Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2015

Prawo jazdy, czyli jaki kształt ma Zimbabwe

Nic takiego się między nami nie działo. W każdym razie nic, co łatwo byłoby ubrać w krótkie, wyświechtane słowa. Mijaliśmy się kilka razy w ciągu dnia, w tym dużym domu, w którym mieszkaliśmy teraz wszyscy razem. Wieczorem, jak gdybyśmy byli umówieni, lądowaliśmy w tym samym pokoju z dużą, rozłożoną kanapą. Kładliśmy się na niej i czytaliśmy książki. Czasem, z poczucia obowiązku, sięgaliśmy po papierowe wydanie Kursu dla kierowców. Żadnych pocałunków ani sięgania pod swoje ubrania. Najwyżej jakieś odgarnięcie włosów z czoła temu drugiemu, dłuższy niż należałoby uśmiech, lekkie przytulenie, takie mimochodem, bez angażowania rąk. Z czasem było tego coraz więcej.

Każdego dnia czekałam na te wieczorne seanse delikatnej czułości. Oczywiście zaprzątało mi to myśli nieco bardziej, niżby należało: trudno było mi się skupić na tym, czym naprawdę powinnam się tu zajmować. Egzamin na prawo jazdy wisiał nade mną niczym zmora, a ja, zamiast zaangażować wszystkie swoje wysiłki w przygotowanie, rozmyślałam po kątach o tamtym facecie. Od czasu do czasu sięgałam po testy i próbowałam przerobić jedno czy dwa zagadnienia. "Jaki kształt ma Zimbabwe?", "Ile butelek likieru pomarańczowego przypada na jedną kobietę w Afryce?" Dożyliśmy czasów, w których egzaminy na prawko osiągnęły najtrudniejszy poziom w historii, a ja wolałam zajmować się czułościami.

Wszystko skończyło się w strasznie głupi sposób. Niby z mojej winy, ale jak mogłam przewidzieć jego reakcję? Leżeliśmy obok siebie, rozmawiając o czymś cicho.
- To jest jak w tym serialu, The Heart - powiedział i zamilkł, spoglądając na mnie, najwyraźniej czekając na odpowiedź.
Spięłam się.
- Dotknąłeś akurat tego tematu, w którym jestem kiepska - starałam się nadać swojemu głosowi beztroski ton. - W kwestii seriali jestem do tyłu o jakieś kilkadziesiąt lat. Nigdy nie oglądałam The Heart.

Wyprowadził mnie za drzwi. Stałam przez chwilę, zaskoczona tą jego bezceremonialnością. Rozczarowałam go, myślałam smutno. Nie będzie już więcej tych naszych wieczorów.

Przez jakiś czas krążyłam po domu. Spotykałam znajomych, wymieniałam z nimi niezobowiązujące, często na pokaz radosne uwagi. W pewnym momencie za przeszklonymi drzwiami na balkon dostrzegłam jakiś ruch. Szybko domyśliłam się o co chodzi, ale i tak otworzyłam drzwi. Od razu dobiegł mnie gwar głosów, wykrzykiwanych wściekłymi głosami inwektyw.

"Idiotka!", "Debilka!", "Jak można się w ogóle rozmawiać z tym ścierwem!", "Powinnaś zniknąć", należały do tych łagodniejszych. Patrzyłam oniemiała na tłum. W pewnym momencie ktoś splunął mi w twarz, a ja nawet się nie oburzyłam. Cóż, wiedziałam, że prędzej czy później moje kompletne nieobycie w temacie seriali będzie musiało się na mnie zemścić.

W którymś momencie od balkonu odciągnął mnie jeden z mieszkających tu nauczycieli. Z uprzejmą, ale lekko surową miną, podał mi książkę. No tak - Kurs dla kierowców. Otworzyłam od razu pierwszą stronę.
"Jaki kształt ma Zimbabwe?" - przeczytałam. Bez sensu, pomyślałam. Ten temat już przerobiłam. Nagle zaczęłam sobie niejasno przypominać, że kiedyś już zdawałam egzamin na prawo jazdy. Dawno i zupełnie gdzie indziej, jakby w innym świecie. W Polsce? W Stanach? A może tu i tu?
- Wie pan - zaczęłam ostrożnie - ja właściwie już mam prawko...

_________
No i wtedy się obudziłam.
Wszystkie postaci występujące w śnie były fikcyjnie (oprócz mnie, rzecz jasna, choć nigdy nie mieszkałam we wspomnianym domu, ani nie musiałam zdawać tak chorego egzaminu na prawo jazdy), choć jak to zwykle bywa, nosiły twarze osób znanych mi z życia codziennego. Moja wyobraźnia jest jednak mocno ograniczona.

wtorek, 30 kwietnia 2013

O wizycie w DMV

No i tak się składa, że od dwóch tygodni znów jestem w kraju na końcu świata, w którym moją wagę oznaczają trzy cyfry a nie dwie, w którym do wiedzy o tym, jaki mam rozmiar buta musiałam dochodzić drogą prób i błędów i w którym boję się gotować, bo mam gazową kuchenkę (co podobno jest lepsze i fajniejsze) i większość obiadów wiąże się z koniecznością przełamywania moich lęków.

Nawet się trochę za tą Ameryką stęskniłam. Pewnie przyczyniła się do tego polska pogoda. Z blisko dwumiesięcznego pobytu, który miał przypadać na czas wiosny i budzącej się do życia przyrody, zrobiła się jedna z najdłuższych zim mojego życia.

O dziwo, stęskniłam się za prowadzeniem samochodu. Tęsknota była tak straszna, że aż pojechałam do DMV (Department of Motor Vehicles) zdać testy na prawo jazdy. Właściwie powinnam była zrobić to już dawno temu, ale najpierw czekałam aż przyznają mi SSN potrzebny do formularza, potem miałam dwa tygodnie buntu kiedy stwierdziłam, że już nigdy nie będę prowadzić (było to wtedy gdy rozwaliłam oponę i Dawid przeze mnie nie dotarł na egzamin), a potem poleciałam do Polski. Tak czy siak testy zdałam i nawet dostałam tymczasowe prawko, ozdobione najgorszym zdjęciem jakie mi kiedykolwiek zrobiono. Podobno wszyscy mają takie okropne zdjęcia i nie ma się czym przejmować. Nie żeby to docierało tak do końca do kobiecej strony mojej natury. Tak czy siak na to, jakie ma się zdjęcie, wpływ ma się niewielki, bo robią je na miejscu.

W zdawaniu testów najciekawsze było badanie wzroku. Było to coś, czym najbardziej się stresowałam przed pojechaniem do DMV. Testy zawsze można powtórzyć, douczyć się i w ogóle. Wzroku się ot tak nie naprawi, a ja jako osoba od dziecka ciągana po okulistach stresuję się każdą, okazją gdy każą mi czytać jakieś tabliczki znajdujące się w pewnej odległości. Tymczasem w DMV nie było okulisty. Była bardzo młoda pani, która przyjmowała mój formularz i kazała mi przeczytać w sumie trzy linijki z tablicy za jej plecami. Litery były tak duże, że od razu wpadłam w dobry nastrój.

Teraz czeka mnie egzamin praktyczny. Na który przyjeżdża się własnym samochodem i wozi egzaminatora po okolicy. 

A tak w ogóle, jakby kogoś ciekawiły te testy, to przykładowe pytania są tu. Oczywiście na prawdziwym egzaminie jest ich więcej niż 10.