wtorek, 30 lipca 2013

O tym jak przedawkowałam syrop

Dwa dni z lipca tego roku pamiętam trochę jak przez mgłę. Nie żeby było szczególnie wiele do zapamiętania. Większość czasu spędziłam w łóżku śpiąc albo marudząc. A wszystko to przez ból w barku, który pojawił się niespodziewanie kilkanaście dni temu w postaci tak silnej, że aż nie byłam w stanie kręcić głową. Oczywiście dałam bólowi szansę zniknięcia, ale w kolejnego ranka bolało już tak bardzo, że pojechałam na pogotowie.

Na pogotowiu wszystko poszło bardzo sprawnie i wróciłam do domu wyposażona w dwie fiolki leków, które poza tym, że powinny mnie wyleczyć, miały wywoływać skutki uboczne, na tyle silne, że lekarz z góry przestrzegł mnie przed próba prowadzenia samochodu. Cóż - godzinę po połknięciu tabletek czułam się już tak, że średnio wyobrażałam sobie pójście na spacer, a co do dopiero prowadzenie pojazdu. Nogi zrobiły mi się jak z waty, w głowie lekko się kręciło, no i spać chciało mi się tak, że bardziej już chyba nie mogło. Skończyło się na dwóch przespanych dobach, w których chwile bez snu były urozmaicane przykładaniem do bolących pleców lodu.

I tak jakoś przy okazji tej nieprzytomnej kuracji przypomniała mi się sytuacja z dzieciństwa, o której jakimś cudem jeszcze tu nie opowiedziałam.

Była zima, zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Po raz kolejny spadło na mnie zadanie, którego nigdy tak naprawdę nie lubiłam - ubieranie choinki (choinki uwielbiam, również te przystrojone, ale czynności wieszania ozdób nie cierpię bardziej niż wizyt u dentysty). Tamtego roku czynność ta była mi wyjątkowo nie na rękę - byłam, zdaje się, mocno przeziębiona. I miałam jakieś dwanaście lat.

Samego przeziębienia nie pamiętam. Pamiętam za to lek.

Był to syrop o pięknej, czerwonej barwie i na zawsze pozostawionej w mojej pamięci nazwie Salbutamol. Miałam go zażywać chyba trzy razy dziennie, za każdym razem łyżkę stołową, albo taką do herbaty. W każdym razie uznałam, że zamiast odmierzać przepisaną mi porcję prościej będzie poprzestawać na małym łyczku prosto z butelki. 

Salbutamol był zdecydowanie najsmaczniejszym syropem, z jakim miałam do czynienia z swoim życiu. Szybko uznałam, że dawek przepisanych przez lekarza nie trzeba traktować śmiertelnie poważnie, a zwiększona porcja leku mi nie zaszkodzi. Poza tym czekało mnie ubieranie choinki, zatem należała mi się jakaś przyjemność, prawda? I w ten sposób, niewiele myśląc, w ramach popołudniowej dawki wypiłam znaczną część zawartości buteleczki.

Podczas wieszania ozdób choinkowych zauważyłam, że coś jest nie tak. Zaczęłam mieć problemy z trafieniem na gałązki i aby coś powiesić, przez jakiś czas bezskutecznie przeczesywałam dłońmi powietrze. Po kilku nie do końca udanych próbach stwierdziłam, że to zapewne efekt choroby i powinnam się położyć. Udałam się zatem w kierunku pokoju, wpadając po drodze na ścianę. 

Nie wiem ile spałam, ale długo. 
Lekarz zapowiedział, że nigdy więcej nie przepisze mi tego syropu i jeśli mnie pamięć nie myli, słowa dotrzymał.
Po dziś dzień ubieranie choinki kojarzy mi się z przedawkowaniem leku. 

No, ale tym razem było jednak łatwiej. W lipcu nie ubiera się choinki.

piątek, 5 lipca 2013

Amerykański czwarty lipca

Amerykańskie święta mają to do siebie, że Europejczykowi, a przynajmniej jednej, konkretnej Europejce (czyli mnie) trochę ciężko je ogarnąć. Przybysz ze Starego Kontynentu dowiaduje się tu, że drugi dzień Bożego Narodzenia czy Wielkanocy to normalny czas pracy, za to istnieją wynalazki typu Memorial Day czy Martin Luther King Day, kiedy to wielu Amerykanów ma wolne. Oczywiście nie wszyscy - sklepy i tak są otwarte do późnych godzin. 

Są jednak święta zupełnie dla mnie zrozumiałe, na przykład Dzień Niepodległości, obchodzony 4 lipca. Uroczystości organizowane z okazji tego typu świąt kojarzą mi się głównie ze szkolnymi czasami, kiedy to uczniowie byli prowadzeni do sali gimnastycznej, w której następował bardzo uroczysty apel. 

Stwierdziliśmy, że skoro już jesteśmy na tym końcu świata, to czwartemu lipca powinniśmy się jednak trochę przyjrzeć. Wybierając się na organizowaną w San Jose paradę, spodziewałam się wydarzenia kolorowego i totalnie kiczowatego. I nie zawiodłam się ani trochę.

Było wesoło. Kolorowo. Gwarno. Ulicami przechodzili członkowie najróżniejszych organizacji: politycznych, ekologicznych, harcerskich, zajmujących się zwierzętami, zajmujących się mniejszościami seksualnymi, zajmujących się Biblią, muzułmanie, współczesny Elvis Presley, święty mikołaj* - wyliczać mogę długo. Był również przejazd starych samochodów. Oczywiście wszędzie roiło się od amerykańskich flag, nie tylko w klasycznej postaci: były kapelusze-flagi, okulary-flagi, a jedna z muzułmanek z flagi zrobiła sobie chustę.

Parada przeszła ulicami, przy których stoją zwyczajne domy. Przybyli na uroczystość zasiedlili ciągnące się wzdłuż jezdni chodniki i trawniki. Rodziny mościły się na kocach, a część widzów najzwyczajniej w świecie przyniosła sobie krzesła. Niektórzy przyszli nawet z psami. Jeden z właścicieli czworonogów umieścił swojego pupila w czymś w rodzaju zdalnie sterowanego wózka, do którego była przyczepiona amerykańska flaga i przy pomocy pilota wysyłał zwierzaka na wycieczki. Proszę się jednak nie oburzać - pies nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko.

Z zysków materialnych: skutkiem pójścia na paradę nasz stan posiadania zwiększył się o trzy małe amerykańskie flagi oraz lizaka (którego już nie mamy). Chciano nam jeszcze dać burrito, ale pamiętając o czekających na nas w domowej lodówce kotletach mielonych odmówiliśmy.

Do zysków niematerialnych zaliczyć mogę miłe dwie godziny spędzone w klimacie totalnego kiczu i ogólnej radości. 

I tak sobie myślę, że nawet jeśli przejazd wielkiego wozu ze świętym mikołajem na początku lipca, przy temperaturze ponad trzydziestu stopni, wydaje się naprawdę porąbanym pomysłem, to jednak jest to sympatyczniejsze i o wiele mniej groźne niż uliczne konflikty w Polsce 11 listopada. Co wcale nie oznacza, że uważam iż na polskich obchodach też powinien być mikołaj. 

Wieczorne fajerwerki sobie odpuściliśmy ze względu na to, że panna Emilia zasnęła tuż po dziewiętnastej. No, ale fajerwerki już w życiu oglądałam, a parady z okazji 4 lipca jeszcze nie.

_______
* Podobno w 2004 roku Rada Języka Polskiego zaleciła, by świętego mikołaja zapisywać małą literą. Wydaje mi się to trochę dziwne, ale jeśli ktoś mi nie wierzy, to może zajrzeć tu.

poniedziałek, 1 lipca 2013

O pogodzie, na początek lipca


Jest pierwszy lipca, lato w pełni, zatem wypada napisać coś o pogodzie.


Żeby jednak notka wyglądała poważniej, zacznę nieco filozoficznie: podobno zawsze należy uważać na to, czego się w życiu chce, bo istnieje spore ryzyko, że jeśli dane marzenie się spełni, to w formie mocno odbiegającej od tej wyśnionej. Nie jestem ekspertem od tej życiowej prawdy, ale gdybym miała zawęzić swoje życiowe doświadczenia do tych rodem z Kalifornii z ostatnich dni i tygodni - to owszem, jest to prawda.

Kiedy przyjechałam tu na dziesięć dni w maju 2012 roku, pogoda po prostu mnie zachwyciła. W ciągu dnia było lekko ponad 30 stopni, było gorąco, ale w taki przyjemny, zupełnie akceptowalny sposób. Nie miałam prawa jazdy, więc dnie spędzałam na spacerach z Emilką: chodziłam z wózkiem wzdłuż wąskich, kiepsko przystosowanych do rodzinnych spacerów chodników w Santa Clara, siedziałam z nią na placu zabaw, ciesząc się słońcem i dobrym humorem uwielbiającego upały malucha. Wieczorem aura się zmieniała: po zachodzie słońca temperatura wyraźnie spadała. Przekonaliśmy się o tym skutecznie pewnego wieczoru, kiedy postanowiliśmy się napić wina na balkonie. Po pierwszym kieliszku wróciliśmy do cieplejszego wnętrza.

Właśnie na taką pogodę czekałam od wczesnej wiosny. Wypatrywałam tych trzydziestostopniowych upałów, a one, nawet gdy nadchodziły, znikały po kilku dniach ustępując miejsca temperaturom dwudziestokilkustopniowym, idealnym na to, by wybrać się na spacer czy popluskać w odkrytym basenie, zbyt jednak niskim by stwierdzać, sapiąc: "uch, jak gorąco".

No i w końcu się doigrałam. Bowiem od kilku dni cieszymy się temperaturą mniej więcej czterdziestostopniową. Wczorajsza, niedzielna próba poczytania książki na zewnątrz zakończyła się po mniej więcej dwudziestu minutach, kiedy niemal pobiegłam do domu, z poczuciem, że pod pozbawionym chmur niebem nie wytrzymam ani chwili dłużej. Pod blokiem zostało kilkoro weteranów, w tym pewien sąsiad, którego widuję regularnie nad basenem bądź w basenie. Wiosną sąsiad był typem nordyckim - ot, blondyn o jasnej cerze. Obecnie skórę ma zdecydowanie brązową, jego włosy zaś nadal są koloru słomkowego, co tworzy - z mojego punktu widzenia - oryginalną kombinację.

W mieszkaniu przez dużą część dnia chodzi klimatyzacja, wbrew moim wielokrotnym deklaracjom, że mieszkanie wolę zwyczajnie wietrzyć, zaś klimatyzacja będzie używana wyłącznie w sytuacjach ostatecznych. Z punktu widzenia mojej skromnej osoby, która ma za sobą najdłuższą zimę życia (trwającą prawie do połowy kwietnia), obecna sytuacja jest bowiem bliska ostateczności.

Tak sobie marudzę, ale przecież wiedziałam, że będzie ciepło. I wielokrotnie obiecywałam sobie, że na upały narzekać nie będę. I tylko tak po cichu, w tajemnicy, zerkam sobie na prognozę pogody, czy czasem nie okaże się, że za kilka dni temperatury nagle spadną, a z nieba - co tutaj zdarza się rzadko - spadnie choć trochę deszczu. Tak więc nie, ja nie narzekam. Ja tylko stwierdzam tak zupełnie obiektywnie i bez żadnych pretensji, że czterdzieści to lekko za dużo. 

Powiem Wam też, że zaczynają mi się podobać Fahrenheity. Bo jednak informacja o tym, że jest ponad  sto stopni, robi większe wrażenie niż ta o czterdziestu.

A w wolnych chwilach czytam Zimne wybrzeża Twardocha. Akcja dzieje się na Spitsbergenie, gdzie, jak wiem z doświadczenia, upałów nie ma. To tak dla równowagi.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Sentymentalnie o książkach w szary, ponury dzień

Nad północną Kalifornią zawisły chmury. Od wczoraj jest szaro i ponuro, a dziś rano, odwożąc Emilkę do przedszkola, po raz pierwszy od dawna musiałam używać wycieraczek. Przez otwarte okna wpada delikatny zapach deszczu. 

Dawniej uwielbiałam taką pogodę. Lubiłam smętne dni listopada, kiedy mogłam siedzieć w domu, na uczelni czy w pracy, wyglądać przez okno na szarość otaczającego mnie świata i z uczuciem błogości popijać gorącą herbatę z malinowym syropem i cytryną. A potem, wieczorem, można było przejść zalanymi deszczem chodnikami, żeby w przytulnym wnętrzu pobliskiej kawiarni sączyć grzane piwo z sokiem. Wystarczyło kilka bardzo mroźnych zim, żebym stała się zdecydowaną zwolenniczką lata i wysokich temperatur. Ale szare, smętne dni zawsze wywołują u mnie jakiś dziwny rodzaj sentymentu, który na swój sposób lubię.  Łatwo popadam w najróżniejsze nastroje - od tych dobrych po kiepskie. Zawsze jednak dosć intensywne.

Wczoraj przez dłuższy czas wspominałam paskudne dwa tygodnie 2004 roku, które spędziłam w łóżku ze spuchniętą nogą. Wszystko przez to, że Dawid zaczął czytać "Dom dzienny, dom nocny" Tokarczuk - książkę, którą odkryłam właśnie podczas tych dwóch fatalnych tygodni. Doszłam znów do wniosku, że książki zawsze kojarzą mi się z sytuacją, w której je czytałam. Nie musi to koniecznie wpływać na to, jak odbieram ich treść. Ale potem, gdy wspominam daną lekturę przypomina mi się cała otoczka, jaka towarzyszyła czytaniu.

Czasami bywa zabawnie. Jedną z moich ulubionych książek jest Rozmowa w "Katedrze" Llosy. Chyba już nigdy nie uda mi się zapomnieć tego, że czytałam ją w szwajcarskim McDonaldzie, tuż po tym jak wyjechaliśmy do Zurychu. Mieszkaliśmy w tymczasowym mieszkaniu, w którym za nic w świecie nie chciałam siedzieć w ciągu dnia, w obawie przed tym, że ktoś do mnie przyjdzie lub zadzwoni używając dialektu, a ja nie będę potrafiła się dogadać. Łaziłam zatem po mieście i jadłam fast foody, chyba trochę dlatego, że na tle obcego i koszmarnie drogiego miasta McDonald's wydawał się dziwnie swojski i tani.

Sapkowski na zawsze będzie kojarzył mi się ze szkołą. Saga o Wiedźminie wciągnęła mnie do tego stopnia, że czytałam ją podczas lekcji. Choć kiedy zastanowię się nad tym głębiej, to wtedy siedziałam nad nią prawie non stop. 

Lśnienie Kinga kojarzy mi się przede wszystkim z Emilką. Czytałam to, gdy moja córka miała kilka miesięcy. Wrażenie, gdy trafiałam akurat jakiś straszniejszy kawałek i nagle w mieszkaniu rozlegał się wrzask obudzonego dziecka - niezapomniane. Z kolei będąc w ciąży przeczytałam pierwszy tom Millenium i skazałam się na kilka kazań ze strony znajomych osób na temat tego jak to sobie szkodzę czytając takie rzeczy w stanie błogosławionym.

Życie i los Grossmana przeczytałam leżąc plackiem na plaży. Coś mi zgrzytało pomiędzy scenerią w której się znajdowałam, a tą książkową, z obozami koncentracyjnymi i koszarami. A jednak wciągnęłam się niesamowicie, czego skutkiem było zbyt mocne przypieczenie się na słońcu.

Kiedyś miałam zasadę, w myśl której romanse starałam się czytać tylko w zimie. No wiecie - mróz, wiatr, a ja siedzę pod kołdrą i czytam słodkie historyjki z happy endem. Dlatego większość tego typu pozycji, które zdarzyło mi się przeczytać, kojarzy mi się z zimą. Natomiast "romans z wyższej półki", Duma i uprzedzenie przywodzi mi na myśl przede wszystkim komunikację miejską w Gdańsku. Akurat byłam tam na praktykach. Przez dzień czy dwa jeździłam po bibliotekach, podczytując po drodze książkę Jane Austen. 

Moje całe dzieciństwo kojarzy mi się z książkami Lucy Maud Montgomery. Spędziłam wiele lat wracając do losów jej bohaterek. I wciąż noszę się z zamiarem przeczytania tego wszystkiego po raz kolejny.

Ja tu wspominam, kiedy co czytałam, a tymczasem za oknem nadal szaro. Kalifornia w czerwcu.

piątek, 21 czerwca 2013

Piątkowa notka o drewnianych kurach

W audiobooku, którego ostatnio słucham podczas wykonywania czynności uznawanych przeze mnie za marnowanie czasu (jak składanie ubrań, wrzucanie ciuchów do pralki i zmywanie) główna bohaterka dostaje na Facebooku zaproszenie od swojego byłego narzeczonego. Idąc za radą nieco plotkarsko nastawionej do rzeczywistości przyjaciółki przeprowadza małe śledztwo - sprawdza, jak wygląda żona byłego, dowiaduje się, że nie mają dzieci itd. Scena banalna jak tylko się da, przerabiana przeze mnie w realnym życiu przynajmniej raz na kilka tygodni.

Nie to żebym miała aż tylu byłych narzeczonych. Właściwie mam tylko jednego, obecnie jest on moim mężem. Ale raz na jakiś czas trafiam na Facebooku na kogoś, o czyim istnieniu zdążyłam już prawie zapomnieć. A ponieważ pamięć mam dość dobrą, to gdy już sobie o kimś przypomnę, zalewa mnie cała masa wspomnień. Nie tylko miłych. 

Do tych niemiłych należy np. wspomnienie koleżanki, która w przedszkolu zamknęła mnie w śmierdzącej ubikacji. Mam cichą nadzieję, że ona już tego nie pamięta, a jeśli pamięta, to nie znajdzie tej notki. Jeśli jednak pamięta i znajdzie, to chciałam ją w tym miejscu zapewnić, że ja już urazy nie chowam. I to wcale nie jest tak, że ta koleżanka kojarzy mi się tylko z tym jednym mało przyjemnym wspomnieniem.

Wczoraj jednak przypomniała mi się dużo bardziej niemiła sytuacja. Otóż w czasach zerówki zostałam okradziona z kilku drewnianych kur. Proszę się nie śmiać. Nie tylko straciłam kury, ale stałam się ofiarą niesprawiedliwego traktowania ze strony ciała pedagogicznego. A ponieważ byłam wtedy jeszcze młoda i naiwnie wierzyłam, że "pani ma zawsze rację", zostałam przy okazji odarta z ideałów.

A było to tak: w domu miałam kolekcję drewnianego drobiu. Były to małe, dość odbiegające kształtem od ich żywych wzorów kury, które znajdowały się wśród moich zabawek od wczesnego dzieciństwa. Pewnego razu wzięłam je za sobą do przedszkola. Jedna z koleżanek chciała je pożyczyć, na co się zgodziłam. No a kiedy wracając do domu poprosiłam o zwrot mojej własności, dowiedziałam się, że "kto daje, a potem zabiera, ten się w piekle poniewiera". 

Niestety, sama nie znałam takich sprytnych wierszyków, ale wiedziona nadzieją na panującą na świecie sprawiedliwość, poskarżyłam się pani, tłumacząc, że kury zostały pożyczone, a nie oddane. Byłam pewna swego: przecież mówiłam prawdę. Niestety, wychowawczyni stanęła po stronie mojej koleżanki,  informując mnie, że skoro już te kury dałam, to nie należą dłużej do mnie.

Przez te kury miałam przez długi czas doła. Po pierwsze, czułam się potraktowana niesprawiedliwie zarówno przez panią, jak i przez koleżankę. Po drugie, w jakiś skomplikowany sposób było mi szkoda rodziców, ktorzy kiedyś, w jakiejś zamierzchłej przeszłości mi te kury podarowali, a ja je w tak głupi sposób straciłam. No a potem miałam już w życiu większe problemy (np. to jak sprawić by w ciągu jednych wakacji przestawić się z pisania lewą ręką na pisanie prawą ręką) i o kurzej aferze całkiem zapomniałam.

Aż do wczoraj. Oglądając nowe zdjęcie profilowe koleżanki, nagle zobaczyłam wśród jej facebookowych przyjaciół znajomo brzmiące nazwisko. Jednoznacznie wskazywało ono na znajomą od kur. Od razu weszłam na profil dziewczyny, z którą nie miałam żadnego kontaktu od dwudziestu paru lat. Mieszka za granicą, ma dwójkę dzieci i jest bardzo ładna. I choć cała ta sprawa z kurami wydaje mi się dziś głupia i kompletnie nieważna, to rozbawiła mnie sytuacja, w której trafiam na zdjęcia  koleżanki z wczesnego dzieciństwa i moim pierwszym skojarzeniem jest to, że ukradła mi kiedyś jakąś zabawkę.

Ja tu się nabijam, a pewnie sama w czasach przed i szkolnych podpadłam z czymś niejednej osobie. Jedną taką sytuację nawet pamiętam - pewnemu koledze zniszczyłam komplet zeszytów i ćwiczeń. Chorowałam, on pożyczył mi materiały z lekcji, które opuściłam, a ja nie zauważyłam, że odnoszę mu je w dziurawej od dołu reklamówce, która szurała po zabłoconym chodniku. Najgorsze w tej sprawie było to, że potem bałam się już od niego brać lekcje - a był bardzo ładny. 

czwartek, 20 czerwca 2013

O wyśnionych genialnych pomysłach. I tych, które mi bezczelnie skradziono

Należę do ludzi o dość wrażliwych snach. 

Objawia się to tym, że moje sny są często dosyć wyraziste i skomplikowane. Wiele z nich przy próbie opowiedzenia staje się historyjkami bez sensu, zrozumiałymi tylko dla mnie. Bywają jednak i takie zawierające przekaz jak najbardziej uniwersalny - jak np. mój powtarzający się koszmar o tym, że moja matura okazuje się nieważna, bo w liceum, do którego uczęszczałam, nagle odkrywają, że nie dostarczyłam jakichś obrazków potrzebnych do zaliczenia plastyki. 

Nieco wyższy poziom abstrakcji prezentował mój sen o Gwiezdnych Wojnach, który nawiedził mnie w czasach prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Otóż w owym śnie prezydent naszego kraju był wielkim fanem filmu George'a Lucasa. Do tego stopnia, że stworzoną przez niego historię uznał za alegorię losów Polski. Nie pytajcie mnie o szczegóły. W tym śnie miało to duży sens. W każdym razie efektem tej sytuacji były coroczne obchody specjalnego święta państwowego, podczas których wszyscy obywatele mieli się przebierać za postaći z Gwiezdnych Wojen i odgrywać scenki z udziałem ich bohaterów. Najlepsze było to, że całość była finansowana z budżetu państwa. Fajna sprawa, mówię Wam.

Oczywiście tematyka moich snów ma często związek z tym, co aktualnie dzieje się w moim życiu. Byłam kiedyś zakochana w chłopaku, który uwielbiał chodzić po górach. Efektem były powtarzające się sny, w których siedzieliśmy z tym miłym memu sercu panem w jakiejś romantycznej scenerii, po czym on nagle wstawał, brał plecak i oświadczał, że musi iść w góry. A ja zostawałam sama i smutna. Na szczęście w życiu realnym nigdy nie byliśmy tak do końca parą, bo takiego zachowania na żywo bym nie zniosła.

Często też śnią mi się książki. Czasem jest to rozbudowana fabuła jakiejś czytanej kiedyś przeze mnie pozycji. Schody zaczynają się wtedy, gdy jestem aktualnie wciągnięta w jakąś powieść i w nocy śni mi się jej ciąg dalszy. Bywało już, że po przebudzeniu musiałam sprawdzać na ostatnio czytanej stronie, czy dana sytuacja została naprawdę opisana, czy tylko mi się śniła. Najbardziej wkurzające było to podczas nauki do sesji egzaminacyjnej - bo podręczniki też mi się śniły. Co ciekawe, te mocno sugestywne sny o aktualnie czytanych książkach zachowują wersję językową. Czyli jeśli czytam po polsku, to i te dodatkowe, wyśnione fragmenty są po polsku. Jeśli po angielsku lub niemiecku - to i we śnie czytam w tych językach. Do tego stopnia, że pojawiają się tam wyrazy, których nie znam. 

Piszę o tym wszystkim dlatego, że ostatnio śniło mi się, iż pisałam książkę. Jakimś cudem pisałam powieść po angielsku i szło mi zaskakująco dobrze. Moją pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że absolutnie muszę szybko zanotować jak najwięcej szczegółów z tego, co pisałam - bo potem wszystko zapomnę i pomysł przepadnie. Niestety, jak już przyszło co do czego, okazało się, że pamiętam tylko ogólną myśl przyświecającą mojej genialnej powieści ze snu. Chodziło w niej mniej więcej o to, że dobrych ludzi na świecie jest bardzo mało, w dodatku część z nich zawsze śpi, więc ci którzy nie śpią powinni spełniać dobre uczynki żeby jakoś wyrównać ten niedobór dobra powstały przez tych śpiących. Wiem, to brzmi głupio, ale we śnie było genialne.

A tak w ogóle to nauczylam się, że odkładanie realizacji dobrych pomysłów jest bardzo złym nawykiem. Ostatni raz przekonałam się o tym kilka tygodni temu w kinie, gdy poszliśmy z Dawidem i Emilką na film o małych ludzikach żyjących w lesie. Film bardzo mi się podobał, tylko że ja przygody małych ludzików żyjących w lesie wymyślałam już w pierwszej klasie podstawówki. I nawet niektóre z nich spisałam, ozdabiając ręcznie wyprodukowany tekst wykonywanymi kredkami ilustracjami. Zapisałam w ten sposób dwa czy trzy zeszyty szesnastokartkowe. Potem zapomniałam o tym na wiele lat. Tymczasem ktoś wpadł na podobny pomysł, zrealizował go i jeszcze zarobił. 

Cóż, życie.

Ale na wszelki wypadek wszystkich piszących proszę o uszanowanie praw autorskich odnośnie motywu ludzi, którzy śpią i w związku z tym chwilowo nie mogą spełniać dobrych uczynków. To mój pomysł!

P.S. Jakby ktoś chciał poczytać o innych moich snach, to jeden opisałam tutaj.

wtorek, 18 czerwca 2013

Ogrodowa niechęć

W moim domu rodzinnym zawsze było mnóstwo zieleni. Mama uwielbia hodować kwiaty i jest temu hobby wierna odkąd pamiętam. Do tego stopnia, że od kilku lat mieszka w domu z ogródkiem, w którym - sądząc z jej relacji - spędza mnóstwo czasu, nie tylko delektując się przyrodą, ale i wykonując całe mnóstwo prac ogrodowych.

Ja też próbowałam mieć kwiaty. Przez kilka miesięcy nawet nieźle mi to wychodziło. Byłam posiadaczką czterech czy pięciu roślin doniczkowych, które upiększały mój pogrążony w stanie permanentnego bałaganu pokój w studenckim mieszkaniu. Niestety, w pewnej chwili zaczęłam o nich zapominać. Nie tak całkiem - kwiaty jakoś przetrwały kilka lat i przeprowadzkę do dwóch kolejnych mieszkań. 

Pewną komplikację w moich relacjach z roślinami wprowadziły koty, które, jak się okazało, uwielbiały skubać liście i nijak nie mogłam ich tego oduczyć. Jedną z roślin, będącą dla nich ponoć trucizną, wyniosłam na korytarz, gdzie panie sąsiadki hodowały różne zieloności. Niestety, chyba za dobrze im to wychodziło, bo pewnego dnia wszystkie doniczki, w tym ta zawierająca moją dracenę, zniknęły.

Ostateczne rozstanie z hodowaniem roślin nastąpiło w 2008 roku, gdy przeprowadziliśmy się do Szwajcarii. Nawet mieliśmy tam jednego kwiatka, który był dodatkiem do odkupionych od kogoś stołu i krzeseł. Niestety, nie byliśmy zbyt dobrzy w pamiętaniu o nim.

To nie jest tak, że nie lubię kwiatów. Bardzo lubię. Po prostu w swoim roztrzepaniu okazuję się nie być najlepszą osobą do ich hodowli, w związku z czym wolę ich nie posiadać. Bardzo jednak cenię sobie to, że mieszkam w miejscu, w którym aż roi się od pięknych klombów. No i niezmiernie cieszy mnie fakt, że dogląda ich ktoś inny niż ja.

Kilka dni temu podczas wieczornej rozmowy z Dawidem stwierdziłam, że kompletnie nie nadaję się do uprawiania ogrodu. Mieć mogę, ale zajmowanie się nim kompletnie mnie nie kręci - przynajmniej teoretycznie. No bo wiecie - to trzeba nosić, schylać się, często w upale i w ogóle. Jeśli już mam się zmęczyć, wolę to zrobić przy pomocy spaceru. Podczas kursu językowego, na który chodziłam w Szwajcarii, często słuchałam o tym, jak współkursantki pracowały w weekend w ogrodzie dla czystej rozrywki. Na swój sposób to podziwiałam, ale i nie rozumiałam. 

Zupełnie inne zdanie miał na ten temat Dawid, próbując mnie przekonać, że hodowanie roślin może być fajne.
- No pomyśl - mówił - sadzisz, podlewasz, opiekujesz się i widzisz jak to stopniowo wyrasta z ziemi...
- To znaczy takie Farmville? - bardziej stwierdzilam niż zapytałam.
- No, tak. Ale bez konieczności posiadania sąsiadów i questów typu "nasikaj na grządki pięciu innych osób".

Nadal nie czuję się przekonana.
Ale lubię, gdy wokół mnie jest zielono.