Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2019

O tym, jak zostałam modelką. I o prezydencie

Stwierdziłam, że zamiast narzekać na czasochłonność hobby mojego małżonka, powinnam poszukać sobie czegoś równie absorbującego, w dodatku związanego z nieobecnością w domu. Bo jak na złość większość rzeczy, które lubię, mogę bez problemu wykonywać w swoich czterech ścianach.

Pewnego popołudnia usiadłam zatem do komputera z zamiarem znalezienia nowego, czasochłonnego hobby, które koniecznie trzeba uprawiać poza domem. Nie musiałam długo szukać - pewna agencja poszukiwała modelek. Ogłoszenie było trochę nietypowe - wyglądało na to, że zatrudnione w niej dziewczyny pracują nieodpłatnie, mają natomiast styczność z największymi sławami świata mody, co niektórym z nich powinno docelowo zapewnić awans do wyższej ligi. Co ciekawe, wzrost powyżej 180cm przy jednoczesnym mieszczeniu się w rozmiar 34 nie był wymagany, można też było sobie liczyć więcej niż 25, a nawet 30 wiosen. Trzeba było natomiast być kobietą względnie ładnie się prezentującą (przynajmniej zdaniem tych, którzy decydowali o przyjęciu danej kandydatki). W ramach napadu podwyższonej samooceny postanowiłam spróbować (w końcu co miałam do stracenia?) i wysłałam swoją aplikację.

Kilka tygodni później już wiedziałam, że zostałam zakwalifikowana. Pocztą zaczęły nadchodzić całe stosy najróżniejszych folderów, katalogów i umów. Wszystko prezentowało się znakomicie - wprawdzie na przelewy na konto nie miałam co liczyć, ale a ramach "pracy" miałam dostawać całą masę bonusów, takich jak możliwość korzystania z prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego czy otrzymywanie porządnych zniżek przy rezerwacji biletów lotniczych. Poza tym chodziło tu o angaż zaledwie kilkutygodniowy - czułam, że taką ilość czasu mogę poświęcić na dość ciekawie się zapowiadającą przygodę.

Co do natury samego zajęcia, założenia były proste - modelki pracujące dla tej agencji pozowały do zdjęć wykorzystywanych następnie w katalogach z ciuchami. Sesje fotograficzne miały odbywać się w określonych godzinach w hotelu, w którym miałam przez kilka tygodni mieszkać. Nawet nie musiałam się kłopotać tym, jak tam dotrzeć - pewnego dnia pod mój dom podjechał autobus, który przemierzał całą Irlandię, zbierając po drodze wszystkie zakwalifikowane do programu modelki.

Hotel był niesamowity - miałam do dyspozycji swój własny, bardzo przestrzenny pokój, dużą, nowoczesną łazienkę, oraz wszelkie udogodnienia udostępnione hotelowym gościom, takie jak basen, SPA, bar... Zaczęłam z nich korzystać od razu pierwszego popołudnia, jednocześnie czekając na jakiś rodzaj wezwania, ogłoszenia odnośnie tego, jak ma wyglądać moja "praca". Spodziewałam się, że wszystko zacznie się drugiego dnia od rana.

Nic takiego jednak nie miało miejsca - po przebudzeniu zostało mi dostarczone obfite śniadanie wraz z poleceniem, bym nie krępowała się korzystać z otaczających mnie dóbr. Nie krępowałam się zatem - pływałam w basenie, korzystałam z dostępnych w SPA zabiegów, pełna nadziei, że jak przyjdzie co do czego, naprawdę nie będę musiała za to wszystko płacić. I czekałam na jakiś rodzaj wezwania.

Po kilku tygodniach w moim pokoju pojawił się kierowca autobusu, którym mnie tu przywieziono.
- To już koniec angażu, wracasz do domu - oświadczył.
- Ale jak, dlaczego? - pytałam zdezorientowana. - Przecież ja jeszcze nawet nie zaczęłam.
- Po prostu wybrali tylko część z was - wzruszył ramionami kierowca. - Tyle w temacie.
- Ale że jak? Stwierdzili jednak że coś jest nie tak z moim wyglądem? - wbrew sobie zaczynałam łapać doła. Nie żeby zostanie modelką było kiedykolwiek moim marzeniem, no ale...
Kierowca autobusu wzruszył ramionami, a mi nie pozostało nic innego, jak tylko szybko spakować swoje manatki i dać się odwieźć do domu.

Wieczorem nie miałam rodzinie zbyt wiele do powiedzenia. Czarny nastrój tylko mi się pogłębiał. Nie dość że wszystko było nie tak, jak miało być, to jeszcze musiałam wrócić do swojego codziennego życia. Dość wcześnie zakończyłam dzień i udałam się do łóżka.

Rano obudził mnie dziwny szelest. Półprzytomna, wciąż pamiętając, co mi się przytrafiło, otworzyłam oczy i spojrzałam w kierunku dobiegającego mnie dźwięku. No tak, mogłam się tego spodziewać - od lat słyszałam o tym, że ten i ów obudził się mając przed oczyma taki właśnie widok: oto prezydent RP, pan Andrzej, zmniejszony do rozmiaru kubka, siedział w kącie mojej sypialni, bawiąc się tęczową, plastikową sprężyną mojej dzieci. W skupieniu rozciągał ją i składał, powodując tym samym towarzyszący mi od chwili przebudzenia szelest.

Po chwili w ten monotonny dźwięk wdarł się inny, głośniejszy i ostry. Sięgnęłam na szafkę nocną po telefon i odebrałam połączenie przychodzące.
- Słyszałam co ci się przydarzyło - krzyknęła zaraz na wstępie moja przyjaciółka. - Ty wiesz, że możesz pozwać tę agencję za to, co ci robili?! W końcu to było wprowadzenie w błąd prawda?!

I wtedy obudziłam się naprawdę.

wtorek, 1 grudnia 2015

Listopadowe czytanie, czyli Agata poleca (albo nie)

Kolejny miesiąc za nami, czas zatem na następny odcinek moich czytelniczych podsumowań. Jest szansa, że tym razem nawet się to komuś przyda - wszak święta nadchodzą szybkimi krokami, a niektórzy ludzie lubią dawać bądź dostawać książki (jeśli o mnie chodzi, uwielbiam jedno i drugie). Z góry uprzedzam, że poniższe akapity stanowią totalny chaos. Mój czytelniczy żywot ciężko byłoby określić mianem uporządkowanego. 

W listopadzie sięgnęłam po dwa kolejne tomy serii Henninga Mankella o Kurcie Wallanderze: Psy z Rygi oraz Białą lwicę. Przeczytany w październiku rozpoczynający serię Morderca bez twarzy zachęcił mnie do kolejnych tomów, zaś po lekturze drugiej i trzeciej części jestem już fanką Mankella. Podoba mi się swego rodzaju rozmach,  który cechuje świat przedstawiony jego książek: w swoich kryminałach nie ogranicza się on wyłącznie do problemów i miast Szwecji. Bohaterów może też umieścić w Rydze czy miastach RPA i robi to w sposób przekonujący, prawdziwy.

Stowarzyszenie umarłych poetów to jeden z moich ukochanych filmów (wiem, jestem mało oryginalna), postanowiłam zatem w końcu przeczytać powieść napisaną na podstawie scenariusza. No, nie tyle przeczytać, co przesłuchać. Stowarzyszenie w wersji książkowej nie jest raczej wielkim arcydziełem, ale to całkiem przyzwoita pozycja dla tych, którzy lubią i chcą sobie odświeżyć film. Przy okazji dodam, że Jacek Rozenek to wprawdzie przyjemny w odbiorze lektor, ale mógłby trochę popracować nad wymową anglojęzycznych nazwisk. Albo po prostu obejrzeć jakiś dokument o Whitmanie. 


Nazwę „Pasadena” (takie miasto w Kalifornii, znane z pewnością widzom serialu The Big Bang Theory; odmawiam używania polskiej wersji tego tytułu) Rozenek też wymawia trochę inaczej, niż bym chciała, ale to mi nawet tak bardzo nie przeszkadza. Czytany przez niego Marsjanin Andy’ego Weira, którego słuchałam m.in. wyciągając ze zmywarki czyste naczynia i uzupełniając ją brudnymi, wciągnął mnie doszczętnie. 

Wszystkim, którzy lubią czytać o tym dziwnym kraju, jakim są Stany Zjednoczone, polecam Ameryka nie istnieje Wojciecha Orlińskiego. Dobrze napisana, bardzo ciekawa książka, będąca swego rodzaju przewodnikiem po USA - mniej lub bardziej istniejącym.

Osobiście przychylam się raczej do opinii, zgodnie z którą Ameryka istnieje. Dowodem na to niech będzie Ulica nadbrzeżna Johna Steinbecka. Przyjemna, klimatyczna powiastka, pokazująca życie i perypetie członków ubogiej społeczności żyjącej w kalifornijskim Monterey w latach 30. XX wieku. Jest coś niesamowitego w czytaniu o przeszłości miejsc, które zna się takimi, jakie są teraz.

Nigdy nie byłam w Los Alamos i sądzę, że nawet moje życie nie jest tak zakręcone, bym miała się tam kiedykolwiek znaleźć. Powieść Wives of Los Alamos (TaraShea Nesbit) nie należy do porywających, choć temat od pewnego czasu mnie interesuje. Życie kobiet, które wyjechały do Nowego Meksyku, by towarzyszyć mężom pracującym w laboratorium nad tajemniczym projektem raczej nie należało do najprostszych. O tym, jak czuje się człowiek dzielący łóżko z kimś, kto brał udział w budowie bomby atomowej wolę nawet nie myśleć.

Rzadko zdarza się, że lektura książki kończy się dla mnie wybuchem płaczu, ale tak się skończyło moje czytanie The Time Traveler’s Wife Audrey Niffenegger. Powieść ta leżała sobie od lat na mojej wirtualnej liście „to-read” i w końcu sięgnęłam po nią w sensie dosłownym: stałam wtedy między bibliotecznymi regałami, nie szukając niczego szczególnego, gdy nagle mój wzrok padł na znajomy tytuł. The Time Traveler’s Wife to dla mnie książka, w przypadku której nie obchodzi mnie, czy jest dobra czy zła. Porwała mnie. Zawarte w niej emocje są w jakiś sposób „moje”, tak bardzo, że ostatnią stronę czytałam już przez łzy. 

Wiem, ryczenie przy książkach jest głupie. Ale jeszcze głupsze jest ciągłe uleganie pokusie czytania marnych powieści. Nie powiem Wam za dużo o A Christmas in Vermont: A Very White Christmas (Brian Mooney), bo nie warto. Jedynym atutem tej powieści jest to, że pada w niej dużo śniegu (wiecie, że nie widziałam śniegu od początku 2013 roku?).

Skoro już zaczęłam wątek kiepskich książek, to dopiszcie do tej listy jeszcze Maddie’s Recipe of Mysteries Emily Page. Po przeczytaniu tej pozycji już wiedziałam, że moje korzystanie z Kindle Unlimited nie wyjdzie poza fazę próbnego, bezpłatnego miesiąca. I że naprawdę istnieją książki, na które nie warto tracić czasu.

Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli Ałbeny Grabowskiej rozczarowało mnie głównie wykonaniem. Pomysł na książkę jest całkiem niezły - w każdym razie ja lubię wszelkie sagi rodzinne, w których losy bohaterów rozgrywają się na tle wydarzeń historycznych. Ale praktyka wygląda tu już tak sobie - postaci kompletnie mnie nie przekonywały, wszystko było jakieś płaskie i bez wyrazu. Nie jestem też przekonana co do historycznej ścisłości powieści. Seria zawiera jeszcze dwa kolejne tomy i naprawdę nie wiem, czy zechce mi się po nie sięgnąć.

W końcu przeczytałam The Catcher in the Rye J.D. Salingera! Bawiłam się przy tym wybornie. Większą część powieści pochłonęłam grając z Dawidem w Cywilizację. Podczas gdy on w ramach swojej tury dzielnie podbijał duńskie prowincje, ja przemierzałam Nowy Jork w towarzystwie Holdena Caulfielda. No i teraz pewnie już przez cale życie Buszujący będzie mi się kojarzył z Cywilizacją V.

Pomarańczowy Majdan Marcina Wojciechowskiego zaczęłam czytać trochę z sentymentu. W 2004 roku pełniłam rolę międzynarodowego obserwatora wyborów prezydenckich na Ukrainie. Byłam też na Majdanie, oglądałam miasteczko namiotowe. To ten rodzaj przeżycia, którego się nie zapomina. Lektura reportażu Wojciechowskiego pozwoliła mi wrócić do tamtych dni.

Tristan 1946 Marii Kuncewiczowej był nieco innego rodzaju podróżą sentymentalną. Uwielbiam tę autorkę od pierwszego zetknięcia z nią prawie dwadzieścia lat temu. Kocham wszystkie jej książki, które zdarzyło mi się czytać. Przywodzą mi na myśl czasy późnonastoletnie, okres, w którym zaczęłam doświadczać kontrastu między moimi ideałami, a otaczającym światem. Przeczytanie tej powieści w odległej Kalifornii początku XXI wieku to ciekawe doświadczenie. 

Kłamca Jakuba Ćwieka okazała się dla mnie książką, której mogłoby nie być. Zaczęło się ciekawie, ale im dalej w las, tym szybciej chciałam go opuścić. Coś w klimacie tej książki, a może sposobie jej napisania było tak totalnie nie moje, że na kolejne części w ogóle nie mam ochoty.

Do fanów twórczości Jerzego Pilcha raczej nie należę, a książka Zuza albo czas oddalenia z pewnością tego nie zmieniła. Opowieść o związku starszego mężczyzny ze znacznie młodszą kobietą niczym mnie nie zainteresowała, a świetny warsztat pisarski Pilcha okazał się zbyt słabym argumentem, by wzbudzić mój zachwyt. A jednak znalazło się w tej książce coś, co spodobało mi się szalenie, mianowicie słowa: „Można zakochać się w kobiecie, która nie lubi książek? Można, ale po co? Kto przy zdrowych zmysłach zakochuje się w kobiecie, która nie lubi książek?”.

Mam na imię Ania Anny Grodzkiej odebrałam jako pozycję ważną i poruszającą. Poza historią byłej już posłanki czytelnik ma okazję dowiedzieć się co nieco o samym problemie transpłciowości, jak wygląda na co dzień życie osoby, której ten temat dotyczy, oraz na czym polega zmiana płci pod względem medycznym i prawnym. Po lekturze spodziewałam się czegoś w rodzaju życiorysu, a tymczasem zetknęłam się z ciekawą, kompetentnie napisaną książką.

Ale najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Ja nie jestem Miriam Majgull Axelsson. Ta książka jest piękna. Mądra, wartościowa, niekiedy przytłaczająca. Jednocześnie delikatna i brutalna. To taka powieść, po lekturze której człowiekowi jest na swój sposób żal, że ją przeczytał, bo już nigdy nie będzie mógł sięgnąć po nią po raz pierwszy. Jak wygląda życie przeżyte w kłamstwie? Czy takie kłamstwo może być uzasadnione? Jak istotna jest w ostatecznym rachunku prawda? Czy da się od niej uciec? Ja nie jestem Miriam to cudowna opowieść o pragnieniu życia.

_____________________
A teraz, moi mili, idę czytać następnego Mankella. 

P.S. Muszę chyba zacząć sobie przygotowywać te książkowe notki jakoś bardziej na bieżąco, bo potem to jest jedna wielka dłubanina.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Czytająca mama, czyli jak ja to właściwie robię...

Wśród pytań, które zadają mi znajomi, chyba najpopularniejszym jest „jak ty to właściwie robisz, że tyle czytasz?” No bo wiecie - trójka dzieci, poza dziećmi masa innych spraw, które trzeba ogarnąć, a tymczasem moje konto na Goodreads rośnie w siłę. Pisałam już kiedyś o tym, jak pogodzić czytanie z opieką nad małym dzieckiem. Teraz, po kilku latach, jako matka trzech córek, w tym dwóch bliźniaczych, gotowa jestem na nieco szersze potraktowanie tematu. Bo choć dzieci mi przybyło, nadal upieram się, że czytanie przy dzieciach jest możliwe. 

1. Kiedy dzieci były małe, czytałam podczas karmienia. Działa zarówno w przypadku piersi, jak i butelki. Nocą mi to wręcz pomagało - skupiałam się na treści książki i łatwiej znosiłam czas pobudki. Bywało, że czytałam na głos, albo nawet próbowałam podśpiewywać czytany tekst do jakiejś prostej melodii, tak by dziecko słyszało głos mamy. Uwaga techniczna: przy karmieniu można czytać zarówno książki papierowe, jak i e-booki, jednak z tymi drugimi jest prościej. Czytnik jest po prostu poręczniejszy, no i przewracanie stron sprawia o wiele mniej problemów.

2. Czytałam i nadal czytam na spacerach czy placach zabaw. Nie są to z pewnością długie kwadranse spędzone z książką, zwłaszcza odkąd wszystkie moje dzieci są dosyć kumate i nie mogę liczyć na długą drzemkę przy szumiącej fontannie (moje bliźniaki spędziły przy takiej fontannie niejedno popołudnie, a ja dzięki niej przeczytałam niejedną książkę). Znacznie częściej kończy się na pięciu minutach. Ale czytać przez pięć minut albo nie czytać wcale, to już spora różnica.

3. Czytam, kiedy dzieci śpią. Kto mnie zna, ten wie, że jestem nieprzejednana w kwestii porządku drzemek i snu dzieci. Kiedy tylko moje maluchy zaczęły mieć dłuższe drzemki w ciągu dnia, zaczęłam pilnować tego, by odbywały je w łóżeczkach, a nie np. w foteliku samochodowym (no bo jeździć w kółko przez dwie godziny, żeby tylko się wyspały, to trochę bez sensu). Unikam spotkań towarzyskich w czasie snu moich dzieci i uważam, że wszyscy na tym korzystają - ja mam chwilę dla siebie, dzieciaki odpoczywają, a znajomi nie muszą znosić moich pociech znajdujących się w stanie niewyspania (czyli wkurzonych). 

4. Słucham audiobooków. Przez długi czas broniłam się przed tą formą poznawania treści książek, w końcu uległam - bo jednak podczas samotnej jazdy samochodem, zmywania, składania prania albo spaceru z dzieckiem śpiącym w wózku fajnie jest robić coś jeszcze. Ponieważ jestem wielką fanką słowa pisanego, a podczas prowadzenia auta wolę skupiać się na drodze niż na wciągającej intrydze, do słuchania wybieram zazwyczaj książki lżejsze, ewentualnie reportaże (z jakiegoś powodu ich zawsze dobrze mi się słucha).

5. Jestem bałaganiarą. I niewiele z tym robię. No dobra, nie chcę od razu przedstawiać się w aż tak niekorzystnym świetle. Chodzi o to, że zazwyczaj mając do wyboru ścieranie kurzu bądź czytanie, wybiorę tę drugą czynność. Oczywiście do czasu, bo i za kurz trzeba się w końcu wziąć.

6. Czytam również wtedy, gdy jestem zmęczona. Coś wtedy muszę robić, a siedzenie i patrzenie przed siebie za bardzo mnie nie kręci, bywa więc, że sięgam wtedy po książkę. Zdarza się i tak, że wciągam się w fabułę i na jakiś czas zapominam o zmęczeniu.

7. Czytam czekając w kolejce, jadąc ruchomymi schodami, stojąc na przystanku i u fryzjerki, kiedy czekam po nakładaniu farby. Od czasu do czasu zdarza się, że jestem w którejś z powyższych sytuacji bez towarzystwa potomstwa (w przypadku fryzjera to właściwie jedyna wersja wydarzeń). Czytam w wannie. Zdradzę Wam sekret: to właśnie przez książki wolę wannę od prysznica. 
No dobra, ujmę sens tego punktu inaczej: czytam, a raczej podczytuję, kiedy się da. Choćby po kilka zdań.

8. Pogodziłam się z tym, że czytanie nie musi odbywać się w bardzo komfortowych warunkach (patrz punkt nr 7). Kanapa, dzienne światło, idealna cisza wokół i świadomość, że mamy (i to na pewno!) przed sobą godzinę wolnego czasu? Super, ale w ten sposób udaje się to raczej rzadko. Niemniej, kiedy już jest okazja, należy korzystać. 

9. Korzystam z dostępnych technologii. Tu kłania się punkt 4, a także temat czytników. Kiedyś akceptowałam wyłącznie książki papierowe. Właściwie do tej pory najbardziej lubię klasyczną formę czytania. Ale po kilku przeprowadzkach (w tym z kraju do kraju), różnych podróżach i zostaniu matką, doceniłam inne możliwości. Jeśli stoję w kolejce przy kasie, mając przed sobą pięć osób, to dużo łatwiej jest mi wyciągnąć z kieszeni telefon i odpalić aplikację Kindle, tak by szybko podczytać kilka kolejnych stron powieści. Z papierową książką byłoby to bardziej skomplikowane - sam proces wyciągania tomiszcza, otwierania go na konkretnej stronie, przekładania stron, a potem znów zamykania, zakładania, chowania - wszystko to sprawia, że raczej oleję temat i spędzę te kilka minut gapiąc się na innych klientów sklepu, albo czytając tytuły z okładek wystawionych przy kasach szmatławców. Nie wierzę w to, by e-booki wyparły papierowe książki. Myślę, że na świecie jest miejsce dla obu form. Ważne jest, by czytać. Jeśli dzięki istnieniu czytników możemy mieć prostszy dostęp do literatury, to czemu nie?

10. Wyszłam za faceta, który podobnie jak ja bardzo lubi czytać. Gdy dwoje dorosłych ludzi żyjących pod jednym dachem ma tak wspaniałe hobby, to nie ma mowy, żeby pozwolili mu zaniknąć. Dzieci czy nie, czytać nadal trzeba. To znaczy, o ile się lubi i chce.

_______________________________________________________________

A jak jest z tym wszystkim w praktyce? Różnie, choć prawie zawsze dobrze. Bywają gorsze dni, na przykład te przed wyjazdami, kiedy trzeba pozałatwiać tysiąc spraw i nawet słuchanie audiobooków nie do końca wychodzi. Albo te, gdy z różnych powodów coś nawala ze spaniem potomstwa. Może przyplątać się migrena. Albo zapalenie oczu. 



Kiedy patrzę na swoje konto na Goodreads, widzę, że w ubiegłym roku miałam taki okres, w którym czytałam może jedną czwartą tego, co zazwyczaj. Bliźniaki były wtedy małe, nie miały jeszcze regularnych drzemek, a ja wciąż byłam na etapie prób organizowania dnia tak, żeby miało to ręce i nogi. Bywa i tak. Ale przecież w tym wszystkim nie chodzi o ilość, tylko o sam fakt, że się udaje. Chociaż trochę.

Bo tak naprawdę poza samym hobby liczy się w tym wszystkim dla mnie również inna, nieco bardziej abstrakcyjna rzecz: daję radę robić coś, co strasznie lubię - i moje dzieci o tym wiedzą.  Cieszy mnie, że widzą, iż mam jakieś zainteresowania, którym poświęcam czas. Że widzą mnie czytającą i piszącą. To trochę tak, jakby dzięki temu miały pełniejszy obraz swojej mamy.

I żeby nie było - nie próbuję tu nikomu wmówić, że z tym czytaniem to takie proste, że wystarczy tylko chcieć itd. Czy chodzi o czytanie, czy o inne hobby, po pojawieniu się na świecie dzieci z czasem może zrobić się krucho. A nawet jeśli czas jest, to wygląda on zupełnie inaczej niż kiedyś: rytm dnia staje się poszarpany, a planowanie zajęć na kolejne godziny to przez pewien czas taka walka z wiatrakami. Kiedy byłam w ciąży po raz pierwszy, panicznie się bałam, że moje życie zmieni się tak bardzo, iż nie będę w stanie zajmować się rzeczami, które od zawsze kochałam. Miałam trochę racji - nie do wszystkich zainteresowań udało mi się wrócić. Ale moja prywatna misja „mama czyta” zaliczyła sukces. I mam z tego straszną frajdę.

czwartek, 17 kwietnia 2014

O sztuce pisania listów i o nowym żelu do kąpieli

Wykąpałam się dziś przy użyciu nowego żelu pod prysznic. Jakiś czas temu trafiłam w sklepie na promocję w stylu "kup 3 różne i zapłać tylko tyle a tyle", z której skorzystałam, skoro już i tak wybrałam się na te zakupy z zamiarem uzupełnienia zapasów okołokąpielowych produktów.

Siedziałam sobie w wannie i nie mogłam od siebie odpędzić myśli, że zapach tego żelu coś mi przypomina. Coś bardzo konkretnego, niekoniecznie mającego związek z kosmetykami. Fala skojarzeń zawiodła mnie w kierunku lat dziecinnych i nastoletnich, gdzieś tam się przewinęła obsesja na punkcie Ani z Zielonego Wzgórza, gdzieś indziej moja najlepsza przyjaciółka z tamtych czasów i w ten sposób dotarłam wspomnieniami do listów.

Nie wątpię, że ta notka dotrze przynajmniej do kilku osób, które lepiej lub gorzej pamiętają okres, w którym ja i K. miałyśmy obsesję na punkcie pisania listów. Wiecie, jeśli przypomną się Wam jakieś dodatkowe szczegóły - nie musicie dzielić się nimi z publicznością. W końcu każdy był kiedyś bardzo młody.

Wszystko to zaczęło się jakoś w ósmej klasie szkoły podstawowej (to było bardzo, bardzo dawno temu, kiedy gimnazja nie istniały). Wpadłyśmy z K. w szał pisania listów. Nie jestem pewna jak się to wszystko zaczęło - ja utrzymywałam korespondencyjny kontakt ze stałą grupą ludzi już od ładnych paru lat, odkąd w wieku lat dziewięciu zamieściłam swoje ogłoszenie w kąciku korespondencyjnym "Świata Młodych". Być może wciągnęłam K. w temat, być może była już wciągnięta przez samą siebie. Tak czy siak, obie się nakręcałyśmy. Doszło do tego, że poznawałyśmy ze sobą nawzajem niektórych spośród naszych listowych przyjaciół, a do pewnej koleżanki (którą lata później poznałam na żywo) pisaliśmy całą grupą znajomych. Dziewczyna regularnie dostawała od nas listy długie nawet na kilkadziesiąt stron, które powstawały podczas szkolnych przerw i lekcji. Planowaliśmy nawet spotkanie, ale o ile się nie mylę, tylko mnie udało się poznać tę dziewczynę na żywo. Bo wszystko to były znajomości na odległość, mające swoje źródła w kącikach korespondencyjnych, stanowiących stałe rubryki na łamach gazet czy... telegazety.

Poza wspólnymi znajomymi od listów, miałyśmy też z K. takich osobnych. Kiedy się spotykałyśmy, często opowiadałyśmy sobie o nich albo po prostu każda  z nas zabierała się do pisania. Wszystko to przypominało trochę ręcznie pisany Internet (którym zresztą mniej więcej w tym właśnie czasie zaczynałyśmy się interesować, ale ponieważ była to wówczas rozrywka znacznie droższa niż pisanie listów, zajmowała nam ona odpowiednio mniej czasu).

Z wakacji między ósmą klasą a początkiem liceum pamiętam głównie budynek Poczty. W środku, naprzeciwko okienek dla interesantów stały stół i kanapa. W którymś momencie uznałyśmy z K., że to bardzo dobre miejsce do pisania naszych listów. Po co mamy siedzieć nad nimi w domu? Pisanie na zewnątrz, na kolanie, nie było pociągającą perspektywą. Kawiarnie odpadały, bo wtedy jeszcze w takie miejsca nie chodziłyśmy, a poza tym raczej nie uśmiechało się nam dopłacanie do naszego hobby, wymagającego ciągłego kupowania znaczków i kopert. Chodziłyśmy zatem na pocztę. Codziennie. Spędzałyśmy tam całe godziny, co jakiś czas urozmaicając sobie czas spacerkiem w kierunku któregoś z okienek celem nabycia znaczków. Nie widziałyśmy w tej naszej praktyce niczego dziwnego. Był stół? Był. No to czemu miałyśmy przy nim nie siedzieć? Poza tym to było takie praktyczne! Kiedy ktoś miał do nas jakąś sprawę (komórek oczywiście nikt z nas wtedy nie miał), wystarczyło, że wpadł na pocztę.

O ile mnie pamięć nie myli, nikt nigdy nie zwrócił nam uwagi. Formalnie rzecz biorąc, chyba ciężko się było do nas przyczepić. Może spędzanie pięciu czy sześciu godzin dziennie w budynku Poczty Polskiej nie jest czymś bardzo powszechnym (pomijając oczywiście osoby zatrudnione przez tę instytucję), ale też nikomu nie robiłyśmy tam krzywdy i raczej nie przeszkadzałyśmy. Ludzie, którzy od czasu do czasu siadali koło nas, żeby wypełnić różne kwitki nigdy nie narzekali. Sama Poczta na nas zarabiała, a my znalazłyśmy sobie przyjemną formę spędzania wakacji.

O tym wszystkim przypomniałam sobie jakiś czas temu. Chyba się starzeję, bo na samo wspomnienie zaczęłam się głośno śmiać.

A co ma tu do rzeczy żel do kąpieli? Otóż jego zapach bardzo mi przypomina serię zapachowych papeterii, których lubiłam w tamtych czasach używać. Chyba będę ten żel przez jakiś czas kupować. Z sentymentu.

wtorek, 18 czerwca 2013

Ogrodowa niechęć

W moim domu rodzinnym zawsze było mnóstwo zieleni. Mama uwielbia hodować kwiaty i jest temu hobby wierna odkąd pamiętam. Do tego stopnia, że od kilku lat mieszka w domu z ogródkiem, w którym - sądząc z jej relacji - spędza mnóstwo czasu, nie tylko delektując się przyrodą, ale i wykonując całe mnóstwo prac ogrodowych.

Ja też próbowałam mieć kwiaty. Przez kilka miesięcy nawet nieźle mi to wychodziło. Byłam posiadaczką czterech czy pięciu roślin doniczkowych, które upiększały mój pogrążony w stanie permanentnego bałaganu pokój w studenckim mieszkaniu. Niestety, w pewnej chwili zaczęłam o nich zapominać. Nie tak całkiem - kwiaty jakoś przetrwały kilka lat i przeprowadzkę do dwóch kolejnych mieszkań. 

Pewną komplikację w moich relacjach z roślinami wprowadziły koty, które, jak się okazało, uwielbiały skubać liście i nijak nie mogłam ich tego oduczyć. Jedną z roślin, będącą dla nich ponoć trucizną, wyniosłam na korytarz, gdzie panie sąsiadki hodowały różne zieloności. Niestety, chyba za dobrze im to wychodziło, bo pewnego dnia wszystkie doniczki, w tym ta zawierająca moją dracenę, zniknęły.

Ostateczne rozstanie z hodowaniem roślin nastąpiło w 2008 roku, gdy przeprowadziliśmy się do Szwajcarii. Nawet mieliśmy tam jednego kwiatka, który był dodatkiem do odkupionych od kogoś stołu i krzeseł. Niestety, nie byliśmy zbyt dobrzy w pamiętaniu o nim.

To nie jest tak, że nie lubię kwiatów. Bardzo lubię. Po prostu w swoim roztrzepaniu okazuję się nie być najlepszą osobą do ich hodowli, w związku z czym wolę ich nie posiadać. Bardzo jednak cenię sobie to, że mieszkam w miejscu, w którym aż roi się od pięknych klombów. No i niezmiernie cieszy mnie fakt, że dogląda ich ktoś inny niż ja.

Kilka dni temu podczas wieczornej rozmowy z Dawidem stwierdziłam, że kompletnie nie nadaję się do uprawiania ogrodu. Mieć mogę, ale zajmowanie się nim kompletnie mnie nie kręci - przynajmniej teoretycznie. No bo wiecie - to trzeba nosić, schylać się, często w upale i w ogóle. Jeśli już mam się zmęczyć, wolę to zrobić przy pomocy spaceru. Podczas kursu językowego, na który chodziłam w Szwajcarii, często słuchałam o tym, jak współkursantki pracowały w weekend w ogrodzie dla czystej rozrywki. Na swój sposób to podziwiałam, ale i nie rozumiałam. 

Zupełnie inne zdanie miał na ten temat Dawid, próbując mnie przekonać, że hodowanie roślin może być fajne.
- No pomyśl - mówił - sadzisz, podlewasz, opiekujesz się i widzisz jak to stopniowo wyrasta z ziemi...
- To znaczy takie Farmville? - bardziej stwierdzilam niż zapytałam.
- No, tak. Ale bez konieczności posiadania sąsiadów i questów typu "nasikaj na grządki pięciu innych osób".

Nadal nie czuję się przekonana.
Ale lubię, gdy wokół mnie jest zielono.