Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 czerwca 2017

Historia pewnej książki

Wyobraź sobie książkę, jaką chciałbyś napisać. Albo książkę, którą ulubiony pisarz napisałby specjalnie dla ciebie: uwzględniając twoją osobowość i doświadczenia - nie tylko te znane w kręgu twoich znajomych czy łatwe do odszukania za pośrednictwem Facebooka, ale również te wewnętrzne, zbyt prywatne by się nimi dzielić, czasem zwyczajnie wstydliwe. A teraz pomyśl, że ja właśnie taką książkę skończyłam czytać.

Ściśle rzecz biorąc, właśnie zakończyłam lekturę "Historii zaginionej dziewczynki", będącej czwartą i ostatnią częścią cyklu neapolitańskiego autorstwa Eleny Ferrante. Pozostałe tytuły wchodzące w skład serii to "Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska" i "Historia ucieczki". Każda z tych książek otrzymała ode mnie najwyższą notę na Goodreads, a ich lekturę, sam jej proces, mam wryty dokładnie w pamięć: pamiętam gdzie siedziałam czytając poszczególne sceny, wielu opisom towarzyszy posmak spożywanego danego dnia obiadu i atmosfera innych, nie związanych z czytaniem spraw, które rozgrywały się niejako w tle mojego pochłaniania kolejnych rozdziałów. Jezu, pamiętam nawet dokładnie kamienie na wybrzeżu w Monkstown, o które rozbijały się fale irlandzkiego morza - bo właśnie wtedy, gdy widziałam je kątem oka, na kartach książki rozgrywały się sprawy, które wywracały moje wewnętrzne "ja" do góry nogami.

Zaczęło się niewinnie: właśnie przeżywałam początek mojej szydełkowej manii po tym, jak w pudłach z Kalifornii znalazłam skrawki wełny. Przy szydełkowaniu lubię słuchać audiobooków - podobnie jak przy wykonywaniu wszelkich prac domowych, które nie wymagają interakcji z innymi śmiertelnikami. Mam kilka zasad rządzących moim audiobookowym wyborom - można powiedzieć, że w tej formie zapoznaję się z dwoma typami książek. Do pierwszej kategorii należą reportaże, które zazwyczaj znakomicie nadają się do słuchania. Kategoria druga to książki typowo rozrywkowe, powieści, które umilają czas i które wraz z przesłuchaniem odchodzą do przeszłości. Kiedy zaczynałam słuchać "Genialnej przyjaciółki" sądziłam, że mam do czynienia z drugą grupą. Kilka godzin później wiedziałam już, że ja tej książki nie chcę słuchać. Ja chcę ją czytać. Muszę ją czytać.

Pozwolę sobie tu na pewien sentymentalizm - na tyle często opisuję różne chore sny i zabawne sytuacje z życia wzięte, że chyba raz na kilka lat mogę to zrobić. Otóż od lat, chyba tych licealnych, nie zdarzyło mi się czytać książki, którą musiałam odkładać co kilka stron po to, by patrząc przez okno przeżyć poznane właśnie sceny na nowo. Nigdy chyba żadnej książki nie dawkowałam sobie wbrew temu, do czego mnie ciągnęło - z obawy, że przeczytam ją zbyt szybko. Pamiętam, kiedy poprzednio zdarzyło mi się czytać coś wzrokiem zamglonym przez zbierające się w oczach łzy - to też było dość dawno, choć akurat ja mam oczy w mokrym miejscu i na filmach (a czasem i po przeczytaniu jakiejś książki, choć to zdarza się dużo rzadziej) płaczę jak bóbr. Od bardzo, bardzo dawna nie miałam ochoty przeczytać danej książki po raz drugi - najlepiej od razu. Mówiąc nieco wzniośle, Ferrante wdarła się ze swoją neapolitańską serię w sam środek mojego życia, uzależniając mnie od losów swoich bohaterów, od ich emocji, jednocześnie grając na moich uczuciach, docierając do tych najgłębiej ukrytych, zazwyczaj ukrytych nawet przed stronami mojego pamiętnika.

Cztery książki opisujące losy dwóch urodzonych w Neapolu kobiet, z cudownie pokazanym tłem społecznym i obyczajowym Włoch drugiej połowy XX wieku bez wahania zaliczam do pierwszej dziesiątki tego, co przeczytałam w swoim dorosłym życiu - a ja sporo czytam, zwykle ponad 100 książek rocznie. To nie jest tak, że teraz będę wszystkich zachęcać do ich lektury. Owszem, nie mam wątpliwości, że powieści Ferrante to świetna literatura - ale poza warstwą językową czy ciekawą intrygą w książkach jest coś jeszcze, co decyduje o ich ewentualnej bliskości względem nas samych. Gdybym miała komuś polecić lekturę neapolitańskiej serii, a potem słyszeć głosy rozczarowania, byłoby trochę tak, jakbym spędziła miesiące nad dzierganiem wyjątkowo skomplikowanego prezentu szydełkowego, a potem usłyszała od obdarowanego, że w sumie mój podarek mu się nie podoba.

Ta notka właściwie w ogóle by nie powstała, w każdym razie nie w obecnej formie, gdyby nie to, że półtorej godziny temu przeczytałam ostatnie zdanie "Historii zaginionej dziewczynki", a kolejną godzinę spędziłam na przeczołgiwaniu dzieci przez etap obiadu i deseru, niecierpliwie czekając na moment, w którym posadzę je na pół godziny przed kreskówką, żeby napisać kilka słów, dopóki jestem wciąż pod wpływem chwili i tego, co czytałam w ostatnich tygodniach. Nie powstałaby, gdybym usiadła do pisania później - bo otrząsnęłabym się i nie dałabym już rady tak się rozkleić.

Taka za mnie głupia i sentymentalna baba. Smutno jej, bo książka się skończyła.




czwartek, 20 stycznia 2011

O "Przedwiośniu żywych trupów"

Muszę zacząć od pewnego wyznania. Zawsze lubiłam pewną szkolną lekturę (a może już nie lekturę?), która - z tego co wiem - na ogół nie wzbudza wielkiego entuzjazmu. Chodzi o "Przedwiośnie" Żeromskiego. W związku z tym, kiedy jakiś czas temu na półce pewnej krakowskiej księgarni zobaczyłam "Przedwiośnie żywych trupów", czyli przeróbkę tekstu Żeromskiego autorstwa Kamila Śmiałkowskiego, po prostu musiałam to mieć.

Nie wiem do końca, czego spodziewałam się po książce. Na pewno sporej dawki dobrego humoru, karykaturalnego ujęcia tego, co wymyślił Żeromski, wreszcie - mrocznych scen pełnych zombie. Po prostu czegoś zabawnego i prześmiewczego. A jak było naprawdę?

Dość szybko zorientowałam się, że "Przedwiośnie żywych trupów" dość mocno bazuje na oryginalnym tekście. Cóż, w moim przypadku nie był to duży problem - chętnie odświeżyłam sobie losy Cezarego Baryki, Polaka z Baku, który miał zbyt dużo szczęścia do pięknych kobiet. Od początku jednak czekałam na zapowiadane tytułem zombie. I choć w końcu mojemu wyczekiwaniu stało się zadość, po odłożeniu książki na półkę muszę z przykrością stwierdzić: czuję niedosyt.

W "Przedwiośniu żywych trupów" najbardziej brakowało mi właśnie tych żywych trupów. Owszem, od czasu do czasu ktoś tam kogoś ugryzł, trochę mózgów zostało wyssanych przy użyciu wpuszczanej do nosa ofiary rurki, a Cezary w ramach swojej trupiej fazy zbeszcześcił zwłoki matki - ale przesadnej masakry w tym nie było. Wręcz przeciwnie: akcja książki zdawała się płynąć normalnym, zgodnym z ideą Żeromskiego tropem, od czasu do czasu tylko wzbogacanym o elementy, które wymyślił Śmiałkowski. To "od czasu do czasu" zdarzało się jednak na tyle rzadko, że chwilami nie pamiętałam już, że to co czytam, nie jest tak do końca znaną mi ze szkoły książką.

A szkoda. Bo przecież pomysł, by z komunistycznych rewolucjonistów zrobić zombie, które zjadają mózgi innych, wydaje się całkiem zabawny. Zresztą, autorowi udało się dzięki temu zabiegowi wyjaśnić kilka elementów fabuły: Baryce, jako żywemu trupowi, który posila się mózgami, studiowanie medycyny mogło być na rękę, a niechęć komunistów do kleru wyjaśniono tym, że mózgi księży miały wyjątkowo dobry smak, o którym ciężko było zapomnieć. Gajowiec - nekromanta to też niezły pomysł. Tego wszystkiego było jednak w książce tak mało, że chwilami miałam wrażenie, iż "trupie" sceny pasują do całości jak pięść do nosa. 

Jeśli jednak ktoś ze względu na szkolny obowiązek musi "Przedwiośnie" przeczytać, a nie pała zbytnim entuzjazmem dla prozy Żeromskiego, dobrym wyjście może się okazać lektura tej właśnie przeróbki. Trzeba tylko pamiętać, że w wersji z 1924 roku nikt nikomu mózgu nie wysysał.

czwartek, 23 grudnia 2010

"Nic" Dawida Bieńkowskiego, czyli o książce, która w ogóle mi się nie podobała

"Nic" Dawida Bieńkowskiego chciałam przeczytać już kilka lat temu. Okładka zachęcała do lektury, zwłaszcza kogoś, kto jeszcze kilka lat wcześniej przeżywał okres buntu przeciwko całej komercji świata tego. Swój egzemplarz książki zdobyłam w końcu dzięki Dominikowi i jego wydawniczym wtykom. 

Od dawna już jestem dość sceptycznie nastawiona do współczesnej polskiej literatury. Mam na myśli tę naprawdę współczesną - ukazującą obecny świat i kondycję człowieka przełomu XX i XXI wieku. Od czasu do czasu, dla zasady (i - nie ukrywam - pewna naiwnej nadziei) sięgam po kolejną pozycję. Niestety, często żałuję.

Nie inaczej było w przypadku "Nic". Pomysł na akcję był nawet ciekawy - w Polsce pierwszej połowy lat 90., w okresie narodzin kapitalizmu, na rynek wchodzi sieć francuskich barów typu fast-food. Restauracje oferują schludne, kojarzące się z zachodnim przepychem wnętrza, wykwintne, jak wielu się wydaje, jedzenie i nową, europejską rzeczywistość. Wraz z lokalami nowego typu pojawia się nowa klasa pracowników: ludzi, którzy w zmieniającej się rzeczywistości upatrują dla siebie szansy na sukces w kapitalistycznym świecie. Oczywiście od razu coś idzie nie tak, a im dalej brniemy w akcję powieści, tym więcej otaczających nas i bohaterów rozczarowań.

Czytelnik (przynajmniej ten w mojej osobie) dość szybko orientuje się, co czeka go na kolejnych stronach książki. Około strony pięćdziesiątej, wiedziałam już, jakie mniej więcej będzie zakończenie. Fakt, że miałam rację, wcale nie poprawił mi czytelniczego nastroju. I tak zresztą smętnego: bo i powieść dość szybko przybiera smętny ton. Nic się tutaj nie udaje: kariera zawodowa nie niesie za sobą niczego pozytywnego poza samą karierą (brakuje nawet czasu, by cieszyć się zarobionymi pieniędzmi), sztuka traci rację bytu (jej ostatnie przejawy możemy odnaleźć w obskurnym garażu, z gwiazdą filmów porno w roli głównej), tradycyjny model rodziny ulega rozkładowi, a młodej i biednej studentce nie pozostaje nic innego jak tylko sprzedawać hamburgery i rozkładać nogi przed szefem sieci.

No dobra. Może ja się nie znam na książkach i nie zdaję sobie sprawy z tego, że prawdziwy świat wygląda tak, jak przedstawił to Bieńkowski. Ale, na litość czytelnika, nawet jeśli tak jest, to ten smętny obraz dałoby się chyba przedstawić w sposób ciekawy. Interesującą próbę stworzenia niebagatelnego bohatera reprezentuje Euzebek - powiedzmy, że jest to typ człowieka, który znam i na który mam alergię. Tyle, że w przypadku "Nic" nie chciało mi się nawet alergicznie reagować. Nie przekonały mnie również inne postaci: może jeszcze Krzysztof przypominał mi kogoś, kto miałby szansę istnieć w prawdziwym świecie.

Książka napisana jest zgrabnym językiem i z pewnością nadaje się na powieść pociągową. Zresztą, zapewne niektórym się spodoba. Ja byłam rozczarowana. "Nic" dopisuję do kategorii książek, po których rodzi się tępe pytanie: "No i co z tego?". A naprawdę, istnieją banalne i na swój sposób głupie książki, które ciekawie poprowadzoną akcję są w stanie to pytanie zagłuszyć. Dawidowi Bieńkowskiemu się to nie udało. Albo ja jestem zbyt odporna.

czwartek, 7 października 2010

Mario Vargas Llosa, czyli dobra wiadomość z frontu Nobla


Ponarzekałam na polskie Nike, ale wiadomość, że literackiego Nobla dostał Mario Vargas Llosa, mile mnie zaskoczyła. Choć nagrodzenie polskiego twórcy (od lat już mówi się o tym, że tego Nobla zgarnie w końcu Adam Zagajewski) byłoby miłym akcentem, to nazwisko peruwiańskiego pisarza wydaje mi się tu być jak najbardziej na miejscu.


Moje spotkanie z powieściami Llosy zaczęło się dość niefortunnie. W ramach poznawania literatury latynoamerykańskiej sięgnęłam po "Pochwałę macochy". Książka nie podobała mi się w ogóle. W doczytaniu jej do końca pomogła mi chyba tylko mała liczba stron. Po inne powieści Llosy zapewne nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie seria Wyborczej, dzięki której w moje ręce trafiło "Miasto i psy". Tematyka była zupełnie nie moja - gdyby ktoś polecał mi książkę, której tematem jest armia, wojsko - zapewne nie pałałabym entuzjazmem. A jednak "Miasto i psy" stało się książką, która mnie naprawdę porwała. I doprowadziła do innych dzieł autora.


"Wojna końca świata" była już prawdziwą ucztą literacką. Oparta na wydarzeniach w XIX-wiecznej Brazylii powieść napisana była w sposób iście magiczny. Choć autor czerpał z wydarzeń, które naprawdę miały miejsce, czytelnik ma wrażenie, jakby świat przedstawiony w książce stworzony był specjalnie na jego użytek. Postać Nauczyciela, gromadzącego wokół siebie rzesze wiernych, przywodzi na myśl współczesną opowiastkę o Jezusie. Realia południowoamerykańskie dodają całości uroczego klimatu. 


Przez dobrych kilka lat Michał S., z którym spotykałam się regularnie na coś, co często przeradzało się w rozmowy o książkach, polecał mi "Rozmowę w Katedrze". Przeczytałam ją w końcu dwa lata temu, podczas pierwszych dni spędzonych w Zurychu. Pamiętam, jak podczytywałam kolejne fragmenty przy prawie każdej okazji: jedząc hamburgera, siadając na chwilę nad jeziorem... Llosa stworzył powieść totalną, powieść-łamigłówkę, której pełny obraz wyłania się z chwilą zakończenia lektury. Uroczy klimat Limy lat sześćdziesiątych, zawirowania polityczne, etniczne i towarzyskie, specyficzny sposób konstruowania powieści - wszystko to składa się na bardzo dobrą, godną polecenia pozycję.

"Pantaleon i wizytantki" to czwarta i - póki co - ostatnia książka Llosy, którą czytałam. Słyszałam opinie, że powieść rozczarowuje - nie ma w sobie nic z "totalności" właściwej wielu powieściom noblisty. Cóż, coś w tym jest - ale cenię olbrzymią dawkę śmiechu, którą pisarz zapewnił mi tym dziełem. "Pantaleon" to książka zabawna, często tragikomiczna. Taka, po którą warto sięgnąć od czasu do czasu dla zachowania psychicznej równowagi.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć po pozostałe pozycje autorstwa nagrodzonego pisarza. Na szczęście trochę tego jest. Czego jak jak czego, ale książek wartych przeczytania mi nigdy nie zabraknie. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie czytać Llosy po hiszpańsku. No, ale wszystko przede mną.

poniedziałek, 12 lipca 2010

"Wardęga". Podróż do Polski mniej znanej zakończona czytelniczym dylematem

Książkę zatytułowaną "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi" autorstwa Lechosława Herza odkładam z lekkim zakłopotaniem. Nie potrafię jej do końca zaszufladkować. Ba, nie jestem nawet pewna, czy książka mi się podobała.

Przez około trzysta stron tekstu autor oprowadza nas po polskiej (i nie tylko, zajrzymy też na Słowację) prowincji, ukazując ją chętnie taką, jaką była dawniej. Zagłębimy się w świat ludowych przesądów, z których wiele funkcjonuje do dziś. Poznamy zakątki Puszczy Kampinoskiej, małych wiosek Mazowsza, o których nie przeczytamy w typowym przewodniku. Chwilami autor sięgnie po historię, wspominając czasy Polski szlacheckiej i tej późniejszej, z lat zaborów. Urocze opowieści o polskich dworkach, z których niektóre już nie istnieją, wiele innych zaś ulega od lat stopniowej dewastacji, wspomnienia naszych twórców, opiewających w swej twórczości polskie krajobrazy, warte uwagi miejsca czy zdarzenia - wszystko to stanowi swoistą lekcję historii przedstawioną z uczuciem i sporą dawką sentymentu.

Czytelnik ma wrażenie, że cała ta książka stanowi swego rodzaju podróż sentymentalną do lat młodości: czy to do zdarzeń i obrazów oglądanych oczyma autora, czy do wartości, dzieł sztuki, do których piszący czuje sentyment. To trochę jak podróż do czyjegoś intelektualnego świata: podróż przyjemna, pouczająca i niekiedy zaskakująca, bowiem Herz potrafi pisać o maleńkiej mazowieckiej wiosce w taki sposób, że czytelnik rzeczywiście czuje jej klimat i rozumie zachwyt piszącego. Mocną stroną książki jest to, że osobiste sentymenty ubierane są w otoczkę historyczną czy literacką. Wydarzenia, postaci miejsca - nic nie jest tu zawieszone w próżni.

Bardzo podobała mi się historia Opinogóry - miejsca bliskiego sercu polskiego poety, Zygmunta Krasińskiego. Historia prawdziwa, do złudzenia przypominająca literacką fikcję, opowiedziana w sposób prosty, niemal gawędziarski, trafia do czytelnika.

Lektura "Wardęgi" była dla mnie miejscami nieco kłopotliwa. Czasami raził mnie język autora (powtórzenia), chwilami zniechęcało jego podejście do opisywanej rzeczywistości, które aż kusiło, by podsumować je krótkim "bo kiedyś to było dobrze, a dziś jest źle". O ile osobisty, sentymentalny stosunek do przedstawianych miejsc i postaci jest zaletą książki, o tyle prywatne komentarze odnoszące się do współczesności (kilkakrotnie podczas czytania "Wardęgi" dowiedziałam się, że obecnie siedzi się głównie przed telewizorem. Pisząc to dokonuję pewnego uproszczenia, ale faktem jest, że moją czytelniczą i historyczno-literacką wrażliwość nieco to uraziło) burzą przyjemność lektury.

Książka, wydana przez wydawnictwo Iskry, ilustrowana jest dość bogato zdjęciami zrobionymi przez samego autora. I choć on sam na kartach jednego z rozdziału krytykował zjawisko kolorowych zdjęć, to w obrazach przedstawianych w "Wardędze" brakowało mi właśnie kolorów, pasujących do klimatu opisywanych miejsc. Nie twierdzę, że problem tkwi w samych barwach - być może warto się było pokusić o zdjęcia większe, bardziej przemawiające do czytelniczej wrażliwości. Fotografie w postaci takiej, w jakiej widzi je czytelnik, nie zachęcają.
Czy warto przeczytać "Wardęgę"? Oczywiście. Książka przekazuje wiedzę ciekawą, nieco niszową, przedstawioną w ciekawej, przystępnej formie. To pozycja bardzo dobrze nadająca się na spokojną lekturę któregoś z letnich wieczorów.
____________________
Książka Wardęga. Opowieść z pobocza drogi została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Iskry.

Recenzja ukazała się w serwisie http://www.lekturyreportera.pl/

środa, 16 czerwca 2010

"Drogi Gabrielu. List"

Książka “Drogi Gabrielu. List” autorstwa norweskiego pisarza i dziennikarza Halfdana W. Freihowa robi wrażenie dość niepozornej: cienka, w dodatku nieco ascetycznie wydana z pewnością nie miała być arcydziełem cieszącym oko. O tym, jak bardzo pozory mylą, przekona się czytelnik już po zapoznaniu się z treścią pierwszego rozdziału. A potem będzie tak, jak w cytowanym na okładce komentarzu z “Publishers Weekly”: “trudno odłożyć”.

Powieść pisana jest w formie długiego listu ojca do synka cierpiącego na autyzm i ADHD. Na kolejnych stronach, narrator ukazuje świat chorego chłopca, taki, jakim widzi się go z zewnątrz. Ojciec przedstawia w ten sposób synkowi jego problem z perspektywy rodzica wychowującego autystyczne dziecko, zmagającego się na co dzień z trudnościami i problemamy, z których wielu nie da się przewidzieć.

Autor nie upiększa opisywanej rzeczywistości. Nie ucieka od brutalności, od opisów odrzucających zachowań dziecka. Mimo to czytający ma wrażenie, że jest to książka o miłości i bezwarunkowej, pełnej akceptacji. O próbie stworzenia szczęśliwej rodziny na bazie tego, co jest dostępne, nawet jeśli wiąże się to zazwyczaj z masą wyrzeczeń, wysiłkiem i skazaniem na “inność”.

“Drogi Gabrielu” pisane jest bardzo prostym, przystępnym językiem. Ponieważ literackim odbiorcą tekstu jest siedmiolatek, ojciec-narrator tłumaczy poszczególne kwestie w precyzyjny, jasny sposób. Nie ma tu miejsca na rozbudowaną fabułę: sceny z życia rodziny Gabriela stanowią zaledwie ilustrację dla opisów różnych typowych dla autystycznego chłopca zachowań i reakcji. Zamiast chronologicznej opowieści spotkamy się zatem z obrazkami służącymi pewnej systematyzacji przedstawianego problemu.

Tym, co wynosi z lektury czytelnik “Gabriela” jest z jednej strony pewna wiedza o wciąż nie do końca zbadanym zjawisku autyzmu, z drugiej – świadomość tego, że szczęście nie musi być koniecznie budowane na bazie prostego, bezkonfliktowego życia. Można je osiągnąć w rodzinie wychowującej chore, w dodatku często brutalnie zachowujące się dziecko, które z kolei da się kochać i zrozumieć.

“Drogi Gabrielu” to książka chwilami smutna, gorzka. Należy jednak do tych powieści, które budzą w odbiorcy dobre uczucia. I wiarę w to, że świat nie jest wcale taki zły.

____________________

Książka "Drogi Gabrielu. List" została opublikowana (i udostępniona do recenzji) przez Wydawnictwo Znak.

Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie lekturyreportera.pl

niedziela, 13 czerwca 2010

Po lekturze "Życia i losu" Wasilija Grossmana

Kiedy po skończonej lekturze zamykałam Życie i los Wasilija Grossmana, robiłam to z poczuciem, że przeczytałam wspaniałą książkę, być może jedną z najwspanialszych, z jakimi miałam w życiu do czynienia. Praktycznie brak uwag, zachwyt nad konstrukcją zarówno fabuły jak i postaci sprawił, że połykanie kolejnych stron powieści było prawdziwą ucztą. Ucztą, dodajmy, bardzo długą i obfitą: książka ma prawie 900 stron.

Akcja dzieje się w czasie drugiej wojny światowej, a jej osią jest obrona Stalingradu. Losy licznych bohaterów są zawsze w jakiś sposób z tym tematem związane. Postaci, które poznajemy zarówno po radzieckiej jak i niemieckiej stronie frontu łączy nie tylko wspólny czas historyczny. Bohaterem Życia i losu jest bowiem rozsiana po wojennej Europie rodzina. To właśnie jej członkowie, a także przyjaciele, kochankowie, znajomi, tworzą obraz tamtych czasów i miejsc. W książce nie zabrakło również postaci autentycznych: znajdziemy tu scenę, której bohaterem jest Adolf Hitler, spotkamy Eichmana popijającego czerwone wino po wizycie w komorach gazowych, a do jednej z centralnych postaci powieści - Wiktora Sztruma - dzwoni sam Józef Stalin.

To, co zwraca uwagę czytelnika, to niezwykła drobiazgowość Grossmana w konstruowaniu postaci. Jego bohaterowie żyją. Czytając opisy rozważań, dylematów któregoś z nich mamy wrażenie niesamowitej autentyczności. Nic ani nikt nie jest tu czarno-biały. Mężczyzna, który jest postacią raczej pozytywną, i tak będzie zdradzał ukochaną, a niemiecki dowódca przejawi niejeden ludzki odruch. Doskonałym przykładem mistrzowsko wykreowanego bohatera jest Wiktor Sztrum: radziecki fizyk żydowskiego pochodzenia to człowiek z zasadami. Gdy popada w niełaskę, zaczyna bić się z myślami i rozważać złożenie samokrytyki (znamienna jest scena, w której Sztrum wybiera się na zebranie, podczas którego mają się ważyć jego losy. To ostatni moment, w której bohater może dokonać aktu publicznego pokajania się i złagodzić karę za domniemane przewinienia). To, że wychodzi z sytuacji z podniesionym czołem dodaje mu sił: jest dumny z tego, że się nie ukorzył przed władzą, choć zdaje sobie sprawę, że ceną może być więzienie, a nawet zsyłka. Co się jednak dzieje z siłą, świadomością tego, co jest a co nie jest właściwe w sensie moralnym, gdy człowiek znajdzie się nagle w zupełnie nowej, innej sytuacji? 

Opisy stanów psychicznych bohaterów to jedna z mocnych stron powieści Grossmana. Inną jest sposób prowadzenia akcji. Autor zręcznie komponuje opisy działań wojennych z przedstawianiem scen dotyczących poszczególnych bohaterów książki. Czytelnik ma poczucie, że wykreowane przez Grossmana postaci żyją w konkretnym miejscu i czasie, z jednej strony stanowią element literackiej fikcji, z drugiej - uczestniczą w dziele historii.

Życie i los to książka nie tylko o II wojnie światowej i totalitaryzmach. Według mnie, w znacznie większym stopniu jest to powieść o człowieku, o jego kondycji i zachowaniu w sytuacjach ekstremalnych. Pod tym względem jest to książka chwilami dość gorzka. Jedna z najbardziej pozytywnych, niezwykle ciepło przedstawiona postać Aleksandry Władimirowny nie może trwale pocieszać czytelnika - staruszka znajduje się już blisko mety życia. Posępne wrażenie poprawia nieco ostatnia scena książki - młodej pary, której udało się odnaleźć po zawirowaniach wojny. Czy to poszukiwany przez Aleksandrę Władimirowną Sierioża? Tę kwestię autor pozostawia otwartą, niejako powierzając losy młodego bohatera decyzji czytelnika.

Jeśli mówimy o Życiu i losie, dobrze jest zapoznać się z historią tej książki, która przez wiele lat nie mogła doczekać się wydania. Uratowana w zasadzie cudem, przemycona do Francji, jest swego rodzaju dziełem ocalonym. Dziełem, z którym warto się zapoznać. To jedna z tych powieści, które po przeczytaniu pozostawiają coś w czytelniku. Takich książek się nie zapomina.

sobota, 8 maja 2010

"Naga" Izabeli Szolc

Naga Izabeli Szolc to książka kobiety o kobietach. Rodzaj żeński jest tu reprezentowany przez cały szereg sformułowań, odpowiadających bohaterkom opowiadań. Przez karty książki przewijają się zatem matki, kochanki, jest narkomanka, lesbijka, przyszła święta. Każda z tych postaci ukazuje fenomen kobiecości przez nieco inny pryzmat, w inny także sposób przedstawia relacje międzyludzkie i rodzaje miłości, tworząc obraz pełny i niezwykły.

Bohaterki nie zostają nam z góry przedstawione: wprawdzie tytuły rozdziałów mówią o nich sporo, ale w pełni poznajemy je dopiero poprzez ich działania i myśli. I tak, jedną z postaci okazuje się być Maria Curie-Skłodowska (autorka do stworzenia tego opowiadania wykorzystała fragmenty pamiętników chemiczki), inną - św. Teresa. Przeważnie mamy jednak do czynienia z paniami współczesnymi, postawionymi w sytuacjach trudnych, często wiążących się z koniecznością podjęcia jakichś decyzji. Czasem jest to temat macierzyństwa, innym razem miłość do kochanki, zapalonej himalaistki (jak nauczyć się żyć z uczuciem, trudnym już choćby ze względu na jego homoseksualny charakter, ze świadomością kruchości życia kochanej kobiety, narażonej na śmierć na wysokości kilku tysięcy metrów?), wreszcie kwestia społecznego wyobcowania mężczyzny, który psychicznie jest kobietą i nie potrafi się odnaleźć w świecie oczekującym od niego przyjęcia męskich ról.

Opowiadania są pisane bardzo przystępnym językiem, choć czytający może niekiedy odnieść wrażenie chaosu. Mimo podejmowania często kontrowersyjnych tematów, autorka potrafi poprowadzić narrację w sposób subtelny, bez uciekania się do wulgaryzmów, bez prowokowania. Jej bohaterki, nawet jeśli daleko im do moralnego ideału, są delikatne, kruche. Po prostu kobiece.

Naga nie jest książką, którą czyta się jednym tchem. To raczej pozycja, po którą się sięga na długość jednego opowiadania i do której chętnie się wraca. Doskonale pełni rolę zarówno literatury pociągowej, jak i sposób na wieczór przy nocnej lampce i szklance herbaty. Trochę boję się ją polecać panom (piszę to z przymrużeniem oka). Na pewno jednak teksty Izabeli Szolc są niezłym pomysłem na czytelnicze oderwanie od rzeczywistości. Dobrze napisane, pozostawiają wrażenie przyjemnej lektury.

sobota, 24 kwietnia 2010

O "Brudnym dotyku" Moniki Mularczyk




Ninę, główną bohaterkę "Brudnego dotyku" Moniki Mularczyk, poznajemy najpierw jako kilkuletnią dziewczynkę, przerażoną śmiercią matki. Kolejne rozdziały to skoki czasowe, ukazujące obrazki z coraz doroślejszego życia bohaterki. Właściwa akcja książki ukazuje Ninę jako dwudziestokilkuletnią, piękną kobietę sukcesu, właścicielkę prężnie działającej agencji reklamowej, która ma własne mieszkanie i nowoczesny samochód.

Po tym, jak zostaje sierotą, Nina trafia do rodziny zastępczej. Do surowego traktowania przez "matkę" dochodzi problem molestowania seksualnego ze strony opiekuna. Dziewczynka jest zupełnie bezsilna: poddaje się losowi, uciekając kiedy to tylko możliwe w świat wyobraźni. Kolejny rozdział jej życia - pobyt w domu dziecka, w którym o wszystkim decyduje lubujący się w niepełnoletnich ciałach Pan Dyrektor, tylko to pogłębia. Wyobraźnia bohaterki to niebezpieczna przestrzeń: pozwala jakoś znieść codzienny los, ale jednocześnie oddala od realnego życia, zamykając Ninę w klatce imaginacji.

Jako dorosła kobieta, Nina zdaje się żyć w świecie rzeczywistym. Ale jej wersja życia jest jakby ograniczona: nie ma w niej miejsca dla mężczyzny. W momencie gdy na jej drodze stają przedstawiciele płci przeciwnej, dziewczyna wpada w pułapkę zastawioną przez przeszłość. W jej świadomości ścierają się ze sobą naturalna potrzeba uczucia i strach wywołany doświadczeniem przeszłości. Okazuje się, że Nina, tak dojrzała w kwestiach zawodowych, nie potrafi dokonywać życiowych wyborów. Czy się tego nauczy? Odpowiedź na to pytanie przynosi lektura powieści.
Książka jest napisana bardzo przyjemnym językiem. Mało wyszukany, ale poprawny sposób prowadzenia narracji zachęca na każdej stronie do przeczytania kolejnej. Intryga jest ciekawie prowadzona. Wydarzenia współczesne głównej akcji książki przeplatane są z obrazami z przeszłości. Czytelnik poznaje pełnię dramatu Niny tak naprawdę w trakcie czytania, w miarę poznawania jej "obecnego" życia. Przeszłość dopełnia tu teraźniejszość.

Świat przedstawiony "Brudnego dotyku" dzieli się jak gdyby na dwie strefy: "brudną", związaną z dramatycznym dzieciństwem bohaterki, pełną brutalności, krzywdy, bólu i biedy, oraz "luksusową", czyli współczesną. Dwudziestokilkuletnia Nina to szefowa jednej z pierwszych w Polsce agencji reklamowych. Jeździ względnie nowoczesnym samochodem (co prawda nie poznajemy jego marki, wiemy jednak, że wyposażony jest w klimatyzację), spłaca kredyt na mieszkanie. Nosi fajne ciuchy, może sobie pozwolić na względnie luksusowy urlop. Mężczyźni, którzy o nią zabiegają, to także ludzie z "lepszego" świata - Wiktor jest hodowcą koni, Adam zaś pochodzi z wpływowej rodziny polityków. I tu właśnie pojawia się zgrzyt. Nina jako kobieta sukcesu zawodowego może się wydawać wiarygodna, jednak rozmach jej kariery zdaje się kłócić z młodym wiekiem. Jeśli zestawimy to z faktem, że bohaterka wychowywała się w domu dziecka, otrzymujemy współczesną wersję bajki o Kopciuszku.

O ile życiorys Niny może budzić skojarzenia z niezbyt wysokich lotów telenowelą, o tyle obraz jej dramatu jest przedstawiony niezwykle sugestywnie. Autorka nie opisuje szczegółowo scen gwałtu, ale tragedię bohaterki ukazuje bardzo przekonująco. Uwagi o tym, że ciało dziewczynki nosi ślady przypalenia papierosami, albo że bohaterka siedziała zamknięta w sobie, kiwając się w przód i w tył nie potrzebują komentarza. Rozpatrywana pod tym kątem książka naprawdę porusza.

Podczas lektury "Brudnego dotyku" czytelnik ma problem polegający na tym, że wierzy w dramat bohaterki, powątpiewa natomiast w realność jej współczesnego życia. Choć wszystko ma tu swoje uzasadnienie (sukces Niny zapoczątkowała wygrana w konkursie na projekt biznesowy), zawodowe losy dziewczyny trącą telenowelą rodem z TVN. Na pytanie, czy psuje to odbiór powieści, nie mogę jednak udzielić odpowiedzi twierdzącej. W końcu za takim światem tęsknimy: pięknym, luksusowym, pełnym zadbanych kobiet i eleganckich mężczyzn.

Powieść powstała m.in. na podstawie raportu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, ukazującego dramatyczny los wychowanków polskich domów dziecka.

czwartek, 22 kwietnia 2010

"Reportaże z warszawskiego getta" Pereca Opoczyńskiego

Perec Opoczyński przez szereg lat próbował zabłysnąć na polu literackim. Publikacje, których doczekał się przed wybuchem II wojny światowej, nie zdążyły mu przynieść wielkiej sławy. Dziś, dzięki Stowarzyszeniu Centrum Badań nad Zagładą Żydów, trzymamy w rękach zbiór jego reportaży, pisanych w getcie warszawskim. “Reportaże z warszawskiego getta” to zbiór tekstów tłumaczonych na język polski z jidysz, ukazujących tragedię zagłady od środka, współcześnie do opisywanych wydarzeń.

Opoczyński podczas wojny pracował jako listonosz żydowskiej poczty. Praca ta dawała mu niepowtarzalną możliwość podejrzenia wielu sytuacji i zjawisk właściwych życiu w tamtych warunkach. Jego obserwacje są bardzo szczegółowe. Reportaże mają grupę stałych bohaterów, wiele postaci jest jednak anonimowych. Nierzadko bohaterem jest grupa: biedota, której nie stać na opłacenie dostarczenia listu, dzieci umierające na ulicach czy szmuglerzy, dzięki którym mieszkańcy getta mają co jeść.

Autor opisując otaczającą go rzeczywistość nie szuka sensacji. Nie epatuje okrucieństwem, nie ma na celu szokowania czytelnika. Skupia się na tym, co obserwuje, dokonuje rzetelnej analizy, opisuje wnioski. Z prawdziwą skrupulatnością przedstawia zjawisko i problemy komitetów domowych – organizacji, które z założenia miały pomóc społeczności żydowskiej, w praktyce zaś często bywały siedliskiem problemów. Innym ciekawym, jednocześnie budzącym grozę zjawiskiem przedstawionym przez autora są parówki – obowiązkowe wizyty w łaźni organizowane przez Niemców. Według oficjalnej propagandy, parówki miały być narzędziem walki z chorobami panującymi w getcie. W praktyce sprowadzały się do tortury wobec bezbronnych ludzi, pretekstem usprawiedliwiającym zmuszanie ich do wielu godzin marznięcia, a w dalszej perspektywie – do zapadania na choroby.
Reportaże Opoczyńskiego, przy całej ich dokładności, nie są suche. Wśród opisów poszczególnych scen, konstruowanych z precyzją godną zawodowego dokumentalisty,  nie sposób nie dostrzec stosunku autora do przedstawianych zjawisk. I nie chodzi tu tylko o odautorski komentarz, którego na kartach książki nie brakuje. Opoczyński jako uczestnik życia, które przedstawia, naprawdę lituje się nad tymi, którzy cierpią. Trudy wojny, które wielu osobom kazały dbać wyłącznie o los swój i swojej rodziny, nie zgasiły w nim zapału społecznika. Wrażenie robi scena, w której żydowski listonosz błaga sąsiadów ubogiego odbiorcy listu, by pokryli koszty dostarczenia przesyłki. Jak sam przyznaje, taka operacja wymagała niekiedy stukania do drzwi lokatorów na kilku piętrach…
Zaletą tekstów Pereca Opoczyńskiego jest to, że sprawiają wrażenie bardzo autentycznych. Nie wiemy, na ile reportaże te uległy fabularyzacji, jednak czytając je mamy wrażenie bliskości opisywanych miejsc i ludzi. Ludzkie proporcje pomiędzy tragedią, współczuciem i tym, co jeszcze mogło być pozytywne dodają tekstom realności.
W przypadku książki poruszającej tematykę zagłady trudno mówić o “przyjemnej lekturze”. Polecam jednak zbiór tekstów Opoczyńskiego jako ciekawy dokument zza muru, który kilkadziesiąt lat temu rozdzielił warszawiaków.
Recenzja ukazała się w serwisie lekturyreportera.pl/

środa, 14 kwietnia 2010

"W rajskiej dolinie wśród zielska" Jacka Hugo Badera



W rajskiej dolinie wśród zielska Jacka Hugo-Badera to jedna z najnowszych ofert wydawnictwa Czarne. Nowych, ale nie do końca – siedemnaście reportaży, które zawiera pięknie wydany tom, ujrzało światło dzienne między 1993 a 2001 rokiem. Publikowane przez lata w dodatkach do “Gazety Wyborczej”, zostały wydane w 2002 roku przez Prószyńskiego.
Choć teksty swoje lata mają, dla większości czytelników będą miały z pewnością powiew nowości. Hugo Bader przenosi nas do świata, którego w zasadzie nie znamy. Ukazuje nam Związek Radziecki, ale nie ten znany z lekcji historii. Zagłębia się weń, przechodzi od jednego rozmówcy do drugiego, snując dziesiątki fascynujących opowieści. ZSRR z kart książki może przerażać, ale jednocześnie ujmuje swoją egzotyką i kolorytem. A właściwie egzotykami i kolorytami, bo Bader nie poprzestaje na ogółach: jego bohaterowie pochodzą z różnych republik, różna też była ich rola w budowaniu sukcesu Kraju Rad. Nie łączy ich również pozycja społeczna: autor rozmawia zarówno z ludźmi, którzy za czasów Związku Radzieckiego piastowali wysokie stanowiska, jak i ze zwykłymi, chciałoby się powiedzieć “bezimiennymi” obywatelami (chociaż ci stanowią tu mniejszą grupę).


Jest jednak coś, co bohaterów Rajskiej doliny łaczy. To tęsknota za dawnym światem. Czy za ZSRR można tęsknić? Owszem, w dodatku wydaje się to tęsknota całkiem uzasadniona. Obywatele byłego Kraju Rad nie odnajdują się w nowej rzeczywistości. Tęsknią za ustalonym z góry porządkiem, za celem, który mieli w czasach, gdy najważniejszym zadaniem człowieka miało być budowanie socjalizmu. Nie dziwi to zwłaszcza w przypadku tych, którzy w minionej epoce byli uważani za bohaterów i cieszyli się powszechnym poważaniem i względnym dobrobytem finansowym, dziś zaś znajdują się na skraju nędzy i jedzą to, co zdołają wyhodować w ogródku.
Dzięki takiemu a nie innemu doborowi rozmówców (pamiętajmy, że Bader postawił głównie na osoby dosyć znane w czasach ZSRR) poznajemy pewne tajniki Związku Radzieckiego niejako “od kuchni”. Dowiemy się co nieco o produkcji kałasznikowów, o tajemniczym miejscu nazwanym Arzanas-16 (nie było go nawet na mapie!), o próbach jądrowych widzianych oczami zwykłych mieszkańców kraju, o mało znanych faktach dotyczących lotu Walentyny Tierieszkowej (warto tu wspomnieć mało apetyczną, ale jednak… ciekawą historię jej wymiotów w stanie nieważkości) czy historie jej od zawsze przebywających w cieniu dublerek.
Bader nie ogranicza się do rozmów. Tam gdzie jest to możliwe próbuje przynajmniej częściowo wejść  skórę Rosjanina. Wchodzi do wnętrza góry, w której przeprowadzano próby jądrowe, próbuje zgodnie z instrukcją kupić dawkę heroiny.
W rajskiej dolinie… to również niezwykle barwny obraz mentalności rosyjskiej. Narodu, którego przedstawiciele wolą o zbyt wielu sprawach między sobą nie rozmawiać. Nie dopytywać, bo to niesie za sobą ryzyko. Bohaterowie Badera to ludzie, którzy nauczyli się czytać emocje z twarzy. Są również akcenty humorystyczne: żona człowieka, który niespodziewanie dorobił się fortuny na akcjach Gazpromu przed wyprawą na wczasy na Cyprze przygotowuje słoiki z prowiantem. Urocze.
Wróciłam dziś z rajskiej doliny wśród zielska i jestem szczerze zachwycona. Krajem dziwnym, egzotycznym, z jednej strony trochę mrocznym – z innej jednak niezwykle barwnym. Krajem, którego już nie ma, choć miał trwać wiecznie na straży międzynarodowego pokoju.

Materiał ukazał się pierwotnie w serwisie lekturyreportera.pl

wtorek, 6 kwietnia 2010

"Koło kwintowe" Szymona Bogacza, czyli czego zdecydowanie nie polecam

Mam za swoje. Powinnam sobie przykleić do karty płatniczej napis: nie kupuj książek na podstawie wyglądu okładki! Co prawda ta metoda, uprawiana przeze mnie od lat, wielokrotnie mnie nie zawiodła, ale tym razem było inaczej. Do tego stopnia, że będąc już na 40. stronie książki liczącej ich w sumie około 240 nie mogłam się doczekać, kiedy nareszcie ją skończę i ogłoszę wszem i wobec, że mi się nie podobało. Ale po kolei.

Koło kwintowe Szymona Bogacza, bo o tej pozycji mówimy, składa się w zasadzie z dwóch części. Pierwsza, znacznie obszerniejsza od drugiej, to zbiór krótkich opowiadań powiązanych ze sobą. Ich bohaterami są ludzie w różnym wieku, uwikłani w przeróżne życiowe sytuacje. Łączy ich jedno: wszyscy utknęli w małej, zasypanej śniegiem wiosce. Drogi są nieprzejezdne, a lokalni mieszkańcy organizują dla ofiar zimy nocleg i posiłek w szkolnej sali gimnastycznej. 

Bohaterowie przedstawieni w Kole kwintowym zostali uchwyceni w swoistym tu i teraz - każdego z nich doprowadził do tego miejsce splot wydarzeń i okoliczności. W szkole spotkamy zatem wdowę jadącą na pogrzeb męża, brutalnie nastawionego do świata kierowcę tira, lokalnego wariata i złodziejkę, która nawet w takiej sytuacji nie chce przepuścić okazji, by ukraść komuś portfel. Niektóre osoby łączą wzajemne relacje: na sali gimnastycznej spotykają się dawni kochankowie, a wdowa poznaje kochankę swojego zmarłego męża. 

Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy. Dodatkowym atutem mogła by być tutaj kompozycja: każdy rozdział przedstawia nam innego bohatera, zaś klimat każdego tekstu związany jest z poszczególnymi tytułami, które stanowią nazwy molowych i durowych tonacji. Nic dziwnego - wszak autor, Szymon Bogacz, jest muzykiem. 

Pomysł tworzenia nastroju w dziele literackim poprzez konotacje muzyczne nie jest oczywiście nowy, we współczesnej prozie polskiej zrobił to chociażby Wojciech Kuczok. Im więcej jednak czytam tego typu dziełek, tym mniej jestem przekonana do samej idei. Za Kuczokiem nie przepadam (nie żebym skreślala absolutnie wszystko, co napisał, ale to zdecydowanie nie jest "moja" proza). Nie przekonał mnie do siebie również Szymon Bogacz, którego narracja na każdej niemal stronie wytrącała mnie z równowagi. Styl wypowiedzi bohaterów zupełnie mnie nie przekonywał: był sztuczny, wydumany. Podobnie emocje rzekomo wyrażane przez bohaterów. Trudno jest się w nie wczuć, ba: czytający może łatwo odnieść wrażenie, że sam autor nie potrafi odczuwać sytuacji, w jakich znajdują się wykreowane przez niego postacie. Wszystko jest tu zupełnie nieautentyczne, bynajmniej nie w sensie pozytywnym (bo potrafię sobie wyobrazić taki zabieg literacki, który mógłby stanowić zaletę dzieła). W całości czuje się wyraźny rozdźwięk pomiędzy aspiracjami twórcy a tym, co rzeczywiście wyszło spod jego pióra (klawiatury?). Czytając kolejne opowiadania miałam coraz silniejsze wrażenie, że dostałam do ręki fałszywy produkt. Podróbkę. Pełen sztuczności jest nawet najpopularniejszy chyba gest wykonywany przez bohaterów Koła kwintowego - palenie papierosów, celebrowane do tego stopnia, że mimowolnie zaczęłam budować w myślach portret psychologiczny pisarza jako człowieka, który sam pali od niedawna i bardzo się tym nałogiem ekscytuje.

Pamiętajmy jednak, że książka składa się z dwóch części. Ostatnie 80 stron dzieła to zupełnie ze sobą niepowiązane opowiadania, które ciężko zaszufladkować. Najbardziej pasuje  mi tu stwierdzenie, że mamy do czynienia z bardzo nieudaną próbą tworzenia realizmu magicznego. O ile jednak u wielu autorów reprezentujących ten nurt możemy mówić przynajmniej o umiejętności tworzenia nastroju, o tyle autorowi Pisania o seksie czy Józefa nie udało się nawet to. Czytający niejednokrotnie ma wrażenie, że ma przed oczyma bzdury, nie dostając dodatkowo niczego, co tę bzdurność by rekompensowało. Ot, takie pisanie dla pisania, w miarę możliwości ekstrawaganckie, żeby nie było zbyt normalnie.

Nie polecam Koła kwintowego. Nie dlatego, że w mojej opinii nie jest to książka dobra. Kto mnie zna, ten wie, że nie uciekam od niskiej literatury. Wręcz przeciwnie, staram się regularnie przyswajać treści przeróżnych "odmóżdżaczy" wierząc, że zapewnia mi to zdrowie psychiczne. Nie lubię jednak książek, które pretendują do bycia czymś, czym nie są. Po lekturze Koła kwintowego czułam, że miałam do czynienia z wyjątkowo kiepsko wykonanym falsyfikatem. Bywa i tak. 


Jest jeszcze coś. Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy pomysł na napisanie własnej książki jest w ogóle dobry. Drżę na samą myśl, że mogłabym napisać powieść, która byłaby tak kiepska jak ja Koło kwintowe.  Być może moje doświadczenie z tą pozycją to znak, że jeśli chodzi o słowo pisane, powinnam pozostać raczej stroną bierną niż czynną.

*Koło kwintowe (krąg kwintowy) - układ pokrewieństwa kwintowego tonacji, zbiór wszystkich tonacji przedstawiany w formie okręgu, na którego obwodzie zaznacza się kolejno (co kwintę czystą) następujące po sobie gamy według zwiększającej się ilości znaków przykluczowych (Wikipedia).

wtorek, 30 marca 2010

O "Kronikach Jakuba Wędrowycza"

Tak się jakoś złożyło, że przy całej mojej obsesji czytelniczej do serii książek o Jakubie Wędrowyczu dotarłam dopiero teraz. Pilipiuka znałam wcześniej wyłącznie z jego trylogii o kuzynkach Kruszewskich, którą czytało się lekko, ale nie do końca przyjemnie. Sama z siebie zapewne już bym po jego książki tak szybko nie sięgnęła, ale jakiś czas temu dostałam w prezencie Kroniki Jakuba Wędrowycza. A ponieważ ostatnio prawie każdy weekend spędzam w jakiejś podróży, postanowiłam zabrać książkę Pilipiuka na wycieczkę pociągiem.

Zacznijmy może od Jakuba. To bohater dość nietypowy: nie dość że strasznie stary (do szkoły chodził jeszcze za cara), nie dość że alkoholik mieszkający w zapadłej wsi na Lubelszczyźnie, to jeszcze cywilny egzorcysta, który z każdej opresji wychodzi cało. Ten nałogowy pijak i bimbrownik na co dzień sprawia wrażenie zwykłego żula. Wszystko się zmienia w obliczu niebezpieczeństwa. Jakub-egzorcysta potrafi bowiem zachować głowę na karku, choć jego metody postępowania z siłami nadprzyrodzonymi są niejednokrotnie groteskowe (polanie ektoplazmy spirytusem). Bohater doskonale wpisuje się w świat, który go otacza: wschodnie regiony Polski przedstawione są w sposób mocno przerysowany, za to wyrazisty, bazujący na utartych stereotypach. 

Jakub to taki swojski McGyver. Nie ma opresji, z której by nie wyszedł cało: poradzi sobie zarówno z wydostaniem się z zamkniętej trumny jak i rozprawieniem się z duchami ludzi zabitych przed stu laty. Nie żyje w zgodzie z prawem (stosunek do ustroju państwa: obsesyjnie negatywny): produkuje bimber i czasami coś kradnie, ale ma złote serce i nie zostawia bliźnich w potrzebie. Ma również niesamowity talent do pakowania się w kłopoty. Oczywiście jest przy tym wszystkim przesympatyczny. Postać skonstruowano w ten sposób, że czytelnik kibicuje temu śmierdzącemu, wiecznie pijanemu staruchowi.

Książka jest napisana lekkim, czasami zbyt lekkim językiem. Czytelnik szybko jednak przekonuje się, że to nie o wirtuozerską narrację tutaj chodzi. Ma być po prostu zabawnie. Powiem Wam jedno: jeśli zamierzacie czytać Kroniki w środku komunikacji publicznej, musicie liczyć się z niekontrolowanymi chichotami, a nawet wybuchami śmiechu.

Kronik Jakuba Wędrowycza nie powinni czytać ludzie nastawieni wyłącznie na literaturę z wyższej półki. Zbiór opowiadań należy do pozycji lekkich, łatwych i przyjemnych, niekiedy ocierając się nawet o prymitywizm. Do tego na pewno trzeba się przyzwyczaić. Kiedy się wciągniemy, jest już tylko lepiej. Kroniki nie udają bowiem ambitnej sztuki i za to jestem im wdzięczna. Można je po prostu przeczytać i dobrze się bawić, bez poczucia, że autor chciał by było wzniośle, tylko jakoś tak mu nie wyszło. Polecam wszystkim, którzy od czasu do czasu chcą się po prostu pośmiać, choćby z rzeczy płytkich i lekko głupawych. Na pewno przyda się to do zachowania zdrowia psychicznego.

poniedziałek, 22 marca 2010

Bóg, miłość i tragedia według Wojciecha Tochmana

Bóg zapłać Wojciecha Tochmana to zbiór reportaży publikowanych już dawniej. To obraz wnętrza człowieka, tego co dzieje się z ludzką psychiką w sytuacjach ekstremalnych.

Bohaterami historii opisywanych przez Tochmana są ludzie, których spotkała tragedia: przykuta do wózka inwalidzkiego małżonka despotycznego mężczyzny, rodzice nastoletnich ofiar katastrofy autobusowej z 2005 roku, człowiek, który stracił pamięć i od lat bezskutecznie usiłuje odzyskać zagubioną tożsamość. Każda z historii jest wyjątkowa: przez wszystkie przebija niebywały tragizm, często bezsilność wobec wybryków losu, śmierci, chorób, na które nie odkryto jeszcze lekarstwa.

Gdzie pojawia się tu przywołany w tytule Bóg? Jego rolę w książce Tochmana trudno zaliczyć do pozytywnych: Stwórca jawi się jako ten, który zezwala na cierpienie, często pod płaszczykiem wymogów katolickiego wyznania (dramat kobiety przedstawionej w pierwszym reportażu, tytułowym Bóg zapłać).  W reportażu Amen ukazany jest ambiwalentny stosunek wierzących do Boga:  z jednej strony dla rodziców dzieci, które zginęły w katastrofie autobusowej ma znacznie to, że kierowca był innego wyznania, ale kwestie religii nie są już istotne, gdy zaczynają rozpamiętywać swoje nieszczęście i pałać rządzą zemsty. Podobnie jest w historii Aliny P., jednej z wielu mieszkanek wioski, które w dzieciństwie były molestowane przez lokalnego proboszcza. Za to, że odważyła się przerwać milczenie, spotyka ją publiczny lincz, również ze strony pozostałych ofiar pedofilii. W niektórych reportażach z kolei Boga się nie wspomina, jest natomiast miłość, jak w historii rodzeństwa pochodzącego z rodziny wielodzietnej: dzieciństwo bohaterów upłynęło na ciągłych ucieczkach z domu dziecka, koczowaniu w lasach i sporadycznych wizytach u kochanych rodziców.

Przykłady ludzkich losów, które przywołuje Tochman są bardzo wyraziste, drastyczne, niemal nieprawdopodobne. Autor doskonale maluje słowem: opis płonącego autobusu, z którego usiłują się wydostać poparzeni uczniowie jest stworzony w ten sposób, że czytający ma tę sytuację przed oczami. Soczystym językiem są opisane gejowskie sauny, które odwiedza młody katolicki ksiądz, kolejny bohater książki.

Bóg zapłać nie jest pozycją, którą czyta się z przyjemnością. To książka porywająca, ale trudna, wymagająca od czasu do czasu odpoczynku, przetrawienia tego, co właśnie się przeczytało. Na pewno jednak jest warta polecenia. W reportażach Tochmana jest coś, co każe się zastanowić nad ludzkim losem i wyjść poza fakt tragedii w rejony ludzkiej psychiki i tego "czegoś", co decyduje o naszym człowieczeństwie.

Tekst ukazał się również na stronie www.lekturyreportera.pl/

piątek, 19 marca 2010

"Skrzek" Janusza Głowackiego

W 1980 roku ukazała się w Polsce mikropowieść Janusza Głowackiego, zatytułowana Skrzek. Pozycja to dziwna i... intrygująca, z gatunku tych, po przeczytaniu których czytelnik nie wie, co tak naprawdę ma sobie myśleć.

Rzecz dzieje się w zapomnianej przez Boga wsi, w której królują zacofanie i zabobon. Mieszkańcy miejscowości spędzają swoje życie przede wszystkim na piciu alkoholu i powtarzaniu wymyślonych, zazwyczaj niestworzonych historii. Jednym z nich jest główny bohater i narrator opowiadania. Jak wnioskujemy z jego autocharakterystyki, jest to karzeł, który młodość spędził na pracy w cyrku, obecnie zaś, po wypadku, jest akwizytorem i sprzedaje prenumeratę lokalnej gazety. W tak małej, zaściankowej społeczności jest na swój sposób Kimś - wszak pracuje w kulturze. Czytelnik szybko orientuje się, że ma do czynienia z niepełnosprawnym, prawdopodobnie także umysłowo, i alkoholikiem, którego sposób widzenia świata jest skrajnie naiwny, a przez to (a może właściwie dzięki temu) prosty.

Wydarzenia, których przebieg poznajemy poprzez pierwszoosobową relację bohatera, dotyczą okresu, gdy we wsi zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Miejscowy bogacz, Kapusto, ożenił się niespodziewanie z przywiezioną skądeś pięknością o włosach koloru żyta. Na tym jednak nie koniec: mężczyzna zaczyna przeprowadzać niepokojące miejscową opinię publiczną eksperymenty na żabach. Nieoficjalne śledztwo prowadzi w tej sprawie główny bohater, odkrywając i relacjonując na swój prosty sposób szereg szokujących spraw.

Wraz z byłym cyrkowcem wchodzimy zatem do domu Kapusta, którego sceneria jawi się iście surrealistycznie. To przestrzeń kojarząca się raczej z mrocznymi, średniowiecznymi opowieściami, wzbogacona o elementy związane z doświadczeniami naukowymi gospodarza i... studentów matematyki, którzy są tu dosłownie wszędzie, stanowiąc niejako załogę, służbę tajemniczego eksperymentatora. Postacią demoniczną jest tu pani Kapustowa, kobieta nieprzeciętnie piękna, wyzwalająca z bohaterze seksualne fantazje (choć zupełnie nie pasuje do jego kobiecego ideału: nasz akwizytor lubi kobiety przy kości, najlepiej z gęsto owłosionymi nogami - gładkość nóg Kapustowej wprawia go w konsternację). W takiej to mrocznej scenerii odkrywamy wraz z opowiadającym straszną prawdę: wynikiem eksperymentów ma być stworzenie nowej rasy, doskonalszej od rasy ludzkiej. Wszystko kończy się totalną katastrofą, zaś bohater znika z wioski w dość tajemniczych okolicznościach.

Skrzek pisany jest bardzo ciekawym językiem. Uderza w nim prostota (autor bez wahania stosuje błędy językowe, co znacznie uwiarygodnia postać akwizytora), przy pomocy której opisywane są zjawiska paranormalne. Nie wiemy jednak do końca, czy naprawdę miały one miejsce: czytelnik kilkakrotnie otrzymuje sygnały, że wszystko, co bohater widzi, może być jedynie wizją nałogowego alkoholika. Całość  przypomina pisemną relację: z nawiasów często dowiadujemy się o przekreślonych "inną ręką" wyrazach, zaś na końcu czytamy: Pozostała mi jedynie cicha nadzieja, że ktoś to odnajdzie i doręczy Januszowi Głowackiemu.

Opowiadanie czyta się dobrze i szybko. Nie jest to jednak z pewnością literatura pociągowa, a po przeczytaniu ostatniej strony człowiek rozkłada bezradnie ręce i nie wie, co powinien o tym wszystkim sądzić. Opisywany świat przerasta bowiem nie tylko relacjonującego zdarzenia akwizytora, ale i czytelnika.

wtorek, 16 marca 2010

Po lekturze "Torowiska" Tadeusza Żuczkowskiego

Torowisko Tadeusza Żuczkowskiego to kolejna propozycja przedstawienia kondycji współczesnego człowieka. Powinnam tutaj chyba dodać: kolejna pesymistyczna propozycja. Jeśli szukasz nastrojów sprzyjających aurze budzącej się wiosny, weź do ręki inną książkę. Jeśli jednak masz ochotę - zostań i przeczytaj przynajmniej ten tekst.

Tytuł powieści nie nastraja optymistycznie. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, iż książka ukazała się w ramach serii "Tory" (słowo to kojarzy się raczej z samotnością, smutkiem i samobójstwami niż radosnym opiewaniem uroków życia) mamy pełne prawo przypuszczać, że będzie smętnie. 
Bohaterów Torowisko ma wielu, wszystkich jednak łączy Wilkowo - mała mieścina, a może nawet wioska, miejsce w którym diabeł mówi dobranoc. W momencie rozpoczęcia akcji książki lokalną społecznością wstrząsa kilka dość niecodziennych wydarzeń: podczas niedzielnej mszy ksiądz nagle ogłasza, że jest ateistą, ucząca w lokalnej szkole polonistka wygłasza wobec swoich uczniów, dzieci pokolenia MTV monolog, w którym wyrzuca z siebie, co o nich myśli, a do skrzynek mieszkańców Wilkowa trafiają pornograficzne zdjęcia miejscowych nastolatek. 

Do tego świata trafia Zyga - dziennikarz gazety klasy C, wydawanej w większym mieście. Choć przyjechał tu stworzyć materiał o zamieszaniu wywołanym niecodziennym zachowaniem księdza, jego wizyta ma drugie dno: bywał tu przed laty, kiedy fotografował wdzięki lokalnej rusycystki. 

Dla Zygi pobyt w Wilkowie to częściowy powrót do przeszłości, ale również ucieczka od osobistych problemów. To człowiek cierpiący wskutek niespełnionych marzeń: jego życie rodzinne i zawodowe wygląda zupełnie inaczej, niż to sobie zaplanował. Nie rozwiązuje tego ulotny romans z Anastazją, szukającą spełnienia w życiu mężatką. Największą satysfakcję dają chyba Zydze rozmowy z Apfelbaumem - lokalnym wariatem, polonistą i autorem książki, recytującym po pijaku wiersze Broniewskiego.

Bohaterowie Torowiska to zatem ludzie rozczarowani, którzy doświadczyli upadku. Zofia musi pogodzić się z utratą romantycznych złudzeń o natchnionym życiu polonistki, Krystian przewartościowuje swoje relacje z Bogiem, a Renacie pozostaje upijanie się na torach i tęskne zerkanie na przechowywane akty, które zrobił jej kilkadziesiąt lat wcześniej Zyga. W maleńkim Wilkowie, gdzie karty rozdają biznesmani pokroju właściciela firmy produkującej majtki czy gość który dorobił się na przekrętach ze sprowadzanymi zza granicy samochodami, wszystko jest skazane na bylejakość. Byle jakie są interesy miejscowych notabli, byle jaka jest miłość, bylej aka jest również religijność mieszkańców miasteczka.

Torowisko nie jest książką, która daje nadzieję. Właściwie ją odbiera. Czytelnik po lekturze ma wrażenie, że najlepsze, co człowiek może zrobić w życiu, to pogodzić się ze stanem faktycznym i nie marzyć. Marzyciele, a także ci, którzy wysuwają się przed szereg wraz ze swoim idealizmem, muszą przegrać. 

Żuczkowski napisał mimo wszystko niezłą, ciekawą powieść. Nie zaliczyłabym jej do nurtu, który mój dobry znajomy określił kiedyś mianem "literatury vomitu". To powieść smętna, szara - ale smętna i szara naprawdę, nie na pokaz. Optymistycznym akcentem jest to, że jej bohaterowie mimo wszystko marzą i kochają, nawet jeśli sprowadza to na nich tragedie.
Książka ukazała się w 2009 roku nakładem wydawnictwa Replika.

poniedziałek, 8 marca 2010

"Alicja..." według Tima Burtona. Przyjemnie, ale bez szaleństw


Wychodząc z kina po obejrzeniu "Alicji w Krainie Czarów" w reżyserii Tima Burtona miałam jednocześnie uczucie zadowolenia i lekkiego roczarowania. Ale po kolei.



Osławionego "Avatara" w wersji 3D póki co nie widziałam, zatem "Alicji" przegapić już nie mogłam. W wypełnionej po brzegi sali kinowej (na kilka godzin przed seansem udało się kupić bilety w drugim rzędzie - lepsze miejsca były już zajęte) założyłam na swoje okulary olbrzymie 3D i rozpoczęłam kinową ucztę.

Nie będę streszczać fabuły filmu, bo tę mniej więcej znamy wszyscy, choć dzieło Burtona nieco różni się od książkowego oryginału. Zamiast tego stwierdzę z przyjemnością, że przez czas trwania filmu (niecałe dwie godziny) udało mi się zapomnieć, że chodzi tu o efekt trójwymiarowości - owszem, zauważałam go, ale udało mi się skupić na innych sprawach.

Wizualnie film rzeczywiście robi wrażenie, zarówno jeśli chodzi o przestrzeń, jak i postaci pojawiające się na ekranie. Charakteryzacja bohaterów jest naprawdę świetnie zrobiona, zwłaszcza że zwykle połączona jest z dobrą grą aktorską. Największą uwagę zwraca tu postać Kapelusznika, odgrywana przez Johnny'ego Deppa. Aktor jak zwykle nie zawiódł - wykreowany przez niego bohater to postać ciekawa, żywa, zachwycająca na każdym kroku. Ciekawie przedstawiają się także obie królowe - Czerwona (zła, mszcząca się na świecie i otaczających ją istotach za własną brzydotę) i Biała (piękna i miła, ale lekko egzaltowana). 

Film jest po prostu sympatyczny. Widz z przyjemnością patrzy na ekran. W "Alicji" Burtona nie doczekamy się wielu scen, które zawsze odbierałam jako drastyczne (np. ta z niemowlęciem i pieprzem). Na niekorzyść filmu przemawia niekiedy następstwo scen. Przykładowo, Alicja potrzebuje tylko chwili,  by znaleźć się na pięknym tarasie, gdzie zastanawia się, czy podjąć decyzję o walce w imieniu Białej Królowej. Dużo więcej czasu musi jej zająć droga powrotna, którą bohaterka przebywa na grzbiecie potężnego zwierza (tę samą drogę pokonała wcześniej dość szybko pieszo), w dodatku w zbroi. Może to moje czepianie się, ale takie sytuacje przeszkadzają mi w odbiorze filmu.

"Alicja..." Tima Burtona to dobry pomysł na weekendowy wieczór. Ale jeśli zamiast wyjścia do kina wybierzecie coś innego, nie będzie to wielką stratą. Film można zobaczyć, ale nie trzeba.