Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2015

Nigdy nie mów nigdy oraz Europejski Dzien bez Samochodu

Od czasów dziecięcych miałam jakąś wizję swojej przyszłości: na przykład marzyłam o tym, żeby pisać książki, mówić biegle w kilku językach, adoptować wraz z bratem jedenaścioro dzieci, z których każde będzie się specjalizować w innej dyscyplinie sportowej (sorry Grzesiek, nigdy Ci o tym nie mówiłam, ale miałam wtedy jakieś dziewięć lat i byłeś za mały, żeby zrozumieć, a potem zwyczajnie zapomniałam). Miałam też całą listę rzeczy, co do których obiecałam sobie, że nigdy w moim życiu nie będą miały miejsca.

Na przykład twierdziłam, że nigdy w życiu nie będę mieszkać za granicą.
Albo że nigdy nie będę siedzieć z dzieckiem w domu dłużej, niż przewiduje to urlop macierzyński.
Albo że nigdy nie będę mieć telewizora.
Ani samochodu.
A kiedy wśród moich czytających znajomych zaczęli pojawiać się tacy, którzy sprawiali sobie czytnik e-booków, twierdziłam, że nigdy, ale to nigdy nie będę używała takiego czegoś. Bo jak książka, to tylko papierowa, zajmująca określoną przestrzeń, stojąca na półce i dostarczająca czytającemu wrażeń wybiegających poza zwyczajną błogość wynikającą z lektury - wszak prawdziwa książka pachnie, a jej strony szeleszczą.

W pewnym momencie mojego życia pojawiła się druga połowa, która też miała swoje "nigdy". Wśród nich najlepiej zapamiętałam dwa:
- "nigdy nie mógłbym mieszkać w Szwajcarii"
- "nigdy nie mógłbym mieszkać w Stanach Zjednoczonych".
Przystałam na te oświadczenia bez większego problemu, sama miałam zamiar mieszkać przez całe życie w Krakowie, ewentualnie w Warszawie.

To nie jest tak, że całkiem mi nie wyszło. Telewizor mam, ale bez telewizji, więc czuję się rozgrzeszona. Jestem szczęśliwą posiadaczką Kindle, ale w tym przypadku przeszłam prawdziwą drogę od zdecydowanej nienawiści do prawdziwej miłości. Z czytnikiem prawie się nie rozstaję i gdyby nie on, nie byłabym w stanie czytać tylu książek. Aktualnie mieszkam w Kalifornii, do której przeprowadziłam się ze Szwajcarii. To tyle, jeśli chodzi o konsekwencję.

Kompletnie też nie wyszło mi nieposiadanie samochodu. Nigdy nie rozumiałam znajomych, dla których bycie właścicielem czterech kółek jest czymś istotnym. Przez szereg lat słuchałam opowieści o pojazdach koleżanek i kolegów, wśród nich najwięcej było relacji o problemach i kosztach, jakie te problemy za sobą ciągną i wizja czegoś takiego w moim życiu w ogóle nie jawiła mi się jako atrakcyjna. Do tego dochodził strach przed prowadzeniem i odpowiedzialnością, jaka spoczywa na kierowcy. Wydaje mi się, że gdyby nie fakt przeprowadzki do Stanów, do końca życia szczęśliwie podróżowałabym tramwajami i autobusami. Zresztą mam szczery zamiar powrócić do tego stanu rzeczy. Bowiem jednym z największych przyjaciół czytelnika jest transport publiczny.

Uczepiłam się tego samochodu, bo przypadkiem dowiedziałam się, że 22 września wiele krajów obchodzi Europejski Dzień bez Samochodu. Wbrew nazwie, w akcji bierze udział również sporo państw spoza Starego Kontynentu. Całość ma na celu pokazanie, że funkcjonowanie bez auta jest możliwe i nawet przyjemne. Mnie do tego nikt nie musi przekonywać. Mogłabym obchodzić to święto codziennie.

Oczywiście w USA tego dnia się nie obchodzi, przynajmniej tak twierdzi Wikipedia. Nie jest to jakoś szczególnie dziwne - odległości są tu duże, a transport publiczny kuleje i w większości miejsc jest tak, jakby go nie było. Przez jakiś czas próbowałam się buntować i chodziłam po zakupy spożywcze pieszo, ale szybko uznałam, że czterdzieści minut spaceru w jedną stronę z wózkiem po wąskim chodniku wzdłuż ruchliwej dwupasmówki to nie jest jednak to, co agatki lubią najbardziej.

Ale 22 września spróbuję stanąć na wysokości zadania i wcielić się w piechura. Nie wsiądę do auta, czy to w charakterze kierowcy, czy też pasażera. Autostrady jak co rano staną w koszmarnych korkach, a tymczasem ja z dumą będę obchodzić Europejski Dzień bez Samochodu. Nie żeby ktoś to w ogóle zauważył.

Poza tym zwyczajnie mogę zapomnieć. Bo w chwili, gdy piszę te słowa, w Kalifornii wciąż mamy poniedziałek, 21 września.

________________________________
P.S. To miała być notka o tym, jak przez kilka tygodni byłam jedynym kierowcą rodziny w amerykańskiej rzeczywistości, o pewnym tutejszym urzędzie i awarii systemu, który dotknął cały stan, ale doszłam do wniosku, że nie ma co rozpamiętywać tej traumy.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

O tym, jak postanowiłam kupić dom

Pewnego razu, przed wielu laty, kiedy byłam jeszcze mają dziewczynką, postanowiłam kupić dom. Chodziło o konkretny egzemplarz domu, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Od razu wiedziałam, że musi kiedyś być mój. Uwielbiałam spacerować w jego okolicy, a kilka razy na skutek różnych zabiegów udało mi się nawet wejść do środka.

Wnętrza także mi się spodobały. Dość szybko zdecydowałam, który pokój powinien być mój. Należało się tylko upewnić, że uda mi się kupić również będące na wyposażeniu meble, bowiem w „moim” pokoju stało piękne biurko, które absolutnie musiałam mieć. Postanowiłam, że napiszę przy nim swoją pierwszą książkę (potem podobne założenia miałam jeszcze w odniesieniu do co najmniej kilku biurek). 

Dostawałam już wtedy jakieś kieszonkowe, nie pamiętam, na ile to było regularne, w każdym razie posiadałam jakieś własne pieniądze i w związku z planami zakupu nieruchomości bardzo pilnowałam stanu tego swojego „konta”. Miałam specjalny zeszyt, w którym codziennie zapisywałam, ile dokładnie już mam, z dokładnym oznaczeniem ile sztuk monet czy banknotów danego nominału posiadam. Robiłam takie zapiski bez końca, nawet jeśli pieniędzy akurat nie przybywało - trochę tak, jakby miały się magicznie rozmnożyć przez sam fakt prowadzenia przeze mnie rachunków. Spędzałam wtedy często popołudnia u dziadków i wciąż mam przed oczami ich pokój, w którym siedziałam przy stole obłożonym monetami i prowadziłam zapiski w zeszycie w kratkę.

Oczywiście starałam się niczego nie wydawać. Prowadziłam za to skomplikowane obliczenia, mające na celu stwierdzenie, jak bardzo powiększy się mój majątek w ciągu roku czy dziesięciu lat. Wielkie nadzieje wiązałam z tym magicznym momentem w przyszłości, kiedy to nareszcie skończę szkołę i będę mogła zarabiać. Do tego czasu jednak planowałam mieć już odłożoną pokaźną sumę.

Co ciekawe, nawet przez moment nie pomyślałam o kredycie. Może wtedy jeszcze nie wiedziałam o takiej możliwości? Planowałam zupełnie na serio odłożyć całą kwotę na zakup wymarzonego domu.

Moi rodzice trochę się ze mnie podśmiewali - raczej nie traktowali moich planów na serio, choć muszę im przyznać, że próbowali mnie do nich zniechęcić w dość racjonalny sposób. Ich zdaniem nieruchomość, którą zamierzałam kupić, była nieco za duża - kto by ją sprzątał? Przyznam, że trochę mnie to martwiło. Już wtedy byłam trochę na bakier z porządkami. Inną sprawą była kwestia obecnych właścicieli - czy w ogóle będą zainteresowani sprzedażą? Te problemy wydawały mi się jednak dość mało istotne w porównaniu z zadaniem uzbierania kwoty pozwalającej na zakup domu, toteż nie poświęcałam im przesadnie dużo uwagi.

Oddawałam się za to marzeniom. Oczyma duszy widziałam już siebie przechadzającą się pod domem, romantycznymi alejkami wśród klombów kwiatów i drzew, z nadzieją patrzącą w przyszłość, w której powinien pojawić się jakiś książę z bajki. Najlepiej w garniturze. Zaiste, okolice domu pasowały klimatycznie do takich obrazków: dom utrzymany był w dawnym stylu, otaczały go kwiaty i zieleń i faktycznie było gdzie spacerować. Na jego tyłach mieściła się nawet urocza fontanna. Wszystko to kojarzyło mi się trochę z „Rodziną Połanieckich” (serialem, nie książką Sienkiewicza) i przechadzając się wokół mojego przyszłego domu lubiłam podśpiewywać melodię będącą motywem przewodnim telewizyjnego hitu.

Po kilku miesiącach ciułania każdego grosza, coś we mnie pękło. Wszystko to szło wolniej, niż sądziłam, gotówki co prawda przybywało, ale zaczynałam wątpić w powodzenie moich planów. Poza tym na horyzoncie pojawiło się nowe marzenie, znacznie łatwiejsze w osiągnięciu - otóż w sklepach zaczęły się masowo pojawiać klocki LEGO i koniecznie chciałam posiadać wszystkie zestawy z serii „Paradise” (dziś już jej nie produkują). Na coś tam już było mnie stać, miałam ze sobą dłuższy okres oszczędzania i żebrania o datki wśród członków rodziny. Wszystko skończyło się tak, że zamiast jednej nieruchomości kupiłam kilka i to nad morzem, tyle że musiałam je sama zbudować z klocków. No i nie dało się tam mieszkać.

Wiecie, tamten dom i tak był za duży:


"Pałac Zamoyskich w Kozłówce 3" autorstwa Arkadiusz Zarzecki. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons.

  


A klockami bawi się teraz moja córka, więc było warto.


A więcej o domu, który miał kiedyś być mój, możecie poczytać tutaj: Pałac w Kozłówce.



poniedziałek, 2 lutego 2015

Disneyland prawie 30 lat później

Dawno, dawno temu, kiedy byłam małą dziewczynką, w kioskach "Ruchu" pojawiły się komiksy z Myszką Miki i Kaczorem Donaldem. Zdaje się, że wychodziły naprzemiennie co dwa tygodnie - raz były to przygody wielkouchej myszki, a raz sepleniącego kaczora. Potem wydawca poszedł chyba bardziej w kierunku kaczek i wszystkie komiksy z tej serii były o Donaldzie albo Sknerusie i siostrzeńcach - albo pamięć płata mi figle. Prawda jest taka, że dziś nie pamiętam treści ani jednej z przeczytanych wówczas historyjek z tej serii. Pamiętam trzy inne rzeczy.

1. Bardzo lubiłam te komiksy. Czekałam z niecierpliwością na kolejny komiks, a kiedy już wyszedł, każdą z historii czytałam kilkakrotnie. W pewnym momencie byłam już nawet trochę za stara na te bajki i spaliłabym się ze wstydu, gdyby moje koleżanki z klasy dowiedziały się, że to nie mój młodszy o sześć lat brat się w nich zaczytywał, tylko właśnie ja. Za nic nie powiem Wam, ile miałam lat, kiedy przestałam czytać komiksy o Kaczorze Donaldzie. Was też się wstydzę. To były chyba czasy, gdy moi rówieśnicy chodzili już na dyskoteki i słuchali Liroya. Albo jakoś tak.

2. W pewnym momencie nawiązałam kontakt z redakcją "Kaczora Donalda". Nie pamiętam, jak się to zaczęło. Pisanie listów było czymś, co uwielbiałam i robiłam regularnie przez wiele lat i po prostu pewnego dnia napisałam do "Kaczora". Ku mojemu zdziwieniu, dostałam odpowiedź. A potem kolejne. Nie były to jakieś długie teksty - ot, wiadomość na dwa-trzy zdania. Ale zawsze wysyłali je do mnie na odwrocie pocztórek z Kaczorem Donaldem. Nigdy nie dostałam dwóch takich samych kartek. Miałam z tego wszystkiego masę frajdy i do dziś cieszę się, że komuś chciało się odpisywać dzieciakowi z pisemnym słowotokiem.

3. Do pewnego momentu z tyłu na okładce tego komiksu był konkurs z losowaniem, w którym głowną nagrodą była wycieczka dla dwóch osób do Disneylandu na Florydzie. To był dla mnie już zupełny odjazd. Nie mam pojęcia, ile razy brałam udział w tym konkursie. Teraz wydaje mi się, że robiłam to prawie co tydzień, ale możliwe, że trwało to tylko kilka tygodni czy miesięcy. Bardzo chciałam odwiedzić Disneyland. Było to w czasach, gdy dobranocka trwała 10 minut. Wyjątkiem była niedziela, kiedy było to pół godziny i często puszczano wtedy bajki Disneya. Byłam nimi oczarowana, mimo iż przez dużą część mojego dzieciństwa oglądałam je na ekranie czarno-białego telewizora. Choć lubiłam rodzime kreskówki, to te disneyowskie zdawały się mieć w sobie coś magicznego.
Oczywiście wycieczki nigdy nie wygrałam, ale marzyłam o niej. W pewnym momencie nie chodziło już tylko o Disneyland. Chciałam polecieć samolotem, najlepiej bardzo daleko, na inny kontynent, tak by widzieć za oknami noc i maleńkie światła wielkich miast w dole. Wtedy samolotów, które latały nad moją głową nie było aż tak dużo. Każdy z nich, szczególnie te dostrzegane po zmroku, był dla mnie czymś fascynującym. Bawiłam się sama ze sobą, zgadując, dokąd lecą znajdujący się w nim podróżni. Zdaje się, że w mojej wyobraźni zazwyczaj udawali się do Stanów albo do Moskwy.


Mój stosunek do Disneya jest dziś nieco inny, głównie za sprawą tego, że mam prawie czteroletnią córkę, z którą obecnie mieszkam w Stanach. Każda bajka Disneya pociąga za sobą od razu olbrzymią machinę marketingową. Odkąd w kinach pojawiła się "Kraina lodu" ("Frozen"), bohaterowie tego filmu pojawili się chyba już dosłownie wszędzie. Jeśli zobaczę któregoś dnia szczotkę do sedesu z Anną i Elsą, to wcale nie będę zdziwiona. Postaci z bajek, choćby nie wiem jak sympatycznych, mamy dość najpóźniej wtedy, gdy wychodzą nam z lodówki. I z szafy - bo częścią tego samego mechanizmu są sukienki księżniczek. Owszem, ładne. Ale to jest osobny temat.

Dość, że w końcu, po prawie trzydziestu latach spełniłam swoje marzenie i odwiedziłam Disneyland. I moja sentymentalna natura natychmiast przypomniała mi, jak bardzo chciałam tam kiedyś pojechać. Nie wiem, kto miał większą frajdę - ja czy Emilka. Na krótką chwilę z wroga komercjalizacji dziecięcego świata stałam się jej koneserem.

To było już drugie po Svalbardzie miejsce, które bardzo chciałam odwiedzić i które udało mi się zobaczyć. Z kolejnym punktem na liście będzie znacznie trudniej, bo Patagonia jest jakby trochę nie po drodze. Ale na to mam jeszcze wiele lat.