Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZSRR. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 czerwca 2010

Po lekturze "Życia i losu" Wasilija Grossmana

Kiedy po skończonej lekturze zamykałam Życie i los Wasilija Grossmana, robiłam to z poczuciem, że przeczytałam wspaniałą książkę, być może jedną z najwspanialszych, z jakimi miałam w życiu do czynienia. Praktycznie brak uwag, zachwyt nad konstrukcją zarówno fabuły jak i postaci sprawił, że połykanie kolejnych stron powieści było prawdziwą ucztą. Ucztą, dodajmy, bardzo długą i obfitą: książka ma prawie 900 stron.

Akcja dzieje się w czasie drugiej wojny światowej, a jej osią jest obrona Stalingradu. Losy licznych bohaterów są zawsze w jakiś sposób z tym tematem związane. Postaci, które poznajemy zarówno po radzieckiej jak i niemieckiej stronie frontu łączy nie tylko wspólny czas historyczny. Bohaterem Życia i losu jest bowiem rozsiana po wojennej Europie rodzina. To właśnie jej członkowie, a także przyjaciele, kochankowie, znajomi, tworzą obraz tamtych czasów i miejsc. W książce nie zabrakło również postaci autentycznych: znajdziemy tu scenę, której bohaterem jest Adolf Hitler, spotkamy Eichmana popijającego czerwone wino po wizycie w komorach gazowych, a do jednej z centralnych postaci powieści - Wiktora Sztruma - dzwoni sam Józef Stalin.

To, co zwraca uwagę czytelnika, to niezwykła drobiazgowość Grossmana w konstruowaniu postaci. Jego bohaterowie żyją. Czytając opisy rozważań, dylematów któregoś z nich mamy wrażenie niesamowitej autentyczności. Nic ani nikt nie jest tu czarno-biały. Mężczyzna, który jest postacią raczej pozytywną, i tak będzie zdradzał ukochaną, a niemiecki dowódca przejawi niejeden ludzki odruch. Doskonałym przykładem mistrzowsko wykreowanego bohatera jest Wiktor Sztrum: radziecki fizyk żydowskiego pochodzenia to człowiek z zasadami. Gdy popada w niełaskę, zaczyna bić się z myślami i rozważać złożenie samokrytyki (znamienna jest scena, w której Sztrum wybiera się na zebranie, podczas którego mają się ważyć jego losy. To ostatni moment, w której bohater może dokonać aktu publicznego pokajania się i złagodzić karę za domniemane przewinienia). To, że wychodzi z sytuacji z podniesionym czołem dodaje mu sił: jest dumny z tego, że się nie ukorzył przed władzą, choć zdaje sobie sprawę, że ceną może być więzienie, a nawet zsyłka. Co się jednak dzieje z siłą, świadomością tego, co jest a co nie jest właściwe w sensie moralnym, gdy człowiek znajdzie się nagle w zupełnie nowej, innej sytuacji? 

Opisy stanów psychicznych bohaterów to jedna z mocnych stron powieści Grossmana. Inną jest sposób prowadzenia akcji. Autor zręcznie komponuje opisy działań wojennych z przedstawianiem scen dotyczących poszczególnych bohaterów książki. Czytelnik ma poczucie, że wykreowane przez Grossmana postaci żyją w konkretnym miejscu i czasie, z jednej strony stanowią element literackiej fikcji, z drugiej - uczestniczą w dziele historii.

Życie i los to książka nie tylko o II wojnie światowej i totalitaryzmach. Według mnie, w znacznie większym stopniu jest to powieść o człowieku, o jego kondycji i zachowaniu w sytuacjach ekstremalnych. Pod tym względem jest to książka chwilami dość gorzka. Jedna z najbardziej pozytywnych, niezwykle ciepło przedstawiona postać Aleksandry Władimirowny nie może trwale pocieszać czytelnika - staruszka znajduje się już blisko mety życia. Posępne wrażenie poprawia nieco ostatnia scena książki - młodej pary, której udało się odnaleźć po zawirowaniach wojny. Czy to poszukiwany przez Aleksandrę Władimirowną Sierioża? Tę kwestię autor pozostawia otwartą, niejako powierzając losy młodego bohatera decyzji czytelnika.

Jeśli mówimy o Życiu i losie, dobrze jest zapoznać się z historią tej książki, która przez wiele lat nie mogła doczekać się wydania. Uratowana w zasadzie cudem, przemycona do Francji, jest swego rodzaju dziełem ocalonym. Dziełem, z którym warto się zapoznać. To jedna z tych powieści, które po przeczytaniu pozostawiają coś w czytelniku. Takich książek się nie zapomina.

środa, 14 kwietnia 2010

"W rajskiej dolinie wśród zielska" Jacka Hugo Badera



W rajskiej dolinie wśród zielska Jacka Hugo-Badera to jedna z najnowszych ofert wydawnictwa Czarne. Nowych, ale nie do końca – siedemnaście reportaży, które zawiera pięknie wydany tom, ujrzało światło dzienne między 1993 a 2001 rokiem. Publikowane przez lata w dodatkach do “Gazety Wyborczej”, zostały wydane w 2002 roku przez Prószyńskiego.
Choć teksty swoje lata mają, dla większości czytelników będą miały z pewnością powiew nowości. Hugo Bader przenosi nas do świata, którego w zasadzie nie znamy. Ukazuje nam Związek Radziecki, ale nie ten znany z lekcji historii. Zagłębia się weń, przechodzi od jednego rozmówcy do drugiego, snując dziesiątki fascynujących opowieści. ZSRR z kart książki może przerażać, ale jednocześnie ujmuje swoją egzotyką i kolorytem. A właściwie egzotykami i kolorytami, bo Bader nie poprzestaje na ogółach: jego bohaterowie pochodzą z różnych republik, różna też była ich rola w budowaniu sukcesu Kraju Rad. Nie łączy ich również pozycja społeczna: autor rozmawia zarówno z ludźmi, którzy za czasów Związku Radzieckiego piastowali wysokie stanowiska, jak i ze zwykłymi, chciałoby się powiedzieć “bezimiennymi” obywatelami (chociaż ci stanowią tu mniejszą grupę).


Jest jednak coś, co bohaterów Rajskiej doliny łaczy. To tęsknota za dawnym światem. Czy za ZSRR można tęsknić? Owszem, w dodatku wydaje się to tęsknota całkiem uzasadniona. Obywatele byłego Kraju Rad nie odnajdują się w nowej rzeczywistości. Tęsknią za ustalonym z góry porządkiem, za celem, który mieli w czasach, gdy najważniejszym zadaniem człowieka miało być budowanie socjalizmu. Nie dziwi to zwłaszcza w przypadku tych, którzy w minionej epoce byli uważani za bohaterów i cieszyli się powszechnym poważaniem i względnym dobrobytem finansowym, dziś zaś znajdują się na skraju nędzy i jedzą to, co zdołają wyhodować w ogródku.
Dzięki takiemu a nie innemu doborowi rozmówców (pamiętajmy, że Bader postawił głównie na osoby dosyć znane w czasach ZSRR) poznajemy pewne tajniki Związku Radzieckiego niejako “od kuchni”. Dowiemy się co nieco o produkcji kałasznikowów, o tajemniczym miejscu nazwanym Arzanas-16 (nie było go nawet na mapie!), o próbach jądrowych widzianych oczami zwykłych mieszkańców kraju, o mało znanych faktach dotyczących lotu Walentyny Tierieszkowej (warto tu wspomnieć mało apetyczną, ale jednak… ciekawą historię jej wymiotów w stanie nieważkości) czy historie jej od zawsze przebywających w cieniu dublerek.
Bader nie ogranicza się do rozmów. Tam gdzie jest to możliwe próbuje przynajmniej częściowo wejść  skórę Rosjanina. Wchodzi do wnętrza góry, w której przeprowadzano próby jądrowe, próbuje zgodnie z instrukcją kupić dawkę heroiny.
W rajskiej dolinie… to również niezwykle barwny obraz mentalności rosyjskiej. Narodu, którego przedstawiciele wolą o zbyt wielu sprawach między sobą nie rozmawiać. Nie dopytywać, bo to niesie za sobą ryzyko. Bohaterowie Badera to ludzie, którzy nauczyli się czytać emocje z twarzy. Są również akcenty humorystyczne: żona człowieka, który niespodziewanie dorobił się fortuny na akcjach Gazpromu przed wyprawą na wczasy na Cyprze przygotowuje słoiki z prowiantem. Urocze.
Wróciłam dziś z rajskiej doliny wśród zielska i jestem szczerze zachwycona. Krajem dziwnym, egzotycznym, z jednej strony trochę mrocznym – z innej jednak niezwykle barwnym. Krajem, którego już nie ma, choć miał trwać wiecznie na straży międzynarodowego pokoju.

Materiał ukazał się pierwotnie w serwisie lekturyreportera.pl