Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 listopada 2017

Wariacje pocztowe, czyli wielka wędrówka włoczek

Czasami zdarza mi się widzieć oczyma wyobraźni mapę świata poprzecinaną gdzieniegdzie liniami kończącymi swój bieg w Irlandii, na południe od Dublina. To mapa ukazująca szlaki zamówionych przeze mnie kłębków włóczki, które po dotarciu do celu zostają przeze mnie stopniowo zamieniane w kocyki, chusty i szale.

Ok, brzmi to jak jakaś wielka migracja, coś na kształt wielkiej wędrówki ludów. Rzeczywistość jest jednak prostsza - ot, mam kilka ulubionych sklepów zajmujących się sprzedażą włóczki online i tak się składa, że są one rozsiane po różnych krajach i kontynentach. Zamówień dokonuję w miarę potrzeb, upodobań i możliwości finansowych. W praktyce niemal zawsze gdzieś tam na kuli ziemskiej znajduje się jakaś paczka zdążająca w moim kierunku. Większość tych przesyłek pojawia się na progu mojego domu bezproblemowo, w ciągu kilku czy kilkunastu dni od momentu złożenia przeze mnie zamówienia. Niektóre jednak doświadczają przygód wartych osobnej wzmianki.

Weźmy choćby przesyłkę z Izraela, którą usłużny pan listonosz przyniósł mi wczoraj. Została wysłana przez jeden z moich ulubionych sklepów, do którego mam pełne zaufanie - zarówno w kwestii jakości produktu jak i sprawnej wysyłki. Choć ostrzegają, że czas dostawy w do krajów europejskich wynosi zwykle 2-3 tygodnie, w praktyce dostaję swoje zamówienia znacznie szybciej. Aż do wczoraj. Tym razem paczka z Izraela wędrowała do mnie niemal miesiąc. Przez ostatnie dwa tygodnie nerwowo szukałam jej numeru na stronie irlandzkiej poczty, coraz bardziej nastawiając się na to, że po raz pierwszy moja przesyłka zaginęła. Co działo się z nią między 10 października, kiedy opuściła Izrael, a 3 listopada, kiedy bezpiecznie znalazła się w moim domu, tego nie wiem.

Znacznie więcej mogę za to powiedzieć o innej przesyłce, której droga z Niemiec do Irlandii również zajęła dobry miesiąc. I w lokalizacji której pomógł mi Facebook.

Zaczęło się standardowo. W dniu swoich urodzin, czyli szóstego września, złożyłam zamówienie na piękne włóczki, charakteryzujące się ślicznymi, przechodzącymi jeden w drugi kolorami. Wychodzą z nich cudne, delikatne kocyki, wspaniałe szale... Ok, ok - przechodzę do rzeczy.

Przesyłka dość długo, może przez dwa tygodnie, pozostawała w systemie jako "opłacona". W końcu stwierdziłam, że chyba ktoś zapomniał mi ją wysłać i skontaktowałam się z właścicielką sklepu. Było tak jak myślałam - coś tam przeoczyli, bardzo przepraszali, obiecując natychmiastową wysyłkę i dodanie jakiegoś gratisa. Powróciłam zatem do stanu oczekiwania, a gdy po tygodniu status przesyłki nadal nie uległ zmianie, ponownie odezwałam się do właścicielki. Tym razem okazało się, że wszystko już jest w porządku, paczka została wysłana tuż po ostatniej wymianie wiadomości, dostałam numer śledzenia przesyłki, który to potwierdził, uznałam zatem, że mogę spać spokojnie.

Po paru dniach pełna emocji dowiedziałam się ze strony irlandzkiej poczty, że moja przesyłka jest już w Dublinie. Oczekiwałam na nią zatem kolejnego dnia, co jakiś czas odświeżając nerwowo stronę poczty. Wyobraźcie sobie moje poruszenie, gdy okazało się, że dostawa paczki została wstrzymana z powodu niewystarczającego adresu na przesyłce! Znów musiałam uruchamiać kolejne kanały - mejl do poczty, telefon do poczty, koniec końców okazało się, że z adresem jednak wszystko jest w porządku i swoje zamówienie powinnam otrzymać kolejnego dnia.

Tym razem nie mogłam sobie pozwolić na warowanie na listonosza. Mentalnie pogodziłam się z tym, że po powrocie do domu zastanę w nim awizo i czeka mnie wędrówka na pocztę. Nic bardziej mylnego! Według strony poczty, na którą i tego dnia regularnie zerkałam (chciałam wszak wiedzieć, czy awizo leży już na moim progu, czy jeszcze nie) paczka została dostarczona. Jedna z rubryk zawierała nawet nazwisko osoby, która ją odebrała...

Uznałam, że musi chodzić o kogoś z sąsiedztwa. Swoich sąsiadów znam raczej z imion niż nazwisk, czekała mnie zatem wędrówka po kilku domostwach. Nasze osiedle liczy sobie kilkadziesiąt domów, więc raczej nie zakładałam, że odwiedzę wszystkie - z pewnością listonosz zostawił paczkę komuś, kto mieszkał blisko...

Niestety - żaden z moich najbliższych sąsiadów nic nie wiedział o paczce.

Pełna rezygnacji usiadłam z laptopem. Wstukałam w Google nazwisko moich domniemanych sąsiadów, ale rezultaty nie były rewelacyjne - wyszukiwarka z uporem wyświetlała mi informacje o właścicielach pobliskiej apteki, nazywających się tak samo jak osoba u której znajdowała się moja włóczka. Mocno już zniechęcona włączyłam Facebooka. Ten od razu wyrzucił mi poszukiwane nazwisko - moim oczom ukazał się profil kobiety, w którą najwyraźniej miałam wspólną znajomą.

Ową wspólną znajomą była pewna Amerykanka, która od czasu do czasu zajmuje się moimi dziećmi. Skojarzyłam, że swego czasu mówiła, iż ma na moim osiedlu koleżankę z małym dzieckiem. Kobieta z Facebookowego zdjęcia z pewnością miała małe dziecko.

Natychmiast napisałam do znajomej Amerykanki, zerkając jednocześnie tęsknie przez okno. Gdzieś tam, po drugiej stronie drogi w jednym z szeregowych domów przebywała moja włóczka...

Ustalenie tożsamości i numeru domu poszukiwanej osoby poszło sprawnie. Poprosiłam wracającego właśnie do domu małżonka o wstąpienie pod wskazany adres i odebranie przesyłki. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po niedługim czasie pojawił się on na progu nie z jedną, a dwiema paczkami! Listonosz dostarczył bowiem aż dwa zamówienia - owo nieszczęsne niemieckie oraz drugie, amerykańskie, którego jeszcze się nie spodziewałam...


Tak oto kończy się przygoda. Wiecie, nie to żeby mi się nudziło. Ale czekam właśnie aż upiecze mi się obiad i tak jakoś pomyślałam, że w międzyczasie opowiem Wam o wojażach mojej włóczki. Może ktoś z Was też właśnie gotuje i szuka jakiegoś urozmaicenia w tle...;)

piątek, 1 września 2017

Myśli o poczcie. I o klockach

Pięć lat temu siedziałam na walizkach. W mieszkaniu, które wynajmowaliśmy, zostało już niewiele sprzętów, a my powoli zaczynaliśmy żyć wyobrażeniami naszych pierwszych dni za oceanem. I właśnie wtedy Szwajcaria postanowiła uderzyć w nas z całą mocą, za pomocą korespondencji, którą tego dnia znaleźliśmy w naszej skrzynce pocztowej. Koperta, której zawartości już nie pamiętam, zaadresowana została w Chinach i wśród namiarów na nadawcę widniały na niej zaledwie dwa elementy: imię i nazwisko mojego męża oraz kraj: Szwajcaria. Zero informacji o ulicy, o mieście już nie wspominając. Cóż - widać dla doskonale zorganizowanej szwajcarskiej poczty ustalenie miejsca pobytu odbiorcy wyłącznie po nazwisku to nie problem.

Poczta od zawsze zajmowała dość ważne miejsce w moim życiu. Mając jakieś jedenaście lat odkryłam ideę zamawiania książek drogą pocztową bezpośrednio od wydawnictw. Do dziś pamiętam wakacje, które niemal spędziłam zbiegając co moment do skrzynki na listy, pełna nadziei, że książki już doszły, tylko leniwy listonosz zamiast wchodzić na pierwsze piętro wolał zostawić awizo. Potem zamawiałam płyty, ubrania, a w okresie mieszkania w Stanach nawet szampon do włosów (mój ulubiony często był w promocji na Amazonie, a że przesyłki były za darmo...). Aktualnie większość odbieranych przeze mnie przesyłek zawiera włóczkę. Tak czy siak mogę zaryzykować stwierdzenie, że od lat niemal wciąż czekam na jakąś paczkę.

Dziś po wejściu do domu podniosłam z podłogi awizo, które zostało wrzucone podczas mojej nieobecności przez wrzutkę w drzwiach, zapowiedziałam więc od razu potomstwu, że nieco później czeka nas wyprawa na pocztę. To co powiedziałam nie spotkało się z przesadną aprobatą ze strony dzieci - no bo co to za frajda, wyprawa na pocztę? A ponieważ córki me są już w wieku, w którym próbuje się podejmować dyskusję, wywiązała się nam całkiem interesująca rozmowa.

- Wolałabym, żeby tu było jak w Kalifornii - oświadczyła sześcioletnia E.
- To znaczy? - mruknęłam, zamykając drzwi. E. opuściła Kalifornię na zawsze kilka dni po swoich piątych urodzinach i nie miałam pewności na ile wyraźne są jej amerykańskie wspomnienia.
- No, bo tam jak przychodziła poczta i ciebie nie było w domu, to listonosz zostawiał ją przed drzwiami.

Tak było. Jeśli coś mieściło się w niewielkiej skrzynce na listy, to lądowało właśnie tam (skrzynka nie była w żaden sposób zamykana), a większe przesyłki zostawiane były pod drzwiami wejściowymi, dostępne dla wszystkich przechodniów. Nie, nigdy żadnej przesyłki przez to nie straciłam.

- No, ale nie wszystko tak było zostawiane - zaczęłam tłumaczyć. - Ważne rzeczy listonosz mógł zostawić tylko wtedy, kiedy podpisałam, że je odebrałam.
- Jakie?
- No, na przykład wasze paszporty, albo inne ważne rzeczy...
- Nieprawda - oświadczyło dziecko. - Jak przyszły moje klocki z magnesami, a to była BARDZO WAŻNA PACZKA (uwierzcie, wręcz słyszałam tego capslocka), to niczego nie musiałaś podpisywać, tylko znaleźliśmy je pod drzwiami jak wróciliśmy do domu...
 - Dziecko drogie - powiedziałam, pomijając kwestię istotności dziecięcych zabawek - to było półtora roku temu, a ty to ciągle pamiętasz?!
- Mamo - westchnęła teatralnie E. - pewnych rzeczy po prostu nie da się zapomnieć.

No tak, wiadomo - klocki ważna rzecz.


sobota, 20 marca 2010

Nieodgadnione wyroki poczty nie tylko polskiej

Jeśli filozofia wzięła się ze zdziwienia światem, strach pomyśleć, do jakich wniosków doszliby starożytni filozofowie, gdyby znali zjawisko Poczty Polskiej. Zresztą - nie tylko polskiej. Wszystko byłoby pewnie dużo prostsze, gdyby dało się na nią wyłącznie narzekać. Problem polega na tym, że wspomniana instytucja działa od czasu do czasu rewelacyjnie, do czego nie powinniśmy się jednak przyzwyczajać.

W środę przed południem spędziłam w urzędzie pocztowym 20 (słownie: dwadzieścia) minut. Chodziło o wysłanie prostej przesyłki za granicę. Wspomniane dwadzieścia minut to czas oczekiwania w kolejce przy jednym z pięciu okienek, wyróżniającym się tym, że jako jedyne było czynne. W zasadzie nie powinnam marudzić: dzięki kolejkom na poczcie przeczytałam w życiu dziesiątki, a może nawet setki stron książek. Oczywiście mam na myśli pocztę w Polsce. Kilka razy odbierałam przesyłki w lokalnym, malutkim urzędzie w Zurychu i za każdym razem wyglądało to podobnie: przede mną dość długa kolejka ludzi i informacja o tym, że czas oczekiwania wynosi około 3-4 minut. Przy ośmiu działających okienkach nie było to takie trudne.
Co do mojej środowej wysyłki, znacznie lepszy był skutek pocztowej wizyty: przesyłka dotarła do kraju przeznaczenia dzisiaj, zaledwie trzy dni później. Tempo naprawdę ekspresowe, zwłaszcza zestawiając ten fakt z tym, iż również w środę przed południem została do mnie wysłana priorytetowa paczka (w ramach tego samego kraju) i jeszcze jej nie mam.

Wśród moich obowiązków w pracy jest jeden, który wymaga pewnego (na szczęście nie bezpośredniego) kontaktu z Pocztą Polską. Doświadczenie, jakie to daje, jest doprawdy bezcenne. Dzięki niemu wiem, że około kilku procent wysyłanych listów nie dociera do adresata, a zwrot przesyłki z powodu podania niewłaściwego adresu trwać może nawet dwa miesiące. 

Mam cichą nadzieję, że na swoją przesyłkę nie będę musiała czekać tak długo, jak moi rodzice na kartkę z Londynu. Jej podróż trwała ponad miesiąc. Tłumaczono mi wtedy, że to dość normalne, bo strajki angielskiej poczty to sprawa dosyć częsta. Przypomina mi się też, że kilkanaście lat temu korespondowałam z mieszkańcem Ghany. Nasze listy wędrowały po świecie dwa tygodnie, zanim znalazły się w skrzynce adresata. Tyle, że było to w latach dziewięćdziesiątych, a rzecz dotyczy Ghany.