Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 lipca 2017

Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni...

Tak, wiem - nic nie piszę. Nie mam kiedy, moi mili. Dzieci są na swoich pierwszych prawdziwych wakacjach u dziadków, takich porządnych, trzytygodniowych, a ja zwyczajnie nie mam w co rąk włożyć. Sami rozumiecie - nagle jest więcej czasu na czytanie i szydełkowanie, wieczorne wyjścia z mężem do knajpy czy w inne miejsce nie wymagają angażowania opiekunki, przesypia się większą niż zazwyczaj część doby... No i dochodzą jeszcze kwestie spacerów, tak popularnych w tym roku w Polsce, ale nie tylko - zwyczaj ten przedostał się również za granicę, zwłaszcza do większych miast.

A tak na serio: przez całe lata uparcie twierdziłam, że życie człowieka po tym, jak zostaje rodzicem, wcale nie musi się aż tak bardzo zmienić. Owszem, pewne przesunięcia następują, ale na pewno nie jest tak, że po przyjściu na świat potomstwa trzeba od razu zrezygnować z hobby, czasu dla siebie i innych takich - głosiłam. A potem nagle zostałam w domu bez dzieci na trzy długie tygodnie i zmieniłam zdanie. Rezygnować może i nie trzeba, ale...

Jakie zmiany zatem dostrzegłam w domu moim, nagle dziecięcego gwaru pozbawionym? Otóż:

- Prawie nie trzeba zmywać. Ok, mam zmywarkę, ale tak się składa że ona się sama nie napełnia. W normalnych warunkach włączam ją mniej więcej dwa razy na dzień. Czasem rzadziej, ale potem przychodzi weekend i jeśli najdzie nas ochota na poważniejsze gotowanie, to tych zmywań jest z kolei więcej. W ciągu tych trzech tygodni zmywarkę włączyłam trzy razy i przed sobotą (kiedy jadę do maluchów) uruchomię ją już tylko raz.

- Prawie nie trzeba prać. Tak, pierze pralka. Ale to przeważnie rodzic pakuje do niej rzeczy i rodzic je potem układa. To niesamowite ile brudnych ciuchów potrafi wygenerować trójka małych dzieci.

- Nie powiem Wam, że nie trzeba sprzątać, bo trzeba, zwłaszcza jak się ma dwa koty. Ale pomijając koty - mam wrażenie, że łatwiej ogarniam porządek w obecności trzech bałaganiących córek niż bez nich.

- Prawie nie trzeba robić zakupów. Szynka, ser, pieczywo, mleko - wszystko to nagle zaczęło schodzić nam dziwnie powoli. Nie wspomnę już o tym, że nagle znikają ciche prośby o jajka niespodzianki i inne tego typu dobra. W ogóle złapałam się na tym, że kiedy nie ma dzieci, praktycznie nie odczuwam głodu - kilkakrotnie zdarzało mi się zjeść śniadanie około 8 i potem koło 17 zorientować się że nie tylko od rana nie miałam niczego w ustach, ale nawet nie jestem głodna. Gdyby nie to, że korzystając z większej swobody zwiedzamy regularnie wieczorami różne knajpy w Dublinie i testujemy serwowane tam specjały, wyszłabym z tych wakacji bez dzieci lżejsza o kilka kilogramów.

- Wieczorem można siedzieć poza domem tak długo, jak długo się chce. Wprawdzie mamy wspaniałą nianię, która w razie potrzeby zostaje z naszymi dziećmi, ale jednak zawsze z tyłu głowy jest myśl o tym, że nie wypada tej niani przetrzymywać do zbyt późna. Pić o dwa kieliszki wina za dużo też nie wypada. No, może ja się za bardzo przejmuję...

- Można też w końcu odwiedzić te restauracje, które fajnie wyglądają, ale sprawiają wrażenie kiepskich do wizyt z dziećmi. Bo serwują mało dzieciowe jedzenie, albo bo są miejscem bardziej "randkowym", w którym absolutnie nie chciałabym narażać innych gości na ewentualne marudzenie moich pociech.

- Wieczorem można usiąść w towarzystwie męża i dwóch gitar i brzdąkać w Rocksmitha nie oglądając się przesadnie na to, że można kogoś obudzić (sąsiedzi twierdzą że nas nie słyszą, a ja chcę im wierzyć).

- Czasem łapie się totalnego lenia. To dość zabawne uczucie - człowiek przez piętnaście minut nic nie robi, bo może, ale zaraz wścieka się na siebie, że właśnie zmarnował cały cenny kwadrans z tych bezcennych trzech tygodni.

- Można pojechać w miejsca, które z dziećmi, zwłaszcza małymi, kiepsko się zwiedza. Niech mnie ktoś kopnie i każe napisać o naszym wakacyjnym zwiedzaniu Irlandii, co? Bo naprawdę naoglądaliśmy się widoków za wszystkie czasy.

- A na koniec zaczyna się za tymi nieobecnymi dziećmi tęsknić jak cholera. Pojawia się odliczanie dni, mentalne przebywanie w przyszłości i inne takie. Wizje powitania. Mocne postanowienia, że kolejna taka trzytygodniowa rozłąka to ewentualnie dopiero za rok...
Co prawda bywa, że jest się sprowadzonym na ziemię podczas wideorozmowy z dziadkami, kiedy to dzieci  są bardziej zainteresowane kotem, który przemknął przed kamerą laptopa niż rodzoną matką... No ale :-)

Pozdrowienia z wakacji,
Agata


czwartek, 9 lipca 2015

Smażona rybka z grzybicą w tle

Siedziałam właśnie przy drewnianym stole pod parasolem w jednej z jadłodajni nad pobliskim jeziorem, ciesząc się zapachem smażonej ryby z jednej strony i przyjemnym - zwłaszcza na tle ostatnich upałów - wiaterkiem z drugiej strony. Ot, idealne, leniwe popołudnie w środku wakacji na polskiej prowincji. Zadowolone twarze członków rodziny, dobre jedzenie. I muzyka w tle.

No, nie całkiem. W pewnym momencie, właściwie dość szybko, muzyka ucichła i z knajpowego radia popłynęły reklamy. Niby mogłam nie słuchać, ale mimowolnie przyswajałam dolatujący do mnie przekaz. Może to przez to, że na co dzień nie oglądam telewizji, a w samochodzie, zamiast radia, mam zwykle odpalony zostaw dziecięcych piosenek i słuchowisk? Mój umysł mógł przez to stracić jakąś warstwę ochronną, pomagającą uchronić się przed niechcianymi treściami.

Tak więc, podczas przepysznego posiłku w piękne, lipcowe popołudnie wysłuchałam:
- reklamy, której narratorem był ginekolog, zachwalający środek na dolegliwości okolic intymnych u pań, między innymi na grzybicę pochwy;
- reklamy środka na hemoroidy (to już któraś kolejna, której wysłuchałam podczas niespełna dwutygodniowego pobytu w Polsce. Czy to jest obecnie jakaś najpopularniejsza przypadłość? A może światowa pandemia?);
- środka wspomagającego odchudzanie;
- środka łagodzącego nieprzyjemne dolegliwości towarzyszące menopauzie, między innymi przybierania na wadze.

Nie ma to jak zjeść obiad w miłych okolicznościach przyrody. I całej reszty. No bo przecież mogło być gorzej: zwróćcie uwagę, że w powyższym zestawieniu nie ma mowy np. o środkach przeczyszczających.

wtorek, 23 czerwca 2015

Wizyta dilerki z San Francisco

Od kilku dni byłam sama w domu. Jakoś tak wykombinowaliśmy tę podróż do Europy, że D. miał lecieć pierwszy z dziećmi, a ja miałam dotrzeć na miejsce kilka dni później. Dziwne: jeszcze niedawno marzyłam o takiej samotnej, najlepiej długiej podróży samolotem. Kilka, albo nawet kilkanaście godzin lotu. Można do woli czytać, można coś obejrzeć. A teraz, jak już przyszło co do czego, uleciały ze mnie emocje.

Kilka dni przed wylotem skontaktowała się ze mną dawna koleżanka.
- Słuchaj - mówiła. - Przyjechałabym do ciebie na jakieś babskie winko, tak jeszcze zanim polecisz.
Pomysł mi się spodobał. Koleżankę bardzo lubiłam, świetnie nam się rozmawiało, tyle że od jakiegoś czasu jakoś brakowało okazji, żeby się spotkać. Dlatego od razu przystałam na jej propozycję.
- Świetnie - ucieszyła się. - Skombinuj proszę jakieś wino, ja może też coś przywiozę. Tylko wiesz, wezmę ze sobą taką koleżankę. Ona trochę biedna jest, nie ma kasy, raczej niczego ze sobą nie weźmie.
- Kto to jest? - zapytałam. Jakoś nie podobał mi się pomysł, by do naszego spotkania dołączał ktoś jeszcze, zwłaszcza jeśli miała to być osoba, której nie znam.
- Taka dziewczyna, trochę biedna, nie tylko nie skończyła studiów, ale nawet nie ma matury. Trochę pokręcona jest, ćpa i sama jest dilerką, sprzedaje na ulicach San Francisco. Trochę taki półświatek, no wiesz.
Wiedziałam. Nie wiedziałam natomiast, skąd moja dobra koleżanka ma takie znajomości. I kompletnie nie rozumiałam, jak mogła chcieć przywieźć do mnie taką osobę. Jak gdyby nigdy nic. Być może to właśnie ta naturalność w jej sposobie przedstawienia sprawy sprawiła, że nie robiłam z jej propozycji problemu. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że znów zawinił mój brak asertywności.

Moja koleżanka i jej towarzyszka przyjechały o umówionej porze ciężarówką. Z pewnym trudem zaparkowały ją pod moim domem. Wyszłam się z nimi przywitać, trochę ciekawa, jak też wygląda dilerka narkotyków z San Francisco. Nie wiem czego się spodziewałam, wiem tylko, co zobaczylam.

Dziewczyna była dość młoda, może nawet przed trzydziestką. Miała półdługie, lekko pofalowane włosy o nijakim, myszowatym kolorze. Raczej nie farbowane. Z pewnością zaniedbane i przetłuszczone. W ogóle ona cała wyglądała, jakby z higieną było jej lekko nie po drodze: nosiła byle jakie, brudne ciuchy. No i ta twarz, o dziwnym kolorze, jak gdyby połączenie nieudanej, przesadzonej opalenizny z brudem. Do tego nieobecne spojrzenie, sprawiające wrażenie, jakby nie mogła go utkwić w żadnym konkretnym obiekcie. Patrzyła tępo przed siebie, odpowiadając na powitanie monotonnym, bezbarwnym tonem.

Weszłyśmy do środka. Koleżanka przywiozła czerwone wino. Ja ze swojej strony zdecydowałam się na lekki eksperyment: w sklepie sprzedawali coś w rodzaju gotowych drinków w wielkich, przezroczystych butelkach. Wabiły żarówiastymi kolorami i stosunkowo niewielką zawartością alkoholu: 13,5%, takie winko.

Organizacją stołu i przygotowaniem alkoholu zajęła się moja koleżanka, mnie odsyłając pod jakimś pretekstem do innej części domu. Znów posłuszna oddaliłam się. Zaczynałam się niepokoić: dlaczego miało mnie nie być przy rozlewaniu płynów do kieliszków? Czyżby zamierzały mi czegoś dosypać? Ale jeśli nawet, to po co? Chyba nie w calu kradzieży - w tym domu najdroższym sprzętem był mój komputer, liczący sobie już 5 lat. Jak na Dolinę Krzemową to pewnie skromnie. Z jakiegoś powodu wiedziałam jednak, że wrócę do nich dopiero wtedy, gdy mnie zawołają, i posłusznie wypiję to, co zostanie mi podane.

Być może Szymon miał kiedyś rację mówiąc, że mam szczęście, iż do tej pory nie skończyłam w jakiejś beczce z kapustą. Moja naiwność względem innych ludzi była bezkonkurencyjna.

Niedługo później siedziałam już w towarzystwie dwóch pozostałych uczestniczek spotkania i popijałam ciemnoczerwony płyn wypełniający zgrabny kieliszek. Dziwne - to było zwykłe, wytrawne wino. Nie miałam takiego w domu. Prezent? Czy specjalnie dały mi coś swojego, coś zmieszanego z groźną substancją, mającą mnie obezwladnić, uczynić łatwym celem napaści, kradzieży?

Rozmawiałam z koleżanką jak gdyby nigdy nic. Jej towarzyszcza milczała, patrząc apatycznie przed siebie. Starałam się nie zwracać na to uwagi, rozpaczliwie próbując wychwycić w swojej świadomości ślady jakichkolwiek zmian wywołanych wypitą substancją. Właściwie niczego dziwnego nie odczuwałam. Ale potem zaczęłam zwracać większą uwagę na to, o czym mówię. Nie podobały mi się zdania, które wychodziły z moich ust.
- Jutro wyjeżdżam - tłumaczyłam. - Nikogo tu nie będzie, rozumiecie? Przez ponad dwa miesiące dom będzie stał pusty, hahaha. O, a tu zostawię klucz, no wiecie, zapasowy. Hahaha.
Słyszałam co mówię i wiedziałam, że robię źle. Jednak, co ciekawe, nie potrafiłam sama przed sobą wyjaśnić, co właściwie było nie w porządku. Spotkanie zakończyło się w którymś momencie, dwie kobiety odjechały swoją ciężarówką, a ja po przespanej nocy poleciałam do Europy.

Oświeciło mnie dopiero na miejscu, pierwszego poranka, kiedy obudziłam się wśród białej pościeli. Spanikowana zerwałam się z łóżka, włączyłam komputer, odpaliłam Gmaila. Pospiesznie wstukałam tekst wiadomości do koleżanki.

Słuchaj, tak jakbyś się zastanawiała, to mój dom wcale nie będzie stał pusty przez dwa miesiące. Będzie tam K. Ma dokarmiać koty. Więc nie jest tak, że możecie sobie tam wejść i mnie okraść. Jeśli będzie trzeba, K. wezwie policję.

Uspokojona wróciłam do łóżka i zapadłam w spokojny sen. Teraz na pewno koleżanka mnie nie okradnie. Wykazałam się sprytem i przebiegłością.

___________
Przez kilka pierwszych chwil po prawdziwym przebudzeniu musiałam sobie przypominać, że zarówno koleżanka, jej znajoma dilerka to wyłącznie wytwór mojej sennej wyobraźni. No dobra - koleżanka przypomina pewną moją znajomą, ale zdaje się, że w śnie nie była z nią tożsama. Jestem jednak pewna, że to przeczyta. Może się domyśli?


wtorek, 10 lutego 2015

Południowa Kalifornia oczami niedoszłej pani włóczęgi

Kiedy byłam nastolatką, zamierzałam zostać włóczęgą. Zdaje się, że miałam zamiar wprowadzić swój plan w życie jakoś po maturze. Całkiem na serio marzyłam o tym, by od rana do wieczora przemierzać świat z zawierającym skromny dobytek plecakiem. W swoich wyobrażeniach widziałam siebie wędrującą wzdłuż pól, nocującą pod drzewami i tak dalej. Dziś trochę niepokoi mnie to, że kompletnie nie pamiętam jak chciałam rozwiązać kwestię higieny. Plan zakładający, że będę pukać do drzwi mijanych domów prosząc o możliwość skorzystania z wanny wydaje mi się zbyt ekstremalny nawet jak na nastoletnią wyobraźnię. Niestety bądź na szczęście, nigdy nie musiałam rozwiązywać tego problemu, bo mimo upływu lat włóczęgą nadal nie jestem. No, przynajmniej nie takim, jakim zamierzałam być. Odkąd dorosłam, mieszkałam w czterech różnych krajach, więc do domatorki chyba też mi daleko.

Prawda jest jednak taka, że to marzenie o zostaniu włóczęgą wciąż mi się gdzieś tam kołacze. Prawdopodobnie teraz mogłabym w jakimś stopniu zrealizować dawną wizję, nawet z udziałem mijanych pól. Za nocleg pod drzewem chyba jednak podziękuję. Za bardzo boję się psów. Myślę jednak, że miałabym wyrzuty sumienia, gdybym zostawiła swoje dzieci po to, by zostać włóczęgą, a z kolei branie ich ze sobą nie wchodziłoby w grę - przynajmniej jeśli chciałabym zachować pewien klimat.

Z racji takiej a nie innej sytuacji osobistej, zdecydowałam się póki co na coś w rodzaju road trip. Plan jest następujący: wsiadamy w samochód i jedziemy w dane miejsce, po drodze zatrzymując się w różnych miejscowościach i korzystając z dóbr kulturalno-rozrywkowych, które oferują. Ok, nie jest to do końca ten bliski natury i zakładający piesze przemierzanie kraju scenariusz, który wymyśliłam wiele lat temu. Ale jest odrobinę koczowniczo, a to chyba jest najważniejsze. Planując taki wyjazd miałam trochę obaw i wątpliwości, ale koniec końców okazało się, że to był mój najlepszy wyjazd od lat. Nawet jeśli całość była mocno podporządkowana wizytom w miejscach, które mogłyby zainteresować prawie czteroletnią dziewczynkę.

Garść informacji, stwierdzeń, wniosków:

- 756 km w jedną stronę to nie jest oszałamiająca odległość, wiem. Ale jak na pierwszą tego typu wycieczkę i z trójką dzieci na tylnych siedzeniach samochodu nie jest chyba najgorzej.
- Tygrysom w Zoo Safari Park w San Diego dodaje się do posiłków brokat, żeby potem móc zidentyfikować, które odchody pochodzą od którego tygrysa.
- Jeśli jazda w charakterze pasażera Cię stresuje, dobrym rozwiązaniem jest słuchanie audiobooka połączone z robieniem na szydełku.
- San Diego to zaskakująco ładne miasto. Spodziewałam się nawału brzydkich uliczek, obdrapanych tynków i wrażenia ogólnego bałaganu. Domyślam się, że są tam i takie miejsca, ale te części miasta, które widziałam, wyglądały bardzo porządnie, zwłaszcza jeśli się je zestawi z takim co prawda klimatycznym, ale - co tu ukrywać - brudnym San Francisco. Tak czy siak, przed przyjazdem tam najbardziej mnie rajcował fakt, że będę tylko 30 minut jazdy samochodem od Tijuany. Na miejscu okazało się, że jest tam mnóstwo innych świetnych rzeczy.
- Tydzień w San Diego to za krótko. Może trochę inaczej to wygląda, gdy jedzie się bez dzieci.
- Disneyland to świetne miejsce i cieszę się, że mam pretekst w postaci córki, żeby go odwiedzić. Ale po dwóch spędzonych tam dniach mam dość na dłuższy czas. No i jeśli mogę pomarudzić, to ceny tego, co się tam sprzedaje, są po prostu zabójcze. A jeśli już zwykła koszulka z Myszką Mickey naprawdę musi kosztować ponad 30 dolarów, to fajnie by było, gdyby chociaż była made gdzieś indziej niż China albo Bangladesh.
- Zoo i Safari w San Diego to super miejsca, ale przed wizytą w nich warto trochę potrenować kondycję.
- W południowej Kalifornii często nie występuje pas do skrętu w lewo, za to zdaje się, że tamtejsi kierowcy częściej używają kierunkowskazów niż ci poruszający się po Dolinie Krzemowej.
- W konsulacie w Los Angeles nadal pracują bardzo mili ludzie, ale kolejki mogłyby być mniejsze. No i dlaczego nie można płacić kartą?
- Jeśli chcesz się napić kawy, to nie zajeżdżaj do KFC. Nie jestem specjalistką od ich menu, ale w tym do którego zajechaliśmy, kawy w ogóle nie mieli.
- Muzeum figur woskowych bez tłumu zwiedzających to bardzo fajne miejsce.
- Drugie podejście do Hollywood było o wiele bardziej udane niż pierwsze, sprzed ponad dwóch lat. Może dlatego, że zmieniły mi się oczekiwania.
- Zmywarka to sprzęt, do którego przyzwyczaiłam się bardziej niż mi się wydawało.
- Podczas tych piętnastu wyjazdowych dni widziałam dwie tęcze, obie bardzo piękne.
- Koniecznie muszę odbyć więcej tego typu wyjazdów. Proponowałam Dawidowi road trip do Unalaski, ale chyba myślał, że sobie żartuję. Nie przekonał go nawet argument, że mają tam bardzo dobry dystrykt szkolny.

W sumie, wymieniając największe miejscowości, odwiedziliśmy Los Angeles, San Diego i Santa Barbara. Nocowaliśmy w czterech różnych miejscach. Całość zajęła nam piętnaście dni, a ja mam poczucie, że nawet trzydzieści nie byłoby za dużo.

piątek, 30 kwietnia 2010

Malediwy. Obrazki

Piątego dnia pobytu Malediwy wciąż zachwycają. Jednocześnie jest to ten rodzaj piękna, do którego człowiek - a przynajmniej Europejczyk, zamknięty na co dzień w schemacie dom - praca - zakupy, oddający się kolejnym czynnościom z działaniem klimatu umiarkowanego w tle - przyzwyczaja się zbyt łatwo. Jakaś część mnie nie miałaby nic przeciwko temu, by każdego dnia budzić się w klimatyzowanym pokoju, otwierać drzwi i chłonąć upalne powietrze. Chodzić w klapkach, spędzać godziny nad wodą w książką w ręce. Taplać się w wodzie. Wewnętrzny głos przypomina mi od czasu do czasu, że tak naprawdę za upałami nie przepadam, poza tym jestem typowym mieszczuchem, któremu egzotyka podoba się na zdjęciach i podczas kilkudniowego pobytu tu i tam.


Na Malediwach jest teraz około trzydziestu stopni. Powietrze jest wilgotne. Najdotkliwiej doświadczyły tego moje włosy, które w domowych warunkach każdego niemal dnia uparcie prostuję. Tutaj nie ma to wielkiego sensu: po dwóch godzinach od zakończenia mozolnej pracy nad fryzurą na ramiona znów opadają mi rude loki. Bezsens przesadnego dbania o włosy wzmagają godziny spędzane w oceanie: kuracja ze słonej wody robi z nich coś, co da się odkręcić tylko i wyłącznie kąpielą z użyciem szamponu.


Z lekkim przerażeniem obserwuję czasem parę, która przychodzi często na plażę. Oboje młodzi i śniadzi. On ubiera się po europejsku, w krótkie szorty i t-shirta. Ona ubrana jest jak muzułmanka: w czarną, powłóczystą szatę, okalającą również głowę. Robi zdjęcia wchodzącemu do wody towarzyszowi. On również ją fotografuje, kiedy stoi na plaży w czarnym, rozwiewanym przez wiatr ubraniu. Filmowy obrazek. Mam opory przed uwiecznieniem go swoim aparatem. Tej pary nie widzę tu w żadnej innej sytuacji, ani podczas posiłków, ani przy okazji organizowanych przez ośrodek eventów. Wszystko wskazuje jednak na to, że są tu turystycznie.

Wczoraj wieczorem przy basenie spotkaliśmy ptaka przypominającego czaplę. Stał na brzegu i co jakiś czas sięgał dziobem do wody. Zaskoczeni czekaliśmy nieruchomo, aż odleci. 

W pokoju odkryliśmy małą jaszczurkę. Wspinała się po ścianie, ignorując naszą obecność i mój strach. Przez moment pomyślałam o tym, że na pewno są jakieś sposoby na usuwanie tego typu zwierzątek. Być może zgłoszenie tego nieplanowanego gościa na recepcji pomogłoby rozwiązać sprawę. Zmusiłam się jakoś do zmiany toku myślenia: jaszczurka póki co nic mi jeszcze nie zrobiła. 

sobota, 24 kwietnia 2010

Urlop. Notatki z samolotu

Światowy Dzień Książki spędziłam w sposób godny Światowego Dnia Podróży (czy taki w ogóle istnieje?). Spakowana jeszcze w nocy, będąc w pracy śledziłam uważnie czas wyświetlany w prawym górnym rogu ekranu mojego służbowego laptopa. 7 godzin… 5… 2…

Piszę ten tekst w samolocie, trochę jako remedium na lęki i stres. Samotna podróż samolotem niespełna dwa tygodnie po katastrofie prezydenckiego samolotu to, nawet przy sporym stanie świadomości na temat lotów, sytuacja nie do końca komfortowa. Gdzieś w tyle myśli czai się irracjonalny zapewne strach, nieco przyćmiony czerwonym winem wypitym podczas podróży.

Katastrofa Tu-154 siłą rzeczy przełożyła się w jakiś sposób na moje życie. Przynajmniej zawodowe. Praca w mediach nie uznaje w takim przypadku indywidualnej wrażliwości. Starałam się jak mogłam podejść do tematu na zimno, traktować redagowane teksty jak fikcję. Początkowo udawało mi się to całkiem nieźle - informacje o śmierci pasażerów rządowego Tupolewa brzmiały wszak nierealnie. Z biegiem czasu było coraz gorzej: obrazy trumien, zapłakanych twarzy, przekazywane obywatelom przez media nie dawały o sobie zapomnieć. Któregoś dnia wyszłam z pracy wcześniej. Szczęśliwa, że mam przed sobą tyle wolnych od obowiązków godzin zamknęłam się w pokoju z książką. I wtedy zza ściany usłyszałam głos spikera radiowego, informującego o przybyciu do Polski kolejnych ciał.

Urlop (na jego wizji cień położyła na jakiś czas chmura wulkaniczna, która przykryła na kilka dni dużą część Europy, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie portów lotniczych) przyszedł, zdawałoby się, w porę. Cieszyłam się na mentalny odpoczynek po kilkunastu dniach życia wśród śmierci. Nie spodziewałam się, że przez okno hali warszawskiego lotniska zobaczę CASĘ, wojsko i tłum ubranych na czarno ludzi, oczekujących na ostatnie zidentyfikowane ciała katastrofy Tu-154.

Nie spodziewałam się, że tak inaczej wygląda to w rzeczywistości niż na ekranie telewizora. Niemal nieruchome, czarne postaci. Sylwetka CASY tak dokładnie znana z internetu i telewizji. Spojrzałam na zegarek: czas się zgadzał. Wyjechałam zatem na urlop wtedy, gdy ostatnie ciała z katastrofy wróciły do Polski. Makabryczne zestawienie.