Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Disney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Disney. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

O "Kopciuszku" i o tym, jak heroldem byłam

W ostatnią sobotę, jak na dwie trzydziestokilkuletnie kobiety przystało, poszłyśmy z K. do kina na "Kopciuszka". Film był przeuroczy, dwie godziny zleciały mi bardzo szybko, a mój biedny mąż do 1.30 w nocy musiał oglądać ze mną trailery (no dobra, nie musiał. Rozmawialiśmy sobie, a te trailery puszczałam mu w tle).
Samą baśń o Kopciuszku lubię, choć może nie do końca przemawia do mnie idea małżeństwa pomiędzy osobami, które się dopiero co poznały, w dodatku dość powierzchownie, ale wiem, że to jest już trochę czepianie się, a temat miłości od pierwszego wejrzenia, trwającej prawdopodobnie do grobowej deski to jeden z najpopularniejszych motywów takich dzieł. Musicie jednak wiedzieć, że wypad na ekranizację tej właśnie baśni to dla mnie coś zupełnie innego niż np. obejrzenie kolejnego filmu z Johnnym Deppem czy dzieła stworzonego na podstawie jednej z ulubionych książek. Z "Kopciuszkiem" wiąże się pewna trauma, która ciągnęła się za mną przez kilka lat mojego dzieciństwa, a nawet nastoletniej młodości. Obecnie się już nie ciągnie, o czym może świadczyć fakt, że o wszystkim przypomniałam sobie podczas seansu i była to moja pierwsza od wielu lat myśl na ten temat.

Miałam 9 lat. Moja klasa miała przedstawić baśń o Kopciuszku w formie przedstawienia podczas szkolnego apelu. Bylam tym dosyć podekscytowana, bo do tamtej pory nie miałam szczęścia do takich spraw. Ciągle pamiętałam, że mając niecałe 7 lat, w wyniku urazu nogi, nie mogłam wystąpić wraz z moją grupą z zerówki na przedstawieniu w amfiteatrze w miejskim parku. Było mi bardzo szkoda, bo to oznaczało, że nie będę jedną z pięknie ubranych i uczesanych dziewcząt, tańczących na prawdziwej scenie. Ten "Kopciuszek" dawał mi nadzieję, że sobie to odbiję. Oczywiście najbardziej chciałam zagrać główną rolę, ale wiedziałam, że szanse są nikłe, bo miałam ciemne włosy. Po cichu liczyłam jednak na rolę jednej z przybranych sióstr. Co prawda były brzydkie i głupie, ale jednak sporo się udzielały i były wyrazistymi elementami przedstawienia. Dobrze się uczyłam, więc nauczycielka rozdzielająca role nie powinna mieć powodów do obaw odnośnie kwestii opanowania tekstu. Jednocześnie panicznie bałam się, że skończę jako zwykły członek tłumu, który nie wypowiada podczas całego przedstawienia ani jednego zdania. Chciałam się wykazać i zabłysnąć.

Oczywiście nie zostałam ani Kopciuszkiem, ani też żadną z sióstr. Nie wiem jednak, co przyświecało mojej wychowawczyni, kiedy podejmowała decyzję, żeby powierzyć mi rolę herolda. Gdyby to było kilka lat później, zapewne posądziłabym ją o złośliwość. Możliwe, że nie miała złych intencji, ktoś zresztą tym heroldem musiał zostać.

Było to poważne przedstawienie, w końcu mieliśmy pokazać je iluś tam klasom i możliwe nawet, że wśród widowni obecni byli rodzice uczniów. Obowiązywała pełna charakteryzacja. Ponieważ było już po komunii, dziewczynki dysponowały białymi sukienkami. Było to jeszcze w czasach, gdy przystępujące do tego sakramentu dziewczynki ubrane były zazwyczaj w ozdobione koronką stroje, przez co cała impreza była swego rodzaju rewią mody. Nasz Kopciuszek (grany ostatecznie przez dwie dziewczyny - tekstu było dużo i wychowawczyni rozdzieliła rolę pomiędzy dwie osoby) był zatem ubrany w strój komunijny z wyszytym srebrną nicią IHS na przodzie. Ja natomiast, jako herold, miałam na sobie czerwone getry, jakiś w miarę przeciętny t-shirt i coś w rodzaju kapy czy płaszcza, opadającego z ramion, uszytego przez mojego dziadka z czerwonego, błyszczącego materiału. Nie pamiętam, czy miałam do tego jakieś nakrycie głowy, ale powagi mogły mi dodawać grube okulary, bo tak się jakoś złożyło, że był to czas, gdy moja wada wzroku zaczynała nabierać rozpędu. Do tego wszystkiego byłam wtedy pulchnym dzieckiem, więc widok mógł być lekko komiczny. Bardziej niż dziewięcioletnią dziewczynkę przypominałam pewnie jakiegoś cudaka, w każdym razie tak sobie tłumaczę te wybuchy śmiechu, które rozgrzmiały w sali gimnastycznej, kiedy wyszłam na środek obszaru spełniającego rolę sceny i ryknęłam do mikrofonu:

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan
Król jegomość kieruje orędzie!
Niech lud pozdrowiony będzie
I niech każdy nadstawi ucha
I niech każdy uważnie słucha.

Król jegomość, wielce wzruszony,
Ogłasza na wszystkie strony,
Że w pałacu bal się odbędzie
I król w dobroci swojej
Zaprasza wszystkie dziewoje.

A którą królewicz wybierze,
Którą pokocha szczerze,
Której da pierścień i słowo
Ta będzie przyszłą królową!

Możliwe, że coś mieszam z tekstem, to było jednak trochę dawno temu. W każdym razie moje wystąpienie obudziło powszechną wesołość. Podobną reakcję tłumu zaobserwowałam wiele lat później podczas kinowego seansu "Ogniem i mieczem", podczas sceny, w której pojawia się po raz pierwszy król Jan Kazimierz Waza grany przez Marka Kondrata. 

Cóż, starałam się robić dobrą minę do złej gry, ale tak naprawdę było mi przykro. Miałam dziewięć lat, chciałam zrobić coś fajnego i się wykazać. Wyszło głupio i śmiesznie i chyba nie dało się tego zrobić inaczej. Wypowiadałam kolejne wersy czując gorąco na policzkach. Dzisiaj się z tego śmieję, w końcu nic takiego się nie stało, z kogoś trzeba się było ponabijać i padło akurat na mnie. Ale gdyby to moje dzieci miało grać herolda, to chyba coś by mi tu nie pasowało. Być może jednak Emilia, jako błękitnooka blondynka, z miejsca dostałaby rolę Kopciuszka.

Tak mi się tylko przypomniało. Natomiast nową ekranizację "Kopciuszka" polecam wszystkim dziewczynom. No, może nie tym bardzo małym - film chwilami jest smutny w taki trochę doroślejszy sposób. Jest też bardzo piękny, a w suknię, w której główna bohaterka wystąpiła na balu, mogłabym się wpatrywać godzinami.

wtorek, 10 lutego 2015

Południowa Kalifornia oczami niedoszłej pani włóczęgi

Kiedy byłam nastolatką, zamierzałam zostać włóczęgą. Zdaje się, że miałam zamiar wprowadzić swój plan w życie jakoś po maturze. Całkiem na serio marzyłam o tym, by od rana do wieczora przemierzać świat z zawierającym skromny dobytek plecakiem. W swoich wyobrażeniach widziałam siebie wędrującą wzdłuż pól, nocującą pod drzewami i tak dalej. Dziś trochę niepokoi mnie to, że kompletnie nie pamiętam jak chciałam rozwiązać kwestię higieny. Plan zakładający, że będę pukać do drzwi mijanych domów prosząc o możliwość skorzystania z wanny wydaje mi się zbyt ekstremalny nawet jak na nastoletnią wyobraźnię. Niestety bądź na szczęście, nigdy nie musiałam rozwiązywać tego problemu, bo mimo upływu lat włóczęgą nadal nie jestem. No, przynajmniej nie takim, jakim zamierzałam być. Odkąd dorosłam, mieszkałam w czterech różnych krajach, więc do domatorki chyba też mi daleko.

Prawda jest jednak taka, że to marzenie o zostaniu włóczęgą wciąż mi się gdzieś tam kołacze. Prawdopodobnie teraz mogłabym w jakimś stopniu zrealizować dawną wizję, nawet z udziałem mijanych pól. Za nocleg pod drzewem chyba jednak podziękuję. Za bardzo boję się psów. Myślę jednak, że miałabym wyrzuty sumienia, gdybym zostawiła swoje dzieci po to, by zostać włóczęgą, a z kolei branie ich ze sobą nie wchodziłoby w grę - przynajmniej jeśli chciałabym zachować pewien klimat.

Z racji takiej a nie innej sytuacji osobistej, zdecydowałam się póki co na coś w rodzaju road trip. Plan jest następujący: wsiadamy w samochód i jedziemy w dane miejsce, po drodze zatrzymując się w różnych miejscowościach i korzystając z dóbr kulturalno-rozrywkowych, które oferują. Ok, nie jest to do końca ten bliski natury i zakładający piesze przemierzanie kraju scenariusz, który wymyśliłam wiele lat temu. Ale jest odrobinę koczowniczo, a to chyba jest najważniejsze. Planując taki wyjazd miałam trochę obaw i wątpliwości, ale koniec końców okazało się, że to był mój najlepszy wyjazd od lat. Nawet jeśli całość była mocno podporządkowana wizytom w miejscach, które mogłyby zainteresować prawie czteroletnią dziewczynkę.

Garść informacji, stwierdzeń, wniosków:

- 756 km w jedną stronę to nie jest oszałamiająca odległość, wiem. Ale jak na pierwszą tego typu wycieczkę i z trójką dzieci na tylnych siedzeniach samochodu nie jest chyba najgorzej.
- Tygrysom w Zoo Safari Park w San Diego dodaje się do posiłków brokat, żeby potem móc zidentyfikować, które odchody pochodzą od którego tygrysa.
- Jeśli jazda w charakterze pasażera Cię stresuje, dobrym rozwiązaniem jest słuchanie audiobooka połączone z robieniem na szydełku.
- San Diego to zaskakująco ładne miasto. Spodziewałam się nawału brzydkich uliczek, obdrapanych tynków i wrażenia ogólnego bałaganu. Domyślam się, że są tam i takie miejsca, ale te części miasta, które widziałam, wyglądały bardzo porządnie, zwłaszcza jeśli się je zestawi z takim co prawda klimatycznym, ale - co tu ukrywać - brudnym San Francisco. Tak czy siak, przed przyjazdem tam najbardziej mnie rajcował fakt, że będę tylko 30 minut jazdy samochodem od Tijuany. Na miejscu okazało się, że jest tam mnóstwo innych świetnych rzeczy.
- Tydzień w San Diego to za krótko. Może trochę inaczej to wygląda, gdy jedzie się bez dzieci.
- Disneyland to świetne miejsce i cieszę się, że mam pretekst w postaci córki, żeby go odwiedzić. Ale po dwóch spędzonych tam dniach mam dość na dłuższy czas. No i jeśli mogę pomarudzić, to ceny tego, co się tam sprzedaje, są po prostu zabójcze. A jeśli już zwykła koszulka z Myszką Mickey naprawdę musi kosztować ponad 30 dolarów, to fajnie by było, gdyby chociaż była made gdzieś indziej niż China albo Bangladesh.
- Zoo i Safari w San Diego to super miejsca, ale przed wizytą w nich warto trochę potrenować kondycję.
- W południowej Kalifornii często nie występuje pas do skrętu w lewo, za to zdaje się, że tamtejsi kierowcy częściej używają kierunkowskazów niż ci poruszający się po Dolinie Krzemowej.
- W konsulacie w Los Angeles nadal pracują bardzo mili ludzie, ale kolejki mogłyby być mniejsze. No i dlaczego nie można płacić kartą?
- Jeśli chcesz się napić kawy, to nie zajeżdżaj do KFC. Nie jestem specjalistką od ich menu, ale w tym do którego zajechaliśmy, kawy w ogóle nie mieli.
- Muzeum figur woskowych bez tłumu zwiedzających to bardzo fajne miejsce.
- Drugie podejście do Hollywood było o wiele bardziej udane niż pierwsze, sprzed ponad dwóch lat. Może dlatego, że zmieniły mi się oczekiwania.
- Zmywarka to sprzęt, do którego przyzwyczaiłam się bardziej niż mi się wydawało.
- Podczas tych piętnastu wyjazdowych dni widziałam dwie tęcze, obie bardzo piękne.
- Koniecznie muszę odbyć więcej tego typu wyjazdów. Proponowałam Dawidowi road trip do Unalaski, ale chyba myślał, że sobie żartuję. Nie przekonał go nawet argument, że mają tam bardzo dobry dystrykt szkolny.

W sumie, wymieniając największe miejscowości, odwiedziliśmy Los Angeles, San Diego i Santa Barbara. Nocowaliśmy w czterech różnych miejscach. Całość zajęła nam piętnaście dni, a ja mam poczucie, że nawet trzydzieści nie byłoby za dużo.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Disneyland prawie 30 lat później

Dawno, dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką, w kioskach "Ruchu" pojawiły się komiksy z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. Zdaje się, że wychodziły naprzemiennie co dwa tygodnie - raz były to przygody wielkouchej myszki, a raz sepleniącego kaczora. Potem wydawca poszedł chyba bardziej w kierunku kaczek i wszystkie komiksy z tej serii były o Donaldzie albo Sknerusie i siostrzeńcach - albo pamięć płata mi figle. Prawda jest taka, że dziś nie pamiętam treści ani jednej z przeczytanych wówczas historyjek z tej serii. Pamiętam trzy inne rzeczy.

1. Bardzo lubiłam te komiksy. Czekałam z niecierpliwością na kolejny komiks, a kiedy już wyszedł, każdą z historii czytałam kilkakrotnie. W pewnym momencie byłam już nawet trochę za stara na te bajki i spaliłabym się ze wstydu, gdyby moje koleżanki z klasy dowiedziały się, że to nie mój młodszy o sześć lat brat się w nich zaczytywał, tylko właśnie ja. Za nic nie powiem Wam, ile miałam lat, kiedy przestałam czytać komiksy o Kaczorze Donaldzie. Was też się wstydzę. To były chyba czasy, gdy moi rówieśnicy chodzili już na dyskoteki i słuchali Liroya. Albo jakoś tak.

2. W pewnym momencie nawiązałam kontakt z redakcją "Kaczora Donalda". Nie pamiętam, jak się to zaczęło. Pisanie listów było czymś, co uwielbiałam i robiłam regularnie przez wiele lat i po prostu pewnego dnia napisałam do "Kaczora". Ku mojemu zdziwieniu, dostałam odpowiedź. A potem kolejne. Nie były to jakieś długie teksty - ot, wiadomość na dwa-trzy zdania. Ale zawsze wysyłali je do mnie na odwrocie pocztórek z Kaczorem Donaldem. Nigdy nie dostałam dwóch takich samych kartek. Miałam z tego wszystkiego masę frajdy i do dziś cieszę się, że komuś chciało się odpisywać dzieciakowi z pisemnym słowotokiem.

3. Do pewnego momentu z tyłu na okładce tego komiksu był konkurs z losowaniem, w którym głowną nagrodą była wycieczka dla dwóch osób do Disneylandu na Florydzie. To był dla mnie już zupełny odjazd. Nie mam pojęcia, ile razy brałam udział w tym konkursie. Teraz wydaje mi się, że robiłam to prawie co tydzień, ale możliwe, że trwało to tylko kilka tygodni czy miesięcy. Bardzo chciałam odwiedzić Disneyland. Było to w czasach, gdy dobranocka trwała 10 minut. Wyjątkiem była niedziela, kiedy było to pół godziny i często puszczano wtedy bajki Disneya. Byłam nimi oczarowana, mimo iż przez dużą część mojego dzieciństwa oglądałam je na ekranie czarno-białego telewizora. Choć lubiłam rodzime kreskówki, to te disneyowskie zdawały się mieć w sobie coś magicznego.
Oczywiście wycieczki nigdy nie wygrałam, ale marzyłam o niej. W pewnym momencie nie chodziło już tylko o Disneyland. Chciałam polecieć samolotem, najlepiej bardzo daleko, na inny kontynent, tak by widzieć za oknami noc i maleńkie światła wielkich miast w dole. Wtedy samolotów, które latały nad moją głową nie było aż tak dużo. Każdy z nich, szczególnie te dostrzegane po zmroku, był dla mnie czymś fascynującym. Bawiłam się sama ze sobą, zgadując, dokąd lecą znajdujący się w nim podróżni. Zdaje się, że w mojej wyobraźni zazwyczaj udawali się do Stanów albo do Moskwy.


Mój stosunek do Disneya jest dziś nieco inny, głównie za sprawą tego, że mam prawie czteroletnią córkę, z którą obecnie mieszkam w Stanach. Każda bajka Disneya pociąga za sobą od razu olbrzymią machinę marketingową. Odkąd w kinach pojawiła się "Kraina lodu" ("Frozen"), bohaterowie tego filmu pojawili się chyba już dosłownie wszędzie. Jeśli zobaczę któregoś dnia szczotkę do sedesu z Anną i Elsą, to wcale nie będę zdziwiona. Postaci z bajek, choćby nie wiem jak sympatycznych, mamy dość najpóźniej wtedy, gdy wychodzą nam z lodówki. I z szafy - bo częścią tego samego mechanizmu są sukienki księżniczek. Owszem, ładne. Ale to jest osobny temat.

Dość, że w końcu, po prawie trzydziestu latach spełniłam swoje marzenie i odwiedziłam Disneyland. I moja sentymentalna natura natychmiast przypomniała mi, jak bardzo chciałam tam kiedyś pojechać. Nie wiem, kto miał większą frajdę - ja czy Emilka. Na krótką chwilę z wroga komercjalizacji dziecięcego świata stałam się jej koneserem.

To było już drugie po Svalbardzie miejsce, które bardzo chciałam odwiedzić i które udało mi się zobaczyć. Z kolejnym punktem na liście będzie znacznie trudniej, bo Patagonia jest jakby trochę nie po drodze. Ale na to mam jeszcze wiele lat.