niedziela, 15 maja 2016

Eurowizja!

No więc ten: ja zawsze lubiłam Eurowizję. Przez całe lata, kiedy jeszcze mieszkałam w Europie transmisja z konkursu była jedną z nielicznych okazji, kiedy przypominałam sobie o fakcie posiadania telewizora. Nie ograniczałam się zresztą wyłącznie do roli widza: głosowałam na najlepsze moim zdaniem piosenki, a wśród przedstawianych przez uczestników utworów znajdowałam czasem takie, do których potem często wracałam. Przykładem mogą być piosenki Madness of Love (Raphael Gualazzi) oraz Rändajad (Urban Symphony).

Ale żeby nie było: większość muzyki prezentowanej na Eurowizji zwyczajnie mi się nie podoba. Z jakiegoś pokręconego powodu lubię te, które wyśmiewają sam konkurs oraz oczywiście te, które przeszły przez sito moich muzycznych preferencji. Całość traktuję trochę jako rodzaj kabaretu, który lubię oglądać. Najlepiej z kieliszkiem wina w dłoni. Albo miseczką lodów o smaku sernika truskawkowego, jak to miało miejsce podczas Eurowizji 2011. Może to i strata czasu (pomijając te nieliczne fajne piosenki, które jednak gdzieś tam we mnie zostają), ale raz na rok chyba można.

Odkąd mieszkam w USA, tematu Eurowizji jakoś namiętnie nie śledzę - nie ta strefa czasowa, no i nie do końca ogarniam temat oglądania stąd europejskiej TV (pewnie ma to jakiś związek z faktem, że telewizor jest u mnie urządzeniem służącym do oglądania Netfliksa). Ale wieść o tym, że Polskę będzie reprezentował Michał Szpak jakoś tam do mnie dotarła i nawet ucieszyła - wprawdzie kojarzyłam tylko jeden występ tego wokalisty, ale ponieważ chodziło o Dziwny jest ten świat Czesława Niemena, to zapamiętałam go dość dobrze.

Podczas trwania tegorocznego konkursu byłam akurat na etapie gotowania kurczaka w mleku kokosowym, ale chciwie podczytywałam kolejne doniesienia o wynikach festiwalu. No i wiecie, fajnie jest. Szpak pokazał, że śpiewać potrafi i miło, że zostało to zauważone, mimo powtarzających się od lat głosów o tym, że Polska na Eurowizji wypada kiepsko, bo nie lubią nas inne kraje.

Ale jest coś jeszcze.

Obserwując wpisy moich znajomych na Facebooku śmiem stwierdzić, że w tym roku wyjątkowo oglądanie Eurowizji nie jest obciachem. ;-) Co naprawdę mnie cieszy.

wtorek, 10 maja 2016

MacGyver w kuchni i łazience, czyli jak się robi pączki

Był luty 2014 roku, a my postanowiliśmy po raz pierwszy w życiu usmażyć pączki. Poniekąd zmusiła nas sytuacja - chcieliśmy pocelebrować tłusty czwartek, a udawania, że amerykańskie donuty mogą udawać polskie pączki, mieliśmy zwyczajnie dość.

Niby wszystko wydawało się proste. Mieliśmy wszystkie składniki, odpowiednio głęboki garnek, w którym dało się zanurzać uformowane kule, nabyliśmy nawet specjalny termometr do sprawdzania temperatury oleju (przy jego zakupie upierał się oczywiście mój jak zawsze dokładny małżonek). Ok, nie mieliśmy szprycy do nadziewania naszych produktów różaną marmoladą, samą marmoladę natomiast posiadaliśmy i uznaliśmy, że wprowadzimy ją do środka jakoś inaczej (uwaga: udało się).

Nie brakowało nam też zapału, oraz - co tu ukrywać - pewnego doświadczenia kulinarnego na innych polach, w tym cukierniczym. 

Jak wiadomo, pierwsze razy wychodzą czasem tak sobie. Nam jednak wyszło, nie chwaląc się, naprawdę dobrze. Mniej więcej połowa pączków miała nieco dziwny kształt, na te ładniejsze, późniejsze egzemplarze, zabrakło nam z kolei lukru, ale smakowo w zasadzie nie mieliśmy zastrzeżeń. Trochę tylko przeliczyliśmy się z czasem: jakoś tak zakładaliśmy, że cały proces potrwa mniej więcej tyle czasu co pieczenie przeciętnego ciasta, zatem do roboty wzięliśmy się około dwudziestej. Skończyliśmy o czwartej nad ranem. No, ale szczęśliwi czasu nie liczą.

Wszystko to było już dość dawno temu, a ponieważ pączki nie są jakimś stałym elementem mojego jadłospisu, to ich wspomnienie nie spędza mi snu z powiek. Ostatnio jednak temat wyszedł sam przy okazji babskiego spotkania w knajpie i postanowiłam podzielić się swoim tłustoczwartkowym doświadczeniem.

- Najgorsza sprawa była z wyrośnięciem ciasta - tłumaczyłam grupie polskich koleżanek, z których pewnie każda posiadała jakieś doświadczenia z zakresu produkcji pączków. - Wiecie, w lutym noce w Kalifornii są raczej zimne, a przepis nakazał odstawienie kul z ciasta drożdżowego w ciepłe miejsce. No więc, nie wiem jaki wy macie sposób, ale ja po prostu zrobiłam w łazience parówę: nalałam do wanny bardzo gorącej wody, postawiłam gdzieś tam blisko pączki i zamknęłam drzwi. Ślicznie wyrosły.

I tu zapadła cisza. Wpatrywało się we mnie kilka par oczu wyrażających lekkie zdziwienie i jasne było, że z moją historią było coś nie tak.

- Ty tak serio? - zapytała któraś koleżanka. Inna uprzejmie wyjaśniła:
- Bo wiesz, jak ciasto drożdżowe trzeba wstawić do ciepłego miejsca, to po prostu nagrzewa się tak trochę piekarnik i tam wstawia na chwilę to ciasto.
- Yyy... - zająknęłam się. Rozwiązanie stosowane przez koleżanki było tak bajecznie proste, że aż było mi głupio. - No dobra. Ale jeśli kiedyś będziecie chciały robić pączki i akurat zepsuje się piekarnik... to wiecie co robić.

wtorek, 16 lutego 2016

Chorowanie 21+

Wciąż pamiętam swoje dziecięce choroby. Nie należałam do dzieci tryskających zdrowiem: kiedy chodziłam do szkoły, każdy sezon jesienno-zimowy oznaczał dla mnie nadejście długich dni, a niekiedy i tygodni spędzonych w domu, w towarzystwie mnóstwa tabletek i buteleczek z syropami, spośród których wciąż pamiętam niektóre smaki, te znienawidzone, których mimo upływu lat nie zdołałam zapomnieć, i te przyjemne, tajemnicze, niekiedy wyczekiwane, ale ograniczone surowymi wytycznymi wypisującego recepty lekarza.

Tak naprawdę lubiłam chorować, przynajmniej w czasach, gdy z czystym sumieniem mogłam określać siebie mianem dziecka. Szkolna absencja do pewnego czasu nie stanowiła wielkiego problemu - materiał z łatwością nadrabiałam w domu, poza tym przepisując w domowym zaciszu zeszyty koleżanek i kolegów miałam jako taką gwarancję utrzymania estetyki zapisków. W szkole pisałam brzydko, każde narzucone odgórnie tempo było dla mnie zbyt szybkie, wydobywało na powierzchnię skazę dziecka leworęcznego, które wbrew samemu sobie postanowiło nauczyć się pisać prawą ręką, by nie wyróżniać się na tle grupy rówieśników bardziej niż to konieczne.

Lubiłam chorować, bo niczego wtedy nie musiałam, a jednocześnie otaczała mnie aura troski i opieki rodziców. Pamiętam smaki zwykłych kanapek, przełykanych przez bolące gardło. Rybne kotlety "Kapitan Igloo", które apogeum swej popularności musiały chyba przeżywać w czasie jakiegoś ciągu chorobowego w moim wydaniu, bo kojarzą mi się jako potrawa przynoszona mi do łóżka. Przedpołudnia z mamą, która zostawała ze mną czasami w domu. No i czytanie książek.

Wizyty kolegów, przynoszących mi lekcje. Kolegów, a nie koleżanek, bo tak jakoś wyszło, że moje rówieśniczki nie grały w gry komputerowe, a koledzy - owszem. Byłam wtedy taka dumna z tego zadawania się z chłopakami, czułam się co najmniej tak, jakbym miała wyrosnąć na super popularną dziewczynę. Błąd - jeśli czegoś się nauczyłam przez pierwsze dwadzieścia lat swojego życia, to że faceci lecą na dziewczyny zachowujące się jak stereotypowe dziewczyny. A tym, z którymi się kumplują (z którymi grają w gry, piją piwo etc.), opowiadają o zawiedzionych uczuciach względem tych pierwszych.

Na ostatnią fajną chorobę zapadłam mając lat 21. Nie miałam wtedy pracy ani dzieci, były wakacje, a ja spędziłam dwa tygodnie w swoim panieńskim łóżku w mieszkaniu rodziców, pochłaniając książkę za książką. Przeczytałam wtedy Grę w klasy Cortázara i Dom dzienny, dom nocny Olgi Tokarczuk. I mnóstwo innych książek - doskonale pamiętam stertę rosnącą na moim stojącym obok łóżka biurku. Niby byłam już dorosła, ale rodzice zajęli się mną jak oseskiem.


Dorosłe chorowanie nie ma w sobie nic fajnego. Obniża pensję. Utrudnia zajmowanie się dziećmi (które, niespodzianka, często chorują właśnie wtedy, kiedy ich mama). Powoduje piętrzenie się zaległości w najróżniejszych sferach: zawodowych, domowych, towarzyskich. Cholera, kiedy miałam te 10 lat, dzieciaki przynosiły mi lekcje i nie było w ogóle tematu tego, że zarażam. Dziś sama ostrzegam znajomych przed bezpośrednim kontaktem ze mną, w trosce o nich samych, ich ewentualne zaległości i rodziny.

Tak, jestem chora. Właśnie zdrowieję, w towarzystwie trzech również zdrowiejących panienek w wieku od prawie dwóch do prawie pięciu lat. Dziś rano nareszcie obudziłam się bez bólu gałek ocznych, co oznaczało brak konieczności wyboru pomiędzy wzięciem leku, po których ogólne samopoczucie mocno mi się poprawi, ale za to żołądek stanie w poprzek, a dobrowolnym pozostaniem w stanie zamroczonym, za to z prawidłowo funkcjonującym układem pokarmowym.

Bo okazuje się, że i te leki, które brałam w dzieciństwie, były jakieś fajniejsze.

Ale ja tu gadu-gadu, a tak naprawdę chciałam Wam tylko powiedzieć, że chorowanie, jak się już jest dorosłym - ssie.

I tyle.


środa, 3 lutego 2016

Styczniowe czytanie, czyli pora na podsumowanie

Styczeń zakończyłam z czternastoma przeczytanymi książkami na koncie. Sam
a nie wiem skąd ich się aż tyle wzięło - styczeń 2016 roku był dla mnie miesiącem lekko nijakim, takim do odbębnienia i zapomnienia. W dodatku jakieś dwa tygodnie spędziłam w towarzystwie chorych dzieci i wierzcie mi - to nie były bardzo sprzyjające warunki do czytania.

Wśród tego, co udało mi się przeczytać od początku roku, jest aż sześć książek Andrzeja Pilipiuka: 2586 Kroków, Aparatus, Czerwona gorączka,  Reputacja, Rzeźnik drzew oraz Operacja: Dzień wskrzeszenia. Z wyjątkiem ostatniej pozycji wszystko to tomy opowiadań. Jak zwykle w przypadku Pilipiuka mam bardzo mieszane uczucia: facet potrafi być zabawny, miewa świetne pomysły, ma też sporą wiedzę, którą przekazuje czytelnikowi niejako mimochodem. Nie potrafię się jednak oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z grafomanem o porządnym historycznym wykształceniu. W dodatku po pewnym czasie zaczynają mnie drażnić przebijające z niemal każdego opowiadania poglądy autora - pewnie dlatego, że są dość różne od moich. Ale skoro mimo wszystko po tego Pilipiuka sięgam, to może coś w nim jest. Spośród wymienionych najbardziej mi się podobały opowiadania z 2586 Kroków i z Reputacji. Lubię utwory, których bohaterem jest doktor Skórzewski. Wydają mi się najbardziej neutralne światopoglądowo i podoba mi się ich pełen niesamowitości klimat.

Ja jestem Halderd Elżbiety Cherezińskiej przeleżało na moim czytniku zdecydowanie zbyt długo. To drugi tom cyklu Północna droga, której pierwsza część, Saga Sigrun, przeczytana dłuższy czas temu, lekko mnie rozczarowała. Być może była trochę słabsza, albo po prostu sięgnęłam po nią w niewłaściwym momencie? Ja jestem Halderd naprawdę mnie wciągnęło. Z lekturą pozostałych części raczej nie będę za długo czekać.

Córki gór Anny Jörgensdotter miały w sobie wszystko, by pozostawić mnie z wrażeniem odbycia udanej czytelniczej uczty. Ta książka jest po prostu piękna. Ponura, nierzadko zwyczajnie smutna, a jednocześnie cudownie napisana. No i ten nordycki klimat sprzed kilkudziesięciu lat! Na przeszło pięciuset stronach powieści autorka kreśli sylwetki grupy bohaterów w sposób tak pełny i wiarygodny, że czytelnik szybko się do nich przywiązuje. Jest w tej książce też jakiś niepokój, który z jednej strony przygnębia, z drugiej - nie pozwala odłożyć książki. Polecam.

Najlepsza książka na świecie Petera Stjernströma rozbawiła mnie do łez. Bo jak tu nie kochać powieści, zawierającej takie urocze kwestie jak "Ty pieprzony mufinie?" Pan Peter może zdecydowanie liczyć na mnie jako na czytelniczkę innych jego książek.

Podróże z Charleyem Johna Steinbecka tradycyjnie przeniosły mnie do Ameryki sprzed kilkudziesięciu lat. Tym razem autor pokazuje nam nie tylko Kalifornię - w towarzystwie swojego psa odbywa podróż przez całe Stany Zjednoczone.

Sekret w ich oczach Eduardo Sacheri to całkiem przyjemnie napisana powieść sensacyjna, na podstawie której nakręcono co najmniej dwa filmy. Główny bohater, urzędnik sądowy, po przejściu na emeryturę postanawia opisać pewną sprawę sprzed wielu lat, w którą chcąc nie chcąc zaangażował się nie tylko czysto zawodowo, ale też osobiście.  Przyjemna rozrywka.

Ship of Magic Robin Hobb, książka otwierająca cykl Liveship Traders pozostawiła mnie z uczuciem, które najchętniej określiłabym jako "sama nie wiem". Gdyby ktoś przedstawił mi akcję tej powieści w punktach, zapewne stwierdziłabym, że zapowiada się na coś całkiem ciekawego. A jednak w trakcie lektury zdarzało mi się czekać z utęsknieniem na koniec danego rozdziału z nadzieją, że kolejny będzie traktował o którymś z ciekawszych bohaterów. Poza tym czytając bardziej przywiązywałam się chyba do statków niż do ludzkich postaci. No, ale skoro to "żywe" statki, to może tak właśnie miało być? Zobaczymy, jak będzie mi się czytać kolejne tomy. Sam pomysł - świetny, elementy fantasy też.

Dziewczynę z porcelany Agnieszki Olejnik spokojnie można sobie odpuścić. Książka jest do bólu przewidywalna i miejscami drażniąca. Nie napiszę Wam, co wkurzyło mnie najbardziej, bo a nuż ktoś zechce jednak to przeczytać i zepsuję mu frajdę zdradzając zakończenie?

The Five Dysfunctions of a Team: A Leadership Fable Patricka Lencioni przeczytałam, bo:

  • było na Kindlu na skutek dokształcania się mojego małżonka;
  • było krótkie i proste, w tylko coś takiego byłam w stanie czytać siedząc przy prawie dwuletniej dziewczynce cierpiącej na wysoką gorączkę i jej dwóch kaszlących siostrach.
Książka przedstawia temat zawarty w tytule w formie opowieści o pewnej firmie w Dolinie Krzemowej. Nieco ciężko mi ją ocenić - nie zarządzam zespołem (chyba że liczymy członków rodziny) i temat raczej mnie nie dotyczy. Ale zarządzający mąż mówi, że fajna, więc pewnie tak jest.

___________________
No i to by było na tyle. Czytajcie, moi mili, bo to fajna sprawa. Ja lecę podczytać kawałek czwartego tomu Pana Lodowego Ogrodu Grzędowicza, którą to serię z całego serca wszystkim polecam.

wtorek, 2 lutego 2016

Eksterminacja

Dawid swoją paczkę dostał na amerykański adres. Wyjął ją pewnego dnia ze skrzynki na listy i od razu wiedział, co zawiera. Nieco zdenerwowany odłożył ją na bok i oświadczył, że będzie musiał się skontaktować z policją i prawnikami.
- Informowano mnie, że może coś takiego przyjść - tłumaczył. - Wysyłają to ludziom siedzącym na wizach. W środku jest jakiś syf, wąglik, może choroby w proszku, dość, że można umrzeć od samego oddychania nad tym.
Wzdrygnęłam się i pomyślałam z ulgą, że już za kilka tygodni nas tu nie będzie. Po kilku latach spędzonych w Kalifornii nareszcie wracamy do Europy! 

W Zurychu znaleźliśmy trzypokojowe, bardzo duże i jasne mieszkanie. Z porównaniu z tym, do czego przywykliśmy w Stanach, prowadziliśmy teraz bardzo towarzyskie życie. Pod naszym dachem niemal non stop przebywał jakiś gość. Znajomi dobrze się tu czuli, co uwalniało nas od formalnej strony tych wizyt. Bywało, że ten i ów po prostu wchodził, brał z regału książkę i siadał na kanapie, oddając się lekturze, kompletnie nie zawracając głowy gospodarzom.

Ale zachowanie jednego z regularnych gości nieco mnie niepokoiło. Ryszard P., znany polski polityk, bywał u nas niemal codziennie. Dość szybko zaczęłam odnosić wrażenie, że bardzo lubi spędzać czas w moim towarzystwie i znajdował mnóstwo wymówek, by mieć ku temu okazję. Pewnego dnia jakby nigdy nic przyszedł z siatką wypakowaną produktami spożywczymi i udawszy się do mojej kuchni zaczął gotować zupę. 

Oczyma wyobraźni widziałam się już na okładkach plotkarskich magazynów. Jako matka trzech córek średnio miałam ochotę na tego typu skandal, ale lubiłam Ryszarda. Poza tym byłam zwyczajnie ciekawa, jak się to wszystko potoczy. Mój domniemany wielbiciel dość długo ciągnął grę niedopowiedzeń i aluzji i zaczęłam się zastanawiać, czy zwyczajnie sobie czegoś nie wmówiłam.

Było jednak tyle innych spraw! Sytuacja polityczna zaczynała się robić niepewna. Spotkania z naszymi gośćmi zaczynały przybierać formę swego rodzaju konspiracji. O tym, że nawet tu nie byliśmy bezpieczni, przekonałam się pewnego popołudnia, kiedy spotkałam na klatce schodowej sąsiadkę, wyciągającą ze skrzynki pokaźnych rozmiarów paczkę.
- Proszę popatrzeć - zagadała mnie po niemiecku, z wyraźnie słowiańskim akcentem. - Niczego nie zamawiałam, może to jakaś pomyłka!
- Niech pani tego nie otwiera! - zareagowałam natychmiast. Paczkę poznałam od razu. - Czy jest pani imigrantką? Te paczki są niebezpieczne, rozsyłane są przez organizacje nazistowskie, walczące z obcokrajowcami.
- Tak, rzeczywiście - odparła przestraszona kobieta. - Jestem z Polski.
- Ja też - przyznałam. - Mieszkaliśmy przez kilka lat w Stanach, ale tam zaczęło się robić gorąco. Tuż przed powrotem do Europy mój mąż dostał identyczną paczkę. Zgłosił to na policję, pani też powinna.
- Sama nie wiem - zawahała się sąsiadka. - Wie pani, ja nie chcę zwracać na siebie żadnej uwagi...

Pewnego dnia Ryszard zaproponował mi wspólne wyjście. Z pozoru nie wyglądało to na randkę. 
- Pójdziemy do centrum handlowego - mówił. - Połazimy, pogadamy. Na ulicach może nie być bezpiecznie. Razem z nami pójdzie jeszcze kilka osób.
Zgodziłam się.

Przemierzaliśmy aleje galerii, oglądając wystawy sklepów i milcząc. Rozglądałam się z lekką ciekawością: doskonale znałam to miejsce, odwiedzałam je regularnie przed wyjazdem do Ameryki. Teraz nie czułam jednak żadnej przyjemności. Było trochę tak, jakby za każdym zakrętem mogło czaić się jakieś niebezpieczeństwo. Jakbyśmy bez przerwy byli na muszce snajpera.

I nagle ich zobaczyliśmy: grupa młodych ludzi obojga płci, tuż przed trzydziestką, ubranych w tradycyjne bawarskie stroje. Maszerowali dziarsko, śpiewając patriotyczną pieśń. Zauważywszy idącą samotnie cygańską nastolatkę, zatrzymali się i przytrzymując ją za ramiona, rozpoczęli wymierzanie ciosów. Nie chciałam na to patrzeć, ale wzrok mimowolnie wędrował mi w kierunku ten sceny. Zauważyła to jedna z oprawczyń. Zanim zdążyłam pomyśleć o ucieczce, podeszła i wymierzyła mi potężnego kopniaka. 
- Z tobą też mamy się rozprawić? - wysyczała.

Niepewnie ruszyłam przed siebie, spodziewając się, że zaraz poczuję na ramionach brutalny uścisk jakichś silnych rąk. Nic takiego nie nastąpiło. Ale nie czułam się wcale wolna: każdy kolejny krok napawał mnie strachem. Miałam wrażenie, że każdy jest już ostatnim, bo psychicznie nie będę w stanie znieść tego przerażenia. Ciągle jednak szłam. Byłam sama: przy okazji sceny z cygańską dziewczyną Ryszard i reszta moich towarzyszy gdzieś się zawieruszyła. Zza pleców dobiegały mnie szczątki rozmowy bojówkarzy.
- W najbliższym tygodniu będziemy wysyłać paczki ze sproszkowanymi chorobami do wszystkich mieszkańców tego miasta, których nazwiska kończą się na "ska" bądź "ski" - ktoś mówił. A potem nagle kroki ucichły i było tak, jakbym znalazła się w galerii zupełnie sama.
 
Chyba jestem bezpieczna, pomyślałam i odetchnęłam. Nie było przyjemnie, ale teraz mogę stąd po prostu wyjść i pójść do domu.

I wtedy usłyszałam hałas. Pod przeszklone ściany budynku zaczęły podjeżdżać czołgi, które od razu zaczęły rozpylać brązową substancję. Szybko zrozumiałam, że to trucizna. Bezradnie patrzyłam na pancerne pojazdy, obwieszone flagami ze swastyką. Czułam narastającą panikę. 

I wtedy się obudziłam.


środa, 27 stycznia 2016

Dlaczego nigdy nie zrozumiem Kopciuszka

Kiepski ten rok. Kiepski pisarsko. W 2015 trzaskałam notkę za notką, przez większą część roku udawało mi się w miarę regularnie prowadzić dziennik, a w ostatnich dniach grudnia dołączyłam entuzjastycznie do fejsbukowego wydarzenia "Napiszę swoją książką w 2016 roku". Nie żebym była taka pewna, iż zdołam ją napisać. Ale mam rozgrzebane to i owo i miło byłoby mieć rzetelną motywację, by coś z tego sklecić. Choćby dla osobistej satysfakcji.

Wygląda jednak na to, że kalifornijski styczeń stał się dla mnie w tym roku odpowiednikiem polskiego listopada. Może nie jest depresyjnie, ale z pewnością jest pasywnie. Zainteresowanym moimi poczynaniami na polu macierzyństwa powiem jeszcze, że początek roku upłynął mi pod znakiem nauki ogarniania trzech chorych, nieletnich istot jednocześnie. Naprawdę, pewne okoliczności przyrody nie wpływają pozytywnie na tak wzniosłe rzeczy jak natchnienie.

To ostatnie ma jednak to do siebie, że nigdy nie wiadomo, gdy nadejdzie. Sami wiecie: trzepot skrzydeł motyla i tak dalej. U mnie nie było aż tak wstrząsająco: ot, stałam sobie w korku, usiłując dowieźć członków rodziny do domu, ze świadomością bicia swoistego rekordu (3 mile w 50 minut), przeklinając samą siebie, że nie usiadłam na fotelu pasażera, bo tam mogłabym przynajmniej w spokoju posłuchać audiobooka, gdy nagle pomyślałam o Kopciuszku.

Wiecie, to ta biedna dziewczynka, która musiała obsługiwać macochę i przyrodnie siostry, a potem poszła na bal i rozkochała w sobie księcia. Bardzo nieedukacyjna opowieść - bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby, by jego dziecko wiązało się na całe życie z kimś, kogo nie tyle ledwie poznało, co z kimś, z kim przetańczyło parę kawałków, w dodatku wszystkie przed północą. Ale nie będę się tego jakoś bardzo czepiać, bo i średnio mam do tego prawo, jako osoba, która ustalała imiona dzieci z facetem poznanym trzy tygodnie wcześniej.

To nieodpowiedzialne zakochanie się Kopciuszka wcale nie jest bowiem tym, co dziwi mnie w tej historii najbardziej. Swoimi przemyśleniami postanowiłam podzielić się z siedzącym obok mnie małżonkiem.

- Ej, ja tego nie rozumiem. Dlaczego ona tak bardzo chciała iść na ten cholerny bal?
- Jak to dlaczego? - zdziwił się mąż. - Żeby się oderwać. Jakbyś ty musiała cały dzień sprzątać...
- No dobra - ciągnęłam. - Oderwać się, tak. Ale na bal?! Nie było ciekawszych okazji?

Rozmowa utknęła w tym punkcie. A ja posuwałam się z wolna w kierunku domu, wśród świateł aut rozjaśniających ciemność kalifornijskiego wieczoru i myślałam o tym, jak to kilkanaście lat (ufff, wciąż jeszcze kilkanaście) temu wzbraniałam się rękami i nogami przed pójściem na studniówkę, twierdząc uparcie, że to strata kasy i czasu. Tych, którzy mnie wówczas nie znali, uspokajam: w końcu poszłam. Namówili mnie. I było całkiem w porządku. Choć był to totalnie nie mój typ imprezy.

Właśnie dlatego nigdy nie zrozumiem Kopciuszka.

czwartek, 7 stycznia 2016

Grudniowe lektury, czyli ostatecznie pożegnanie z rokiem 2015

Rok 2016 zaczął się już kilka dni temu, a za mną chodzi zaległa notka, ta związana z postanowieniem powziętym jakoś w połowie 2015, zgodnie z którym co miesiąc staram się pisać choć kilka słów o książkach przeczytanych w miesiącu ubiegłym. Wróćmy zatem na chwilę do grudnia i przyjrzyjmy się kilku tytułom. Z góry uprzedzam, że nie będzie to notka z gatunku porywających - piszę ją z lekkim zniechęceniem. Nie chce mi się pisać, czytam świetną książkę. No, ale obiecałam sobie, nie? No dobra, to jedziemy.

Dziecko Rosemary (Ira Levin) to książka, na podstawie której Roman Polański nakręcił w 1968 roku film. To jeden z tych przypadków, kiedy ekranizacja dość wiernie oddaje treść powieści. Czyta się dobrze, choć jako że dzięki filmowi znałam już przebieg zdarzeń, zabrakło dreszczyku. Tak czy siak polecam, choć jeśli chodzi o panie w pierwszej ciąży, to radzę wstrzymać się do rozwiązania.

Cierpienia młodego Wertera (Johann Wolfgang Goethe). Nie, nie zwariowałam. Naprawdę to przeczytałam. A raczej przesłuchałam, bo doszłam do wniosku, że jedynym sposobem dobrnięcia do końca będzie słuchanie audiobooka w samochodzie. Nie jestem pewna, które to było podejście do treści tego słynnego dzieła. Bestseller drugiej połowy XVIII wieku nigdy nie miał we mnie wielkiej fanki. W czasach liceum i studiów mimo najlepszych chęci i sprzyjających okoliczności (kiedy próbowałam to czytać jako lekturę szkolną, byłam akurat chora, czyli warunki do spokojnej lektury w zasadzie miałam zapewnione) nie zdołałam przebrnąć przez tę krótką bądź co bądź książkę. Teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że ten temat mam odhaczony. I raczej już do niego nie wrócę.

Mężczyzna, który się uśmiechał i Fałszywy trop to kolejne tomy serii kryminalnej Henninga Mankella, którą podczytuję od kilku miesięcy. Oba tomy mnie wciągnęły i trafiły na moją mentalną półkę dla dobrze napisanych kryminałów.

Skoro już o kryminałach mowa, to wróciłam do książek Hakana Nessera, tym razem biorąc na warsztat pozycje z jego serii o komisarzu Barbarottim. Całkiem inną historię oraz Drugie życie pana Roosa nie tyle przeczytałam, co połknęłam. Martynka, miałaś rację - ta seria jest lepsza od tej z Van Veeterenem.

Pokolenie Ikea. Kobiety (Piotr C.) podobało mi się bardziej niż część pierwsza. Tak, wiem, mam prymitywny gust literacki. A przynajmniej miewam.

Cudowny czwartek Johna Steinbecka w wersji audiobookowej towarzyszył mi głównie podczas zmywania. Tak sobie myślę, że gdybym nie zamieszkała w Kalifornii, prawdopodobnie nigdy nie poznałabym tych wszystkich powieści Steinbecka. A to byłaby spora strata. Uwielbiam te jego historie z Monterey z pierwszej połowy XX wieku w tle.

Nie potrafię powiedzieć, czy głośna Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins) bardziej mnie wciągnęła czy rozczarowała. Owszem, byłam bardzo ciekawa rozwoju akcji, dość mocno przeżywałam perypetie głównej bohaterki, ale... spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Książki, przy lekturze której będę się bała wyjść do kuchni po kubek z herbatą. W końcu sam Stephen King był pod wrażeniem,
no nie? No więc u mnie było tak: powieść bardzo mi się podobała. Ale mam wrażenie, jakby te wszystkie przepełnione zachwytem recenzje dotyczyły zupełnie innej książki.

__________________
I to by było na tyle.  Odkładałam pisanie tej notki, bo i wracanie do 2015 roku jakoś mnie nie korci. Nie to, żeby był zły. Wręcz przeciwnie. Ale ten będzie lepszy.

:)