środa, 8 maja 2013

Alarm!

Gdyby ktoś zapytał mnie o pięć rzeczy, które najbardziej nie podobają mi się w mieszkaniu w Kalifornii, na czwartym miejscu wymieniłabym alarmy.*

Należę do ludzi mających skłonność do popadania w paranoję. Boję się używania kuchenek gazowych. Przez kilka lat mojego życia, kiedy miałam w łazience piecyk gazowy, męczyłam się wprost niemiłosiernie. Zdarzyło mi się, że o godzinie 22 chodziłam po kolejnych piętrach mojego bloku na krakowskim osiedlu, bo wydawało mi się, że czuję dym. Co ciekawe, kiedy kiedyś poczułam go naprawdę i okazało się, że palą się piwnice budynku, przyjęłam to dość spokojnie.

Tak czy siak, czasem mam wrażenie, że Kalifornia jest bardzo dobrym miejsce na pogłębianie paranoi. To tylko taka moja teoria, która absolutnie mnie nie dotyczy. Co prawda nadal boję się kuchenek gazowych, ale swojej używam. Wydaje mi się jednak, że gdybym chciała, mogłabym wpaść w obsesję antypożarową.

Po pierwsze, wszędzie trafiam na ostrzeżenia związane z tym, że coś tam może wywołać pożar. Przy wynajmowaniu mieszkania zostało nam dość stanowczo zasugerowane wykupienie ubezpieczenia od pożaru, z podanym dokładnych danych co ile sekund (a może munut) coś się w Kalifornii zapala. Odpowiednie ostrzeżenia są na pralce, piekarniku i mojej suszarce do włosów. Oczywiście jest też tak, że ja na te ostrzeżenia jestem szczególnie uczulona, więc je łatwo zauważam. Być może ktoś inny by je przegapił.

Ale alarmów nie da się przegapić.

Piszę to mniej więcej godzinę po tym, jak w naszym budynku po raz któryś włączył się alarm. Była to pierwsza taka sytuacja wieczorem, kiedy moja córka już spała, ja byłam tuż po kąpieli, z całkiem mokrymi włosami, a Dawid siedział właśnie w wannie. Nagle rozległo się głośne wycie. Wpadłam do łazienki, krzyknęłam do Dawida, żeby szybko wskakiwał w bokserki, sama włożyłam szlafrok, wyciągnęłam płączącą Emilkę z łóżeczka i szybko zeszliśmy schodami na dół. Przed budynkiem roiło się już od sąsiadów, w tym takich niosących na rękach dzieci i psy. Całość trwała bardzo krótko: po jakichś dziesięciu minutach byliśmy z powrotem w mieszkaniu, a jedynym głośniejszym dźwiękiem był sygnał straży pożarnej, która raczej nie miała niczego do roboty. Jedną z prawdopodobnych przyczyn uruchomienia się alarmu był dymiący grill.

Jasne, że lepiej jest być wyciągniętym z budynku w asyście hałaśliwego i drażniącego uszy dźwięku alarmu, niż obudzić się w środku pożaru, ale samo przeżycie nigdy nie należy do przyjemnych. Nawet jeśli ma się świadomość tego, że prawie na pewno wszystko jest w porządku. Zbieganie na dół i kręcenie się wśród tłumu sąsiadów w szlafroku i z mokrymi włosami też nie należy do moich ulubionych czynności, choć szczerze mówiąc w trakcie jej wykonywania nie zastanawiałam się nad tym w ogóle.**

Tak czy siak, gdybym miała kiedyś zamieszkać w domu, to chyba głównym argumentem byłoby dla mnie to, że alarm włączałby się wyłącznie na skutek moich własnych działań. Chyba że za mało jeszcze znam Kalifornię i sam fakt mieszkania w domu zamiast w bloku niewiele by tu zmieniał.


_____________
* Pozostałe przeszkadzające mi rzeczy to: odległość od Polski, ceny biletów do Polski i różnica dziewięciu godzin między Polską a Kalifornią. Oczywiście z tym wszystkim da się żyć, ale skłamałabym twierdząc, że te rzeczy zupełnie mi nie przeszkadzają. Na miejscu piątym jest fakt, że wszędzie trzeba jeździć samochodem, ale właściwie dosyć się już do tego przyzwyczaiłam.

** Absolutnie kretyńska myśl, która właśnie przyszła mi do głowy brzmi: panie powinny zawsze pamiętać o goleniu nóg, bo nigdy nie wiadomo kiedy będą musiały się znaleźć wśród sąsiadów mając na sobie koszulę nocną i szlafrok.


wtorek, 30 kwietnia 2013

O wizycie w DMV

No i tak się składa, że od dwóch tygodni znów jestem w kraju na końcu świata, w którym moją wagę oznaczają trzy cyfry a nie dwie, w którym do wiedzy o tym, jaki mam rozmiar buta musiałam dochodzić drogą prób i błędów i w którym boję się gotować, bo mam gazową kuchenkę (co podobno jest lepsze i fajniejsze) i większość obiadów wiąże się z koniecznością przełamywania moich lęków.

Nawet się trochę za tą Ameryką stęskniłam. Pewnie przyczyniła się do tego polska pogoda. Z blisko dwumiesięcznego pobytu, który miał przypadać na czas wiosny i budzącej się do życia przyrody, zrobiła się jedna z najdłuższych zim mojego życia.

O dziwo, stęskniłam się za prowadzeniem samochodu. Tęsknota była tak straszna, że aż pojechałam do DMV (Department of Motor Vehicles) zdać testy na prawo jazdy. Właściwie powinnam była zrobić to już dawno temu, ale najpierw czekałam aż przyznają mi SSN potrzebny do formularza, potem miałam dwa tygodnie buntu kiedy stwierdziłam, że już nigdy nie będę prowadzić (było to wtedy gdy rozwaliłam oponę i Dawid przeze mnie nie dotarł na egzamin), a potem poleciałam do Polski. Tak czy siak testy zdałam i nawet dostałam tymczasowe prawko, ozdobione najgorszym zdjęciem jakie mi kiedykolwiek zrobiono. Podobno wszyscy mają takie okropne zdjęcia i nie ma się czym przejmować. Nie żeby to docierało tak do końca do kobiecej strony mojej natury. Tak czy siak na to, jakie ma się zdjęcie, wpływ ma się niewielki, bo robią je na miejscu.

W zdawaniu testów najciekawsze było badanie wzroku. Było to coś, czym najbardziej się stresowałam przed pojechaniem do DMV. Testy zawsze można powtórzyć, douczyć się i w ogóle. Wzroku się ot tak nie naprawi, a ja jako osoba od dziecka ciągana po okulistach stresuję się każdą, okazją gdy każą mi czytać jakieś tabliczki znajdujące się w pewnej odległości. Tymczasem w DMV nie było okulisty. Była bardzo młoda pani, która przyjmowała mój formularz i kazała mi przeczytać w sumie trzy linijki z tablicy za jej plecami. Litery były tak duże, że od razu wpadłam w dobry nastrój.

Teraz czeka mnie egzamin praktyczny. Na który przyjeżdża się własnym samochodem i wozi egzaminatora po okolicy. 

A tak w ogóle, jakby kogoś ciekawiły te testy, to przykładowe pytania są tu. Oczywiście na prawdziwym egzaminie jest ich więcej niż 10.

piątek, 22 marca 2013

Historia pewnych wagarów

Podobno wczoraj obchodziliśmy Dzień Wagarowicza. Jako że temat od dawna mnie nie dotyczy, a zimowa aura za oknem raczej nie sprzyja wagarowym skojarzeniom, kompletnie ten fakt przeoczyłam. O temacie przypomniała mi dopiero moja mama, za co odwdzięczyłam się opowieścią o jednej z moich szkolnych ucieczek. Uznałam bowiem, że po tylu latach już mi żadna kara nie grozi.

W całej historii nie ma w zasadzie nic szczególnego: ot, wagary jakich wiele. Ale skoro opowiedziałam już rodzicom, to mogę opowiedzieć i Wam.

Pewnego wiosennego, chyba majowego dnia jakoś na początku tego tysiąclecia, zaspałam do szkoły. Nie było to niczym wyjątkowym: zawsze nienawidziłam rannego wstawania. W dodatku jak na złość kilka razy w tygodniu pierwszą lekcją był angielski. Nauczycielka prowadząca zajęcia z tego przedmiotu jakoś nie potrafiła się przyzwyczaić do moich spóźnień i wyraźnie jej one przeszkadzały. Bywało zatem, że w trosce o dobre samopoczucie ogółu, wiedząc, że spóźnienia nie uniknę, postanawiałam spędzić pierwszą godzinę lekcyjną w łazience.

Tu muszę złożyć stosowne wyjaśnienie. To wcale nie tak, że nie było tygodnia, w którym nie omijałabym angielskiego. Takie wypadki zdarzały się tylko czasem. Fakt, że na przeczekanie pierwszej lekcji wybierałam łazienkę wynikał zaś z tego, że nie chciałam być przyłapana przez jakąś kontrolującą korytarze panią woźną. A z łazienki może korzystać każdy, nawet w czasie lekcji, prawda? Poza tym to nie moja wina, że tak często mój szkolny dzień zaczynał się od angielskiego. 

Tego dnia spotkałam w łazience koleżankę z klasy. No i jakoś tak wyszło, że postanowiłyśmy nie iść również na kolejną lekcję, a potem w ogóle opuścić budynek liceum. Był w końcu piękny, wiosenny dzień - komu normalnemu chciałoby się go spędzać w szkolnej ławie czy też szkolnej łazience?

Poszłyśmy do parku. Na niebie świeciło słońce, wokół pełno było zieleni. Jakież było moje zdziwienie, gdy wśród przechadzających się po alejkach zaczęłam rozpoznawać kolejne znajome twarze. Wyglądało na to, że tego dnia w parku było mniej więcej 20 procent uczniów naszej szkoły. Nie czując się tam do końca pewnie, postanowiłyśmy udać się w dalszą drogę.

Koleżanka zaproponowała proste rozwiązanie:
- A nie możemy iść po prostu do ciebie?
- Nie! - tłumaczyłam - moi rodzice idą dziś do pracy na 11, wczoraj było zebranie... Nie da rady. Musimy poczekać.
- No to chodźmy pod zawodówkę - powiedziała koleżanka - posiedzimy, pogadamy, a jak twoi rodzice pójdą do pracy, idziemy do ciebie.

Tak zrobiłyśmy. Ponieważ jednak nie chciałyśmy się rzucać zanadto w oczy (przypomniało się nam nagle, że nasza wychowawczyni uczy również w szkole zawodowej), poszłyśmy na tyły budynku, gdzie w atmosferze chylących swe gałęzie ku ziemi drzew zamierzałyśmy przeczekać kolejną godzinę. Niestety, rzeczywistość nieco nas zawiodła - wśrod wspomnianych drzew roiło się od komarów, poza tym koleżanka miała na sobie bardzo jasne spodnie, co wykluczało wygodne siedzenie na ziemi czy murku. Paskudne owady próbowała przegonić dymem z papierosów, ale i tak było nam średnio wygodnie. Kiedy uznałam, że rodzice już prawie na pewno są w pracy, poszłyśmy do mnie do domu.

Siedziałyśmy tam przez kilka godzin, dzwoniąc do różnych znajomych i nieznajomych (zdaje się, że koleżanka właśnie tego dnia "wydzwoniła" sobie swojego przyszłego chłopaka - ale to temat na inną notkę, której zresztą nie napiszę), aż w końcu kumpela postanowiła iść do domu. Zadzwoniła mniej więcej pół godziny później, informując mnie, że pod moją klatką spotkała nauczycielki od fizyki i matematyki - przedmiotów, które miałyśmy dziś na czwartej i piątej lekcji. Co prawda była na tyle sprytna, że zmyśliła historię o tym, jak to była u lekarza i przyszła do Agaty po lekcje, nie mając pojęcia o tym, że Agaty też nie było w szkole, ale i tak wiedziałyśmy, że mamy kłopoty.

Miałyśmy. Ale życie i tak było piękne.

środa, 20 marca 2013

Mamy wiosnę

No więc od dziś mamy astronomiczną wiosnę.

Proszę się nie przerażać tym, że za oknem leżą zaspy śniegu, a prognozy pogody uparcie wskazują temperatury minusowe. Bynajmniej nie mamy do czynienia z jakimś odstępstwem od normy. Wręcz przeciwnie: wszystko jest tak, jak być powinno. Zgodnie z porządkiem tego świata. Jego naturą i zasadami.

Zasady są bowiem takie: jeśli Agata przyjeżdża, to wtedy jest zimno. To właśnie dlatego polska zima 2009/2010 była taka tragiczna: mieszkałam wtedy w Warszawie i swoje musiałam wycierpieć. Przez pewien czas chodziłam do pracy niosąc w plecaku, oprócz laptopa, dodatkową parę jeansów, bo te, w których wychodziłam, po dojściu na miejsce były mokre od dołu do połowy ud. Szybko też przestałam się cieszyć perspektywą ogrzania w odwiedzanej raz na dwa, trzy tygodnie Szwajcarii: choć wieść niosła, że jest tam znacznie cieplej niż w Polsce, jakimś cudem przy każdej mojej wizycie na Zurych spadał śnieg. Tendencja ta zresztą potwierdziła się w ostatni weekend, kiedy to śnieg spadł na Szwajcarię w noc po moim przylocie. Bosko.

Mając przed sobą perspektywę pobytu w Krakowie i - mam nadzieję - spotkań z dawno nie widzianymi znajomymi, zaczynam już powoli przygotowywać się na porządną dawkę zmarznięcia. 

Proszę się jednak nie martwić. Wprawdzie nie mogę nikomu obiecać, że zbliżające się święta będą zielone, ale wkrótce po nich w Polsce powinna zapanować wiosna. Najdalej w połowie kwietnia. Spakuję się wtedy i na trochę wyjadę w siną dal.

Wybuchy radości są jednak również niewskazne. Mimo wszystko mam nadzieję mieszkać jeszcze w Polsce. Tak na stałe. Wtedy to dopiero będzie zimno. 

piątek, 8 marca 2013

Biały koń, biały śnieg

Tak, wiem. Mało piszę. Już nawet dostaję upomnienia od czytelników i wypomina mi się że w miesiącu X napisałam ileś tam notek, a w miesiący Y mniej. Tylko co tu poradzić na to, że czas mija tak szybko? Dopiero co byłam na etapie postanowień noworocznych, a tu już marzec w pełni, za pół roku dorobię się trójki na początku liczby określającej wiek, moje tegoroczne statystyki na Goodreads przekroczą pięćdziesiątkę, a ja będę dalej siedzieć i narzekać, że wszystko mija tak szybko, że tylko patrzeć, jak będę stara i siwa (siwa to może już jestem, tylko dzięki technikom fryzjerskim nie mam o tym pojęcia).

Tymczasem, mimo szybkiego upływu czasu, dzieje się bardzo dużo. Chociażby dzisiaj w nocy. Moja podświadomość zafundowała mi prawdziwą kumulację dziwnych snów. Wśród tych wyróżniających się był jeden rozgrywający się na lubartowskim cmentarzu. Trochę nie wiem jak, po co i dlaczego, bo na tym cmentarzu nie byłam od lat, a już na pewno nie cierpię na związane z nim fobie.

We śnie cmentarz był miejscem, które absolutnie musiałam odwiedzić. Miało to jakiś związek z faktem, że od świtu do nocy siedziała tam moja babcia, porządkując grób dziadka. Jej wysiłki wydawały się co najmniej przesadzone: od rana czyściła płytę, zmieniała wodę kwiatom i zamiatała alejkę - tylko po to, by wszystkie te czynności powtarzać za chwilę od nowa. Być może chciałam po prostu dotrzymać jej towarzystwa? A może łudzilam się nadzieją, że rozsądną argumentacją przekonam ją o bezsensowności  takiego a nie innego spędzania czasu?

Podobnie jak na jawie, również we śnie doskonale znałam drogę do grobu dziadka. Trzeba było pójść głowną alejką i po dziesięciominutowym spacerze skręcało się w prawo. A jednak za każdym razem moja cmentarna wyprawa kończyła się już przy głównej bramie nekropolii. Już bowiem z tego miejsca, pomiędzy drzewami, mogłam wypatrzeć białego konia, którego babcia trzymała przy grobie dziadka. Zwierzę niewątpliwie było szalone: z daleka dało się dojrzeć, jak rzuca łbem, staje dęba. Wiatr niósł odgłosy przerażającego rżenia.

Wytrwale chodziłam jednak pod bramę cmentarną, w nadziei, że któregoś dnia okaże się, iż babcia pozbyła się białego konia. W świecie rzeczywistym najzwyczajniej boję się tych zwierząt. We śnie mój strach był tak olbrzymi, że nie pozwolił się zbliżyć nawet na odległość stu metrów.

Wizyty pod cmentarzem przerwało moje obudzenie się. Wyjrzałam za okno i z przerażeniem zobaczyłam, że podczas gdy ja śniłam o białych, szalonych koniach, na moje rodzinne miasto spadła tona śniegu. Ten koń, to pewnie był proroczy.

piątek, 8 lutego 2013

Bo ja chcę bibliotekę

Przez całe życie chciałam mieć wielki księgozbiór, który z biegiem lat stawałby się coraz bogatszy. A ponieważ mieć na półce i mieć przeczytane to niekoniecznie to samo, chciałam też szybciej czytać. Jakimś cudem, mimo tego, iż zawsze czytalam dużo, proces ten szedł (i nadal idzie) mi wolniej niż w przypadku innych znanych mi czytających. Jasne, że wszystko zależy od dnia, humoru i rodzaju czytanej książki. Ba - nawet język i rodzaj druku mają spore znaczenie. Mimo to z podziwem patrzę na tych, którzy są w stanie pochłonąć kilkaset stron dziennie. Ja tak nie potrafię. Mój rekord to jakieś dwieście pięćdziesiąt, a i to podczas koszmarnego tygodnia 2004 roku, kiedy leżałam unieruchomiona w łóżku z paskudnym zakażeniem w stopie. Po prostu czytam wolno i już.

Marzenie o księgozbiorze realizowałam uparcie przez wiele lat. U rodziców było to proste - oni zawsze mieli dużo książek i nie widzieli nic dziwnego w tym, że moje półki zapełniały coraz to nowe pozycje. No, może trochę nie podobało im się, że niektóre z tych pozycji to fantastyka, ale do jakichś zażartych konfliktów na tym polu nigdy nie dochodziło.

Po wyjechaniu do Krakowa wszystko zaczęło się na nowo. Z racji ograniczonej przestrzeni nie było sensu ani możliwości myśleć o przewiezieniu setek książek towarzyszących mi w latach dziecinnych i nastoletnich. Dawne lektury zostały u rodziców, a ja stopniowo ustawiałam obok siebie kolejne pozycje. W dzielonym z Moniką mieszkaniu w Nowej Hucie nie miałam nawet półki na książki - swoje zbiory ustawiałam porządnie przy ścianie, do czasu, aż skończyło się miejsce. Potem przyszła pora na pierwszy regał, który do tej pory stoi w przedpokoju krakowskiego mieszkania.

W 2008 mieszkało ze mną już naprawdę sporo książek. Częściowo wpływał na to fakt, że Dawid przybył wraz ze swoim zbiorem. A jednak zawartość regałów (wtedy już kilku) nie wyjechała do Szwajcarii. Zurych stał się kolejnym miejscem, w którym zbierałam książki od nowa.

Kiedy teraz o tym myślę, wygląda mi to na swego rodzaju manię. Bardzo lubiłam posiadać książki, które czytałam. Oczywiście nie ograniczałam się wyłącznie do takich, nie zmienia to jednak faktu, że książki zawsze znajdowały się na szczycie moich zakupowych list. Jakimś trafem znajdowały się też na szczycie list osób, które chciały mi sprawić prezent (dziękuję Tomkowi S.). Jedna z moich relacji damsko-męskich rozpoczęła się na poważniej głównie dlatego, że zachwycił mnie widok pewnego pana wąchającego książki w Empiku. Koniec wyznań fetyszystki. 

Bo oto dochodzimy do kwestii Kindle. Którego bardzo nie chciałam i w ogóle. No bo jak to - czytać książki na jakimś urządzeniu? Jeszcze rozumiem, że ktoś tak czyta gazety. Ale książka powinna zajmować określoną przestrzeń, powinna pachnieć, pozwalać na zachwyt szelestem stron i zapachem druku. Albo lat spędzonych na jakiejś półce w jakimś pokoju. Książek nie trzeba podłączać do ładowania, a nawet jeśli dana pozycja jest ciężka czy niewygodna do noszenia - to cóż, dla dobrej lektury warto się poświęcić. Ale potem mnie zepsuto. Pokazano mi Kindle i mnie zachwycono. Chyba pierwszy raz w życiu odezwał się we mnie instynkt gadżeciarski. Nie wiem czy się rozwinął (oby nie), ale Kindle pozostało.

W pewnym sensie korzystanie z czytnika wpłynęło dodatnio na moje czytelnicze życie. Dzięki odpowiedniej aplikacji na telefon łatwo było czytać stojąc w kolejce z zakupami. Jadąc ruchomymi schodami. Po pewnym czasie wiedziałam, że wjechanie na czwarte piętro sklepu o wdzięcznej nazwie Manor (które to piętro z pewnych względów odwiedzałam regularnie) oznacza przeczytanie dwóch, a może nawet trzech stron przewiniętych na ekranie telefonu. 

Do tego doszedł aspekt praktyczny. Po pierwsze, jadąc gdzieś nie musiałam pakować plecaka pełnego książek. Nie był to wielki problem, dopóki nie miałam dziecka, które samo w sobie jest pewnego rodzaju bagażem, wymagającym w dodatku walizki wypełnionej ciuchami. Po drugie, kupowanie książek za pośrednictwem Kindle było i jest bardzo wygodne. Oraz o wiele tańsze niż korzystanie z anglojęzycznej księgarni w Zurychu, na którą przez lata byłam skazana. No i wracając do tematu dzieci - spędzając czas z parodniową, parotygodniową czy paromiesięczną Emilką było mi o wiele wygodniej korzystać z łatwego w obsłudze urządzenia niż z papierowej książki, która wymagała przewracania stron. Życie jest brutalne i wymaga dostosowania ideałów do praktyki.

Po przeprowadzce do Kalifornii narodził się we mnie zachwyt dla bubliotek. I pewnie nie powinnam poruszać tego temarum, ale te dziecięce sekcje są fajne i zasługują na osobny rodział (ku baczeniu polskim bibliotekarzom?:).

Ostatnio poszłam jeszcze dalej w las i osiągnęłam szczyt bluźnierstwa, angażując się w słuchanie audiobooków. No bo sorry - czas spędzony na ładowanie naczyń do zmywarki czy wieszanie prania to czas bezpowrotnie stracony. Słuchanie w tym czasie nagrania z książką trochę to wynagradza. 

No dobra - mogę się zachwycać techniką, ale przyjemność obcowania z książką papierową to coś, za czym regularnie tęsknię. Tyle że teraz kupując "papier" jestem bardziej wybredna. Wolę kupować pozycje co do których mam pewność (a przynajmniej nadzieję), że posiadanie ich w wersji fizycznej ma sens. Na fali tych wniosków kupiłam sobie ostatnio na imieniny "We need to talk about Kevin".

Marzenia o dużym pokoju od podłogi do sufitu wypełnionym książkami pozostają aktualne. Ale miło by było gdyby to był w miarę stały pokój. Taki, z którego nie trzeba się zwijać po jakimś czasie. Taki, do którego by się wracało, a nie który by się zmieniało. Jeszcze takiego nie mam, więc dobrze, że jest Kindle. 

I tym sentymentalnym akcentem kończę, życząc wszystkim miłego dnia.

środa, 30 stycznia 2013

Dbanie o zdrowie jako czynność bardzo stresująca

Pewnego amerykańskiego wieczoru doszłam do wniosku, że dbanie o zdrowie może być bardzo stresującą sprawą. A jak wiadomo, stres zdrowiu (i urodzie) szkodzi.

Kilka dni temu próbowałam za pośrednictwem serwisu internetowego wyklikać sobie wizytę u lekarza. Specjalnie używam słowa "próbowałam" - próba została zakończona sukcesem, ale zanim do niego doszło, minęło jakieś 30 minut, podczas których zdarzało mi się mocniej uderzyć w klawisze laptopa czy pomyśleć jakiś brzydki wyraz. Kiedy nareszcie uspokojona zapisałam sobie datę i godzinę planowanej wizyty, mój wzrok przyciągnął jeden z punktów na stronie kliniki. Otóż proponowano mi zrobienie czegoś w rodzaju testu, który miał określić moją zdrowotną kondycję.

Cóż, o zdrowie podobno trzeba dbać, zatem kliknęłam w odpowiednie miejsce. Kolejne czterdzieści minut spędziłam odpowiadając na pytania z bardzo różnych dziedzin. Wszystko w trosce o swoje zdrowie, a może i życie.

Niestety, w miarę zaznaczania odpowiedzi czułam, że podpadam coraz bardziej. Z jakichś powodów dostawałam pytania o ilość przesypianych godzin czy też wypijanego alkoholu. Dość szybko uznałam, że normy, jakie wyznaczyli twórcy tej całej ankiety są z sufitu. Idąc tropem ich myśli, powinnam spędzać każdą dobę na jedzeniu, spaniu i bieganiu. O rzeczy naprawdę ważne - takie jak liczba przeczytanych książek, wycieczki, smaczne alkohole czy godziny spędzone z przyjaciółmi mnie nie zapytano. Dziwne. Musiałam natomiast przyznać się, że nie stosuję żadnych osłon przeciwsłonecznych, nie jestem zaszczepiona przeciwko grypie, a na drodze zdarza mi się lekko przekraczać dozwoloną prędkość. No dobrze - nie musiałam. Ale chciałam być uczciwa.

Następnie dostałam pytania mające ocenić moją gotowość do wprowadzenia zmian. Na przykład pytano mnie, czy zamierzam zmienić swój styl żywienia.  Na szczęście zawsze była tam do wyboru jakaś rozsądna odpowiedź, brzmiąca "nie i nie zamierzam zmieniać zdania w ciągu najbliższych sześciu miesięcy".

Jeśli sądziłam, że test był stresujący, z taką oceną powinnam poczekać do momentu odczytania wyników. Dowiedziałam się z nich mianowicie, że cierpię na depresję i alkoholizm, mój sposób odżywiania się jest tragiczny (tak swoją drogą, nie zapytano mnie w ogóle o ilość jedzonych słodyczy, okazało się natomiast, że jem za mało pieczywa), a w ogóle to co prawda nie mam nadwagi, ale mam poważne problemy z talią.

To ostatnie to przez pomyłkę. Jako porządna Europejka na pytanie o obwód w talii podałam odpowiednią wartość w centymentrach, zapomniawszy, że test pyta raczej o cale. Wyszło zatem, że tej talii mam ponad 160 cm. Niewiele mniej niż wzrostu.

Na koniec test chciał wiedzieć, czy życzę sobie dodania wyników całości do mojego "medical record", tak by dostęp do nich miał mój lekarz. Przed oczyma stanęła mi dobra, miła pani doktor, u której byłam z wizytą jakoś w listopadzie. Pani była blondynką z Iranu i podzielała moją pasję do spacerów. Stwierdziłam, że absolutnie nie mogę jej rozczarować swoimi wynikami i zaznaczyłam "NO".

Tak czy siak poczułam się niedoceniana. Ja tu chodzę na basen, na spacery, nie palę, kupuję żywność w zdrowych sklepach, a oni jeszcze narzekają. I wysyłają mi spam z propozycjami zajęć terapeutycznych.

/Notka została napisana z lekkim przymrużeniem oka.