Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubartów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubartów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2019

Był sobie Lubartów. I Siwek Hieronim.

W piątek, tuż przed północą, samolot ze mną na pokładzie wylądował na lotnisku w Dublinie. Skończyły się kolejne wakacje w Polsce. Trochę inne niż poprzednie.

Lepsze? Gorsze? Chyba lepsze. Na pewno bardziej socjalne. Niestety mam tendencję do zakopywania się w swojej własnej norze - zawsze, gdy docieram do domu rodziców, dopada mnie taki specyficzny błogostan, hamujący przed podjęciem jakichkolwiek działań wymagających wychodzenia z domu. Najchętniej siedzę wśród znajomych mebli, tych samych, które towarzyszyły mi dwadzieścia lat temu, z nosem w książce (no dobra, w Kindle’u), rozmawiam z rodzicami i zajadam się cebularzami posmarowanymi masłem bądź polanymi ostrym keczupem. Nie rozważam, nie myślę, nie analizuję - jest dobrze, tu i teraz.

A myśleć jest o czym. Od wielu lat moje kolejne
miejsca zamieszkania są dość odległe od Lubelszczyzny. Kiedy idę bądź jadę przez główną ulicę mojego rodzinnego miasteczka nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle lat. A przecież już wkrótce będę mogła powiedzieć, że dłużej mieszkam poza Lubartowem niż w Lubartowie.

Jeśli mnie pamięć nie myli, mój dziecinny plan nie przewidywał żadnych wyjazdów. Było kilka szalonych, nierealnych pomysłów, jak zakup pałacu w Kozłówce (miałam już nawet wybrany pokój, w którym będę pisać książki) czy adopcja wraz z bratem kilkanaściorga dzieci, które osiągały by świetne wyniki sportowe i w związku z tym nie musielibyśmy się troszczyć o pieniądze (chyba do tej pory nie miałam odwagi, żeby zwierzyć się bratu z tego pomysłu). Owszem, był czas, kiedy po lekturze “Waldena” Thoreau zapragnęłam zostać włóczęgą. Cóż, na swój sposób mi się to udało, choć żyję w sposób nieco bardziej zaawansowany niż początkowo zakładałam.

Wracając do tematu: mój tegoroczny pobyt w Lubartowie różnił się chyba głównie tym, że zaczęłam więcej myśleć i wspominać. Nagle poczułam, że minęło tak bardzo dużo czasu - mniej więcej dwadzieścia lat, jedna piąta wieku! A wydawałoby się, że dopiero dwa, trzy lata temu rodzice pomogli mi spakować wielki plecak ze stelażem i odstawili mnie na pociąg jadący do Krakowa. Nie wiedziałam wtedy, że po kilku latach, niemal bez ingerencji z mojej strony, wszystko tak bardzo się skomplikuje i zamiast zostać w tym wymarzonym Krakowie, gdzie dostałam się na wymarzone studia, poznałam wymarzonego faceta i znalazłam pierwszą, kompletnie nie wymarzoną, ale niezłą jak na wtedy pracę, znów wezmę się za pakowanie i wyjadę do Zurychu, USA, a potem do Dublina.


Tak naprawdę wcale nie dziwię się, gdy znajomi pytają mnie, gdzie wyprowadzam się w kolejnym roku. Moje życie ma prawo nie wyglądać zbyt stabilnie.

Kiedyś wyglądało. Przechodziłam z klasy do klasy, czytałam kolejne książki, poznawałam nowych ludzi. Z pewnością nie należałam do najbardziej towarzyskich osób w szkole, ale jakoś tak w drugiej połowie podstawówki zaczęłam mieć stałą grupę znajomych. Grupa się rozpadła, ale potem była kolejna, a potem jeszcze następna - coś się działo.

Lubartów mojego dzieciństwa był duży. Pamiętam dumę, którą czułam, gdy mama po raz pierwszy pozwoliła mi odwiedzić babcię. Trasę pokonałam zapewne w jakieś pięć, może siedem minut, ale ja pamiętam to jako całą wyprawę. Do tej pory mam przed oczami mijane budynki, zielone liście na drzewach, bibliotekę - pierwszą, do której byłam zapisana, poza szkolną, z którą jakoś nie zdołałam się zaprzyjaźnić. Podobnie było ze spacerami do parku - trzeba było najpierw dojść do pałacu (ach, to, jak mi się zdawało, było już samo w sobie długim spacerem), potem następowała wędrówka po zacienionych alejkach. A jeśli któremuś z rodziców wpadła do głowy wyprawa na łąki czy rzekę, robiła się z tego poważna eskapada.

Na środku parku był i nadal jest staw, który w mojej wyobraźni miał rozmiary i urok najpiękniejszego jeziora. Schodziło się do niego betonowym zejściem, które zdawało mi się długie i strome - ale ponieważ byłam tam znowu kilka tygodni temu, dobrze wiem, że dziecięca pamięć zawodzi. Czasem do stawu wchodził tata, by zerwać dla mnie wysoką laskę trzciny.

Przechadzki po parku były czasem magicznym: spacerujący ze mną tata opowiadał mi najróżniejsze historie. Była to najczęściej wieloodcinkowa saga o Misiu Siwku Hieronimie, który istniał naprawdę: był szarym pluszakiem, pochodzącym z kiosku Ruchu mojej babci. W samym parku mieszkał inny bohater mojego dzieciństwa: Żółty, który, co bezlitośnie uświadomił mi brat, był hubą drzewną. Z Żółtym wiązały się jakieś mało przyjemne opowieści - nie pamiętam ich dokładnie, ale zdaje się, że był postacią nie do końca pozytywną, choć mnie nic z jego strony nie groziło.

Historie nie kończyły się wraz z wyjściem poza teren parku: jeśli szliśmy potem na łąkę, to wzdłuż rzędu topoli, których sadzenie pamiętał podobno mój dziadek. A łąka była już opowieścią samą w sobie - zasypana polnymi kwiatami, z których nieporadnie próbowałam pleść wianki. Bywało, że dorośli pozwalali mi wejść do Wieprza - dopływu Wisły, który przepływa przez Lubartów. Za każdym razem miałam nadzieję, że właśnie teraz nauczę się pływać. Nie udało się, ani w Wieprzu, ani w jakimkolwiek innym zbiorniku wodnym.

Było też miasto: ogromne, o wiele większe niż park, a jednak swojsko znajome. Przemierzałam je niemal codziennie: z rodzicami, samotnie, z rówieśnikami. Po odebraniu świadectw maturalnych szłam w grupie rówieśniczek, śpiewając głośno “Siedem dziewcząt Albatrosa” i “Autobiografię”. Innym razem umówiłam się z X. o północy w samym centrum, tylko po to, by pójść do niej do domu, przesiedzieć w jej pokoju do szóstej rano, a potem wrócić do domu i udawać, że nic się nie stało. Było tego oczywiście znacznie więcej. Większość tych przechadzek zlało mi się już ze sobą, pozostawiając tylko wspomnienie czegoś niesamowicie świeżego i radosnego.

Moja osobna grupa wspomnień koncentruje się wokół K., mojej najlepszej przyjaciółki z podstawówki. Był czas, gdy w jej mieszkaniu spędzałam chyba przynajmniej tyle czasu co w swoim. Jadałam tam obiady, ciasta, piłam wykradany z barku alkohol. Nie byłam jedyna - to było jakieś magiczne mieszkanie, przyciągające do siebie całe rzesze moich rówieśników. Czasem zamiast siedzieć w środku, wychodziliśmy na klatkę schodową i tam siedzieliśmy całą bandą. Nie pytajcie mnie, co robiliśmy - kompletnie nie pamiętam. Wiem tylko, że to był świetny czas. Taki, o którym mogłabym napisać osobną książkę, choć trwał najwyżej dwa lata, te ostatnie przed szkołą średnią.

Być może jedną z najbardziej kijowych spraw w życiu jest to, że kiedyś się dorasta.

Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.

niedziela, 12 lipca 2015

8 oczywistych rzeczy, które różnią miasto małe od dużego

Jak przystało na osobę urodzoną i wychowaną w małej miejscowości, uwielbiam duże miasta. Szum ulicy, tłumy ludzi, sklepy wszelkiej maści, w tym przede wszystkim duże księgarnie - wszystko to kocham, w jakiś sposób mnie to napędza. Podczas ostatniej wizyty w rodzinnym mieście chyba po raz pierwszy od lat pomyślałam, że jednak mieszkanie w małym mieście nie jest takie do końca złe. Ot, inne. Zupełnie inne.

Na przykład:

1) Na odległości patrzy się nieco inaczej niż w dużym mieście. Z domu moich rodziców do centrum miasta szłam mniej więcej tyle, ile zajmowała mi droga z mojego bloku w Krakowie na przystanek tramwajowy, w związku z czym propozycja rodziców, którzy często chcieli mnie do tego centrum podwozić samochodem, zawsze wydawała mi się lekko absurdalna (co nie znaczy, że z niej nie korzystałam). Gdy wyjechałam na studia, spacer z domu na uczelnię zajmował mi jakieś czterdzieści minut. Bywało, że nie chciało mi się czekać na zapchany tramwaj i szłam pieszo. Mniej więcej tyle samo czasu zajęłaby podróż samochodem z mojego rodzinnego miasta do najbliższego wojewódzkiego.


2) W małym mieście wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko. Również to, co nigdy nie miało miejsca. Podobno w czasach, kiedy już od dawna tu nie mieszkałam, mówiono, że wyszłam za jakiegoś Austriaka (patrz: Nie wyszłam za Austriaka). Skądinąd wiem też, że po maturze widziano mnie podczas egzaminów wstępnych na kierunki i uczelnie, z którymi nic mnie nigdy nie łączyło. Zjawisko "wszyscy znają wszystkich" ma też przyjemne strony: nawet jeśli przyjeżdża się tu po latach, można liczyć na to, że na ulicy spotka się znajome twarze, co najwyżej postarzałe o kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat. Oczywiście odkąd wszyscy mają Fejsbuka, jest to mniej ciekawe, bo proces starzenia się dawnych koleżanek i kolegów można śledzić na bieżąco przez Internet.

3) Krajobraz małego miasta przeskakuje z elementów stałych na elementy wiecznie zmieniające się. Pewne sklepy istniały tu "od zawsze", w niektórych od dwudziestu lat pracują wciąż te same osoby. Byt innych jest zdecydowanie bardziej efemeryczny: zauważasz je po raz pierwszy przy okazji którejś z wizyt, a gdy jesteś tu po raz kolejny, nie ma już po nich śladu. Owszem, tak jest wszędzie, również w metropoliach. Ale w małym mieście wszystko to jest bardziej intensywne, jakby skondensowane.

4) Pójście do knajpy w małym mieście nie jest taką prostą sprawą. Oczywiście są różne lokale, w których da się coś zjeść i wypić, ale wybór nie jest duży, a w tym, który już jest, może nie być odcieni szarości: brakuje czegoś pomiędzy mordownią, a restauracją z menu na 10 stron i obrusami na stołach. W tej sytuacji wybieram obrusy, choć trochę nieswojo chodzi mi się tam na alkohol.

5) Praca w małym mieście jest może mniej obfitująca w emocje i okazje do rozwoju zawodowego, jest też przeważnie mniej płatna. Ale wielu ludzi i tak mieszka tu w lepszych warunkach niż pracownicy Mordoru na Domaniewskiej - domek jednorodzinny wydaje się być luksusem znacznie częściej osiąganym. Za to jest więcej szczekających psów. Boję się szczekających psów.

6) Jeśli lubisz buszować po księgarniach, a potem pić napój kawopodobny w pobliskim Coffee Heaven oddając się lekturze, to nie zrobisz tego w małym mieście. Tu nie ma ani Coffee Heaven, ani księgarni, w których naprawdę da się buszować. No, ale książki zawsze można zamówić przez Internet, a kawa jest niezdrowa.

7) Klimat małego miasta nie ma w sobie nic z pośpiechu. Jest nieco sennie, mimo zakorkowanych ulic (bo przecież wszyscy mają tu samochód). 

8) Przyroda jest na wyciągnięcie ręki. Kiedy byłam dzieckiem, od łąk dzielił mnie niedługi spacer. Jednym z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa jest piknik, jaki zrobiłyśmy sobie z mamą właśnie na łące. Przez wiele lat miałam szmergla na punkcie książek Lucy Maud Montgomery. Wyobrażałam sobie, że podobnie jak jej bohaterowie mieszkam na Wyspie Księcia Edwarda - w mojej wyobraźni to miejsce wyglądało mniej więcej tam jak czekające na zagospodarowanie półdzikie tereny pod Lubartowem. Kto wie, może tak wygląda.

___________
Oczywiście małe miasta niejedno mają oblicze.
Tymczasem pozdrawiam z Krakowa.