Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 września 2017

Moja najbardziej przerażająca przygoda w Kalifornii

Wczoraj lało i wiało do tego stopnia, że poważniej niż zwykle zaczęłam rozważać kupno samochodu. Broń Boże nie chciałabym nim jeździć codziennie - mieszkam w miejscu zapewniającym mi rzetelną dawkę codziennego spaceru, z którego za nic nie chciałabym rezygnować. Ale jeśli mogłabym od czasu do czasu uniknąć przemoknięcia do suchej nitki, to może jednak...? Dziś jednak poranek przywitał mnie pięknym słońcem i wszelkie samochodowe idee uciekły z mojej głowy w siną dal.

Ale coś mi się przypomniało. Coś, o czym zaraz Wam opowiem. I może nawet niektórzy z Was uwierzą, że czasem lepiej nie mieć samochodu niż go mieć. Albo inaczej: czasem fakt posiadania samochodu może być przyczynkiem do powstania sytuacji co najmniej nieprzyjemnych.

To była końcówka listopada w 2014 roku. Kalifornia tonęła w oparach słonecznych promieni, a ja od dwóch tygodni po raz pierwszy w życiu mieszkałam w domu. W domu, nie w mieszkaniu. Właśnie dlatego tak dobrze pamiętam, kiedy to się wydarzyło: przeprowadziliśmy się z San Jose do Mountain View, z którego było dość daleko do dotychczasowego przedszkola E. Postanowiliśmy zatem ją wypisać i poszukać innej, bliższej placówki. Dzień, o którym mówię, był jej ostatnim w starym przedszkolu. Gdyby coś takiego wydarzyło się wcześniej, ten ostatni dzień nastąpiłby zapewne o wiele dawniej.

Ale po kolei.

Późnym popołudniem jak zwykle podjechałam pod budynek przedszkola. Parking był tam dość mizerny - mieścił może 10 aut, więc o ile nie przyjechało się odpowiednio wcześnie, pozostawało parkowanie przy ulicy. Nawet mi to pasowało - było to jak najbardziej legalne i prostsze niż celowanie w konkretne wąskie miejsce, z którego potem trzeba było jakoś wyjechać. Biorąc pod uwagę fakt, że podobnie jak większość odbierających dzieci matek byłam posiadaczką minivana, jakieś tam znaczenie to miało.

Zaparkowawszy samochód zwróciłam uwagę na pojazd stojący przede mną. Natychmiast go rozpoznałam - niewątpliwie należał do faceta mieszkającego naprzeciwko przedszkola. Gość był dość malowniczym typem - wyglądał jak podstarzały hippis, z długą białą brodą, niedbałym strojem i nieprzytomnym wzrokiem. Pod jego domem zawsze stało kilka zdezelowanych aut. Teraz jedno z nich stało tuż przede mną, a jego właściciel zajęty był wyciąganiem z jego wnętrza kolejnych toreb z zakupami i przenoszeniem ich na drugą stronę jezdni. Nie zastanawiając się nad tym wszystkim za bardzo, wyjęłam ze swojego bagażnika wózek, do którego zapakowałam swoje kilkumiesięczne bliźniaki i poszłam odebrać ich starszą siostrę.

Kiedy wróciłam do samochodu, zapakowałam wózek i trójkę dzieci do środka, zajęłam miejsce kierowcy i zamarłam. Przed sobą nadal miałam zaparkowane auto dziwnego faceta. Za sobą zaś - kolejny z jego zdezelowanych samochodów. Facet zwyczajnie mnie zastawił. W tej chwili stał naprzeciwko, przed swoim domem i kiwając się w przód i w tył wpatrywał się we mnie uważnie. Zauważyłam, że przed jego domem znajduje się przedziwna dekoracja - co najmniej kilkanaście drewnianych krzyży wbitych w ziemię. Pojęcia nie mam o co w tym chodziło (prawdopodobnie po prostu o to, że facet był dziwny), wiem natomiast, że budziło dość przerażające wrażenie. Uwierzcie - ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, do kogo powinnam podejść i poprosić o przestawienie samochodu.

Nie wiedziałam co robić, zaczęłam więc od napadu paniki. Potem, zdaje się, wysłałam Dawidowi wiadomość odnośnie sytuacji. Być może powinnam zadzwonić po jakąś policję czy inną pomoc drogową, ale byłam zbyt przerażona żeby racjonalnie myśleć. Myślałam o tym, że facet pewnie celowo zastawił moją Hondę, żebym pieprznęła w jego auto i spowodowała szkodę, za którą musiałabym zapłacić.

To było najdłuższe wycofywanie w moim życiu, polegające na wielokrotnym podjeżdżaniu i cofaniu
- a przynajmniej tak odebrała to moja psychika. Byłam przerażona, dzieci na tylnym siedzeniu również. Ostatecznie wyjechałam szczęśliwie, w czym niewątpliwie pomogła mi kamerka. Jechałam do domu z bijącym sercem i niesamowitym poczuciem ulgi. Do tej pory zdarza mi się opowiadać o tamtym zdarzeniu. Po 3 latach nadal nie wiem dokładnie o co w nim chodziło. Wiem natomiast, że była to jedna z dwóch najbardziej przerażających rzeczy, które spotkały mnie w Stanach*.

Teraz moje dzieci pokonują drogę do przedszkola i szkoły pieszo. Dzięki temu żaden podejrzany koleś z krzyżami pod chałupą nie może mnie zastawić.

P.S. Nie, to nie sen.


*Chcecie usłyszeć o tej drugiej?:)

wtorek, 22 września 2015

Nigdy nie mów nigdy oraz Europejski Dzien bez Samochodu

Od czasów dziecięcych miałam jakąś wizję swojej przyszłości: na przykład marzyłam o tym, żeby pisać książki, mówić biegle w kilku językach, adoptować wraz z bratem jedenaścioro dzieci, z których każde będzie się specjalizować w innej dyscyplinie sportowej (sorry Grzesiek, nigdy Ci o tym nie mówiłam, ale miałam wtedy jakieś dziewięć lat i byłeś za mały, żeby zrozumieć, a potem zwyczajnie zapomniałam). Miałam też całą listę rzeczy, co do których obiecałam sobie, że nigdy w moim życiu nie będą miały miejsca.

Na przykład twierdziłam, że nigdy w życiu nie będę mieszkać za granicą.
Albo że nigdy nie będę siedzieć z dzieckiem w domu dłużej, niż przewiduje to urlop macierzyński.
Albo że nigdy nie będę mieć telewizora.
Ani samochodu.
A kiedy wśród moich czytających znajomych zaczęli pojawiać się tacy, którzy sprawiali sobie czytnik e-booków, twierdziłam, że nigdy, ale to nigdy nie będę używała takiego czegoś. Bo jak książka, to tylko papierowa, zajmująca określoną przestrzeń, stojąca na półce i dostarczająca czytającemu wrażeń wybiegających poza zwyczajną błogość wynikającą z lektury - wszak prawdziwa książka pachnie, a jej strony szeleszczą.

W pewnym momencie mojego życia pojawiła się druga połowa, która też miała swoje "nigdy". Wśród nich najlepiej zapamiętałam dwa:
- "nigdy nie mógłbym mieszkać w Szwajcarii"
- "nigdy nie mógłbym mieszkać w Stanach Zjednoczonych".
Przystałam na te oświadczenia bez większego problemu, sama miałam zamiar mieszkać przez całe życie w Krakowie, ewentualnie w Warszawie.

To nie jest tak, że całkiem mi nie wyszło. Telewizor mam, ale bez telewizji, więc czuję się rozgrzeszona. Jestem szczęśliwą posiadaczką Kindle, ale w tym przypadku przeszłam prawdziwą drogę od zdecydowanej nienawiści do prawdziwej miłości. Z czytnikiem prawie się nie rozstaję i gdyby nie on, nie byłabym w stanie czytać tylu książek. Aktualnie mieszkam w Kalifornii, do której przeprowadziłam się ze Szwajcarii. To tyle, jeśli chodzi o konsekwencję.

Kompletnie też nie wyszło mi nieposiadanie samochodu. Nigdy nie rozumiałam znajomych, dla których bycie właścicielem czterech kółek jest czymś istotnym. Przez szereg lat słuchałam opowieści o pojazdach koleżanek i kolegów, wśród nich najwięcej było relacji o problemach i kosztach, jakie te problemy za sobą ciągną i wizja czegoś takiego w moim życiu w ogóle nie jawiła mi się jako atrakcyjna. Do tego dochodził strach przed prowadzeniem i odpowiedzialnością, jaka spoczywa na kierowcy. Wydaje mi się, że gdyby nie fakt przeprowadzki do Stanów, do końca życia szczęśliwie podróżowałabym tramwajami i autobusami. Zresztą mam szczery zamiar powrócić do tego stanu rzeczy. Bowiem jednym z największych przyjaciół czytelnika jest transport publiczny.

Uczepiłam się tego samochodu, bo przypadkiem dowiedziałam się, że 22 września wiele krajów obchodzi Europejski Dzień bez Samochodu. Wbrew nazwie, w akcji bierze udział również sporo państw spoza Starego Kontynentu. Całość ma na celu pokazanie, że funkcjonowanie bez auta jest możliwe i nawet przyjemne. Mnie do tego nikt nie musi przekonywać. Mogłabym obchodzić to święto codziennie.

Oczywiście w USA tego dnia się nie obchodzi, przynajmniej tak twierdzi Wikipedia. Nie jest to jakoś szczególnie dziwne - odległości są tu duże, a transport publiczny kuleje i w większości miejsc jest tak, jakby go nie było. Przez jakiś czas próbowałam się buntować i chodziłam po zakupy spożywcze pieszo, ale szybko uznałam, że czterdzieści minut spaceru w jedną stronę z wózkiem po wąskim chodniku wzdłuż ruchliwej dwupasmówki to nie jest jednak to, co agatki lubią najbardziej.

Ale 22 września spróbuję stanąć na wysokości zadania i wcielić się w piechura. Nie wsiądę do auta, czy to w charakterze kierowcy, czy też pasażera. Autostrady jak co rano staną w koszmarnych korkach, a tymczasem ja z dumą będę obchodzić Europejski Dzień bez Samochodu. Nie żeby ktoś to w ogóle zauważył.

Poza tym zwyczajnie mogę zapomnieć. Bo w chwili, gdy piszę te słowa, w Kalifornii wciąż mamy poniedziałek, 21 września.

________________________________
P.S. To miała być notka o tym, jak przez kilka tygodni byłam jedynym kierowcą rodziny w amerykańskiej rzeczywistości, o pewnym tutejszym urzędzie i awarii systemu, który dotknął cały stan, ale doszłam do wniosku, że nie ma co rozpamiętywać tej traumy.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Na ziemi ojczystej

Kilka dni temu pilot irlandzkich linii lotniczych Aer Lingus zdecydowanym tapnięciem osadził na płycie lotniska w Warszawie Airbusa ze mną na pokładzie. Przyznam, że trochę mnie zaskoczył: mniej więcej piętnaście minut przed lądowaniem, przekonana z jakiegoś powodu, że przed nami jest jeszcze półtorej godziny lotu, zastanawiałam się, czy moje nadzwyczajnie do tej pory grzeczne dzieci zdołają w dalszym ciągu prezentować swoją wyjątkową cierpliwość do lotniczych podróży. Zastanawiając się, zerknęłam w okno, i ujrzałam widok przerażający: samolot właśnie skręcał, przechylał się nad ziemią, która wydała mi się niebezpiecznie blisko. No bo jakże: mamy lecieć jeszcze ponad godzinę, a tymczasem znajdujemy się tuż nad polami, widać dokładnie zieleń i domy. Zdążyłam wpaść w panikę, nieco za głośno zapytać siedzącego po drugiej stronie korytarza małżonka, dlaczego nagle jesteśmy tak nisko, gdy nagle usłyszeliśmy głos pilota zapowiadającego lądowanie w Warszawie.

Zaspana i zestresowana podróżą źle wyliczyłam godziny lotu z uwzględnieniem różnicy czasu i w konsekwencji żaden lot nie minął mi jeszcze tak szybko.

Nasz pobyt w Polsce rozpoczęliśmy od kupienia polskich kart do telefonu. Nie było to proste. Pani kasjerka w Relayu na Okęciu uparcie twierdziła, że nie mają prepaidów i wysyłała nas do jakiegoś "giftshopu". Jej pewność siebie była o tyle zaskakująca, że stała tuż obok ściany wprost obwieszonej prepaidami. Potem musieliśmy jeszcze jakimś cudem dostać się do środka naszych telefonów. Nie wiem, kto wymyślił ten motyw z otwieraniem miejsca na kartę cienkim drutem, ale naprawdę nie lubię tego człowieka. Pełni nadziei poszliśmy do jednego ze sklepów na lotnisku, próbując kupić igłę, spinacze do papieru, albo przynajmniej pożyczyć coś cienkiego i ostro zakończonego. Bezskutecznie. Nic takiego w sprzedaży nie było, za to pani sprzedawczyni poinformowała nas grzecznie, że klientów poszukujących szpikulców do telefonów mają sporo. Nie mam pojęcia, dlaczego w związku z tym nie wprowadzili jeszcze do sprzedaży odpowiednich przedmiotów. To byłby hit, serio.

Wpadłam na pomysł, żeby w pobliskim McDonaldzie poszukać wykałaczek. Zamiast nich znaleźliśmy tylko drewniane mieszadełka do kawy, które uparcie dzieliłam paznokciami na wąskie drewienka, łamiąc sobie przy okazji resztki paznokci (etap niszczenia sobie paznokci rozpoczęłam poprzedniego dnia, kiedy zdrapywałam naklejki Emilki ze stołu w tymczasowym mieszkaniu w Irlandii). Niestety, drewienka, nawet ładnie podzielone, łamały się przy próbach wepchnięcia w otwór w moim telefonie, aż w końcu jedno z nich utknęło tam na zawsze.

Do McDonalda warto jednak było zajrzeć: niczego tam nie kupiliśmy, ale dowiedzieliśmy się, że McDonald's wprowadził teraz jakiś rodzaj automatów, na których wyklikuje się swoje zamówienie, odbierane potem u żywego człowieka. Chciałam nawet zrobić zdjęcie i ogłosić na Facebooku, że "w Ameryce takich nie mamy", ale przypomniałam sobie, że w żadnym "maku" nie byłam od wieków i tak naprawdę nie mam pojęcia o temacie.

Polskie karty udało nam się w końcu zamontować w wypożyczalni samochodów, w której podarowano nam spinacz do papieru. Wyjechaliśmy od nich wyposażeni w działające komórki i samochód.

Podróż minęła spokojnie, zmęczone dzieci przespały jej sporą część. Mieliśmy trochę problemów z kierowcami ciężarówek, które dostrzegając za sobą naszą obecność uparcie zjeżdżały na pobocze, sugerując, że powinniśmy je wyprzedzić. One same jechały akurat tyle, ile pozwalały przepisy. Widywaliśmy też ciężarówki jadące sporymi kawałkami obok siebie, przy czym jedna z nich jechała na pasie dla ruchu w przeciwnym kierunku. No i samochody wymijające w szalonym tempie całe kolumny jadących spokojnie aut. Nie wiem czy to kwestia zmęczenia, stresu, czy tego, że po prostu dawno nie byłam w Polsce, ale szybko doszłam do wniosku, że mimo iż na co dzień prowadzę samochód po amerykańskich autostradach, to usiąść za kółkiem w swojej ojczyźnie zwyczajnie się boję. Trzymajcie kciuki za to, żeby mi przeszło, bo po tylu latach bycia kierowcą czuję się trochę jak oferma. Uczucie to potęguje odkrycie, że do czegoś takiego jak automatyczna skrzynia biegów człowiek naprawdę się bardzo przyzwyczaja.

A tak poza tym to jest miło, spokojnie i leniwie. Czytam papierowe książki mojej mamy. Po tylu miesiącach używania wyłącznie Kindle'a to miła odmiana. Jestem tu od trzech dni i zdążyłam mieć już dwa ostro pokręcone sny, ale ostatnio opisałam Wam już tyle moich nocnych dramatów, że teraz muszę poczekać na coś naprawdę ekstra, żeby stworzyć z tego notkę.

wtorek, 30 kwietnia 2013

O wizycie w DMV

No i tak się składa, że od dwóch tygodni znów jestem w kraju na końcu świata, w którym moją wagę oznaczają trzy cyfry a nie dwie, w którym do wiedzy o tym, jaki mam rozmiar buta musiałam dochodzić drogą prób i błędów i w którym boję się gotować, bo mam gazową kuchenkę (co podobno jest lepsze i fajniejsze) i większość obiadów wiąże się z koniecznością przełamywania moich lęków.

Nawet się trochę za tą Ameryką stęskniłam. Pewnie przyczyniła się do tego polska pogoda. Z blisko dwumiesięcznego pobytu, który miał przypadać na czas wiosny i budzącej się do życia przyrody, zrobiła się jedna z najdłuższych zim mojego życia.

O dziwo, stęskniłam się za prowadzeniem samochodu. Tęsknota była tak straszna, że aż pojechałam do DMV (Department of Motor Vehicles) zdać testy na prawo jazdy. Właściwie powinnam była zrobić to już dawno temu, ale najpierw czekałam aż przyznają mi SSN potrzebny do formularza, potem miałam dwa tygodnie buntu kiedy stwierdziłam, że już nigdy nie będę prowadzić (było to wtedy gdy rozwaliłam oponę i Dawid przeze mnie nie dotarł na egzamin), a potem poleciałam do Polski. Tak czy siak testy zdałam i nawet dostałam tymczasowe prawko, ozdobione najgorszym zdjęciem jakie mi kiedykolwiek zrobiono. Podobno wszyscy mają takie okropne zdjęcia i nie ma się czym przejmować. Nie żeby to docierało tak do końca do kobiecej strony mojej natury. Tak czy siak na to, jakie ma się zdjęcie, wpływ ma się niewielki, bo robią je na miejscu.

W zdawaniu testów najciekawsze było badanie wzroku. Było to coś, czym najbardziej się stresowałam przed pojechaniem do DMV. Testy zawsze można powtórzyć, douczyć się i w ogóle. Wzroku się ot tak nie naprawi, a ja jako osoba od dziecka ciągana po okulistach stresuję się każdą, okazją gdy każą mi czytać jakieś tabliczki znajdujące się w pewnej odległości. Tymczasem w DMV nie było okulisty. Była bardzo młoda pani, która przyjmowała mój formularz i kazała mi przeczytać w sumie trzy linijki z tablicy za jej plecami. Litery były tak duże, że od razu wpadłam w dobry nastrój.

Teraz czeka mnie egzamin praktyczny. Na który przyjeżdża się własnym samochodem i wozi egzaminatora po okolicy. 

A tak w ogóle, jakby kogoś ciekawiły te testy, to przykładowe pytania są tu. Oczywiście na prawdziwym egzaminie jest ich więcej niż 10.

piątek, 28 września 2012

O początkach

Słońce grzeje mocno. W jego świetle białe linie oddzielające pasy na kilkupasmowej drodze zdają się blaknąć. Samochód stał przez kilkanaście minut na parkingu pod gołym niebem i teraz w jego wnętrzu czuję się jak w jakiejś puszce. Lubię upał i nie lubię klimatyzacji. Mimo to przekręcam gałkę w kierunku niebieskiej linii. Po chwili robi się znośnie. W radiu kończy się piosenka i zaczyna się blok reklamowy. Na pierwszy ogień idzie reklama firmy oferująca ubezpieczenia na wypadek strat poniesionych w wyniku trzęsienia ziemi. Śmieję się trochę na dźwięk słowa "earthquake" wypowiadanego niemal radosnym tonem.

_______


Wydaje mi się, że gdybym przyjechała tu bezpośrednio z Polski, to na tym etapie można by było obserwować u mnie pierwsze objawy depresji. W Szwajcarii na początku frustrowały mnie sklepy zamknięte w niedzielę, brak życia nocnego w takiej formie, do jakiej przyzwyczaiłam się w Krakowie, ceny, bardzo wysokie, nawet jeśli zarabiało się we frankach. Po pewnym czasie uznałam jednak szwajcarski porządek rzeczy za ten właściwy. Pewnie dlatego, że wszystko jakoś działało. Wpadki, które na początku zaliczyliśmy, po jakimś czasie mogły się wydawać zabawne. Na przykład ta z zepsutym sedesem, za którego naprawę musieliśmy zapłacić więcej niż wynosiła moja pierwsza polska pensja.


Inność wszystkiego w Stanach jest dla mnie póki co nie tyle frustrująca, co ciekawa. Być może nauczyłam się nie wartościować pewnych rzeczy. Albo po prostu wiem, że początki są najtrudniejsze i warto skupiać się na tym, co dobre, zamiast szukać dziur w całym.

Oczywiście są rzeczy, których mi brakuje. Na przykład długich spacerów. Jestem przyzwyczajona do chodzenia przez kilka godzin dziennie. Tutaj czasami mimo dobrych chęci jest to prawie niemożliwe. Obiecuję sobie, że w razie potrzeby zacznę chodzić na siłownię - najbliższą mam trzy minuty spacerem od domu. Siłownia nie jest może moją ulubioną forma aktywności fizycznej, ale na pewno lepsza jest taka niż żadna.

Mam wrażenie, że większość artykułów spożywczych można kupić w formie "odchudzonej", nisko- albo bezkalorycznej. I nie mam na myśli tylko takich rzeczy jak Cola Zero czy mleko 0%. Widziałam już na przykład wina "skinny girl". Etykietki zachwalają, że butelka takiego trunku ma tylko 100 kalorii. Są też odchudzone lody. A w restauracji, do której chodzimy czasem na bardzo amerykańskie hamburgery, mają odchudzoną margaritę.

Nie do końca podoba mi się to, że wszędzie trzeba dojeżdżać samochodem. Ale z drugiej strony wiem, że w ciągu tych kilku tygodni udało mi się przełamać w nieporównywalnie większym stopniu niż przez ostatnie siedemnaście lat, które dzielą mnie w tej chwili od wypadku. To jest taki mój prywatny, wielki sukces. Natomiast zdecydowanie nie lubię jeździć w nocy. Ale przecież nie muszę.

Nie ogarniam jeszcze tutejszego systemu miar i wag, ale dzięki strzępkom wiedzy, którą posiadam, mogę się cieszyć, że Emilka waży ponad 20 funtów. Brzmi to lepiej niż "niecałe 10 kg". Z kolei to, że ja ważę ponad 100, jest czymś, o czym staram się za dużo nie myśleć. Nie żeby to wszystko jakoś spędzało mi sen z powiek.

Jako osoba bojąca się prawie wszystkiego (a już na pewno gazu), nie do końca pojmuję tutejszą logikę dotyczącą kuchenek. Już kilka razy słyszałam zachwyty nad tym, że w jakimś mieszkaniu są kuchenki gazowe, a nie elektryczne. Udało się nam już zdziwić kilka osób tym, że w biednej Polsce prawie wszyscy mają gazowe. 

Piękne jest to, że książki są takie tanie. Zwłaszcza w porównaniu ze Szwajcarią. A skoro już jesteśmy przy tym temacie: Dawid wprowadził nowy punkt do naszego systemu nabywania książek. Jak zapewne pamiętacie, zasada jest taka, że muszę przeczytać siedem pozycji spośrod tych już posiadanych, żeby kupić jedną papierową. Otóż teraz mogę kupić książkę gratis, pod warunkiem, że sama sobie po nią pojadę. I że za każdym razem będzie to inna księgarnia. Niestety, mąż ograniczył tę swoistą promocję do jednej sieciówki, dlatego istnieje ryzyko, że za kilka miesięcy będę zmuszona wyjeżdżać poza stan Kalifornia. 

niedziela, 9 września 2012

Samochodowo

Wraz z przeprowadzką do Stanów pojawiła się przede mną wizja konieczności prowadzenia samochodu. Na swój sposób mnie to przerażało. Mieszkając w Polsce i w Szwajcarii nie chciałam mieć swojego auta. Bo i po co? Dodatkowy problem. Wolałam jeździć zatłoczonymi tramwajami i czytać książkę, nie przejmując się tym czy chce mi się spać i czy piłam jakiś alkohol. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam jednak, że to kiepski argument przeciwko przeprowadzce. 

Ostatnio staram się codziennie używać samochodu, żeby obyć się z tematem. Stopniowo widać pewnie jakieś postępy, wśród których najważniejsze są chyba te w moim nastawieniu. W chwilach zwątpienia przywołuję złośliwą stronę mojej osobowości i przypominam sobie różnych ludzi, których o bycie dobrymi kierowcami nigdy bym nie podejrzewała, a którzy prowadzą auta od lat i bez wypadków.

Oczywiście jeździ się tu inaczej niż, dajmy na to, w Krakowie. 

Drogi są duże. Szerokie. I jest to coś, do czego zdecydowanie muszę się przyzwyczaić. 

Nie ma kilometrów, są mile. 

W docieraniu do konkretnych miejsc pomaga nam GPS. No, może pomaga to trochę za dużo powiedziane. Najpierw podawał nam odległości w kilometrach. Nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie, ale pomyślałam, że lepiej zmienić ustawienia na obowiązujące tu mile. W efekcie automat uprzejmym tonem poinformował mnie, że mam skręcić w lewo za 800... jardów. Wspaniale. 

GPS nie zawsze zgadza się też z moim mężem. Wczoraj kazał mi jechać w prawo, podczas gdy Dawid upierał się, żebym skręciła w lewo. Być może powinnam założyć, że w takich sytuacjach będę olewać oboje i jechać prosto.

Tak czy siak, jeśli ktoś z Was przebywa aktualnie w okolicy San Francisco, niech lepiej uważa na przejściach. Agata nadjeżdża.