Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2019

Korea Północna - wrażenia

Nasze przewidywania okazały się słuszne. Naprawdę nie potrzebowaliśmy samochodu aż tak bardzo. Przez te trzy lata przyzwyczailiśmy się do długich spacerów i rządzących się własnymi prawami autobusów. Teraz od kilku tygodni pod domem stało auto, a my korzystaliśmy z niego głównie do transportu zakupów.

- Bez sensu jak tak stoi - oświadczyłam któregoś dnia. - Pojedźmy gdzieś, na jakąś wycieczkę.
- To może w końcu ta Korea Północna - zaproponował Dawid. - Blisko, jak pojedziemy rano, to wieczorem wrócimy...
- Myślisz, że to bezpieczne? - miałam swoje wątpliwości.
- Teraz podobno tak. Tylko ludzie wciąż nie mogą w to uwierzyć, więc nie jeżdżą.

Droga do granicy zajęła nam jakieś pół godziny. Plan był następujący: jeśli na miejscu będzie dziwnie, to zawrócimy. Zawsze przecież możemy jechać na zakupy zamiast do Korei.

Korea Północna przywitała nas pomarańczową poświatą, trochę przypominającą słoneczny zachód słońca, kiedy wszystko przebarwia się pod wpływem przygaszonych promieni. Wszystko zdawała się pokrywać lekka warstwa piasku. Wszystko, czyli kiepską, ale dość szeroką drogą, którą sunęliśmy w sznurze samochodów, pozbawioną jakichkolwiek linii czy znaków ułatwiających odnalezienie się w tej rzeczywistości. Wszystko, czyli ciągnące się wzdłuż tej drogi pola i długie, kilkupiętrowe budynki, przypominające stare magazynu, z rzeczywistości zaś będące zapewne budynkami mieszkalnymi.

Co rzucało się w oczy, to brak ludzi. Miasto, przez które jechaliśmy, wyglądało na wymarłe. Samochodów na naszej drodze było natomiast sporo - oczywiście nie przypominało to dróg w Dublinie, ale liczba pojazdów na pewno przerosła to, czego spodziewałam się po tym kraju. Wszystkie auta wyglądały na zagraniczne. Czyżby Korea Północna przeżywała boom turystyczny? Rozglądając się dookoła stwierdzałam zresztą, że niektórzy musieli być tu już któryś raz - świadczyła o tym niezła orientacja na temat tego, jak powinno się tymi drogami jeździć. Bo nie wszystko było oczywiste  - widziałam tu na przykład drogę podporządkowaną, z której na główną wolno było wyjeżdżać tylko tyłem.

W końcu dojechaliśmy do kompleksu mieszkań - tu mieliśmy się zatrzymać na dzień, a gdybyśmy uznali, że jednak chcemy wracać do jutra, również na noc. Wnętrze było dość ponure - małe okna były brudne, przepuszczały bardzo mało światła, a to, co wpadało do środka rzucało na wszystko brudnopomarańczową poświatę. Mebli prawie nie było - jakaś stara kanapa, sterta pustych, kartonowych pudeł. I wielki balkon. Zaskoczona wyszłam sprawdzić co mogę z niego zobaczyć.

Zapadło mi dech w piersiach: przede mną roztaczał się cudowny widok na rzekę Yalu. Pomarańczowe promienie odbijały się w jej wodach, ale tym razem było to piękne. Widziałam wiszący most łączący oba brzegi i teren po jej drugiej stronie - rzędy długich budynków, znacznie wyższych niż te, które widziałam w Korei Północnej. W tle widać było toczącą się intensywnie budowę, mnóstwo pracujących na pełnej parze dźwigów, budynki, których wznoszenie się niemal dało się obserwować gołym okiem. Znałam geografię na tyle, by wiedzieć, że teren po drugiej stronie rzeki to już Chiny.

- To magazyny AliExpress - szepnęłam do siebie wzruszona.

Pomyślałam, że wyszłaby z tego niezła notka na bloga. Ale sam widok to za mało, poza tym nie byłam pewna, czy mogę tu robić zdjęcia. Wiadomo - na koreańskich ulicach bywa z tym różnie, ale czy fotografowanie Chin z północnokoreańskiego balkonu jest zabronione? Postanowiłam opuścić mieszkanie i poszukać jakichś ludzi, którzy mogliby odpowiedzieć na moje wątpliwości.

Przed wejściem do budynku spotkałam mężczyznę w średnim wieku. Ubrany w koszulę bez rękawów i drelichowe spodni ćmił papierosa, wpatrując się w ziemię. Zagadamy podniósł nieco spojrzenia i nie patrząc bezpośrednio na mnie odpadł cicho płynną angielszczyzną:
- Ja nic nie wiem. Ja tam nie patrzę. To nie wasze miejsce. Wracajcie do Irlandii.

- Musimy wracać, tu jest coś ostro nie tak - powiedziałam stanowczo do Dawida, który czekał na mnie w mieszkaniu. Jedźmy lepiej po te zakupy.

I tak skończyła się moja pierwsza wyprawa do Korei Północnej. Ściśle rzecz biorąc skończyła się, ponieważ się obudziłam.


sobota, 15 sierpnia 2015

Jak latać, czyli zestaw subiektywnych rad napisanych na jet lagu

Po ponad dwóch miesiącach spędzonych w Europie, naklikaniu masy notek (miałam natchnienie, sami rozumiecie), aktywnym przemieszczaniu się w towarzystwie jednej osoby dorosłej i trójki dzieci, powtarzającym się co kilka bądź kilkanaście dni szaleństwie pakowania, wróciłam do słonecznej Kalifornii. Mam za sobą pierwszą "jetlagową" noc, o dziwo przesuniętą w fazie tylko o dwie godziny. 

Ponieważ czas w podróży upływał mi powoli, pomyślałam o tym, jakimi złotymi radami odnośnie latania mogłabym się podzielić ze światem. Wszystko jest bardzo subiektywne i raczej nie spodoba się amatorom alkoholowych podróży.

1. Niezależnie od tego, jak dokładnie zaplanujesz sobie proces pakowania i jak precyzyjną listę przedmiotów do zabrania przygotujesz, przed wyjściem z domu czy hotelu i tak będziesz robić wszystko w oparach chaosu, w nadziei, że nie zapomniałeś czegoś ważnego (nie raz i nie dwa zdarzy się, że faktycznie zapomniałeś. Z listą wszystko może się zgadzać, ale kto powiedział, że lista była kompletna?)

2. Podczas lotu, zwłaszcza długiego nie pij alkoholu. Mniejsza z tym, czy serwowany jest za darmo, czy trzeba za niego dopłacać. Zapewne ilu ludzi, tyle reakcji, ale u mnie  alkohol wypity w podróży powoduje otępienie, które nie ma nic wspólnego z łatwiejszym zapadnięciem w sen. Pewnego razu, lecąc z San Francisco do Frankfurtu, postanowiłam przechytrzyć system i wypić tyle, żeby być zdolną tylko do snu. Obsługa chętnie serwowała darmowe wino, wypiłam go trochę za dużo, potem, już w nocy, proponowali koniak, którego wprawdzie nie lubię, ale celowo nie odmawiałam. Efekt był taki, że leciałam w ciemnym samolocie, wśród śpiących ludzi, nie mogąc zmrużyć oka, zbyt wstawiona, żeby skupić się na lekturze książki. Nigdy więcej. 
(Oczywiście jest duża szansa, że należysz do ludzi, którym alkohol w samolocie pomoże. Jeśli tak jest, potraktuj ten punkt i jego autorkę jako ciekawostkę przyrodniczą.)

3. Jeśli boisz się latać (ja się boję), oszczędź sobie nerwów i w miarę możliwości nie siadaj przy oknie. Ominie się trochę widoków, ale nerwy to też ważna sprawa. Choć dla widoku Grenlandii z góry warto raz wziąć się w garść i zerknąć za szybkę (patrz: zdjęcie).

4. Jeśli nadal się boisz - lataj sam albo z dzieckiem. Z moich doświadczeń wynika, że najgorzej na poziom stresu wpływają loty z kimś, komu możesz się pożalić jak bardzo się boisz, jak bardzo podejrzane wydają ci się wszelkie zmiany w odgłosach wydawanych przez silnik, jak bardzo martwisz się tym, że stewardessa ma niewyraźną minę, a samolot leci jakby trochę inaczej niż ostatnio. Jeśli lecisz sam, musisz się z tym wszystkim jakoś uporać i nie jest to takie najgorsze - może się boisz, ale brak ramienia do wypłakania się sprawia, że mniej się nakręcasz. Jeśli lecisz z dzieckiem, masz na głowie tyle innych spraw, że o strachu za bardzo nie myślisz, nawet jeśli czai się on gdzieś tam z tyłu głowy. 
A tak w ogóle - oczywiście, że wolę latać ze swoim facetem niż sama. Nie zmienia to jednak faktu, że przy nim bardziej się nakręcam i stresuję.

5. Samolotowe jedzenie może smakować mocno tak sobie, ale pamiętaj, że czas jego roznoszenia, spożywania i zbierania resztek przez obsługę to element, który wypełni ci część podróży (i tu przypominają mi się loty do Szwajcarii, kiedy to przeważnie siedziałam z tyłu, serwowanie żarcia zaś zaczynało się z przodu i przez dobre dwadzieścia minut zerkałam znad książki czy laptopa w kierunku przesuwającego się w moim kierunku wózka z niezmiennie wybrzmiewającym w myślach: „daleko jeszcze?”). 

6. Jeśli podobnie jak ja należysz do ludzi, którym zasypianie podczas lotu zupełnie nie wychodzi, miej ze sobą coś do czytania i słuchania. Nie zakładaj, że to pierwsze wystarczy. Możecie mi wierzyć czy nie, ale nawet wytrawny czytelnik potrafi dojść do etapu, w którym literki sklejają mu się przed oczami, a sen mimo to nie nadchodzi. Wtedy z pomocą przychodzą słuchawki z muzyką bądź audiobookiem.

7. Bierzcie sobie, ludzie, jakieś ciepłe ubranie do samolotu, nawet jeśli jest lato. Matko, jak ja wczoraj zmarzłam…

8. Jeśli jesteś szczęśliwym posiadaczem jednego z tych nowych telefonów, wyprodukowanych na przestrzeni ostatnich lat, nie wyruszaj w podróż lotniczą za granicę bez spinacza do papieru. Zaufajcie kobiecie, która kiedyś naprawdę potrzebowała dostępu do Internetu i która w obliczu braku spinacza nie była w stanie zmienić karty SIM w smartfonie. Ach, i chowajcie karty, których aktualnie nie używacie, w jakieś sensowne miejsce. Ja swoją właśnie gdzieś posiałam.

wtorek, 13 listopada 2012

O tym, jak byliśmy w Los Angeles

Wyprawę do Los Angeles planowaliśmy jeszcze zanim przenieśliśmy się do Kalifornii. Powodował nami nie tylko turystyczny głód (choć i jego nie brakowało), co konieczność. Emilii kończył się tymczasowy, wystawiony na rok paszport i aby go przedłużyć, trzeba było odwiedzić polski konsulat w Mieście Aniołów.

Zaplanowaliśmy wyprawę na trzy dni, tak by mieć czas na zobaczenie czegoś więcej niż lotnisko bądź autostrada (długo zastanawialiśmy się, jaki środek transportu wybrać). Tematem dyskusji był termin. W końcu postanowiliśmy polecieć 10 listopada. Dwa dni później wypadał poniedziałek i to właśnie wtedy zamierzaliśmy wybrać się do konsulatu.


Dzień pierwszy: wyprawa prawie na marne


Zaczęło się zwyczajnie: rano pojechaliśmy na lotnisko, wczesnym popołudniem byliśmy w Los Angeles. W drodze do hotelu, która według Google Maps miała nam zająć może pół godziny, utknęliśmy w jakimś gigantycznym korku, skutkiem czego na miejsce dotarlismy znacznie później niż chcieliśmy, w dodatku porządnie zmęczeni i głodni. I właściwie byłby to całkiem nudny wieczór (poszliśmy tylko coś zjeść w okolicy i zrobić drobne zakupy spożywcze), gdyby nie to, że odpoczywając ze smartfonem w dłoni, zupełnie niechcący zaczytałam się w bardzo gorącej dyskusji politycznej zwolenników Romneya i Obamy. 


Coś zaczęło mi świtać po przeczytaniu posta jednego z dyskutantów, który życzył pozostałym "Happy Veterans Weekend". Szybko wskoczyłam na stronę konsulatu RP i zamarłam. Przeczytałam, że w poniedziałek będzie on nieczynny.

Oczywiście wpadliśmy w panikę. Samolot powrotny mieliśmy w poniedziałek, po południu. Przełożenie tego na wtorek wyglądało na bardzo skomplikowaną i niewygodną dla nas operację, z bardzo różnych względów. Jednym z nich był chociażby fakt, że Dawid nie miał urlopu. Jak ostatniej deski ratunku uczepiliśmy się numeru telefonu, który był podany na stronie konsulatu. Dołączona do niego informacja mówiła, że należy z niego korzystać tylko w nagłych sytuacjach, takich jak na przykład aresztowanie. No cóż, nam aresztowanie chyba nie groziło i mieliśmy porządnego stracha, że w związku z tym nasz problem może wydać się konsulowi mało ważny.

Konsulem okazała się być kobieta, która na szczęście uznała, że Polakom, którzy nie są aresztowani, również należy pomóc. Obiecała, że pojawi się w konsulacie w poniedziałek o dziewiątej rano i przyjmie nasze wnioski. Mieliśmy chyba więcej szczęścia niż rozumu. Za to nasza krótka wyprawa od razu nabrała rumieńców.

Dzień drugi: szukamy znanych ludzi i jedziemy do 90210


W niedzielę, w miarę spokojni o losy paszportu naszego dziecięcia (ciągle trochę się bałam, że pani konsul jednak się w poniedziałek nie pojawi) i wyspani, postanowiliśmy oddać się zwiedzaniu. Pojechaliśmy do Hollywood. Chcieliśmy zrobić sobie zdjęcia pod napisem na wzgórzach. Ja miałam w tym wszystkim jeszcze jeden cel: moim planem było spotkać jakiegoś słynnego producenta, który natychmiast znalazłby się pod wrażeniem mojej osoby i zaproponował mi dużą rolę w filmie. Niestety, po dotarciu na miejsce szybko zorientowałam się, że to się nie uda. Po pierwsze, kierowana chęcią wygody założyłam na siebie trochę workowate ciuchy, w których zdecydowanie nie wyglądałam atrakcyjnie. Po drugie, wiele dziewczyn uprawiających jogging na ulicach Hollywood wyglądało na dwa razy cieńsze ode mnie. Dwa razy grubsze też byly, ale to nie zmieniało faktu, że na tle tego wszystkiego raczej się nie wyróżniałam i słynny producent miał marne szanse na wyłowienie mnie z tłumu.


A tak poważnie: Hollywood było trochę inne niż się spodziewałam. Słynny producent miałby sporo problemu z przekonaniem mnie, bym chciała spędzać tam więcej czasu. 


Przede wszystkim, wcale nie było tam ładnie. Mijałam piękne budynki, restauracje i sklepy kuszące turystów kolorowymi witrynami, by chwilę potem znaleźć się obok odrapanej bramy na nierównym, zniszczonym chodniku. Przy ulicach odchodzących od słynnej Alei Gwiazd widziałam siedzących, a nawet leżących na ziemi bezdomnych w brudnych ubraniach. Co chwila trafialiśmy na facetów chcących nas wysłać na zorganizowaną wycieczkę po Hollywood, na którą wcale nie chcieliśmy jechać. No i było strasznie głośno. Jednym ze źródeł hałasu była buda, w której najwyraźniej w najlepsze trwała dyskoteka (była dziesiąta rano).


Oczywiście moje wrażenia nie mają bardzo mocnej podstawy - wszystko robiliśmy "na szybko", ograniczeni czasem i wózkiem z Emilią. Nie mieliśmy za bardzo czasu na wczucie się w klimat. Byliśmy turystami, którzy wpadli na Aleję Gwiazd, przeszli się nią, kupili nowe magnesy na lodówkę, przeszli jeszcze kilka ulic i uciekali w dalszą wyprawę. Nie jest też tak, że kompletnie mi się tam nie podobało. Po prostu chyba spodziewałam się czegoś trochę innego. 



Naszym kolejnym celem był słynny napis "Hollywood" na zboczu góry Lee. Przejażdżka do punktu, w którym warto zrobić zdjęcia, to podróż wąskimi, pnącymi się górę drogami. Było warto: widok, który ukazał się nam na końcu był rzeczywiście imponujący. Piękna przyroda, góry, ogromne przestrzenie. 

Naszym kolejnym celem tego dnia było Beverly Hills. Tak, to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych oglądałam BH 90210 i miałam na tym punkcie prawdziwą obsesję. Kupowałam nawet zeszyty ze zdjęciami bohaterów serialu na okładkach. Teraz już tego nie robię, ale mimo wszystko żal mi było być tak blisko tego miejsca i nie zobaczyć go na własne oczy.


Beverly Hills okazało się spokojną, urokliwą miejscowością z ulicami wzdłuż których ciągną się rzędy palm i domami, których właściciele mają czasami za dużo pieniędzy. Niektóre z budynków wyglądały nieco grosteskowo (moją uwagę zwrócił zwłaszcza jeden, którego właściciel zdawał się być miłośnikiem rzeźb cherubinów grających na trąbkach), ale większość wyglądała normalnie. Spacer po Beverly Hills, tuż po przedzieraniu się przez gwar Alei Gwiazd okazał się bardzo dobrym pomysłem. Tak samo jak obiad w Cheesecake Factory. Tylko dlaczego porcje, które tam serwują, przypominają raczej dzienne menu dla szescioosobowej rodziny?


Dzień trzeci: jedziemy do konsulatu, Dawid robi sobie krzywdę, a potem idziemy na plażę

Rano zjedliśmy szybko śniadanie i pojechaliśmy do konsulatu. Podczas wysiadania z samochodu Dawid stanął na nierównej powierzchni i zwichnął sobie nogę. Prawą - tą, której używa do prowadzenia samochodu. Robił jednak dobrą minę do złej gry i twierdził, że wszystko jest w porządku. Przeczyło temu zjawisko utykania, które nasilało się przez cały dzień i zakończyło kupieniem opaski uciskowej na nogę po powrocie do domu.

Pani konsul pojawiła się tuż po dziewiątej. Złożyliśmy wnioski, podziękowaliśmy, przeprosiliśmy i pojechaliśmy do Santa Monica nad ocean.


I tu przeżylam spore zdziwienie: jeszcze tego ranka cieszylam się, że zabrałam ze sobą sweter. Po tym, jak w maju zmarzłam w Santa Cruz, uznałam, że nad Pacyfikiem zawsze powinnam się spodziewać zimna. Nic z tych rzeczy: plaża w Santa Monica przywitała nas słońcem i wysoką temperaturą. Tak naprawdę była to pogoda nadająca się na opalanie. Bosa Emilka szalała z Dawidem przy brzegu, a ja żałowałam, że nie wzięłam kostiumu kąpielowego i książki. W naszej okolicy taka pogoda zawita pewnie dopiero wiosną.



Zjedliśmy obiad w znajdującej się niedaleko meksykańskiej restauracji, która dla odmiany serwowała porcje tylko trochę większe niż bym chciała. Najedzeni pojechaliśmy na lotnisko oddać samochód i pożegnać się z naszą krótką przygodą z Los Angeles. Było ciepło, wesoło i inaczej. Trochę jak na krótkich wakacjach.


Tymczasem wróciła codzienność, wraz z atrakcjami takimi jak rozpakowywanie kartonów. Bo wiecie, ciągle jeszcze nie wiemy, co zrobić z szafą.

poniedziałek, 8 października 2012

W świecie dyni


Dzisiejsza notka nie będzie śmieszna. Będzie po prostu krótką opowieścią o tym, jak to w sobotnie popołudnie zapoznawaliśmy się z amerykańską kulturą masową.

Halloween zbliża się wielkimi krokami i mieszkając w Kalifornii po prostu nie da się tego nie odczuć. Przy drogach powstają specjalne place z dyniami i różnymi atrakcjami dla dzieci. W sklepach można kupić niemal wszystko z motywem dyni czy kościotrupa. Nabyłam już zresztą mroczną koszulkę z nietoperzami, która podobno świeci w ciemności. Niestety, choć już kilka razy obiecywałam sobie, że to sprawdzę, zawsze zapominam. Poza tym (zupełnie bez związku z moim zapominalstwem) kupiłam ciasteczka Oreo w wersji Halloween. Wszystkie te atrakcje i ich klimat wyglądają dość zabawnie w zestawieniu z pogodą - wciąż jest bardzo ciepło i słonecznie.


W sobotę wybraliśmy się na farmę dyń. Jadąc tam, spodziewałam się po prostu dużego obszaru wypełnionego pomarańczowymi dyniami i ludźmi, którzy je kupują. Wzięliśmy aparaty fotograficzne i wydawało się nam, że główną atrakcją wypadu będzie fotografowanie Emilki. Rzeczywiście, było z tym sporo frajdy, ale na tym nie koniec. 


Miejsce, w do którego dojechaliśmy, było swego rodzaju parkiem rozrywki. Było bardzo pomarańczowo - głównie za sprawą dyni. W jesienne barwy idealnie wpasowywały się wiązki słomy i świecące mocno słońce. Do tego mnóstwo wesołych ludzi i rozbrykanych dzieci. No i atrakcje - pociąg, kolejka ciągnięta przez traktor, kukurydziany labirynt... Zdecydowana większość była adresowana do dzieci, ale szybko stwierdziłam, że po wielu latach z dala od tego typu rozrywek bardzo miło mi się do nich wraca. Zwłaszcza, że Emilka jest jeszcze za mała, żeby taką ciągniętą przez traktor kolejką mogła jechać sama.



Niestety, wszystko to okazało się być zbyt dużą atrakcją dla szesnastomiesięcznego malucha. Gdyby nie to, ta notka z pewnością byłaby o wiele dłuższa. Jednak Emilka po przejażdżce na taczkach, zaliczeniu długiej wędrówki wśród dyń, wdrapaniu się na co najmniej kilka z nich, sprawdzeniu, czy słoma nadaje się do jedzenia, przejechaniu się wspominaną już przeze mnie kolejką ciągniętą przez traktor (kurczę, naprawdę super się nią jechało. Mam tylko nadzieję, że gdybym nie miała dziecka, to nie zabrakłoby mi odwagi, żeby też nią pojechać. Choć biorąc pod uwagę moje bolesne wspomnienia związane z ostatnią samodzielną wyprawą do piaskownicy*, mam poważne wątpliwości w tej kwestii), pozowaniu (zazwyczaj nieświadomie) do dziesiątek zdjęć i wylaniu na siebie mrożonej herbaty padła zrozpaczona na trawę i nadawała się już tylko do tego, by zostać wsadzoną do samochodu, w którym bardzo szybko zasnęła. 


Zanim jednak do tego doszło, minęły dwie godziny. Dosłownie w ostatniej chwili udało nam się jeszcze kupić gorący cydr.

Tak czy siak, koniecznie chcę się wybrać ponownie w takie miejsce. Pewnie za drugim razem to już nie będzie to samo, ale dla samego ładunku pozytywnych emocji - warto. 

___________
* Bolesne wspomnienie o mojej ostatniej samotnej wizycie w piaskownicy pochodzi z czasów, gdy miałam mniej więcej jedenaście lat. Było lato i naszła mnie ochota na zabawę w piasku. Wzięłam zatem wiaderko i foremki mojego młodszego o sześć lat brata i nie zważając na zdziwienie rodziców ruszyłam w kierunku najbliższego placu zabaw. Niestety, o ile z brakiem tolerancji ze strony rodziców potrafiłam sobie jakoś poradzić, o tyle brak akceptacji ze strony dzieci znacznie ode mnie młodszych był bardzo bolesny. Jakieś wredne bachory mieszkające w sąsiednich blokach mówiły mi, że jestem niedorozwinięta tak długo, że w końcu dałam za wygraną, zabrałam swoje zabawki i wróciłam do domu.