują oczywiście te pomarańczowe).

Atmosfera towarzysząca temu wszystkiemu jest przede wszystkim radosna, a jednym z moich ulubionych jej przejawów są wyprawy na pumpkin patch, czyli pole dyniowe. Jest ich mnóstwo, ja jednak pozostaję wierna farmie w San Martin, położonej około 30 mil na południe od miasteczka, w którym mieszkam. W ciągu ostatnich lat byłam tam już trzy razy i niezmiennie polecam to miejsce wszystkim, którzy chcą zobaczyć wielki plac wypełniony dyniami. I może jakieś kupić.

Wprawdzie należę do tych, którzy na pumpkin patch jadą z zamiarem nabycia dyń, ale tak naprawdę przede wszystkim chodzi mi o zdjęcia. Wszystko jest tam bowiem utrzymane w tak cudownej konwencji kolorystycznej, że aparat zdaje się sam z siebie robić świetne fotki. Wyobraźcie sobie plac z tysiącami dyń, a wśród nich alejki i klomby kwiatów. Tu i ówdzie organizatorzy dodali różne atrakcje, skierowane głównie do dzieci: pociągi, labirynt wśród pola kukurydzy (podobno naprawdę można się w nim zgubić - jeśli tak się stanie, należy zadzwonić pod podany przy wejściu numer telefonu), mini-zoo, w którym dzieciaki mogą nakarmić i pogłaskać np. kozę, karuzele, bele siana, po których można skakać, zespół przygrywający gościom i oczywiście budki z jedzeniem (w weekend po raz pierwszy jadłam lody dyniowe). I choć zarówno kalendarz, jak i otaczające nas w takim miejscu barwy jednoznacznie wskazują na to, że jesień już się zaczęła, to goście odwiedzający tego dnia pole dyniowe w San Martin mają na sobie letnie ciuchy, bowiem temperatura wciąż wynosi dobrze ponad dwadzieścia stopni - a bywa, że jest znacznie cieplej. A możecie mi wierzyć, że takie cztery godziny pod kalifornijskim słońcem przy dwudziestu paru stopniach mogą skutkować opalenizną - ja w każdym razie w sobotę spaliłam sobie kark.

Pewnym minusem wizyt na pumpkin patch mogą być tłumy innych odwiedzających. Przeważnie są to całe rodziny z dziećmi. Oczywiście najlepiej jest pojechać tam w dzień roboczy, wtedy można uniknąć tłoku. Ja w tym roku postawiłam na inne rozwiązanie - pojechałam w pierwszy weekend po otwarciu i było całkiem w porządku. 

Moda na pola dyniowe będzie trwała w najlepsze przez kolejne tygodnie. Ja mogę chyba założyć, że w tym roku temat mam odfajkowany - spędziłam kilka godzin w fajnej atmosferze, kupiłam dynie i zrobiłam sporo zdjęć. No i wiem już jak smakują lody dyniowe. Muszę przyznać, że wolę je od czosnkowych (tak, jadłam takie).

Wizyty na dyniowych farmach należą do tych rzeczy, które w Kalifornii lubię najbardziej. 

czwartek, 3 września 2015

3 lata za Wielką Wodą, czyli co się tak naprawdę zmieniło

I tak oto mijają trzy lata, odkąd wylądowałam w USA. W tym czasie wydarzyło się całe mnóstwo rzeczy, zobaczyłam wiele nowych miejsc, spotkałam nowych ludzi - i przez to wszystko na pewno trochę się zmieniłam. Przeprowadzka tutaj wymusiła na mnie zmianę różnych przyzwyczajeń i podejścia do pewnych spraw. Mogłabym o tym ględzić długo i na poważnie, ale spróbuję zrobić to sprawnie, ciekawie i choć odrobinę zabawnie. 

Zaczęłam prowadzić samochód. Zawsze byłam fanką komunikacji miejskiej, jako miejsca, w którym można poczytać i poobserwować ludzi. Pewnie, że bywało wkurzająco, np. wtedy gdy trzeba było czekać w strugach deszczu na spóźniający się tramwaj, ale jakoś nigdy nie był to dla mnie jakiś koszmarny problem. Nie zawsze dało się usiąść, ale czytać da się też na stojąco. W czasach, gdy mieszkałam w Krakowie, miałam niemal pewność, że każdego dnia będę mogła przeznaczyć godzinę czy półtorej na czytanie - właśnie dzięki komunikacji miejskiej. Ach, a te czasy, gdy remontowali Rondo Mogilskie - jak to wspaniale wydłużało czas podróży!

Zaczęłam korzystać w biblioteki. W Polsce robiłam to tylko wtedy kiedy musiałam - no, może pomijając okres dziecięcy, kiedy lubiłam buszować wśród półek z książkami dla najmłodszych. Biblioteki szybko wydały mi się miejscami niesympatycznymi, w którym czytelnik traktowany jest jako potencjalny złodziej książek. Tak, wiem - jak ze wszystkim, bywa różnie. I ja też różnie trafiałam. Biblioteką w Santa Clara, do której trafiłam tuż po przeprowadzce do Stanów, zachwyciłam się od pierwszego wejrzenia. Dużo książek, sympatyczna obsługa, zajęcia dla dzieci, świetne wyprzedaże, kursy dla seniorów (ok, z nich akurat nigdy nie korzystałam) oraz brak konieczności interakcji z kimkolwiek, bo wypożyczane książki skanuje się osobiście - super.

Zaczęłam doceniać mieszkanie w domu. Zawsze byłam dziewczyną z bloku i nie miałam z tym problemu. To, że w końcu zamieszkałam w domu, to w dużej mierze przypadek, któremu fakt mieszkania w USA na pewno pomógł. Doceniam komfort, jaki daje taki osobno stojący dom. I tylko staram się za bardzo nie przyzwyczajać, bo przecież jeszcze różnie może być - wszak ta dziewczyna z bloku tkwi we mnie głęboko, a starych drzew się nie przesadza.

Zaczęłam jeść burgery. Takie „bardziej”, nie te z McDonald’s. Wiem - zło, kalorie i cała reszta, dlatego jem je tylko czasami, może raz na kilka miesięcy. Ale nie zmienia to faktu, że lubię. A skoro już jesteśmy przy kwestiach gastronomicznych, to mac and cheese mi kompletnie nie podeszło.

Zaczęłam oszczędzać wodę. Nie jakoś ekstremalnie - przy pięciu osobach w domu trudno mówić o totalnym zaciśnięciu pasa. Ale trochę da się zrobić, zwłaszcza, jeśli człowiekowi na tym zależy. Kalifornia od kilku lat ma poważny problem suszy i władze przypominają o tym niemal na każdym kroku. 

Przestałam się tak bardzo przejmować swoim wyglądem. Nie zrozumcie mnie źle - zwracam na to uwagę, zresztą lubię fajne ciuchy i całą resztę tych spraw. Ale nie mam problemu z tym, żeby wyjść do skrzynki na listy w piżamie. Ba, w piżamie odwiedziłam też sklep spożywczy i przedszkole (ale to była zima, na górze miałam kurtkę, więc istnieje szansa, że na kolorowe spodnie od piżamy nikt nie zwrócił uwagi). Miałam też sąsiada, który w piżamie wyprowadzał swojego psa.

Zaczęłam kupować jedzenie i inne potrzebne artykuły w hurtowych - jak na Europejkę - ilościach. Na początku strasznie mnie wkurzały duże opakowania wszystkiego. Kojarzyło mi się to z marnotrawstwem, bo przecież jeśli tego jest tyle, to gdzieś tam po drodze musi się to zacząć psuć. Teraz mam już inne podejście - wiem, że wszystko jest kwestią odpowiedniego planowania. Czasem tylko dla żartu robię sobie zdjęcie np. z olbrzymią butlą octu.

Zaczęłam sama zagadywać nieznajomych ludzi. Ok, nie robię tego bardzo często, ale zdarza mi się. Jak tego popołudnia, kiedy jechałam windą z panią wiozącą koty do weterynarza. Koty zbliżają. Albo tego wieczoru, kiedy nie wyszedł mi tort, zdołowana pojechałam po gotowca i opowiedziałam wszystko gościowi, któremu płaciłam. Kilka razy zdarzyło mi się też zagadnąć matki bliźniąt mniejszych niż moje. Nie zmienia to faktu, że jak na tutejsze standardy i tak jestem dość wycofana - to raczej mnie zaczepiają, a nie na odwrót. 

Ale przede wszystkim stałam się chyba bardziej otwarta. Rzadziej oceniam. Uśmiecham się spontanicznie. Może dlatego, że inni też to robią, a może działa tu jakiś wewnętrzny mechanizm, podpowiadający, że z uśmiechem na ustach jest jakby łatwiej.

I choć do zakochanych w Dolinie Krzemowej raczej nie należę, to myślę sobie dziś, że coś tam jej zawdzięczam. Jeśli nic innego, to przynajmniej przygodę.


poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Tęsknota, czyli czego brakuje mi w Kalifornii

Od dwóch tygodni z kawałkiem jestem znów w Kalifornii. I wiecie co? Chyba zaczynam tęsknić. Za Polską, za Europą. Nie ma tragedii - lubię tu być, to miejsce ma wiele zalet i wiem, że gdy kiedyś je opuszczę, będzie mi porządnie szkoda. Ale pewnych rzeczy zwyczajnie mi tutaj brak. A wśród nich są:

Spacery
To nie jest tak, że w Kalifornii nie da się pójść na spacer. Wręcz przeciwnie - w promieniu pół godziny jazdy od miejsca, w którym mieszkam, aż roi się od cudownych parków, tras spacerowych, często wijących się wśród półdzikiej przyrody. Haczyk tkwi w samochodzie, bez którego w w te wszystkie miejsca po prostu się nie dostanę. Nie jest to jakiś wielki problem, ale wolałabym móc wyjść na pobliski przystanek i podjechać w upatrzone miejsce autobusem, czytając coś po drodze albo po prostu wyłączając na trochę myślenie o czymkolwiek. 
Kompletnie też nie wyobrażam sobie tutaj „miejskich spacerów” - takiego kilkugodzinnego łażenia po ulicach, z mijaniem sklepów, kościołów czy cmentarzy. Takie coś można zrobić np. w San Francisco, ale ja tam nie mieszkam.
Drogi czytelniku i czytelniczko - jeśli zastanawiacie się czy naprawdę tęsknię za komunikacją miejską składającą się z zapchanych do granic możliwości pojazdów z aromatem przetrawionych śniadań, alkoholu, potu i perfum unoszącym się wokół głów pasażerów - odpowiedź brzmi TAK.

Niektóre owoce
Lubię wszechobecne tu awokado, ale nie zastąpi mi ono porzeczek czy wiśni. Nie wiem dokładnie jak jest z tymi pierwszymi, ale jeśli chodzi o wiśnie, to widziałam je tu zaledwie kilka razy i to w dość mikrym wydaniu. Czytałam gdzieś, że nie są tak wytrzymałe jak czereśnie i w związku z tym nie stanowią zbyt atrakcyjnego towaru dla potencjalnych sprzedawców. Z drugiej jednak strony truskawki, jeżyny czy maliny mam dostępne właściwie przez cały rok.

Śnieg
Lubię ciepło, ale coraz bardziej mi przeszkadza, że od kilku lat białą zimę oglądam tylko na zdjęciach. Nie ma nic bardziej przytulnego niż ciepły koc, kubek z grzańcem w dłoniach i noc przyprószona śniegiem za oknem. Tak, wiem - mogę zimą pojechać do Tahoe albo w inne miejsce położone wśród gór, w którym śnieg rzeczywiście pada. Ale to nie o to chodzi. Tęsknię za tym pierwszym porankiem zimy, kiedy wstaje się z łóżka i odkrywa za szybą biały świat.

Deszcz
Brzmi głupio? Wyobraź sobie, że deszcz widzisz kilka razy do roku. I to nie jest tak, że jako osoba lubiąca słońce masz po prostu problem z głowy. Kalifornia od kilku lat zmaga się z bardzo poważnym problemem suszy. Mamy nałożone ograniczenia jeśli chodzi o zużycie wody, za nieprzestrzeganie których nakładane są wysokie kary. Ogródki moich znajomych są często wyschnięte na wiór, a spacer wśród traw to niekiedy spacer wśród wysuszonych badyli. Moja czteroletnia córka na widok choćby malutkiej kałuży (zazwyczaj nie będącej skutkiem opadów atmosferycznych) cieszy się i przeżywa.

Rodzina i znajomi
Za granicą poznałam mnóstwo świetnych, wartościowych ludzi, ale jednocześnie wciąż tęsknię do tych, których zostawiłam. Niesamowite dla mnie jest to, że mimo upływu lat wiem, że mogę przylecieć do Polski i spotykać się z tymi samymi ludźmi, z którymi piłam piwo dziesięć lat temu. Wśród dawnych znajomych więcej jest też takich, którzy znają mnie lepiej, dokładniej. Stąd jeśli chodzi o to, co u mnie aktualnie słychać, często lepiej poinformowani są moi znajomi z Polski niż kalifornijscy przyjaciele. Ktoś powiedział mi kiedyś, że najsilniejsze znajomości zawieramy przed ukończeniem studiów. Dopuszczam wyjątki, ale myślę, że jednak coś w tym jest.

Pieczywo
Brak dobrego pieczywa nie spędza mi snu z powiek, bo do chlebożerców nie należę. Ale nie da się ukryć, że nigdzie nie jadłam tak dobrego chleba jak w Polsce. Tęsknię natomiast za lubelskimi cebularzami - takimi zwykłymi, albo posmarowanymi cienką warstwą masła, albo na ciepło z keczupem. Mamo, tato, jak przylecę w przyszłym roku, to poproszę więcej cebularzy :)

Grzane wino
Wiem, mogę je sobie zrobić sama. Być może w tym roku rzeczywiście tak się to skończy. Ale wino podgrzane w kuchni nie zastąpi mi tego wypitego na jarmarku bożonarodzeniowym w zimny dzień. Tak przy okazji - jeśli traficie gdzieś w Europie na niemieckiego grzańca o smaku jagodowym (czy tam borówkowym, jak chcą krakowianie), to nie zastanawiajcie się, tylko pijcie. Miałam z nim do czynienia kilka lat temu w Zurychu, rewelacja. Oczywiście dla tych, którzy lubią takie rzeczy.

Pizza z oscypkiem i żurawiną
Mój obowiązkowy punkt programu podczas każdej wizyty w Krakowie. Niektórzy pukają mi się w czoło, ale uwierzcie - to jest ten smak, którego mi brakuje. 

Bezpieczeństwo
W ciągu trzech lat spędzonych w Kalifornii sporo nad tym myślałam. Doskonale zdaję sobie sprawę, że w wielu okolicznych domach znajduje się broń. Co jakiś czas słyszę o jakimś incydencie ze strzelaniem w tle. Z drugiej strony znam całkiem sporo osób, które w Polsce były co najmniej świadkami napaści np. z nożem w ręku. W kwestii prawa do posiadania broni waham się od lat, choć oczywiście wolałabym żeby w domach, które odwiedzają moje dzieci, pistoletów nie było. Nie mam natomiast wątpliwości jeśli chodzi o trzęsienia ziemi - jakoś mnie do nich nie ciągnie. Uwierzcie, leżenie na stole operacyjnym staje się jeszcze mniej komfortowe w chwili, gdy przychodzi Wam na myśl, że oto nagle ziemia może zacząć się ruszać, a wraz z nią budynek szpitala (leżałam, zdaje się, na drugim piętrze, wyżej bardziej trzęsie). Uprzedzając pytania: obyło się bez takich rewelacji. Ale faktem jest, że odkąd tu mieszkam, kalifornijska ziemia zatrzęsła się już kilka razy.

Brak różnic w czasie

Od 3 lat żyję w dwóch strefach czasowych jednocześnie. Wstaję rano, ale jednocześnie jakby po południu, bo przecież w Polsce jest już jakaś szesnasta czy siedemnasta. Jeśli chcę zadzwonić do rodziców na Skype, wiem, że muszę to zrobić najpóźniej koło południa, bo później będą już spali. Na początku, kiedy nikogo tu jeszcze nie znałam, z obawą czekałam na godzinę piętnastą. To by taki moment, kiedy Internet zdawał się zamierać. Moi europejscy znajomi szli spać i było trochę tak, jakbym zostawała całkiem sama. Teraz jest już inaczej, w Kalifornii znam mnóstwo ludzi. Ale bez uwzględniania czasu w Polsce żyć się nie da - czasem trzeba się skontaktować z jakimś bankiem czy urzędem. 

__________________________
Mniej więcej tyle. Niby mało. Ale jednocześnie - jakoś tak dużo.

środa, 26 sierpnia 2015

Bo na rozważania o Bożym Narodzeniu nigdy nie jest za wcześnie!

Siedzę sobie w tej Kalifornii i wyobrażam sobie polski sierpień. Końcówka wakacji, dni nagle nieco krótsze, chłodniejsze wieczory. Kiedy byłam dzieckiem, z późnym sierpniem kojarzyło mi się ostrzeganie babci przed wieczornymi zabawami w piaskownicy: bo to już nie takie lato, piasek zimny, można się przeziębić.

Siedzę sobie w tej Kalifornii, jest wieczór. Za mną i przede mną kolejny piękny, letni dzień, pozbawiony ryzyka deszczu czy pochmurnej aury. Minie jeszcze sporo czasu, zanim założę kurtkę. Niecałe trzy lata temu robiłam sobie zdjęcie przy choince na Santana Row w San Jose - miałam na sobie krótką sukienkę bez rękawów. To miało być moje pierwsze Boże Narodzenie bez żadnych nadziei na śnieg. W tym roku czekam na trzecie.

Smętnie mi trochę, kiedy o tym myślę i uwierzcie - to naprawdę nie jest takie całkiem od czapy. Ja wiem, że do świąt zostały jeszcze cztery miesiące. Ale wiem też, że już pod koniec września pierwsze sklepy zaczną ozdabiać swoje wnętrza bożonarodzeniowymi dekoracjami. Serio serio. Pierwszy raz zauważyłam to dwa lata temu. Mieliśmy wtedy akurat gościa, w związku z czym sporo jeździłam po centrach handlowych. Przyznaję, że na widok choinek w Macy’s we wrześniu trochę mi opadła szczęka. Rok później postanowiłam wykorzystać to dziwactwo i dać córce trochę radości - specjalnie zaprowadziłam ją w to samo miejsce, żeby pokazać jej świąteczne ozdoby. Nawet kupiłam dwa kubki z Mikołajem. Tak, we wrześniu. Owszem, to jest już pewne ekstremum - wiele miejsc zaczyna wczuwać się w klimat Bożego Narodzenia nieco później. Ale te ekstrema też występują. I pewnie miałyby miejsce częściej, gdyby nie to, że między latem a 25 grudnia jest jeszcze Halloween.

Przedwcześnie obecne w sklepach święta nigdy mi nie przeszkadzały. Lubię klimat Bożego Narodzenia, to były zawsze moje ulubione święta i kompletnie mi nie przeszkadza, jeśli jest ich wszędzie pełno od początku listopada. Kiedy mieszkałam w Szwajcarii, nawet czekałam na te pierwsze objawy sklepowego szaleństwa. Pal licho piękne dekoracje i klimat! Z okazji zbliżających się świąt pojawiały się zimowe edycje czekolad, których kupowałam i zjadałam o wiele więcej, niż miałam odwagę komukolwiek powiedzieć. 

W Stanach z trudem przychodzi mi wczucie się w klimat świąt. Nieco pomaga w tym tutejszy zwyczaj kupowania i ubierania choinki już na początku grudnia. W tamtym roku złamałam się po raz pierwszy, drzewko stanęło w salonie kilka tygodni przed Wigilią i przyznaję, że trochę to pomogło, zwłaszcza, że zimę mieliśmy całkiem udaną, zdaje się, że do końca miesiąca zdarzały się dni z temperaturą bliską dwudziestu stopni (tak, Celsjusza).

Pomagają też świąteczne piosenki puszczane w radio i w sklepach. Tutaj wykazuje się więcej taktu, zdaje się, że naprawdę gęsto robi się od nich jakoś w okolicach Święta Dziękczynienia. Ale jak się tak głębiej zastanowić, to jazda samochodem wśród zalanych słońcem ulic z „O, Holy Night” lecącym z głośnika też jest nieco dziwna.

No właśnie - są choinki, są dekoracje, są kolędy, nawet pogoda dopisuje, choć w trochę inny sposób niż by się chciało, nie ma za to grzanego wina. Można oczywiście samemu podgrzać jakieś słodkie wino i doprawić przyprawami, ale w porównaniu z takim aromatycznym płynem wlewanym w siebie na bożonarodzeniowym jarmarku w Europie, to zdecydowanie nie to samo. 

I to jest ten moment, w którym uświadomiłam sobie, że niby narzekam, że jest inaczej, że za wcześnie i w ogóle, a tymczasem sama w najlepsze siedzę przed komputerem w ten piękny sierpniowy wieczór i od piętnastu minut piszę o Bożym Narodzeniu. Wyprzedziłam Amerykę.

Czas na trochę lata, idę po Mai Tai. Bożonarodzeniowa świeczka o zapachu pieczonych jabłek jest już na stole. Ale słowo daję, kupiłam ją w ubiegłym roku!

niedziela, 5 lipca 2015

Precz z grillami, zacznijcie czytać Wikipedię

Lubię upały. Ale są sytuacje, w których wolę deszcz bębniący o szyby i wiatr wyginający gałęzie drzew. Na przykład wtedy, kiedy wszystkie te uciążliwe zjawiska atmosferyczne mają miejsce na zewnątrz, a ja siedzę sobie w przytulnym pokoju z kubkiem herbaty i książką. Albo wtedy, gdy muszę biegać za trójką dzieci (no dobra, wtedy w ogóle lepiej unikać jakichkolwiek ekstremów pogodowych, takie bieganie jest wystarczająco męczące i nie trzeba do niego dokładać żadnych uciążliwości pogodowych). Przede wszystkim jednak nie lubię upałów wtedy, kiedy mam iść spać.

Podobają mi się kalifornijskie noce, bo są chłodne. To bardzo praktyczne i przyjemne zjawisko dla tej upalnej części świata. Na początku mnie to dziwiło. Kiedy znalazłam się tam po raz pierwszy, próbowałam wieczorem usiąść na balkonie z kieliszkiem wina. Mniej więcej tyle mi się udało. Już po chwili uciekałam z balkonu do cieplejszego wnętrza, bo na zewnątrz panował chłód, a ja nie miałam ze sobą żadnych swetrów. Wtedy byłam niezadowolona, ale teraz lubię te zimniejsze zakończenia dni
.

Zasypianie w oparach wysokiej temperatury wydaje mi się nienaturalne. Ma być przyjemnie, tymczasem robi się lepko i ciężko. Jeśli ktoś ma tak jak ja i absolutnie musi spać przykryty, bo bez tego ciało odbiera sen jak jakiś przypadkowy epizod na ławce w parku, to powstaje dodatkowa trudność. Bo jak tu opatulić się się kołdrą, gdy w pokoju panuje blisko trzydzieści stopni Celsjusza i żadne otwieranie okien nie jest w stanie tego zmienić?

Wygląda na to, że na moje problemy postanowił odpowiedzieć Onet. Znalazłam tam dziś cały tekst poświęcony temu, jak ułatwić sobie zasypianie podczas upałów. Otóż, moi mili, aby ułatwić sobie ten proces, nie trzeba wcale bawić się w liczenie owiec. Wystarczy wysunąć jedną lub dwie nogi spod kołdry i wszystko będzie prostsze. Ponadto powinniśmy się starać, żeby temperatura w naszej sypialni nie przekraczała 19 stopni. Nic łatwiejszego, no nie? Zwłaszcza w ostatnich dniach.

Powiem Wam coś w tajemnicy: to bzdura. Jeśli nie możecie zasnąć, obojętnie z jakiego powodu, zacznijcie czytać Wikipedię. Po jakimś czasie i tak padniecie, a w międzyczasie dowiecie się czegoś bardziej lub mniej ciekawego. Ja mam za sobą już m.in. biografie członków The Beatles, historię większości stanów USA i niektórych republik wchodzących w skład Federacji Rosyjskiej. Zdaje się, że jedna z moich koleżanek przerabia w ten sposób dynastię Habsburgów.

A tak przy okazji: czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, dlaczego w czasie tych cholernych, tak bardzo wszystkim przeszkadzających upałów, ludzi opanowuje szał grillowania? Jak Wy możecie przy tej pogodzie stać nad tym przypiekającym się mięchem, a potem je jeszcze jeść?

Grille powinny być modne jesienią albo wczesną wiosną.

Nigdy nie zrozumiem świata.

czwartek, 2 lipca 2015

Niektore miasta są za daleko

Niektóre miasta są za daleko, nawet jeśli już w nich jesteś.

To zdanie wypowiedział bohater książki Nuali O'Faolain Mój sen o tobie. Nie będę jej recenzować, polecać, ani odradzać. Przynajmniej jeszcze nie. Mam za sobą dopiero kilkanaście stron tekstu. Jest południe 2 lipca 2015, właśnie minęła połowa 2015 roku. Wróciłam od fryzjera, sięgnęłam po książkę i już po chwili ją odłożyłam. Czasami tak bywa: czyta się jakieś zdanie, które powoduje całą lawinę myśli, które należy jakoś okiełznać i uporządkować.

To prawda, że pewne miejsca są za daleko. Nawet wtedy gdy już w nich jesteśmy. Czy nie o to między innymi chodzi w egzotycznych podróżach? Znaleźć się w innym świecie. Zmienić otoczenie. Oderwać się. Zawsze gdy gdzieś wyjeżdżam, wyobrażam sobie mapę świata i siebie na jej tle. I myślę wtedy: "kurczę, gdzie ja jestem!" Uwielbiam wszelkie mapy. Oglądam je, wyobrażając sobie na przykład, że podświetlają się miejsca, w których już byłam. Albo te, w których chciałabym być.

Zwykle chodzi o jakaś krótką wizytę. To może być kilka dni, może tydzień albo dwa. Wakacje. Wypad do mniej lub bardziej odległego punktu na mapie, z którego potem wracamy do miejsca uznawanego za dom.

Bywa jednak i tak, że wyjazd nie jest po prostu trwającą ileś dni lub tygodni wycieczką. Ludzie migrują: wyjeżdżają za studiami, pracą, miłością i marzeniami. Ja sama przeprowadzając się z miejsca na miejsce wyczerpałam już wszystkie z wymienionych przed momentem powodów. Mieszkałam w wielu miastach, w czterech krajach, na dwóch różnych kontynentach. Jest różnie: nowe miejsce zawsze jest fascynujące. Z drugiej jednak strony często tęsknię, w dodatku za więcej niż jednym miejscem. Bo przecież w każdym z nich spotkały mnie fajne sytuacje, poznałam świetnych ludzi. Gdybym miała teraz gdzieś wrócić, byłoby mi trudno powiedzieć, które z wcześniej zamieszkiwanych przeze mnie miejsc byłoby najwłaściwszym wyborem. Jeśli to przemieszczanie się po świecie czegoś mnie nauczyło, to z pewnością tego, że nie ma miejsca, które byłoby idealne do życia.

Nawet jeśli kochasz piękną pogodę, to taka pogoda przez niemal cały rok może sprawić, że zatęsknisz za śniegiem, a nawet listopadową pluchą. Jeśli lubisz mieć dużo pieniędzy i wyjeżdżasz tam, gdzie możesz dużo zarobić, to może się okazać, że autochtonów, żyjących w bogatym kraju od mnóstwa pokoleń, i tak nigdy nie dogonisz. Jeśli fascynuje Cię dzika przyroda i życie blisko natury, może się okazać, że codzienna egzystencja w takich warunkach jest na dłuższą metę trudna i frustrująca. Możesz być miłośnikiem wielkich miast z Nowym Jorkiem na czele, ale kiedy już przybędziesz na miejsce z rodziną obładowaną walizkami, może się okazać, że nie jest to najlepsze miejsce do wychowywania dzieci. W Twoim punkcie startowym też nie było idealnie - w końcu z jakichś powodów go opuściłeś. I tak dalej, i tak dalej.

To nie muszą być koniecznie jakieś wielkie problemy, trudne do przeskoczenia. Ostatecznie większość z nas jest w stanie przyzwyczaić się do życia z niemal każdą pogodą w tle. Zapytajcie tych, którzy z wyboru mieszkają na Svalbardzie. Istnieją ludzie, wychowani i urodzeni w ciepłych krajach, którzy decydują się na przeprowadzkę za koło podbiegunowe. I są tam szczęśliwi, choć pewnie od czasu do czasu tęsknią za upałem. Sęk w tym, że jesteśmy od siebie różni i, jak powszechnie wiadomo, wszystkim się dogodzić nie da. To, co dla jednych jest wadą, dla innych może być zaletą.

Dla mnie wadą jest odległość. Świadomość, że od części mojego życia (dość ważnej części: tej zawierającej w sobie rodzinę, wielu przyjaciół i ważne dla mnie miejsca) dzielą mnie tysiące kilometrów, pół doby lotu i dużo pieniędzy, które trzeba zostawić na koncie linii lotniczych, jeśli chcę odwiedzić stare śmieci. To, że na kawę czy piwo z różnymi świetnymi ludźmi umawiam się ciągle na jakąś nieokreśloną przyszłość, kiedy już spotkamy się na żywo.

Nowe znajomości jakoś nie są w stanie tego wyprzeć, choć wiem, że jeśli kiedyś opuszczę Kalifornię, to dla odmiany będę tęsknić za poznanymi tam ludźmi.

Niektóre miasta są za daleko, nawet jeśli już w nich jesteś. Dla mnie takim miejscem są okolice San Francisco, które co prawda uwielbiam, ale które są tak cholernie daleko, że nawet kiedy tam jestem, na przykład siedząc nad zatoką i gapiąc się na cudowny zachód słońca (tak po prawdzie to już dawno mi się to nie zdarzyło), to czuję się trochę jak na końcu świata. Pięknym i fascynującym końcu świata. Na tym punkcie graniczącym z Oceanem Spokojnym, w dzieciństwie znajomym wyłącznie za pośrednictwem atlasu.

Wyjazdy są fajne. Nawet jeśli w grę wchodzi przeprowadzka na mniej lub bardziej "stałe". Nieważne, z jakich powodów. Uważam, że mieszkanie przez jakiś czas w innym kraju to świetna sprawa: wzbogaca, dając dystans i możliwość spojrzenia na wszystko z innej perspektywy. Jest to też przygoda, taka z gatunku tych, z których lepiej skorzystać, jeśli nadarza się okazja, bo w przeciwnym razie można już zawsze żałować. Trzeba jednak pamiętać, że wszędzie tam, gdzie przebywamy dłużej, zostawiamy kawałek siebie. Potem, kiedy chcemy jakoś to wszystko poskładać do kupy, okazuje się, że nie potrafimy ustalić, który kawałek jest ważniejszy od drugiego. I w jakim miejscu powinno dojść do ułożenia tych puzzli.

Świadomość tego, że nie chce się spędzić życia na końcu świata, jest już pewną wskazówką.

wtorek, 10 lutego 2015

Południowa Kalifornia oczami niedoszłej pani włóczęgi

Kiedy byłam nastolatką, zamierzałam zostać włóczęgą. Zdaje się, że miałam zamiar wprowadzić swój plan w życie jakoś po maturze. Całkiem na serio marzyłam o tym, by od rana do wieczora przemierzać świat z zawierającym skromny dobytek plecakiem. W swoich wyobrażeniach widziałam siebie wędrującą wzdłuż pól, nocującą pod drzewami i tak dalej. Dziś trochę niepokoi mnie to, że kompletnie nie pamiętam jak chciałam rozwiązać kwestię higieny. Plan zakładający, że będę pukać do drzwi mijanych domów prosząc o możliwość skorzystania z wanny wydaje mi się zbyt ekstremalny nawet jak na nastoletnią wyobraźnię. Niestety bądź na szczęście, nigdy nie musiałam rozwiązywać tego problemu, bo mimo upływu lat włóczęgą nadal nie jestem. No, przynajmniej nie takim, jakim zamierzałam być. Odkąd dorosłam, mieszkałam w czterech różnych krajach, więc do domatorki chyba też mi daleko.

Prawda jest jednak taka, że to marzenie o zostaniu włóczęgą wciąż mi się gdzieś tam kołacze. Prawdopodobnie teraz mogłabym w jakimś stopniu zrealizować dawną wizję, nawet z udziałem mijanych pól. Za nocleg pod drzewem chyba jednak podziękuję. Za bardzo boję się psów. Myślę jednak, że miałabym wyrzuty sumienia, gdybym zostawiła swoje dzieci po to, by zostać włóczęgą, a z kolei branie ich ze sobą nie wchodziłoby w grę - przynajmniej jeśli chciałabym zachować pewien klimat.

Z racji takiej a nie innej sytuacji osobistej, zdecydowałam się póki co na coś w rodzaju road trip. Plan jest następujący: wsiadamy w samochód i jedziemy w dane miejsce, po drodze zatrzymując się w różnych miejscowościach i korzystając z dóbr kulturalno-rozrywkowych, które oferują. Ok, nie jest to do końca ten bliski natury i zakładający piesze przemierzanie kraju scenariusz, który wymyśliłam wiele lat temu. Ale jest odrobinę koczowniczo, a to chyba jest najważniejsze. Planując taki wyjazd miałam trochę obaw i wątpliwości, ale koniec końców okazało się, że to był mój najlepszy wyjazd od lat. Nawet jeśli całość była mocno podporządkowana wizytom w miejscach, które mogłyby zainteresować prawie czteroletnią dziewczynkę.

Garść informacji, stwierdzeń, wniosków:

- 756 km w jedną stronę to nie jest oszałamiająca odległość, wiem. Ale jak na pierwszą tego typu wycieczkę i z trójką dzieci na tylnych siedzeniach samochodu nie jest chyba najgorzej.
- Tygrysom w Zoo Safari Park w San Diego dodaje się do posiłków brokat, żeby potem móc zidentyfikować, które odchody pochodzą od którego tygrysa.
- Jeśli jazda w charakterze pasażera Cię stresuje, dobrym rozwiązaniem jest słuchanie audiobooka połączone z robieniem na szydełku.
- San Diego to zaskakująco ładne miasto. Spodziewałam się nawału brzydkich uliczek, obdrapanych tynków i wrażenia ogólnego bałaganu. Domyślam się, że są tam i takie miejsca, ale te części miasta, które widziałam, wyglądały bardzo porządnie, zwłaszcza jeśli się je zestawi z takim co prawda klimatycznym, ale - co tu ukrywać - brudnym San Francisco. Tak czy siak, przed przyjazdem tam najbardziej mnie rajcował fakt, że będę tylko 30 minut jazdy samochodem od Tijuany. Na miejscu okazało się, że jest tam mnóstwo innych świetnych rzeczy.
- Tydzień w San Diego to za krótko. Może trochę inaczej to wygląda, gdy jedzie się bez dzieci.
- Disneyland to świetne miejsce i cieszę się, że mam pretekst w postaci córki, żeby go odwiedzić. Ale po dwóch spędzonych tam dniach mam dość na dłuższy czas. No i jeśli mogę pomarudzić, to ceny tego, co się tam sprzedaje, są po prostu zabójcze. A jeśli już zwykła koszulka z Myszką Mickey naprawdę musi kosztować ponad 30 dolarów, to fajnie by było, gdyby chociaż była made gdzieś indziej niż China albo Bangladesh.
- Zoo i Safari w San Diego to super miejsca, ale przed wizytą w nich warto trochę potrenować kondycję.
- W południowej Kalifornii często nie występuje pas do skrętu w lewo, za to zdaje się, że tamtejsi kierowcy częściej używają kierunkowskazów niż ci poruszający się po Dolinie Krzemowej.
- W konsulacie w Los Angeles nadal pracują bardzo mili ludzie, ale kolejki mogłyby być mniejsze. No i dlaczego nie można płacić kartą?
- Jeśli chcesz się napić kawy, to nie zajeżdżaj do KFC. Nie jestem specjalistką od ich menu, ale w tym do którego zajechaliśmy, kawy w ogóle nie mieli.
- Muzeum figur woskowych bez tłumu zwiedzających to bardzo fajne miejsce.
- Drugie podejście do Hollywood było o wiele bardziej udane niż pierwsze, sprzed ponad dwóch lat. Może dlatego, że zmieniły mi się oczekiwania.
- Zmywarka to sprzęt, do którego przyzwyczaiłam się bardziej niż mi się wydawało.
- Podczas tych piętnastu wyjazdowych dni widziałam dwie tęcze, obie bardzo piękne.
- Koniecznie muszę odbyć więcej tego typu wyjazdów. Proponowałam Dawidowi road trip do Unalaski, ale chyba myślał, że sobie żartuję. Nie przekonał go nawet argument, że mają tam bardzo dobry dystrykt szkolny.

W sumie, wymieniając największe miejscowości, odwiedziliśmy Los Angeles, San Diego i Santa Barbara. Nocowaliśmy w czterech różnych miejscach. Całość zajęła nam piętnaście dni, a ja mam poczucie, że nawet trzydzieści nie byłoby za dużo.

poniedziałek, 1 lipca 2013

O pogodzie, na początek lipca


Jest pierwszy lipca, lato w pełni, zatem wypada napisać coś o pogodzie.


Żeby jednak notka wyglądała poważniej, zacznę nieco filozoficznie: podobno zawsze należy uważać na to, czego się w życiu chce, bo istnieje spore ryzyko, że jeśli dane marzenie się spełni, to w formie mocno odbiegającej od tej wyśnionej. Nie jestem ekspertem od tej życiowej prawdy, ale gdybym miała zawęzić swoje życiowe doświadczenia do tych rodem z Kalifornii z ostatnich dni i tygodni - to owszem, jest to prawda.

Kiedy przyjechałam tu na dziesięć dni w maju 2012 roku, pogoda po prostu mnie zachwyciła. W ciągu dnia było lekko ponad 30 stopni, było gorąco, ale w taki przyjemny, zupełnie akceptowalny sposób. Nie miałam prawa jazdy, więc dnie spędzałam na spacerach z Emilką: chodziłam z wózkiem wzdłuż wąskich, kiepsko przystosowanych do rodzinnych spacerów chodników w Santa Clara, siedziałam z nią na placu zabaw, ciesząc się słońcem i dobrym humorem uwielbiającego upały malucha. Wieczorem aura się zmieniała: po zachodzie słońca temperatura wyraźnie spadała. Przekonaliśmy się o tym skutecznie pewnego wieczoru, kiedy postanowiliśmy się napić wina na balkonie. Po pierwszym kieliszku wróciliśmy do cieplejszego wnętrza.

Właśnie na taką pogodę czekałam od wczesnej wiosny. Wypatrywałam tych trzydziestostopniowych upałów, a one, nawet gdy nadchodziły, znikały po kilku dniach ustępując miejsca temperaturom dwudziestokilkustopniowym, idealnym na to, by wybrać się na spacer czy popluskać w odkrytym basenie, zbyt jednak niskim by stwierdzać, sapiąc: "uch, jak gorąco".

No i w końcu się doigrałam. Bowiem od kilku dni cieszymy się temperaturą mniej więcej czterdziestostopniową. Wczorajsza, niedzielna próba poczytania książki na zewnątrz zakończyła się po mniej więcej dwudziestu minutach, kiedy niemal pobiegłam do domu, z poczuciem, że pod pozbawionym chmur niebem nie wytrzymam ani chwili dłużej. Pod blokiem zostało kilkoro weteranów, w tym pewien sąsiad, którego widuję regularnie nad basenem bądź w basenie. Wiosną sąsiad był typem nordyckim - ot, blondyn o jasnej cerze. Obecnie skórę ma zdecydowanie brązową, jego włosy zaś nadal są koloru słomkowego, co tworzy - z mojego punktu widzenia - oryginalną kombinację.

W mieszkaniu przez dużą część dnia chodzi klimatyzacja, wbrew moim wielokrotnym deklaracjom, że mieszkanie wolę zwyczajnie wietrzyć, zaś klimatyzacja będzie używana wyłącznie w sytuacjach ostatecznych. Z punktu widzenia mojej skromnej osoby, która ma za sobą najdłuższą zimę życia (trwającą prawie do połowy kwietnia), obecna sytuacja jest bowiem bliska ostateczności.

Tak sobie marudzę, ale przecież wiedziałam, że będzie ciepło. I wielokrotnie obiecywałam sobie, że na upały narzekać nie będę. I tylko tak po cichu, w tajemnicy, zerkam sobie na prognozę pogody, czy czasem nie okaże się, że za kilka dni temperatury nagle spadną, a z nieba - co tutaj zdarza się rzadko - spadnie choć trochę deszczu. Tak więc nie, ja nie narzekam. Ja tylko stwierdzam tak zupełnie obiektywnie i bez żadnych pretensji, że czterdzieści to lekko za dużo. 

Powiem Wam też, że zaczynają mi się podobać Fahrenheity. Bo jednak informacja o tym, że jest ponad  sto stopni, robi większe wrażenie niż ta o czterdziestu.

A w wolnych chwilach czytam Zimne wybrzeża Twardocha. Akcja dzieje się na Spitsbergenie, gdzie, jak wiem z doświadczenia, upałów nie ma. To tak dla równowagi.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Sentymentalnie o książkach w szary, ponury dzień

Nad północną Kalifornią zawisły chmury. Od wczoraj jest szaro i ponuro, a dziś rano, odwożąc Emilkę do przedszkola, po raz pierwszy od dawna musiałam używać wycieraczek. Przez otwarte okna wpada delikatny zapach deszczu. 

Dawniej uwielbiałam taką pogodę. Lubiłam smętne dni listopada, kiedy mogłam siedzieć w domu, na uczelni czy w pracy, wyglądać przez okno na szarość otaczającego mnie świata i z uczuciem błogości popijać gorącą herbatę z malinowym syropem i cytryną. A potem, wieczorem, można było przejść zalanymi deszczem chodnikami, żeby w przytulnym wnętrzu pobliskiej kawiarni sączyć grzane piwo z sokiem. Wystarczyło kilka bardzo mroźnych zim, żebym stała się zdecydowaną zwolenniczką lata i wysokich temperatur. Ale szare, smętne dni zawsze wywołują u mnie jakiś dziwny rodzaj sentymentu, który na swój sposób lubię.  Łatwo popadam w najróżniejsze nastroje - od tych dobrych po kiepskie. Zawsze jednak dosć intensywne.

Wczoraj przez dłuższy czas wspominałam paskudne dwa tygodnie 2004 roku, które spędziłam w łóżku ze spuchniętą nogą. Wszystko przez to, że Dawid zaczął czytać "Dom dzienny, dom nocny" Tokarczuk - książkę, którą odkryłam właśnie podczas tych dwóch fatalnych tygodni. Doszłam znów do wniosku, że książki zawsze kojarzą mi się z sytuacją, w której je czytałam. Nie musi to koniecznie wpływać na to, jak odbieram ich treść. Ale potem, gdy wspominam daną lekturę przypomina mi się cała otoczka, jaka towarzyszyła czytaniu.

Czasami bywa zabawnie. Jedną z moich ulubionych książek jest Rozmowa w "Katedrze" Llosy. Chyba już nigdy nie uda mi się zapomnieć tego, że czytałam ją w szwajcarskim McDonaldzie, tuż po tym jak wyjechaliśmy do Zurychu. Mieszkaliśmy w tymczasowym mieszkaniu, w którym za nic w świecie nie chciałam siedzieć w ciągu dnia, w obawie przed tym, że ktoś do mnie przyjdzie lub zadzwoni używając dialektu, a ja nie będę potrafiła się dogadać. Łaziłam zatem po mieście i jadłam fast foody, chyba trochę dlatego, że na tle obcego i koszmarnie drogiego miasta McDonald's wydawał się dziwnie swojski i tani.

Sapkowski na zawsze będzie kojarzył mi się ze szkołą. Saga o Wiedźminie wciągnęła mnie do tego stopnia, że czytałam ją podczas lekcji. Choć kiedy zastanowię się nad tym głębiej, to wtedy siedziałam nad nią prawie non stop. 

Lśnienie Kinga kojarzy mi się przede wszystkim z Emilką. Czytałam to, gdy moja córka miała kilka miesięcy. Wrażenie, gdy trafiałam akurat jakiś straszniejszy kawałek i nagle w mieszkaniu rozlegał się wrzask obudzonego dziecka - niezapomniane. Z kolei będąc w ciąży przeczytałam pierwszy tom Millenium i skazałam się na kilka kazań ze strony znajomych osób na temat tego jak to sobie szkodzę czytając takie rzeczy w stanie błogosławionym.

Życie i los Grossmana przeczytałam leżąc plackiem na plaży. Coś mi zgrzytało pomiędzy scenerią w której się znajdowałam, a tą książkową, z obozami koncentracyjnymi i koszarami. A jednak wciągnęłam się niesamowicie, czego skutkiem było zbyt mocne przypieczenie się na słońcu.

Kiedyś miałam zasadę, w myśl której romanse starałam się czytać tylko w zimie. No wiecie - mróz, wiatr, a ja siedzę pod kołdrą i czytam słodkie historyjki z happy endem. Dlatego większość tego typu pozycji, które zdarzyło mi się przeczytać, kojarzy mi się z zimą. Natomiast "romans z wyższej półki", Duma i uprzedzenie przywodzi mi na myśl przede wszystkim komunikację miejską w Gdańsku. Akurat byłam tam na praktykach. Przez dzień czy dwa jeździłam po bibliotekach, podczytując po drodze książkę Jane Austen. 

Moje całe dzieciństwo kojarzy mi się z książkami Lucy Maud Montgomery. Spędziłam wiele lat wracając do losów jej bohaterek. I wciąż noszę się z zamiarem przeczytania tego wszystkiego po raz kolejny.

Ja tu wspominam, kiedy co czytałam, a tymczasem za oknem nadal szaro. Kalifornia w czerwcu.

środa, 8 maja 2013

Alarm!

Gdyby ktoś zapytał mnie o pięć rzeczy, które najbardziej nie podobają mi się w mieszkaniu w Kalifornii, na czwartym miejscu wymieniłabym alarmy.*

Należę do ludzi mających skłonność do popadania w paranoję. Boję się używania kuchenek gazowych. Przez kilka lat mojego życia, kiedy miałam w łazience piecyk gazowy, męczyłam się wprost niemiłosiernie. Zdarzyło mi się, że o godzinie 22 chodziłam po kolejnych piętrach mojego bloku na krakowskim osiedlu, bo wydawało mi się, że czuję dym. Co ciekawe, kiedy kiedyś poczułam go naprawdę i okazało się, że palą się piwnice budynku, przyjęłam to dość spokojnie.

Tak czy siak, czasem mam wrażenie, że Kalifornia jest bardzo dobrym miejsce na pogłębianie paranoi. To tylko taka moja teoria, która absolutnie mnie nie dotyczy. Co prawda nadal boję się kuchenek gazowych, ale swojej używam. Wydaje mi się jednak, że gdybym chciała, mogłabym wpaść w obsesję antypożarową.

Po pierwsze, wszędzie trafiam na ostrzeżenia związane z tym, że coś tam może wywołać pożar. Przy wynajmowaniu mieszkania zostało nam dość stanowczo zasugerowane wykupienie ubezpieczenia od pożaru, z podanym dokładnych danych co ile sekund (a może munut) coś się w Kalifornii zapala. Odpowiednie ostrzeżenia są na pralce, piekarniku i mojej suszarce do włosów. Oczywiście jest też tak, że ja na te ostrzeżenia jestem szczególnie uczulona, więc je łatwo zauważam. Być może ktoś inny by je przegapił.

Ale alarmów nie da się przegapić.

Piszę to mniej więcej godzinę po tym, jak w naszym budynku po raz któryś włączył się alarm. Była to pierwsza taka sytuacja wieczorem, kiedy moja córka już spała, ja byłam tuż po kąpieli, z całkiem mokrymi włosami, a Dawid siedział właśnie w wannie. Nagle rozległo się głośne wycie. Wpadłam do łazienki, krzyknęłam do Dawida, żeby szybko wskakiwał w bokserki, sama włożyłam szlafrok, wyciągnęłam płączącą Emilkę z łóżeczka i szybko zeszliśmy schodami na dół. Przed budynkiem roiło się już od sąsiadów, w tym takich niosących na rękach dzieci i psy. Całość trwała bardzo krótko: po jakichś dziesięciu minutach byliśmy z powrotem w mieszkaniu, a jedynym głośniejszym dźwiękiem był sygnał straży pożarnej, która raczej nie miała niczego do roboty. Jedną z prawdopodobnych przyczyn uruchomienia się alarmu był dymiący grill.

Jasne, że lepiej jest być wyciągniętym z budynku w asyście hałaśliwego i drażniącego uszy dźwięku alarmu, niż obudzić się w środku pożaru, ale samo przeżycie nigdy nie należy do przyjemnych. Nawet jeśli ma się świadomość tego, że prawie na pewno wszystko jest w porządku. Zbieganie na dół i kręcenie się wśród tłumu sąsiadów w szlafroku i z mokrymi włosami też nie należy do moich ulubionych czynności, choć szczerze mówiąc w trakcie jej wykonywania nie zastanawiałam się nad tym w ogóle.**

Tak czy siak, gdybym miała kiedyś zamieszkać w domu, to chyba głównym argumentem byłoby dla mnie to, że alarm włączałby się wyłącznie na skutek moich własnych działań. Chyba że za mało jeszcze znam Kalifornię i sam fakt mieszkania w domu zamiast w bloku niewiele by tu zmieniał.


_____________
* Pozostałe przeszkadzające mi rzeczy to: odległość od Polski, ceny biletów do Polski i różnica dziewięciu godzin między Polską a Kalifornią. Oczywiście z tym wszystkim da się żyć, ale skłamałabym twierdząc, że te rzeczy zupełnie mi nie przeszkadzają. Na miejscu piątym jest fakt, że wszędzie trzeba jeździć samochodem, ale właściwie dosyć się już do tego przyzwyczaiłam.

** Absolutnie kretyńska myśl, która właśnie przyszła mi do głowy brzmi: panie powinny zawsze pamiętać o goleniu nóg, bo nigdy nie wiadomo kiedy będą musiały się znaleźć wśród sąsiadów mając na sobie koszulę nocną i szlafrok.


wtorek, 13 listopada 2012

O tym, jak byliśmy w Los Angeles

Wyprawę do Los Angeles planowaliśmy jeszcze zanim przenieśliśmy się do Kalifornii. Powodował nami nie tylko turystyczny głód (choć i jego nie brakowało), co konieczność. Emilii kończył się tymczasowy, wystawiony na rok paszport i aby go przedłużyć, trzeba było odwiedzić polski konsulat w Mieście Aniołów.

Zaplanowaliśmy wyprawę na trzy dni, tak by mieć czas na zobaczenie czegoś więcej niż lotnisko bądź autostrada (długo zastanawialiśmy się, jaki środek transportu wybrać). Tematem dyskusji był termin. W końcu postanowiliśmy polecieć 10 listopada. Dwa dni później wypadał poniedziałek i to właśnie wtedy zamierzaliśmy wybrać się do konsulatu.


Dzień pierwszy: wyprawa prawie na marne


Zaczęło się zwyczajnie: rano pojechaliśmy na lotnisko, wczesnym popołudniem byliśmy w Los Angeles. W drodze do hotelu, która według Google Maps miała nam zająć może pół godziny, utknęliśmy w jakimś gigantycznym korku, skutkiem czego na miejsce dotarlismy znacznie później niż chcieliśmy, w dodatku porządnie zmęczeni i głodni. I właściwie byłby to całkiem nudny wieczór (poszliśmy tylko coś zjeść w okolicy i zrobić drobne zakupy spożywcze), gdyby nie to, że odpoczywając ze smartfonem w dłoni, zupełnie niechcący zaczytałam się w bardzo gorącej dyskusji politycznej zwolenników Romneya i Obamy. 


Coś zaczęło mi świtać po przeczytaniu posta jednego z dyskutantów, który życzył pozostałym "Happy Veterans Weekend". Szybko wskoczyłam na stronę konsulatu RP i zamarłam. Przeczytałam, że w poniedziałek będzie on nieczynny.

Oczywiście wpadliśmy w panikę. Samolot powrotny mieliśmy w poniedziałek, po południu. Przełożenie tego na wtorek wyglądało na bardzo skomplikowaną i niewygodną dla nas operację, z bardzo różnych względów. Jednym z nich był chociażby fakt, że Dawid nie miał urlopu. Jak ostatniej deski ratunku uczepiliśmy się numeru telefonu, który był podany na stronie konsulatu. Dołączona do niego informacja mówiła, że należy z niego korzystać tylko w nagłych sytuacjach, takich jak na przykład aresztowanie. No cóż, nam aresztowanie chyba nie groziło i mieliśmy porządnego stracha, że w związku z tym nasz problem może wydać się konsulowi mało ważny.

Konsulem okazała się być kobieta, która na szczęście uznała, że Polakom, którzy nie są aresztowani, również należy pomóc. Obiecała, że pojawi się w konsulacie w poniedziałek o dziewiątej rano i przyjmie nasze wnioski. Mieliśmy chyba więcej szczęścia niż rozumu. Za to nasza krótka wyprawa od razu nabrała rumieńców.

Dzień drugi: szukamy znanych ludzi i jedziemy do 90210


W niedzielę, w miarę spokojni o losy paszportu naszego dziecięcia (ciągle trochę się bałam, że pani konsul jednak się w poniedziałek nie pojawi) i wyspani, postanowiliśmy oddać się zwiedzaniu. Pojechaliśmy do Hollywood. Chcieliśmy zrobić sobie zdjęcia pod napisem na wzgórzach. Ja miałam w tym wszystkim jeszcze jeden cel: moim planem było spotkać jakiegoś słynnego producenta, który natychmiast znalazłby się pod wrażeniem mojej osoby i zaproponował mi dużą rolę w filmie. Niestety, po dotarciu na miejsce szybko zorientowałam się, że to się nie uda. Po pierwsze, kierowana chęcią wygody założyłam na siebie trochę workowate ciuchy, w których zdecydowanie nie wyglądałam atrakcyjnie. Po drugie, wiele dziewczyn uprawiających jogging na ulicach Hollywood wyglądało na dwa razy cieńsze ode mnie. Dwa razy grubsze też byly, ale to nie zmieniało faktu, że na tle tego wszystkiego raczej się nie wyróżniałam i słynny producent miał marne szanse na wyłowienie mnie z tłumu.


A tak poważnie: Hollywood było trochę inne niż się spodziewałam. Słynny producent miałby sporo problemu z przekonaniem mnie, bym chciała spędzać tam więcej czasu. 


Przede wszystkim, wcale nie było tam ładnie. Mijałam piękne budynki, restauracje i sklepy kuszące turystów kolorowymi witrynami, by chwilę potem znaleźć się obok odrapanej bramy na nierównym, zniszczonym chodniku. Przy ulicach odchodzących od słynnej Alei Gwiazd widziałam siedzących, a nawet leżących na ziemi bezdomnych w brudnych ubraniach. Co chwila trafialiśmy na facetów chcących nas wysłać na zorganizowaną wycieczkę po Hollywood, na którą wcale nie chcieliśmy jechać. No i było strasznie głośno. Jednym ze źródeł hałasu była buda, w której najwyraźniej w najlepsze trwała dyskoteka (była dziesiąta rano).


Oczywiście moje wrażenia nie mają bardzo mocnej podstawy - wszystko robiliśmy "na szybko", ograniczeni czasem i wózkiem z Emilią. Nie mieliśmy za bardzo czasu na wczucie się w klimat. Byliśmy turystami, którzy wpadli na Aleję Gwiazd, przeszli się nią, kupili nowe magnesy na lodówkę, przeszli jeszcze kilka ulic i uciekali w dalszą wyprawę. Nie jest też tak, że kompletnie mi się tam nie podobało. Po prostu chyba spodziewałam się czegoś trochę innego. 



Naszym kolejnym celem był słynny napis "Hollywood" na zboczu góry Lee. Przejażdżka do punktu, w którym warto zrobić zdjęcia, to podróż wąskimi, pnącymi się górę drogami. Było warto: widok, który ukazał się nam na końcu był rzeczywiście imponujący. Piękna przyroda, góry, ogromne przestrzenie. 

Naszym kolejnym celem tego dnia było Beverly Hills. Tak, to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych oglądałam BH 90210 i miałam na tym punkcie prawdziwą obsesję. Kupowałam nawet zeszyty ze zdjęciami bohaterów serialu na okładkach. Teraz już tego nie robię, ale mimo wszystko żal mi było być tak blisko tego miejsca i nie zobaczyć go na własne oczy.


Beverly Hills okazało się spokojną, urokliwą miejscowością z ulicami wzdłuż których ciągną się rzędy palm i domami, których właściciele mają czasami za dużo pieniędzy. Niektóre z budynków wyglądały nieco grosteskowo (moją uwagę zwrócił zwłaszcza jeden, którego właściciel zdawał się być miłośnikiem rzeźb cherubinów grających na trąbkach), ale większość wyglądała normalnie. Spacer po Beverly Hills, tuż po przedzieraniu się przez gwar Alei Gwiazd okazał się bardzo dobrym pomysłem. Tak samo jak obiad w Cheesecake Factory. Tylko dlaczego porcje, które tam serwują, przypominają raczej dzienne menu dla szescioosobowej rodziny?


Dzień trzeci: jedziemy do konsulatu, Dawid robi sobie krzywdę, a potem idziemy na plażę

Rano zjedliśmy szybko śniadanie i pojechaliśmy do konsulatu. Podczas wysiadania z samochodu Dawid stanął na nierównej powierzchni i zwichnął sobie nogę. Prawą - tą, której używa do prowadzenia samochodu. Robił jednak dobrą minę do złej gry i twierdził, że wszystko jest w porządku. Przeczyło temu zjawisko utykania, które nasilało się przez cały dzień i zakończyło kupieniem opaski uciskowej na nogę po powrocie do domu.

Pani konsul pojawiła się tuż po dziewiątej. Złożyliśmy wnioski, podziękowaliśmy, przeprosiliśmy i pojechaliśmy do Santa Monica nad ocean.


I tu przeżylam spore zdziwienie: jeszcze tego ranka cieszylam się, że zabrałam ze sobą sweter. Po tym, jak w maju zmarzłam w Santa Cruz, uznałam, że nad Pacyfikiem zawsze powinnam się spodziewać zimna. Nic z tych rzeczy: plaża w Santa Monica przywitała nas słońcem i wysoką temperaturą. Tak naprawdę była to pogoda nadająca się na opalanie. Bosa Emilka szalała z Dawidem przy brzegu, a ja żałowałam, że nie wzięłam kostiumu kąpielowego i książki. W naszej okolicy taka pogoda zawita pewnie dopiero wiosną.



Zjedliśmy obiad w znajdującej się niedaleko meksykańskiej restauracji, która dla odmiany serwowała porcje tylko trochę większe niż bym chciała. Najedzeni pojechaliśmy na lotnisko oddać samochód i pożegnać się z naszą krótką przygodą z Los Angeles. Było ciepło, wesoło i inaczej. Trochę jak na krótkich wakacjach.


Tymczasem wróciła codzienność, wraz z atrakcjami takimi jak rozpakowywanie kartonów. Bo wiecie, ciągle jeszcze nie wiemy, co zrobić z szafą.