środa, 17 sierpnia 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna

Od tygodnia jestem w Irlandii. Moje życie z wolna wychodzi zza rzędów kartonów (choć zanim wyjdzie zza nich tak zupełnie, minie jeszcze pewnie wiele tygodni), a samymi kartonami coraz mniej chce mi się zajmować. Po kilku naprawdę pięknych, słonecznych dniach pogoda zmieniła się dziś w kierunku czegoś, czego wielu oczekuje po tej części świata: jest szaro i zanosi się na deszcz. Czas na krótkie spojrzenie wstecz.

Bo przecież miało być o Kalifornii: kilka zdań o tych czterech spędzonych tam latach. Czasie, który minął mi jakoś dziwnie szybko - z jednej strony miałam wrażenie, że to krótki epizod, z drugiej jednak okazywało się nagle, że w tym epizodzie pomieściło się mnóstwo spraw, które same z siebie zajmują przecież sporo czasu: przyzwyczajenie do kompletnie innego stylu życia, odchowanie najstarszej córki od poziomu bobasa do etapu dziewczynki opowiadającej wszem o wobec o procesie mitozy, druga ciąża, której efektem było pojawianie się na świecie dwóch kolejnych córek i odchowanie bliźniaków do etapu względnie ogarnialnego. Zmieściło się tam również pokonywanie najrozmaitszych lęków. Celowo nie piszę “pokonanie” - bo tak naprawdę wciąż boję się jazdy samochodem i trzęsień ziemi. Na swój sposób nauczyłam się jednak z tym żyć. Wreszcie, we wspomnianym epizodzie zmieściło się zawiązanie wspaniałych znajomości, których już teraz mi brakuje.

Przyzwyczajanie się do Kalifornii nie było proste. Wszystko było kompletnie inne i raziło moje europejskie przyzwyczajenia. Życie bez samochodu okazywało się niemożliwe - no, chyba że ktoś zakłada, że będzie spędzał cały czas w domu lub na podwórku. Swego czasu próbowałam. Zdaje się, że nie wsiadłam za kółko przez jakieś trzy czy cztery tygodnie, zanim ostatecznie się poddałam. Wszystko inne też bardzo się różniło: robienie zakupów, system przedszkoli, chodzenie do lekarza, załatwianie czegokolwiek z jakąkolwiek instytucją przez telefon (automaty obsługujące telefony to zło. Umawianie się za ich pośrednictwem np. na egzamin na prawo jazdy to zło jeszcze większe)… Wszystko to, jak również poczucie, że zostałam z tym sama i nie mam komu się wypłakać, kompletnie mi nie służyło. Gdyby to było takie proste, wsiadłabym w pierwszy samolot do Europy, wynajęła paskudny pokój blisko głównej ulicy którejś z europejskich stolic i starała się zarobić na czynsz na deptaku śpiewając i zbierając datki do kapelusza. Wszystko, byle tylko wyrwać się z tego kompletnie innego świata, w którym nie mogłam jak człowiek po prostu wyjść z domu i łazić godzinami po ulicach, mijając ludzi, wpadając do przypadkowego baru na przypadkowe piwo, podjeżdżając od czasu do czasu przypadkowym tramwajem dwa czy trzy przystanki.

A potem coś się zmieniło. Ni stąd ni zowąd zaczęłam poznawać mnóstwo ludzi - niekiedy nawet całymi chmarami, do tego stopnia, że gdyby nie genialny wynalazek Facebooka zapewne sporo czasu zajęłoby mi ogarnięcie tych wszystkich nowych znajomości. Ciągle do kogoś jechałam, ktoś jechał do mnie, zaczęły się wspólne wyjścia - z dziećmi i bez dzieci. I choć z czasem nauczyłam się lubić w Dolinie Krzemowej całe mnóstwo rzeczy, a nawet zaczęłam uważać, że w pewnej mierze po prostu do tego miejsca pasuję, to wiem, że najbardziej będzie mi brakować spotkanych tam ludzi. 

Wiecie, bo to jest fajne uczucie wiedzieć, że ma się przyjaciół, nawet wśród ludzi którzy są od nas różni, z którymi w wielu kwestiach się nie zgadzamy. Że można to jakoś przeskoczyć i mimo wszystko się lubić. Znaleźć płaszczyznę, na której da się porozumieć pomimo różnic. I być dla siebie fajnym, bez rozliczania się z poglądów i wartości. Czuć, że w razie czego ma się na kogo liczyć. Że są ludzie, którzy się o Ciebie martwią i troszczą. Tacy spoza rodziny, którzy na dobrą sprawę mają prawo uznać, że Twoje życie to nie ich sprawa. Z ludźmi, których spotkałam w Dolinie Krzemowej
mogłabym chyba mieszkać w każdym miejscu na ziemi.

Za tymi znajomościami na pewno jeszcze zatęsknię. Ba - już teraz mi ich brakuje. Z niektórymi udało mi się już spotkać w Europie. Na pewno nie po raz ostatni. 


Jasne, że będę tęsknić za Kalifonią. Ale Irlandia też jest fajna. 

czwartek, 28 lipca 2016

Pogłoska o mojej śmierci była przesadzona

To nie będzie fascynująca notka. Ot, kilka słów wyjaśnienia gdzie byłam, dlaczego mnie nie było i co będzie dalej.

No więc, moi mili, jak to rzekł Mark Twain, the report of my death was an exaggeration.

Żyję. I nie jest tak, że nie mam o czym tu pisać. Mam tego tyle, że sama nie wiem od czego zacząć. I, jak na złość, w świecie pozakomputerowym mam do mentalnego ogarnięcia taki stos spraw, że blog dostał urlop. A za dzisiejszą notkę podziękujcie Karolci. Byłam dziś u niej i namawiała mnie do pisania. No to piszę. Bo tak szczerze mówiąc, to już sama się za tym miejscem stęskniłam.

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
To powyższe, to Henryk Sienkiewicz, a konkretnie - Ogniem i mieczem. Oczywiście obecnie mamy rok 2016, ale reszta się tak jakby zgadza. Do totalnych klęsk wprawdzie nie dochodzi (odpukać), natomiast z całą pewnością jest dziwnie i mają miejsca nadzwyczajne wydarzenia.

Zaczęło się chyba od tego, że zaczęłam grać na gitarze. Sama nie wiem, co mnie napadło - ot, pewnego dnia uświadomiłam sobie, że gitara to instrument odgrywający sporą rolę w muzyce, której lubię słuchać. Tak się składa, że lubię śpiewać i pomyślałam sobie, że jakbym się do tego jeszcze nauczyła grać, to znacznie podniosłoby to moje możliwości pełnego przeżywania muzyki. Na chwilę obecną muszę przyznać, że wielkiego talentu u siebie nie odkryłam, ale chodzi o frajdę, no nie?

Stwierdziwszy, że jak szaleć to szaleć, zapisałam się na kurs jazdy na łyżwach. W dzieciństwie niby zawsze chciałam, ale trochę nie było jak. Okazało się, że mając ponad trzydzieści lat mam już jak, ale mało co z tego wychodzi. Czegoś tam się niby nauczyłam i nawet bywało, że sprawiało mi to frajdę, ale szału nie było. No i nigdy nie odważyłam się wyjechać na środek lodowiska.

Potem naszła mnie refleksja, że w sumie to dawniej wykorzystywałam komputer do trochę szerszych celów niż obecnie i postanowiłam trochę do tego wrócić. Udało mi się to tak skutecznie, że obecnie rzadko kiedy zdarza mi się dzień bez dłubania jakiegoś cosia. Wygląda na to, że pomysł był rewelacyjny i dzięki niemu oszczędzę na wielu płaszczyznach - ciuchach, kosmetykach etc. Bo mąż z jakiegoś powodu bardziej się cieszy z żony piszącej coś w Pythonie niż z takiej, która wróciła od fryzjera. 

No a potem poszłam na całość i wyjechałam z Kalifornii.

Pomysł nie pojawił się jakoś nagle. Właściwie to o opuszczeniem tej mlekiem i miodem płynącej krainy myśleliśmy już od dość dawna. Mam jednak poczucie, że to opuszczanie Kalifornii odbyło się jakoś na szybko i że nie ze wszystkimi pożegnałam się tak jak chciałam. Z drugiej jednak strony pożegnania nie zawsze są dobre, a odległości w dzisiejszych czasach czasem znaczą tak mało, że nie jest wykluczone, iż wszystkich tych, którym nie zdążyłam powiedzieć "papa" jeszcze zobaczę. 

O samym opuszczaniu USA i o tym, czym były dla mnie cztery lata tam spędzone, powinnam napisać chyba osobnego posta. Jak ktoś mnie kopnie i przypomni, to napiszę.

Tymczasem informuję, że moje notki od teraz będą miały nieco bardziej irlandzki charakter. Zielona Wyspa po kilku odrzuceniach z naszej strony w końcu zdołała nas przyciągnąć. Przygoda trwa zatem nadal - a ja jak zwykle obiecuję sobie, że to już jej ostatni etap. Zaczynam dochodzić do wniosku, że przeprowadzić można się w każdych warunkach w niemal każde miejsce na świecie, ale wierzcie mi - to trochę męcząca sprawa.

Dość tej nudy. Następne razy będą o Kalifornii, o tym jak zgubiłam garnek z bigosem itd.

    niedziela, 12 czerwca 2016

    Zuryskie perypetie, czyli odkażanie karaluchów

    Do końca stresowałam się tym, że na miejscu nie mamy zaklepanego żadnego noclegu. Wprawdzie sytuacje, w których wyjeżdżaliśmy dokądś nie wiedząc, gdzie będziemy spali, już się zdarzały, ale to było w czasach przeddzieciowych. Wtedy wędrówka po hotelach, pytania o cenę i kalkulowanie, na co właściwie nas stać, nie była jakimś szczytem szaleństwa. Inaczej przedstawia się sytuacja, gdy w grę wchodzi trójka małych dzieci.

    D. zapewniał, że jakoś to będzie, a ja starałam się wierzyć tym lakonicznym zapewnieniom. W końcu nie wybieraliśmy się w jakieś nieznane miejsce - w Zurychu mieszkaliśmy przez kilka ładnych lat, urodziła się tam jedna z naszych córek. Tym razem pobyt miał trwać tylko kilka dni - ot, taki przystanek w drodze na wakacje w Polsce. D. miał w tym czasie pracować w tamtejszym biurze, a ja z dziewczynami planowałam długie wędrówki nad jeziorem. Tak na dobrą sprawę w ciągu dnia nie potrzebowaliśmy żadnego lokum. Gdzieś jednak musieliśmy trzymać walizki. No i spać.

    Na widok znajomego, białego budynku z niebieskimi balkonami nieco się zdziwiłam. To tutaj zamieszkaliśmy jesienią 2008 roku jako bezdzietna, kompletnie zielona w kwestii emigracji para. Wyprowadzaliśmy się w roku 2012, jako rodzice rocznego dziecka, zostawiając za sobą masę wspomnień i kilka plam z czerwonego wina na dywanie. Nie bardzo rozumiałam, co robimy w tym miejscu latem roku 2016. Przecież to zwykły blok, nie hotel.

    - Pamiętasz, mieliśmy jeden dorobiony klucz - zaczął mi tłumaczyć D. - Nie oddałem go przed wyprowadzką. Możemy tu kilka dni posiedzieć... Nikt się nie czepi.
    - No ale jak to - powątpiewałam. - Tam nikt nie mieszka, czy jak?
    - Mieszka jedna kobieta. Ale ona wynajmuje tylko jeden pokój, dwa pozostałe są wolne... Wytłumaczymy jej co i jak.
    - A właściciel?
    - Podczas tych czterech lat, kiedy tu mieszkaliśmy, jakoś nas nie odwiedzał. Dlaczego miałby to robić teraz?

    Probowałam oponować, mówić o sąsiadach, z których któryś przecież nas zauważy i zawiadomi właściciela mieszkania, a może nawet policję. W końcu to, co robiliśmy, było poniekąd włamaniem. Wizja wylądowania na ulicy z bagażem i trójką dzieci w środku nocy wydawała się zarówno przerażająca, jak i całkiem realna. Ale nie dla mojego męża - ochoczo przystąpił do wnoszenia po schodach naszego zamkniętego w kilku walizkach dobytku.

    Kobieta, które zamieszkiwała jeden pokój w dobrze mi znanym mieszkaniu na Zurlindenstrasse w Zurychu miała krótkie, jasne i kręcone włosy. Zgodziła się na nasz tymczasowy pobyt, choć nie była nim zachwycona.
    - To się wyda - twierdziła. - Poza tym ja już o was słyszałam. Chodzicie po ludziach, wmawiacie im, że przeprowadzacie się ze Stanów do Irlandii, a tak naprawdę badacie grunt tu, na miejscu...
    - To tylko kilka dni - szeptał mi D., widząc moje przerażone spojrzenie. - Jutro rano wyjdź gdzieś z dziećmi, możesz je nawet spróbować zostawić w jakimś przedszkolu.
    - Oszalałeś?! Przecież szwajcarskie przedszkola są koszmarnie drogie.
    - No są, ale to tylko kilka dni. Poza tym w ten sposób, gdyby właściciel zajrzał tu w ciągu dnia, to zwyczajnie nas nie zastanie.

    Następnego dnia rzeczywiście poszłam do pobliskiego przedszkola. Cena za pojedynczy dzień dla trójki moich dzieci znacznie przekraczała to, co musielibyśmy zapłacić za nocleg w hotelu. Czy mój mąż zwariował? Postanowiłam do niego zadzwonić.
    - Słuchaj, czy my naprawdę nie możemy wynająć pokoju w hotelu? To o wiele tańsze niż przedszkole i nie musielibyśmy się cykać z tym, że ktoś nas nakryje...
    - Ech, ty nic nie rozumiesz - usłyszałam w słuchawce głos męża. - W tym mieszkaniu zostały nasze walizki, a dziś i tak tam nie wrócimy.
    - Dlaczego nie?!
    - Bo będzie tam przeprowadzane odkażanie karaluchów - wyjaśnił małżonek i mniej więcej wtedy się obudziłam.

    _______________
    Ciekawostka: sny, w których nielegalnie pojawiam się w różnych zamieszkiwanych przeze mnie w przeszłości miejscach zdarzają mi się regularnie. Dość często na przykład po imprezie w Warszawie ląduję w domu w pobliżu skrzyżowania Woronicza z Wołoską, w którym kiedyś wynajmowałam pokój. Otwieram sobie drzwi kluczem, którego nigdy nie zwróciłam i po cichu pomykam schodami na górę, w nadziei, że nikt mnie po drodze nie spotkam. Również mieszkanie w Zurychu odwiedzam od czasu do czasu. Przy jednej z takich sennych wizyt zorientowałam się, że w 2012 roku zostawiłam tam wszystkie swoje buty.


    wtorek, 7 czerwca 2016

    Agata i jej pralki. Historia na rozdziały podzielona

    Podobno do wytrwałych świat należy, a sukces to przede wszystkim ciężka praca, którą talent może zaledwie wspierać. Brzmi fajnie i motywująco. Ale moje skille w zakresie używania pralki najwyraźniej nie mają o tym wszystkim zielonego pojęcia.

    Zawsze było źle. W dzieciństwie miałam szczęście - temat prania rozgrywał się jakby poza mną i chyba wszystkim to pasowało. Oczywiście od czasu do czasu coś tam zebrałam, przełożyłam i wymieniłam, ale ogólnie rzecz biorąc można stwierdzić, że choć w rodzicielskim domu miałam różne obowiązki, to jakoś te związane z pralką do nich raczej nie należały. A potem poszłam na studia. I wtedy zaczął się koszmar.

    I - Czas bez pralki

    Mieszkanie, w którym wylądowałam w wieku lat dziewiętnastu, pralki nie posiadało. Zdaje się, że w tamtych czasach nie była to jakaś niecodzienna sytuacja. Z tego co kojarzę wielu moich znajomych ze studiów na UJ również nie dysponowało pralką. Okoliczność ta warunkowała oczywiście regularność wizyt u rodziców. Coś tam zawsze dawało się przeprać ręcznie, ale tak czy siak raz na kilka tygodni wsiadałam do pociągu obarczona olbrzymim plecakiem wypchanym brudnymi ciuchami. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ten rodzaj transportu odzieży doprowadziłam niemal do perfekcji i w szczytowym okresie moich logistycznych zmagań z praniem w miejscu oddalonym o 300 km od miasta, w którym mieszkałam, potrafiłam wbiegać do pociągu z dwoma plecakami ze stelażem. I tylko raz ktoś miał do mnie pretensje, że moje klamoty zajmują tyle miejsca.

    Stan bezpralkowia trwał jakiś czas. Jak na złość wszystkie mieszkania, przez które w tym czasie przewinęła się moja skromna osoba, nie miały pralki. Za to jedno z nich miało wannę w kuchni. Coś za coś - nie można mieć wszystkiego.

    Wszystko to wpływało dobrze na relacje w mojej rodzinie - jako że wpadałam zwykle na weekend, a jedna pralka nie dawała rady takim stosom ciuchów, to trzeba było czasem zwracać się o pomoc do ciotki.

    Pytanie, które zadaję sobie do dziś, brzmi: "dlaczego ja po prostu nie kupiłam sobie pralki?". Pralki tanie nie są, ale rehabilitacja kręgosłupa, którą zaliczyłam kilka lat później, też trochę kosztowała. No ale dzięki temu wszystkiemu ta notka zyskała kilka dodatkowych linijek.


    II - Czas pralki zaborczej

    Zwrot akcji nastąpił w momencie, w którym wprowadziłam się do mieszkania D. Tam pralka była. I to taka, jaką zawsze chciałam mieć - otwierana z przodu, z szybką, przez którą widać było kręcące się w środku pranie. Nie wiem co mnie napadało, ale przez jakiś czas lubiłam ludziom wmawiać, że lubię się na to patrzeć. Jakimś cudem niektórzy uwierzyli.

    Pralka znacząco podniosła jakość moich podróży do rodziców - mogłam je odbywać w towarzystwie małego, podręcznego plecaczka, a sam pobyt nie był już absurdalnym wyścigiem z czasem. Nie było jednak aż tak idealnie - pralka, którą miałam do dyspozycji, była bowiem sprzętem krnąbrnym i zaborczym. Potrafiła wałkować w sobie ciuchy przez dobre trzy czy cztery godziny bez żadnego wyraźnego powodu. Bywały też jakieś problemy z otwieraniem jej po zakończeniu programu. Jakie - nie pamiętam i pamiętać nie chcę.


    III - Czas pralki z opcji niemieckiej

    W 2006 roku wyjechałam na półroczne stypendium do Niemiec. Mieszkałam w akademiku, w którym ogólnie rzecz biorąc było mi bardzo wygodnie. Pomijając kwestię prania.

    Wyobraźcie sobie wielki budynek, składający się z dwóch skrzydeł. Każde ze skrzydeł miało pięć pięter, a każde piętro - 14 pojedynczych pokoi dla studentów. W piwnicy akademika były trzy pralki, którymi jakoś musieliśmy się dzielić. Aby ułatwić organizację tego wszystkiego, obowiązywała specjalna lista zapisów. Niby prosta sprawa - zejść do piwnicy, dopisać się do odpowiednich rubryk, w odpowiednim czasie przyjść z klamotami, uprać, wywiesić, wrócić do pokoju...

    Tylko że nie.

    Wizja tych niemieckich pralek jakoś mnie przerażała. Weteranem prania nie byłam, te stojące w piwnicy akademika wyglądały kompletnie inaczej niż te, których dotychczas używałam. Niby była do nich jakaś instrukcja, ale po niemiecku. Pokażcie mi człowieka, który z ochotą przystąpi do czytania instrukcji pralki po niemiecku.

    W końcu jednak doszłam do momentu, w którym kończyły mi się ciuchy, a pranie ręczne zrobiło się nieco uciążliwe. Zeszłam do piwnicy, gotowa zapisać się na pierwszy lepszy termin...

    ...który wypadał jakoś tydzień później. O 8 rano. Westchnęłam, litując się nad swoim brakiem przewidywalności i na wszelki wypadek zapisałam się od razu na dwie sesje prania.

    Kilka dni później, zaspana do granic możliwości (żadne z zajęć nie zaczynały mi się o 8, przyzwyczaiłam się do długiego spania rano), stałam przed niemiecką pralką z naręczem wymagających natychmiastowego prania ubrań. Stałam, patrząc bezsilnie na wredną maszynę. To był moment, w którym zorientowałam się, że to cholerne pranie kosztuje. Żeby to koromysło w ogóle zaczęło pracować, należało wrzucić w odpowiednie miejsce kilka moment po 25 eurocentów każda. I wiecie co? Ja tych cholernych monet nie miałam.

    Kolejne podejście do prania też nie wyszło. Tym razem nie miałam ze sobą proszku do prania. No bo kurde - założyłam, że opakowania proszku będą obok pralek. Skoro już ktoś płaci za wodę i prąd, dlaczego nie miałby płacić za sam proszek?!

    Dziś mogę mówić o podwójnym sukcesie. Nie tylko opanowałam obsługę pralek w niemieckiej piwnicy, ale zdołałam przeżyć 10 lat bez opowiadania tej historii komukolwiek. Chyba, że czegoś nie pamiętam.


    IV - Pralki amerykańskie

    Ci, którzy znają mój życiorys, zauważą zapewne, że pominęłam tu dwa etapy: pralki warszawskiej i szwajcarskiej. Musicie wiedzieć, że jakimś cudem obie po prostu działały. Do tego stopnia, że zaczęłam wierzyć, że moje relacje z tymi urządzeniami mogą stać się podobne do tych, którymi może pochwalić się większość śmiertelników.

    W USA pranie zaczęło stanowić dość istotny element mojego życia. Związane to było z dwiema rzeczami:
    - w przeciwieństwie do doświadczeń z Niemiec, Szwajcarii i Warszawy, pralkę miałam w mieszkaniu, nie trzeba było nigdzie schodzić, ani na nic się zapisywać. Mogłam cieszyć się regularnymi sesjami pralniczymi bez niepotrzebnego stresu i zakłóceń na linii towarzysko-sąsiedzkiej.
    - jakoś tak wyszło, że w ciągu kilku lat na świecie pojawiła się trójka moich dzieci, a to oznacza, że prać trzeba często.

    W Stanach, jak to w Stanach, wszystko było na opak. Pralki co prawda działały, ja za to działałam gorzej. Raz na jakiś czas wpadałam we wściekłość, bo okazywało się, że uprałam coś, czego prać w ogóle nie należało. Na przykład pomarańczową kredkę. Dureksa. Pampersa. I tak dalej, i tal dalej. Jakoś to jednak szło. Tyle, że z przygodami.


    V - Pralki irlandzkie

    Pisząc te słowa, mogę się pochwalić kontaktem z zaledwie dwiema irlandzkimi pralkami. Obie były (i przynajmniej jedna z nich jest nadal) wyposażona w opcję suszenia. Suszenia, które nie suszy. Cholerstwo ogrzewa ciuchy do jakiejś masakrycznej temperatury, a ja wyciągam je takie nagrzane i mokre jednocześnie. Tak jest za pierwszym razem, bo muszę przyznać, że w każdym kolejnym suszeniem wszystko jest jakby mniej mokre.

    I tu pojawia się moje pytanie - czy wszystkie pralko-suszarki są takie beznadziejne? Dotychczas miałam do czynienia wyłącznie z suszarkami stanowiącymi względem pralek byt osobny i one działały ok.


    Epilog

    Wiem, ta notka jest od czapy. Ale wszystkie zawarte w niej historie są prawdziwe. Staram się jakoś zatuszować lęk przed jutrzejszym lotem. :)

    czwartek, 19 maja 2016

    Frustracja + to, czego Agatki nie lubią

    Wiecie, co to jest frustracja? Frustracja to jest to, co czujesz, kiedy wyciągasz z pralki pranie i zauważasz, że wszystko oblepione jest jakimś białym paskudztwem. Spoko, upranie chusteczki higienicznej czasem się zdarza. Może tobie pranie przypadkowych rzeczy zdarza się ciut częściej niż innym. Albo może tak ci się tylko wydaje. To nie ma znaczenia. Umówmy się, że na 11 dni przed przeprowadzką z USA do Europy wszystko może wytrącić z równowagi. A upaćkane pranie nie jest chyba ostatnie na liście tego, co potencjalnie może wkurzać.

    Pomyślałam sobie, że skoro już i tak jestem wkurzona, to równie dobrze mogę to wykorzystać i wyładować frustrację tu, tworząc przy okazji notkę, która od dawna już chodziła mi po głowie. Będzie to notka dość osobista, wyrażająca moje niezrozumienie dla świata, reguł w nim obowiązujących i zamieszkujących go ludzi.

    Będzie o tym, czego nie lubię, choć wszyscy dookoła mnie zdają się to uwielbiać.

    1) Chałwa
    Po raz pierwszy zjadłam chałwę jako mała dziewczynka. Kuzynka zabrała mnie do koleżanki, od której miała "wziąć lekcje" po okresie nieobecności w szkole. Koleżanka miała dość miłą mamę, która przez całą wizytę częstowała nas chałwą. Męczyłam się całe popołudnie, posłusznie połykając kolejne podtykane mi porcje. Pamiętam uczucie ulgi, które mi towarzyszyło, gdy po tym wszystkim zakładałam buty. Oraz przerażenie, które z kolei poczułam, kiedy już wyszłyśmy z domu, a mama koleżanki wybiegła za nami, niosąc dodatkowe porcje chałwy.
    Dawałam potem chałwie szansę jeszcze dwa czy trzy razy. Efekt był zawsze ten sam. Chałwa to najbardziej obrzydliwa rzecz, jaką zdarzyło mi się jeść.

    2) Żarcie z food trucków
    Jestem mało wybredna, jeśli chodzi o jedzenie (nawet chałwę jadłam, jak dawali...), ale oczywiście są rzeczy, które smakują mi bardziej lub mniej niż inne. I naprawdę nie rozumiem, jak można woleć posiłek food truckowy od najprostszej domowej jajecznicy. Może ja miałam do czynienia ze złymi food
    truckami?

    3) Chipsy
    Jakiś czas temu matka koleżanki mojej córki zapytała mnie, czy ja też mam problem polegający na tym, że moje dzieci chcą ciągle jeść chipsy. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie. Moje dzieci nie mają do czynienia z chipsami z tego prostego powodu, że ja ich nie lubię i nie kupują. Pewien wyjątek stanowią chipsy cebulowe, ale nie jest to namiętność na tyle silna, bym szperała po sklepowych półkach.

    4) Kawa
    Ok, tak dla towarzystwa mogę wypić. Najchętniej bez mleka, albo z bardzo małą jego ilością. Dla mnie świat gorących napojów kręci się wokół herbaty.

    5) Samochody
    Na ten temat mogę napisać książkę. To nie jest tak, że nienawidzę samochodów. Ja po prostu nie rozumiem fascynacji tematem. Kocham tramwaje i autobusy, nawet te zapchane, bez klimatyzacji przy trzydziestu stopniach. Jest trochę tak, jakby ta forma przemieszczania się zapewniała mi więcej swobody i anonimowości. Tę miłość do komunikacji miejskiej regularnie psują mi sny o tym, jak to jadę dokądś bez ważnego biletu. No ale.

    6) Steki
    Nie jestem wegetarianką, ale steki do mnie nie przemawiają. Wolę prawie każdą inną formę mięsa.

    7) Buty
    Znajomi każą dopisać. No fakt, ja lubię boso.

    Dobra, idę sprawdzić pranie...


    niedziela, 15 maja 2016

    Eurowizja!

    No więc ten: ja zawsze lubiłam Eurowizję. Przez całe lata, kiedy jeszcze mieszkałam w Europie transmisja z konkursu była jedną z nielicznych okazji, kiedy przypominałam sobie o fakcie posiadania telewizora. Nie ograniczałam się zresztą wyłącznie do roli widza: głosowałam na najlepsze moim zdaniem piosenki, a wśród przedstawianych przez uczestników utworów znajdowałam czasem takie, do których potem często wracałam. Przykładem mogą być piosenki Madness of Love (Raphael Gualazzi) oraz Rändajad (Urban Symphony).

    Ale żeby nie było: większość muzyki prezentowanej na Eurowizji zwyczajnie mi się nie podoba. Z jakiegoś pokręconego powodu lubię te, które wyśmiewają sam konkurs oraz oczywiście te, które przeszły przez sito moich muzycznych preferencji. Całość traktuję trochę jako rodzaj kabaretu, który lubię oglądać. Najlepiej z kieliszkiem wina w dłoni. Albo miseczką lodów o smaku sernika truskawkowego, jak to miało miejsce podczas Eurowizji 2011. Może to i strata czasu (pomijając te nieliczne fajne piosenki, które jednak gdzieś tam we mnie zostają), ale raz na rok chyba można.

    Odkąd mieszkam w USA, tematu Eurowizji jakoś namiętnie nie śledzę - nie ta strefa czasowa, no i nie do końca ogarniam temat oglądania stąd europejskiej TV (pewnie ma to jakiś związek z faktem, że telewizor jest u mnie urządzeniem służącym do oglądania Netfliksa). Ale wieść o tym, że Polskę będzie reprezentował Michał Szpak jakoś tam do mnie dotarła i nawet ucieszyła - wprawdzie kojarzyłam tylko jeden występ tego wokalisty, ale ponieważ chodziło o Dziwny jest ten świat Czesława Niemena, to zapamiętałam go dość dobrze.

    Podczas trwania tegorocznego konkursu byłam akurat na etapie gotowania kurczaka w mleku kokosowym, ale chciwie podczytywałam kolejne doniesienia o wynikach festiwalu. No i wiecie, fajnie jest. Szpak pokazał, że śpiewać potrafi i miło, że zostało to zauważone, mimo powtarzających się od lat głosów o tym, że Polska na Eurowizji wypada kiepsko, bo nie lubią nas inne kraje.

    Ale jest coś jeszcze.

    Obserwując wpisy moich znajomych na Facebooku śmiem stwierdzić, że w tym roku wyjątkowo oglądanie Eurowizji nie jest obciachem. ;-) Co naprawdę mnie cieszy.

    wtorek, 10 maja 2016

    MacGyver w kuchni i łazience, czyli jak się robi pączki

    Był luty 2014 roku, a my postanowiliśmy po raz pierwszy w życiu usmażyć pączki. Poniekąd zmusiła nas sytuacja - chcieliśmy pocelebrować tłusty czwartek, a udawania, że amerykańskie donuty mogą udawać polskie pączki, mieliśmy zwyczajnie dość.

    Niby wszystko wydawało się proste. Mieliśmy wszystkie składniki, odpowiednio głęboki garnek, w którym dało się zanurzać uformowane kule, nabyliśmy nawet specjalny termometr do sprawdzania temperatury oleju (przy jego zakupie upierał się oczywiście mój jak zawsze dokładny małżonek). Ok, nie mieliśmy szprycy do nadziewania naszych produktów różaną marmoladą, samą marmoladę natomiast posiadaliśmy i uznaliśmy, że wprowadzimy ją do środka jakoś inaczej (uwaga: udało się).

    Nie brakowało nam też zapału, oraz - co tu ukrywać - pewnego doświadczenia kulinarnego na innych polach, w tym cukierniczym. 

    Jak wiadomo, pierwsze razy wychodzą czasem tak sobie. Nam jednak wyszło, nie chwaląc się, naprawdę dobrze. Mniej więcej połowa pączków miała nieco dziwny kształt, na te ładniejsze, późniejsze egzemplarze, zabrakło nam z kolei lukru, ale smakowo w zasadzie nie mieliśmy zastrzeżeń. Trochę tylko przeliczyliśmy się z czasem: jakoś tak zakładaliśmy, że cały proces potrwa mniej więcej tyle czasu co pieczenie przeciętnego ciasta, zatem do roboty wzięliśmy się około dwudziestej. Skończyliśmy o czwartej nad ranem. No, ale szczęśliwi czasu nie liczą.

    Wszystko to było już dość dawno temu, a ponieważ pączki nie są jakimś stałym elementem mojego jadłospisu, to ich wspomnienie nie spędza mi snu z powiek. Ostatnio jednak temat wyszedł sam przy okazji babskiego spotkania w knajpie i postanowiłam podzielić się swoim tłustoczwartkowym doświadczeniem.

    - Najgorsza sprawa była z wyrośnięciem ciasta - tłumaczyłam grupie polskich koleżanek, z których pewnie każda posiadała jakieś doświadczenia z zakresu produkcji pączków. - Wiecie, w lutym noce w Kalifornii są raczej zimne, a przepis nakazał odstawienie kul z ciasta drożdżowego w ciepłe miejsce. No więc, nie wiem jaki wy macie sposób, ale ja po prostu zrobiłam w łazience parówę: nalałam do wanny bardzo gorącej wody, postawiłam gdzieś tam blisko pączki i zamknęłam drzwi. Ślicznie wyrosły.

    I tu zapadła cisza. Wpatrywało się we mnie kilka par oczu wyrażających lekkie zdziwienie i jasne było, że z moją historią było coś nie tak.

    - Ty tak serio? - zapytała któraś koleżanka. Inna uprzejmie wyjaśniła:
    - Bo wiesz, jak ciasto drożdżowe trzeba wstawić do ciepłego miejsca, to po prostu nagrzewa się tak trochę piekarnik i tam wstawia na chwilę to ciasto.
    - Yyy... - zająknęłam się. Rozwiązanie stosowane przez koleżanki było tak bajecznie proste, że aż było mi głupio. - No dobra. Ale jeśli kiedyś będziecie chciały robić pączki i akurat zepsuje się piekarnik... to wiecie co robić.