Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Wszystko zaczęło się w ubikacji

Właściwie nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. To był impuls, jeden z tych, którym trudno się oprzeć. Było nas kilka, wszystkie miałyśmy po piętnaście czy szesnaście lat, a ja miałam największy plecak. Był na tyle duży, że zmieściła się do niego klapa od sedesu, którą dumnie wyniosłyśmy ze szkolnej ubikacji. Trofeum.

Nie, naprawdę nie mam pojęcia, po co mi to wtedy było. Wiem, że nie lubiłam swojej szkoły, zapewne zatem ten kretyński w gruncie rzeczy postępek dawał mi poczucie, że coś tej znienawidzonej instytucji odbieram. Że w jakimś minimalnym wymiarze mam władzę nad tym szarym gmachem, w którym traciłam kolejne lata swojego życia.

Kaśka, która towarzyszyła mi w całym procederze, to końca dnia szeptała zainteresowanym: "Agata ma klapę w plecaku". Po lekcjach, kiedy już dotarłam do domu, zdobycz stanęła przy moim biurku, a ja patrzyłam na nią zwijając się w środku ze śmiechu. Bohaterski czyn nie rozśmieszył jednak rodziców - po powrocie z pracy z dość surowymi minami usiłowali ze mnie wyciągnąć, po co właściwie zrobiłam to, co zrobiłam. Bez rezultatu. Mało tego - udało im się zasiać we mnie nieźle kiełkujące ziarno wątpliwości, skutkiem czego utraciłam wiarę w sens obecności szkolnej deski klozetowej w moim pokoju i kolejnego dnia potulnie odniosłam ją na miejsce.

I to byłoby na tyle. Akcję udało się przeprowadzić w tajemnicy, nie dowiedział się o nim żaden element ówczesnego ciała pedagogicznego i pewnie gdyby nie to, że przez te dwadzieścia lat ciągle ktoś mnie pytał o to, po co mi była ta klapa i co się z nią potem stało, sama wymazałabym całą przygodę z pamięci. Nic z tego - znajomi nie zapomnieli, a ostatnio dowiedziałam się nawet, że moja pracująca jako nauczycielka koleżanka regularnie opowiada o mnie i tej nieszczęsnej klapie swoim kolejnym uczniom.

Kilka dni temu wzięłam udział w fejsbukowym konkursie serwisu Publio.pl. Trzeba było opowiedzieć o jakiejś historii z czasów szkolnych, którą pamięta się do dziś. Z telefonem w ręku szybko wyklikałam co trzeba, uznając, że po tylu latach nie ma się czego wstydzić, zresztą - wszystko wskazywało na to, że o całej sprawie wie już kilka setek ludzi.

Dziś się okazało, że dzięki temu, iż w 2000 roku wyniosłam z liceum w Lubartowie klapę od sedesu, w 2019 roku wygrałam książkę.

Wypływa z tego morał, a nawet dwa:
- pobyt w każdej placówce oświaty może przynieść coś pozytywnego*,
- każde wydarzenie w naszym życiu może mieć sens. Nawet, jeśli na ten sens trzeba czekać dwadzieścia lat.

________
* Pobyt w tej akurat miał zresztą więcej zalet, ale nie oszukujmy się - jakby było ta dobrze, to nie wynosiłabym klapy.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Był sobie Lubartów. I Siwek Hieronim.

W piątek, tuż przed północą, samolot ze mną na pokładzie wylądował na lotnisku w Dublinie. Skończyły się kolejne wakacje w Polsce. Trochę inne niż poprzednie.

Lepsze? Gorsze? Chyba lepsze. Na pewno bardziej socjalne. Niestety mam tendencję do zakopywania się w swojej własnej norze - zawsze, gdy docieram do domu rodziców, dopada mnie taki specyficzny błogostan, hamujący przed podjęciem jakichkolwiek działań wymagających wychodzenia z domu. Najchętniej siedzę wśród znajomych mebli, tych samych, które towarzyszyły mi dwadzieścia lat temu, z nosem w książce (no dobra, w Kindle’u), rozmawiam z rodzicami i zajadam się cebularzami posmarowanymi masłem bądź polanymi ostrym keczupem. Nie rozważam, nie myślę, nie analizuję - jest dobrze, tu i teraz.

A myśleć jest o czym. Od wielu lat moje kolejne
miejsca zamieszkania są dość odległe od Lubelszczyzny. Kiedy idę bądź jadę przez główną ulicę mojego rodzinnego miasteczka nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle lat. A przecież już wkrótce będę mogła powiedzieć, że dłużej mieszkam poza Lubartowem niż w Lubartowie.

Jeśli mnie pamięć nie myli, mój dziecinny plan nie przewidywał żadnych wyjazdów. Było kilka szalonych, nierealnych pomysłów, jak zakup pałacu w Kozłówce (miałam już nawet wybrany pokój, w którym będę pisać książki) czy adopcja wraz z bratem kilkanaściorga dzieci, które osiągały by świetne wyniki sportowe i w związku z tym nie musielibyśmy się troszczyć o pieniądze (chyba do tej pory nie miałam odwagi, żeby zwierzyć się bratu z tego pomysłu). Owszem, był czas, kiedy po lekturze “Waldena” Thoreau zapragnęłam zostać włóczęgą. Cóż, na swój sposób mi się to udało, choć żyję w sposób nieco bardziej zaawansowany niż początkowo zakładałam.

Wracając do tematu: mój tegoroczny pobyt w Lubartowie różnił się chyba głównie tym, że zaczęłam więcej myśleć i wspominać. Nagle poczułam, że minęło tak bardzo dużo czasu - mniej więcej dwadzieścia lat, jedna piąta wieku! A wydawałoby się, że dopiero dwa, trzy lata temu rodzice pomogli mi spakować wielki plecak ze stelażem i odstawili mnie na pociąg jadący do Krakowa. Nie wiedziałam wtedy, że po kilku latach, niemal bez ingerencji z mojej strony, wszystko tak bardzo się skomplikuje i zamiast zostać w tym wymarzonym Krakowie, gdzie dostałam się na wymarzone studia, poznałam wymarzonego faceta i znalazłam pierwszą, kompletnie nie wymarzoną, ale niezłą jak na wtedy pracę, znów wezmę się za pakowanie i wyjadę do Zurychu, USA, a potem do Dublina.


Tak naprawdę wcale nie dziwię się, gdy znajomi pytają mnie, gdzie wyprowadzam się w kolejnym roku. Moje życie ma prawo nie wyglądać zbyt stabilnie.

Kiedyś wyglądało. Przechodziłam z klasy do klasy, czytałam kolejne książki, poznawałam nowych ludzi. Z pewnością nie należałam do najbardziej towarzyskich osób w szkole, ale jakoś tak w drugiej połowie podstawówki zaczęłam mieć stałą grupę znajomych. Grupa się rozpadła, ale potem była kolejna, a potem jeszcze następna - coś się działo.

Lubartów mojego dzieciństwa był duży. Pamiętam dumę, którą czułam, gdy mama po raz pierwszy pozwoliła mi odwiedzić babcię. Trasę pokonałam zapewne w jakieś pięć, może siedem minut, ale ja pamiętam to jako całą wyprawę. Do tej pory mam przed oczami mijane budynki, zielone liście na drzewach, bibliotekę - pierwszą, do której byłam zapisana, poza szkolną, z którą jakoś nie zdołałam się zaprzyjaźnić. Podobnie było ze spacerami do parku - trzeba było najpierw dojść do pałacu (ach, to, jak mi się zdawało, było już samo w sobie długim spacerem), potem następowała wędrówka po zacienionych alejkach. A jeśli któremuś z rodziców wpadła do głowy wyprawa na łąki czy rzekę, robiła się z tego poważna eskapada.

Na środku parku był i nadal jest staw, który w mojej wyobraźni miał rozmiary i urok najpiękniejszego jeziora. Schodziło się do niego betonowym zejściem, które zdawało mi się długie i strome - ale ponieważ byłam tam znowu kilka tygodni temu, dobrze wiem, że dziecięca pamięć zawodzi. Czasem do stawu wchodził tata, by zerwać dla mnie wysoką laskę trzciny.

Przechadzki po parku były czasem magicznym: spacerujący ze mną tata opowiadał mi najróżniejsze historie. Była to najczęściej wieloodcinkowa saga o Misiu Siwku Hieronimie, który istniał naprawdę: był szarym pluszakiem, pochodzącym z kiosku Ruchu mojej babci. W samym parku mieszkał inny bohater mojego dzieciństwa: Żółty, który, co bezlitośnie uświadomił mi brat, był hubą drzewną. Z Żółtym wiązały się jakieś mało przyjemne opowieści - nie pamiętam ich dokładnie, ale zdaje się, że był postacią nie do końca pozytywną, choć mnie nic z jego strony nie groziło.

Historie nie kończyły się wraz z wyjściem poza teren parku: jeśli szliśmy potem na łąkę, to wzdłuż rzędu topoli, których sadzenie pamiętał podobno mój dziadek. A łąka była już opowieścią samą w sobie - zasypana polnymi kwiatami, z których nieporadnie próbowałam pleść wianki. Bywało, że dorośli pozwalali mi wejść do Wieprza - dopływu Wisły, który przepływa przez Lubartów. Za każdym razem miałam nadzieję, że właśnie teraz nauczę się pływać. Nie udało się, ani w Wieprzu, ani w jakimkolwiek innym zbiorniku wodnym.

Było też miasto: ogromne, o wiele większe niż park, a jednak swojsko znajome. Przemierzałam je niemal codziennie: z rodzicami, samotnie, z rówieśnikami. Po odebraniu świadectw maturalnych szłam w grupie rówieśniczek, śpiewając głośno “Siedem dziewcząt Albatrosa” i “Autobiografię”. Innym razem umówiłam się z X. o północy w samym centrum, tylko po to, by pójść do niej do domu, przesiedzieć w jej pokoju do szóstej rano, a potem wrócić do domu i udawać, że nic się nie stało. Było tego oczywiście znacznie więcej. Większość tych przechadzek zlało mi się już ze sobą, pozostawiając tylko wspomnienie czegoś niesamowicie świeżego i radosnego.

Moja osobna grupa wspomnień koncentruje się wokół K., mojej najlepszej przyjaciółki z podstawówki. Był czas, gdy w jej mieszkaniu spędzałam chyba przynajmniej tyle czasu co w swoim. Jadałam tam obiady, ciasta, piłam wykradany z barku alkohol. Nie byłam jedyna - to było jakieś magiczne mieszkanie, przyciągające do siebie całe rzesze moich rówieśników. Czasem zamiast siedzieć w środku, wychodziliśmy na klatkę schodową i tam siedzieliśmy całą bandą. Nie pytajcie mnie, co robiliśmy - kompletnie nie pamiętam. Wiem tylko, że to był świetny czas. Taki, o którym mogłabym napisać osobną książkę, choć trwał najwyżej dwa lata, te ostatnie przed szkołą średnią.

Być może jedną z najbardziej kijowych spraw w życiu jest to, że kiedyś się dorasta.

Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.

piątek, 1 września 2017

Myśli o poczcie. I o klockach

Pięć lat temu siedziałam na walizkach. W mieszkaniu, które wynajmowaliśmy, zostało już niewiele sprzętów, a my powoli zaczynaliśmy żyć wyobrażeniami naszych pierwszych dni za oceanem. I właśnie wtedy Szwajcaria postanowiła uderzyć w nas z całą mocą, za pomocą korespondencji, którą tego dnia znaleźliśmy w naszej skrzynce pocztowej. Koperta, której zawartości już nie pamiętam, zaadresowana została w Chinach i wśród namiarów na nadawcę widniały na niej zaledwie dwa elementy: imię i nazwisko mojego męża oraz kraj: Szwajcaria. Zero informacji o ulicy, o mieście już nie wspominając. Cóż - widać dla doskonale zorganizowanej szwajcarskiej poczty ustalenie miejsca pobytu odbiorcy wyłącznie po nazwisku to nie problem.

Poczta od zawsze zajmowała dość ważne miejsce w moim życiu. Mając jakieś jedenaście lat odkryłam ideę zamawiania książek drogą pocztową bezpośrednio od wydawnictw. Do dziś pamiętam wakacje, które niemal spędziłam zbiegając co moment do skrzynki na listy, pełna nadziei, że książki już doszły, tylko leniwy listonosz zamiast wchodzić na pierwsze piętro wolał zostawić awizo. Potem zamawiałam płyty, ubrania, a w okresie mieszkania w Stanach nawet szampon do włosów (mój ulubiony często był w promocji na Amazonie, a że przesyłki były za darmo...). Aktualnie większość odbieranych przeze mnie przesyłek zawiera włóczkę. Tak czy siak mogę zaryzykować stwierdzenie, że od lat niemal wciąż czekam na jakąś paczkę.

Dziś po wejściu do domu podniosłam z podłogi awizo, które zostało wrzucone podczas mojej nieobecności przez wrzutkę w drzwiach, zapowiedziałam więc od razu potomstwu, że nieco później czeka nas wyprawa na pocztę. To co powiedziałam nie spotkało się z przesadną aprobatą ze strony dzieci - no bo co to za frajda, wyprawa na pocztę? A ponieważ córki me są już w wieku, w którym próbuje się podejmować dyskusję, wywiązała się nam całkiem interesująca rozmowa.

- Wolałabym, żeby tu było jak w Kalifornii - oświadczyła sześcioletnia E.
- To znaczy? - mruknęłam, zamykając drzwi. E. opuściła Kalifornię na zawsze kilka dni po swoich piątych urodzinach i nie miałam pewności na ile wyraźne są jej amerykańskie wspomnienia.
- No, bo tam jak przychodziła poczta i ciebie nie było w domu, to listonosz zostawiał ją przed drzwiami.

Tak było. Jeśli coś mieściło się w niewielkiej skrzynce na listy, to lądowało właśnie tam (skrzynka nie była w żaden sposób zamykana), a większe przesyłki zostawiane były pod drzwiami wejściowymi, dostępne dla wszystkich przechodniów. Nie, nigdy żadnej przesyłki przez to nie straciłam.

- No, ale nie wszystko tak było zostawiane - zaczęłam tłumaczyć. - Ważne rzeczy listonosz mógł zostawić tylko wtedy, kiedy podpisałam, że je odebrałam.
- Jakie?
- No, na przykład wasze paszporty, albo inne ważne rzeczy...
- Nieprawda - oświadczyło dziecko. - Jak przyszły moje klocki z magnesami, a to była BARDZO WAŻNA PACZKA (uwierzcie, wręcz słyszałam tego capslocka), to niczego nie musiałaś podpisywać, tylko znaleźliśmy je pod drzwiami jak wróciliśmy do domu...
 - Dziecko drogie - powiedziałam, pomijając kwestię istotności dziecięcych zabawek - to było półtora roku temu, a ty to ciągle pamiętasz?!
- Mamo - westchnęła teatralnie E. - pewnych rzeczy po prostu nie da się zapomnieć.

No tak, wiadomo - klocki ważna rzecz.


czwartek, 4 maja 2017

Plany planami, czyli o naiwności z czasów maturalnych

Mój Facebook huczy dziś od maturalnych wspomnień. Zauważyłam to zerknąwszy dziś na smartfona, czekając na zielone światło przy którymś z zatłoczonych przejść w centrum Dublina. Policzyłam, że od mojego egzaminu dojrzałości minęło już 15 lat. Jakoś tak dużo, zwłaszcza że pisząc maturę byłam już pełnoletnia, a przecież nadal jestem młoda (no nie?). Ale bardziej zastanowiło mnie coś innego: pomyślałam o tym, jak wyobrażałam sobie swoją przyszłość w tamte majowe dni. Nie sposób nie stwierdzić, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam.

Początek nawet się zgadza. Plan był taki: dostać się na UJ, przy odrobinie szczęścia związać się z facetem, który bardzo mi się wtedy podobał (mogę o tym szczerze pisać, bo gość nie ma Facebooka), napisać książkę i zostać w Krakowie na całe życie. To było przecież najwspanialsze miasto świata. Szybko postanowiłam, że dam moim dzieciom dobry start i urodzę je właśnie tam, w promieniu maksymalnie kilku kilometrów od Wawelu. Dopuszczałam też do siebie możliwość, że powyższe zamierzenia nie wypalą - wtedy zawsze mogłam wrócić do Lubartowa i też byłoby w porządku. Prawdziwą krakowianką i tak nie miałabym szansy dostać - gdzieś usłyszałam, że prawdziwymi Krakusami są ci, których korzenie w stolicy Małopolski sięgają przynajmniej dwustu lat.

Na UJ się dostałam. Z facetem nie wyszło, ale poznałam innego, który został potem moim mężem, więc nie mam powodów do narzekań. No i to by było na tyle - książki nie napisałam, choć od tamtych lat spod moich długopisów wyszło kilka ładnych brulionów zapisanych pamiętnikarskimi relacjami, poza tym marzenia o karierze pisarskiej są wciąż jak najbardziej aktualne.

Dzieci pojawiły się, a jakże. Tylko z lokalizacją poszło trochę nie tak jak pójść miało. Pierwsza córka przyszła na świat jakieś 1000 km od Wawelu, w przypadku dwóch następnych tych kilometrów było już 10000, więc naciągnąć się tego w żaden sposób nie da. Zresztą, pal licho odległości - nigdy, w żadnych marzeniach nie pomyślałam nawet o tym, żeby mieć bliźniaczki.

Przez te piętnaście lat mieszkałam w pięciu różnych krajach, przy czym zaledwie w dwóch przypadkach było to efektem jakiegoś planowania. Przez pół roku przebywałam w Niemczech na stypendium, o które sama złożyłam podanie, a od niecałego roku mieszkam w Irlandii, ponieważ na podstawie małżeńskiej kalkulacji życiowych plusów i minusów wyszło nam, że w naszym przypadku ten kraj ma największy sens. Swoją drogą, analiza została przeprowadzona bardzo prawidłowo - naprawdę się nam tu podoba. Nawet jeśli w Wielki Piątek nie da się nigdzie kupić alkoholu. Szwajcaria i Stany wyszły nam zupełnie przez przypadek. Polska siłą rzeczy również.

Sęk w tym, że w czasach maturalnych naprawdę marzyło mi się spokojne życie. W dzieciństwie zaliczyłam sporo przeprowadzek i na progu dorosłości widziałam swoją przyszłość dość stabilnie - w jednym mieszkaniu przez wiele lat. O wyjeździe za granicę, zwłaszcza takim na stałe, nie myślałam w ogóle. O podróżach marzyłam właściwie od dzieciństwa, ale wyłącznie w kategorii wakacyjnej. Miałam wtedy chyba coś w rodzaju takiego niesamowitego spokoju ducha połączonego z idealizmem i przekonaniem, że dobre nastawienie i zadowolenie z tego, co się ma, może zdziałać cuda. Krótko mówiąc, poza pisarskim, nie marzył mi się kompletnie żaden sukces. Pamiętam nawet, że podczas jakichś młodzieńczych analiz rozmaitych problemów doszłam do wniosku, że mój ewentualny sukces nie byłby dobry dla moich ewentualnych dzieci. No bo przecież gdybym np. była piosenkarką, to część rówieśników moich dzieci mogłaby źle reagować na moją muzykę i moje dzieci miałyby wtedy przerypane. No nie?

Tu akurat wszystko się sprawdziło - sukcesu żadnego nie odniosłam, za co w zasadzie jestem wdzięczna losowi, bo zamiast udzielać wywiadów mogę szydełkować, pisać bloga i czytać książki.

Tak czy siak - 15 lat w życiu człowieka to sporo. A plany są fajne, trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze wypalają. A czasem jeśli wypalają, to w trochę inny sposób niż ten z góry założony.

W każdym razie, gdyby ktoś w dniu matury zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Irlandia, pewnie udzieliłabym jakiejś typowej odpowiedzi w stylu "z deszczem". Na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że będę tam kiedyś mieszkać. Zwłaszcza w budynku z panelami słonecznymi na dachu. No, ale to ostanie nie przyszłoby mi do głowy nawet rok temu.

Życie zaskakuje.


wtorek, 16 lutego 2016

Chorowanie 21+

Wciąż pamiętam swoje dziecięce choroby. Nie należałam do dzieci tryskających zdrowiem: kiedy chodziłam do szkoły, każdy sezon jesienno-zimowy oznaczał dla mnie nadejście długich dni, a niekiedy i tygodni spędzonych w domu, w towarzystwie mnóstwa tabletek i buteleczek z syropami, spośród których wciąż pamiętam niektóre smaki, te znienawidzone, których mimo upływu lat nie zdołałam zapomnieć, i te przyjemne, tajemnicze, niekiedy wyczekiwane, ale ograniczone surowymi wytycznymi wypisującego recepty lekarza.

Tak naprawdę lubiłam chorować, przynajmniej w czasach, gdy z czystym sumieniem mogłam określać siebie mianem dziecka. Szkolna absencja do pewnego czasu nie stanowiła wielkiego problemu - materiał z łatwością nadrabiałam w domu, poza tym przepisując w domowym zaciszu zeszyty koleżanek i kolegów miałam jako taką gwarancję utrzymania estetyki zapisków. W szkole pisałam brzydko, każde narzucone odgórnie tempo było dla mnie zbyt szybkie, wydobywało na powierzchnię skazę dziecka leworęcznego, które wbrew samemu sobie postanowiło nauczyć się pisać prawą ręką, by nie wyróżniać się na tle grupy rówieśników bardziej niż to konieczne.

Lubiłam chorować, bo niczego wtedy nie musiałam, a jednocześnie otaczała mnie aura troski i opieki rodziców. Pamiętam smaki zwykłych kanapek, przełykanych przez bolące gardło. Rybne kotlety "Kapitan Igloo", które apogeum swej popularności musiały chyba przeżywać w czasie jakiegoś ciągu chorobowego w moim wydaniu, bo kojarzą mi się jako potrawa przynoszona mi do łóżka. Przedpołudnia z mamą, która zostawała ze mną czasami w domu. No i czytanie książek.

Wizyty kolegów, przynoszących mi lekcje. Kolegów, a nie koleżanek, bo tak jakoś wyszło, że moje rówieśniczki nie grały w gry komputerowe, a koledzy - owszem. Byłam wtedy taka dumna z tego zadawania się z chłopakami, czułam się co najmniej tak, jakbym miała wyrosnąć na super popularną dziewczynę. Błąd - jeśli czegoś się nauczyłam przez pierwsze dwadzieścia lat swojego życia, to że faceci lecą na dziewczyny zachowujące się jak stereotypowe dziewczyny. A tym, z którymi się kumplują (z którymi grają w gry, piją piwo etc.), opowiadają o zawiedzionych uczuciach względem tych pierwszych.

Na ostatnią fajną chorobę zapadłam mając lat 21. Nie miałam wtedy pracy ani dzieci, były wakacje, a ja spędziłam dwa tygodnie w swoim panieńskim łóżku w mieszkaniu rodziców, pochłaniając książkę za książką. Przeczytałam wtedy Grę w klasy Cortázara i Dom dzienny, dom nocny Olgi Tokarczuk. I mnóstwo innych książek - doskonale pamiętam stertę rosnącą na moim stojącym obok łóżka biurku. Niby byłam już dorosła, ale rodzice zajęli się mną jak oseskiem.


Dorosłe chorowanie nie ma w sobie nic fajnego. Obniża pensję. Utrudnia zajmowanie się dziećmi (które, niespodzianka, często chorują właśnie wtedy, kiedy ich mama). Powoduje piętrzenie się zaległości w najróżniejszych sferach: zawodowych, domowych, towarzyskich. Cholera, kiedy miałam te 10 lat, dzieciaki przynosiły mi lekcje i nie było w ogóle tematu tego, że zarażam. Dziś sama ostrzegam znajomych przed bezpośrednim kontaktem ze mną, w trosce o nich samych, ich ewentualne zaległości i rodziny.

Tak, jestem chora. Właśnie zdrowieję, w towarzystwie trzech również zdrowiejących panienek w wieku od prawie dwóch do prawie pięciu lat. Dziś rano nareszcie obudziłam się bez bólu gałek ocznych, co oznaczało brak konieczności wyboru pomiędzy wzięciem leku, po których ogólne samopoczucie mocno mi się poprawi, ale za to żołądek stanie w poprzek, a dobrowolnym pozostaniem w stanie zamroczonym, za to z prawidłowo funkcjonującym układem pokarmowym.

Bo okazuje się, że i te leki, które brałam w dzieciństwie, były jakieś fajniejsze.

Ale ja tu gadu-gadu, a tak naprawdę chciałam Wam tylko powiedzieć, że chorowanie, jak się już jest dorosłym - ssie.

I tyle.


wtorek, 15 września 2015

Szkoła uczy, czyli o zabawie w taczki

I znów znalazłam się w szkole. Nie wiem do końca, dlaczego w ogóle tam poszłam, zwłaszcza w towarzystwie Emilki. Być może chciałam pokazać dziecku mury, w których jej matka swego czasu spędzała kilkadziesiąt godzin tygodniowo, balansując pomiędzy wiedzą i niewiedzą, a także szczęściem i pechem odnośnie tego, kiedy zostanie wezwana do odpowiedzi.

Dorwali mnie zaraz przy wejściu. Rosła  kobieta, której nie potrafiłam sobie przypomnieć, poinformowała mnie lekko wzburzonym tonem, że ciągle zalegam z zaliczeniem biologii. Wpadłam w panikę: liceum skończyłam już wiele lat temu, to prawda, że biologia w szkole średniej nie zaliczała się do moich ulubionych przedmiotów, ale byłam przekonana, że z niczym nie zalegam. Mimo wszystko świadectwo maturalne powinno być tego dowodem.

Nie byłam pewna, czy powinnam o tym wszystkim mówić kobiecie. Być może w moim rozumowaniu były jakieś luki, które mogłaby mi wytknąć i wszystko przybrałoby tylko gorszy obrót. Sytuacja jednak zdecydowanie nie należała do komfortowych - najgorsze było to, że wszystko obserwowała Emilka, dziewczynka, dla której bądź co bądź powinnam być wzorem. Matka, której po tylu latach od matury wypomina się niezaliczenie biologii to chyba kiepski wzór?

Oczywiście obudziłam się z ulgą. I tym pytaniem z tyłu głowy, które powraca do mnie co jakiś czas, za każdym razem, kiedy śni mi się szkoła: dlaczego ta instytucja, z którą od tak dawna nie mam nic wspólnego, prześladuje mnie w formie koszmarów od lat, zupełnie jakby moja wyobraźnia nie miała innych pożywek: mimo tego, że przecież mam całkiem ciekawe życie, na pewno ciekawsze od licealnych problemów?

Godziny mijały, dzień przechodził swoje kolejne, rutynowe fazy, a we mnie wciąż tkwił niesmak z powodu snu. Bo z tą szkołą zawsze było coś nie tak, myślałam sobie. I na pewno nie była to moja wina. W każdym razie nie tak do końca, zapewniałam swoją podświadomość.

Szkoła potrafiła obrócić w koszmar nawet coś, co w założeniu miało być ciekawe. W pierwszej, drugiej i trzeciej klasie podstawówki w programie mieliśmy przedmiot o nazwie „gry i zabawy”. Zajęcia te odbywały się dwa albo trzy razy w tygodniu i były czymś w rodzaju lekkiego wuefu, tyle że bardziej na luzie i bez ocen. Jeśli była ładna pogoda, często chodziliśmy po prostu na któryś z pobliskich placów zabaw i tam dokazywaliśmy pod okiem nauczycielki. Gdy aura nie sprzyjała, bawiliśmy się przeważnie na łączniku pomiędzy dwoma skrzydłami szkoły. Nie lubiłam tych „gier i zabaw”, dla mnie to był jakiś niepotrzebny dodatek, wydłużający tylko czas siedzenia w szkole. Poza tym należałam do grona łamag, wciąż miałam wrażenie, że wszystko wychodzi mi gorzej niż rówieśnikom i że wszyscy to widzą, a dla siedmioletniej dziewczynki to tragedia. 

O bezsensie przedmiotu przekonała mnie najdobitniej historia z zabawą w taczki. Mieliśmy się dobrać parami. Jedno z dzieci miało chodzić na rękach, przytrzymywane za nogi przez to drugie. Nic szczególnego, ale siedmio- czy ośmiolatkom raczej sprawia frajdę. Bez problemu schwyciłam za nogi A, i przez jakiś czas dreptałam za nią, robiącą niezgrabne kroki na rękach. A. zaliczała się do tych najszczuplejszych dzieci, ale i tak po jakimś czasie jej nogi wydawały mi się koszmarnie ciężkie i niewygodne do podtrzymywania. Gdy nauczycielka obwieściła koniec rundy, z ulgą je puściłam.

I wtedy rozległ się wrzask. Okazało się, że dolne kończyny A. opadły bezwładnie na ziemię, ulegając przy okazji solidnemu stłuczeniu. Patrzyłam w zdumieniu na płaczącą koleżankę: przecież wiedziała, że puszczam jej nogi. Dlaczego pozwoliła im tak po prostu opaść, bez żadnej asekuracji? Kiedy ja puściłam, ona powinna opuszczać je stopniowo. Na pewno wszyscy to zrozumieją.
- Co ty wyprawiasz?! - wrzasnęła nade mną wychowawczyni. - Czy ty w ogóle nie myślisz?! Czy tobie się wydaje, że to jest worek ziemniaków, którym można tak po prostu rzucić?!
Wokół siebie miałam prawie trzydzieści par oczu, gapiących się na mnie z wyrazem zaskoczenia i potępienia. Patrzyłam na nich w lekkim szoku: ej, czy naprawdę nikt inny nie puścił ot tak po prostu nóg podtrzymywanej osoby? Każdy tak sam z siebie wpadł na to, że potrzebna jest asekuracja ze strony podtrzymującego?

Po latach próbowałam się poskarżyć mężowi na tamtą niesprawiedliwość.
- No wiesz, pani kazała kończyć, więc puściłam jej nogi… - mówiłam.
- Ałłłłła - skrzywił się mąż, jakby nogi zabolały go na samą myśl. I podobnie jak wszyscy, którym opowiadałam tę historię stwierdził, że wina leżała po mojej stronie.


No, ale szkoła uczy i wychowuje. Na wszelki wypadek już nigdy więcej nie bawiłam się z nikim w taczki. To niebezpieczne.

piątek, 7 sierpnia 2015

Prosto z pociągu. Opowieści podróżne

Lubię pociągi. Przez szereg lat korzystałam z nich regularnie. Zawdzięczam im masę wspomnień - raczej dobrych, choć nie zawsze. Na szczęście brakuje wśród nich takich koszmarnie złych. Poniżej - kilka ciekawszych.

1. Jestem studentką, jadę z Krakowa do rodziców na święta. Pociąg oczywiście jest zapchany do granic możliwości i tak naprawdę do ostatniej chwili nie jestem pewna, czy dam radę nim pojechać. W końcu udaje mi się klapnąć w przejściu, blisko ubikacji. Siedzimy tak razem, ja i mój plecak, niemal bez możliwości poruszenia się, o rozprostowaniu nóg już nawet nie wspominając, bo wokół roi się od innych studentów i ich plecaków. Jeżdżenie pociągiem w niewygodnych warunkach to dla mnie nie pierwszyzna, ale tym razem jest naprawdę znacznie gorzej niż zwykle. Nie wiem, jakim cudem bileterka daje radę się do nas przecisnąć, ale skoro już tego dokonała, niemal błagam ją o możliwość dokonania dopłaty do biletu pierwszej klasy (no bo tam powinno być trochę więcej miejsca, no nie?).
- Pewnie, kochanieńka - reaguje z entuzjazmem pani - tylko będę musiała przynieść blankiety, to może pani sobie coś tu porobi, o, na przykład proszę pójść sobie w tym czasie siusiu zrobić, a ja zaraz będę z powrotem?
Zostawiła mnie oniemiałą na kolejne trzy godziny. Czyli tyle, ile zajęła mi reszta podróży. O ile mnie pamięć nie myli, w Radomiu wysiadło wtedy sporo osób i udało mi się wejść do któregoś z przedziałów. Jakby nie było, oszczędziłam.

2. Chyba ciągle jestem studentką, choć już trochę starszą - kto wie, może mam nawet stałą pracę? Jadę na weekend do Warszawy. Dużego wyboru jeśli chodzi o miejsca nie ma, trafiam do przedziału bardzo męskiego. Jest dwóch karków, jest starszy pan z czerwonym nosem i pewien młodzian, sprawiający wrażenie odurzonego. I jeszcze jeden chłopak, którego ciężko mi sklasyfikować. Ruszamy, któryś z panów wyciąga wódeczkę. Wewnętrznie trochę panikuję, ale pocieszam się, że może to nielegalne tak pić w przedziale i zaraz ktoś zrobi z tym porządek. Czas mija, ciężko mi się skupić na książce, bo wokół mnie trwają różne takie śmichy-chichy bez większego sensu. Starszawy pan zyskuje poklask wśród młodszych uczestników podróży, kiedy okazuje się, że nieźle zna piosenki Kazika. W pewnym momencie niechcący zerkam na odurzonego młodziana. Nasze spojrzenia się spotykają, młodzian wpatruje się we mnie i mówi dobitnie:
- Zarzygam ci buty.
Proszę jednego z chłopaków, tego, którego nie mogę sklasyfikować, o pomoc w zdjęciu walizki i znajduję miejsce w innym przedziale. Tam powinno być spokojniej.

3. Siedzę w tym drugim przedziale i szybko się przekonuję, że zbiegi okoliczności naprawdę istnieją.  Czytam bowiem "Narty Ojca Świętego" Pilcha, a tymczasem jadący w moim towarzystwie pan tłumaczy również znajdującej się w tym przedziale młodej kobiecie, że papież (wówczas był nim JP II) to człek próżny i zarozumiały: wszak powinien był już dawno ustąpić z piastowanej funkcji, widać przecież, że jest chory, ale on najwyraźniej tak lubi otaczający go poklask, że nie potrafi się zrzec swojej funkcji. Młoda kobieta potakuje ostrożnie:
- No tak, może w tym co pan mówi jest trochę racji...
A zachęcony mężczyzna przechodzi z religii na politykę i już po chwili do mych uszu dolatują strzępki agitacji wyborczej na rzecz Cimoszewicza.
Kilka dni później opowiadam o całej sytuacji koledze. Stwierdza, że coś zmyślam, bo on tyle jeździ pociągami i takich akcji nie miewa.

4. Jestem jeszcze licealistką. Są wakacje, a ja jadę do Krakowa. Na którejś stacji dosiadają się do mnie młodzi ludzie z plecakami i gitarą. Wyrażają uprzejme zainteresowanie dla faktu, że czytam właśnie Sapkowskiego, po czym zaczynają zabawę: piją piwo, ale mało, jakoś tak po jednym, jeden z nich wystawia przez okno głowę, włosy rozwiewa mu wiatr, a drugi wystawia aparat przez inne okno i robi mu zdjęcie. Jest granie na gitarze i śpiew. Pod koniec podróży dają mi gruby brulion i proszą, żebym się do niego wpisała - to coś w rodzaju księgi gości dla przypadkowo spotkanych towarzyszy podróży.

5. Nie wiem, ile dokładnie mam lat, ale albo mam już męża, albo zaraz będę go mieć. W pociągu do Lublina jest luźno, w pewnym momencie zostaję sama w przedziale. Kładę się wygodnie z książką i oddaję błogiej lekturze. Nagle w mój świat wdziera się dźwięk brutalnie otwieranych drzwi przedziału i słyszę głos pana sprzedającego przekąski. Nie chcę niczego pić ani jeść, ale tak jakoś wychodzi, że wymieniam z tym panem kilka zdań. Nic takiego, ale potem zagląda do mnie jeszcze kilkakrotnie, informuje, że w poniedziałek rano również będzie jechał na tej trasie, tyle że w drugą stronę, a na koniec próbuje mnie objąć. Kiedy kilka dni później jadę z powrotem, unikam porannego pociągu.

6. Jestem tuż przed maturą. W pociągu spotykam małżeństwo w wieku mniej więcej moich rodziców. Nawiązujemy rozmowę, opowiadają, że wracają właśnie od syna studiującego w Krakowie matematykę. Wiozą ze sobą przezroczystą torebkę pełną obwarzanków. Chyba patrzę się na nie jakoś zachłannie, bo w pewnej chwili dochodzą do wniosku, że na pewno jestem głodna. Mają rację - jakoś tak wyszło, że od śniadania nie miałam niczego w ustach, a jest już wieczór. Dają mi jednego czy dwa obwarzanki, które połykam w błyskawicznym tempie, z nadzieją, że zaproponują mi również coś do picia. Spragniona jestem mniej więcej tak samo jak głodna, a po wrzuceniu w siebie obwarzanków tylko mi się pogorsza. Nic z tego: państwo poprzestają na częstowaniu pokarmem stałym.

7. Jestem już w miarę dorosła, chyba nawet podpisałam umowę o pracę. Dojeżdżam do Krakowa, gdy nagle do przedziału zagląda młody Azjata. Jego problem jest następujący: otóż musi skontaktować się z kimś w mieście, do którego jedziemy, ale padła mu komórka. Czy ktoś mógłby mu pożyczyć telefon, ewentualnie zadzwonić pod wskazany numer i przekazać wiadomość? Wyciągam z kieszeni komórkę i podaję chłopakowi. Dzwoni, coś szybko załatwia, oddaje mi moją własność wprost obsypując mnie podziękowaniami, po chwili znika, by wrócić z puszką piwa i dalszym ciągiem podziękowań. Zdaje się, że to były już czasy, kiedy powoli przestawałam lubić piwo, ale i tak było mi bardzo miło.

8. Jestem na tyle dorosła, że potrafię zareagować współczuciem na opowieść starszej współpasażerki, która opowiada mi o tym, jak to ją okradli. Ale wciąż na tyle młoda, by bawiło mnie zdanie, którym zakończyła swoją opowieść:
- A wie pani, gdzie ja teraz noszę emeryturę? W majtkach! Taką kieszonkę sobie naszyłam.

środa, 5 sierpnia 2015

Najgorsze są sprawy, których nie dokończyliśmy

Najgorsze są niedokończone sprawy. Drażnią i długo nie dają o sobie zapomnieć. Czasem możemy jeszcze do nich wrócić i skończyć to, co zaczęliśmy. Często nie mamy wielkiego wyboru i zostajemy w takiej sytuacji po przecinku na długo. Pół biedy, jeśli chodzi o niedokończoną serwetkę z półsłupków. Najbardziej dręczą sprawy personalne, z damsko-męskimi na czele, które utknęły na etapie zawieszenia i niepewności.
Oczywiście po latach wszystko wygląda inaczej. Czasem nawet zabawnie.

Miałam piętnaście lat i poznałam fajnego chłopaka. Nie był w żadnym sensie wyjątkowy - poznałam go na osiedlu, dobrze się nam gadało o niczym. Stałam się jego idolką dwie sekundy po tym, jak stanęłam w obronie chłopaków grających w piłkę na osiedlowym trawniku. Trawnik był otoczony żywopłotem, poza trawą nic na nim nie rosło, ale jedna starsza pani lubiła tam wyprowadzać swojego psa. Z jakiegoś powodu uznała, że krzyk i wymachiwanie laską są lepszą metodą pertraktacji z młodzieżą niż rozmowa. Może i miała swoje racje, ale pech chciał, że jednym z chłopaków na trawniku był mój młodszy o sześć lat brat, ja zaś widziałam całą sytuację przez okno i jako starsza siostra poczułam się w obowiązku stanięcia w obronie młodszego rodzeństwa. Nie pamiętam już, co powiedziałam starszej pani, raczej nie byłam niemiła. Dość, że zyskałam podziw w oczach najstarszego z grupy obecnych chłopaków. Był ode mnie młodszy tylko o rok i tak na dobrą sprawę nie miał żadnych szans. Już podczas naszej drugiej rozmowy dowiedziałam się, że nie uczy się jakoś rewelacyjnie, a ja leciałam tylko na kujonów. No, ale starał się, dzwonił domofonem i w ogóle. Tyle że ja wstydziłam się rodziców i niechętnie schodziłam na dół. Pewnego razu po jakichś 30 minutach czekania („zaraz zejdę”) chłopak zrezygnował, poszedł do domu, a następnego dnia wyjechał na wakacje do dziadków. Więcej go nie zobaczyłam.

Tymczasem, miałam szesnaście lat. Siedziałam przed ekranem komputera i rozkochiwałam w sobie chłopaków grających w Diablo gdzieś tam w innych częściach Polski. Brzmi głupio, ale miało to swój cel. Wiem, że to idiotyczne i hermetyczne, ale spróbuję wytłumaczyć: chodziło o to, że klan Diablo, do którego należałam, miał wojnę z innym klanem i szef naszego klanu kazał mi osłabiać morale członków wrogiej organizacji. Możecie się pukać w czoło, ale to były fajne czasy. Ale trochę mi przeszkadza, że gdzieś tam na świecie żyje sobie kilku dorosłych facetów, mogących pamiętać mnie jako wariatkę z netu silącą się na kiepski podryw. Oczywiście jest jeszcze gorsza możliwość: oni mogą mnie w ogóle nie pamiętać.

Miałam dwadzieścia lat. O jakiejś nieprzyzwoitej godzinie (mogła to być szósta rano) wstąpiłam do kafejki internetowej. Chyba chciałam tam coś wydrukować i przy okazji zerknąć do sieci (nie miałam wtedy w domu Internetu). W pewnym momencie przy sąsiednim komputerze usiadł jakiś młody facet, wysoki blondyn wyposażony w walizkę podróżną. Zaczął na mnie zerkać, a w pewnym momencie podjechał na swoim krześle i zapytał, czy oglądałam „Katedrę”. Zaprzeczyłam. Sięgnął po płytkę, odpalił ją na moim komputerze i własnoręcznie założył mi na uszy słuchawki. Sytuacja była na swój sposób niesamowita i bardzo romantyczna, ale kiedy gość zapytał, czy może na mnie poczekać na zewnątrz (w pewnym momencie zaczął się zbierać), zaprzeczyłam. Patrzył na mnie przez chwilę i poszedł swoją drogą.

Nadal miałam dwadzieścia lat. Siedziałam w kafejce, był środek nocy (ciągle nie miałam w domu Internetu). Gadałam na ircu z jakimś przemiłym młodym człowiekiem, który, jak się okazało, też spędzał noc w kafejce - oczywiście w innej niż ja. Zaproponował, że moglibyśmy iść na spacer i pogadać na żywo, ale trochę średnio mi się uśmiechało chodzić z obcym facetem po Plantach w środku nocy. Wtedy zapytał, czy może na moment zajrzeć do mojej kafejki. Zgodziłam się, bo w sumie wokół mnie było pełno ludzi i wyglądało na to, że nie ma się czego bać. Faktycznie - facet wydawał się ok i umówiliśmy się na piwo w weekend. Tyle tylko, że jak przyszło co do czego, to spotkanie musiałam zamknąć w godzinie (i jednym piwie), bo umówiłam się potem z koleżanką. Znajomość z młodym internautą (i reżyserem! Skończył reżyserię!) zakończyła się po jednym spotkaniu. Drogi Czytelniku, jeśli jakimś cudem jesteś tamtym facetem, to chcę Cię tu i teraz przeprosić. Wiem, że jak się człowiek z kimś umawia, to nie powinien spędzać całego czasu SMS-ując z kumpelą, a potem nagle po godzinie zrywać się i lecieć na spotkanie z nią. Głupio wyszło.

Ale najlepsze było w pociągu. Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat. Zdaje się, że jechałam z Lublina do Warszawy, gdzie miałam się zobaczyć z mężem (jadącym do Warszawy z Krakowa) i grupą znajomych. W przedziale jechał starszy pan, taki z gatunku dystyngowanych. Bardzo chciał ze mną rozmawiać. Trochę przeszkadzał mi w czytaniu, ale w końcu wciągnęłam się w rozmowę, zwłaszcza że przypominała ona trochę powieść wymyślaną na bieżąco. Otóż dystyngowany pan (starszy, ale nie AŻ TAK stary) bardzo się interesował moją osobą: chciał wiedzieć czym zajmuję się na co dzień, czy mam rodzinę i inne takie. Bardzo szybko przestało to przypominać zwykłą chęć nawiązania rozmowy dla zabicia czasu w podróży. Cierpliwie odpowiadałam na kolejne pytania, udając nonszalancję. Tak, jakby nie przeszkadzało mi zdradzanie obcej osobie detali własnego życia. Oczywiście kłamałam jak z nut, modląc się, żeby się nie poplątać w zeznaniach. Kiedy wjeżdżaliśmy do Warszawy, pan postanowił przejść do konkretów i rzucił:
- Może podała by mi pani swój telefon? Mógłbym się z panią skontaktować i zostać pani przewodnikiem po stolicy.
Oczywiście, że podałam mu numer swojego telefonu. Oraz imię i nazwisko. Wszystko zmyślone. Po czym pożegnałam się i przypilnowałam, żeby na Centralnej wysiąść znacznie wcześniej niż on.
I to jest dopiero sytuacja bez zakończenia - bo przecież ja do dziś nie wiem, czy on zadzwonił. I czy naprawdę był natrętnym starym dziadem, czy po prostu eleganckim staruszkiem bez obciachu.

No to tyle. O ludziach spotkanych w pociągach będę jeszcze pisać, ale to już innym razem.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Z pamiętników romantycznej siedemnastolatki

Wiecie co, grzebanie w przeszłości to nie zawsze jest dobry pomysł.

Pomyślałam dziś, za zanurzę się po uszy we wspomnieniach z czasów, gdy miałam siedemnaście lat. W końcu to taki miły czas w życiu każdego człowieka: jest się już prawie dorosłym, ale jeszcze niezupełnie, w sam raz, by balansować na granicy pomiędzy możliwością pozwalania sobie na nieco więcej, a koniecznością brania odpowiedzialności za wszystkie swoje czyny. Poza tym jeśli dobrze pamiętam, to w tamtym okresie czytałam różne ciekawe książki.

Zaczęłam grzebać na półce w poszukiwaniu swoich pamiętników z tego okresu - takich prawdziwych, papierowych, pełnych stron zapisanych ręcznym pismem. Znalazłam, a jakże. W miarę przerzucania kolejnych stron wzrastał poziom mojego załamania samą sobą. Czego ja tam szukałam? Jakichś westchnień, romantycznych rozważań dorastającej dziewczyny, życiowych dylematów z gatunku "czy to dobrze, że pozwoliłam się pocałować już na pierwszej randce"? Rozpaczliwych wynurzeń nieszczęśliwie zakochanej nastolatki?

A figę. Poniżej przepisuję kilka bezpośrednich cytatów.

Kilka dni temu stworzyłam sobie w Diablo nową postać. Nazwałam ją "Cryptameria" (...). Od początku dobrze znałam swoje zamiary wobec Cryptamerii. Chodziło mi o stworzenie dobrej, wysokolevelowej postaci.

Na kanale od razu rzucił mi się w oczy osobnik o ksywce "gummmm". 

Był dla mnie niesamowicie wprost miły! Dał mi wszystko, co tylko miał. Wyjaśnił, że kasuje już tę postać i robi nową. Chciał oddać komuś przedmioty. 

Zgodnie z wczorajszymi nadziejami, moje SDI działa już prawidłowo.

-Ej, jak ja mam to zrobić? - zapytał Wasiu.
- Wciskasz readme.txt i czytasz.
-Kiedy tu nie ma readme.txt
- To nie czytaj.
- Ej, jednak jest...
- Jezu, to idź i czytaj.

Następnym razem, zanim sięgnę po stare pamiętniki, zaopatrzę się w butelkę czerwonego wina.

No, ale żeby nie było: znalazłam też opis sytuacji, w której przyjechał do mnie chłopak poznany przez Internet. W ogóle mi się nie podobał, ale byłam trochę mało asertywna, postanowiłam zatem zniechęcić go do siebie czynem, nie zaś słowem. Wzięłam go na kilkugodzinny spacer (był bardzo gorący dzień), między innymi na cmentarz. Faktycznie, więcej go nie widziałam.

Dość w tych wspomnień, idę czytać książkę.

P.S. Nie, naprawdę, nie wiem, po co przepisywałam do pamiętnika rozmowy z kanału Diablo.