piątek, 8 lutego 2013

Bo ja chcę bibliotekę

Przez całe życie chciałam mieć wielki księgozbiór, który z biegiem lat stawałby się coraz bogatszy. A ponieważ mieć na półce i mieć przeczytane to niekoniecznie to samo, chciałam też szybciej czytać. Jakimś cudem, mimo tego, iż zawsze czytalam dużo, proces ten szedł (i nadal idzie) mi wolniej niż w przypadku innych znanych mi czytających. Jasne, że wszystko zależy od dnia, humoru i rodzaju czytanej książki. Ba - nawet język i rodzaj druku mają spore znaczenie. Mimo to z podziwem patrzę na tych, którzy są w stanie pochłonąć kilkaset stron dziennie. Ja tak nie potrafię. Mój rekord to jakieś dwieście pięćdziesiąt, a i to podczas koszmarnego tygodnia 2004 roku, kiedy leżałam unieruchomiona w łóżku z paskudnym zakażeniem w stopie. Po prostu czytam wolno i już.

Marzenie o księgozbiorze realizowałam uparcie przez wiele lat. U rodziców było to proste - oni zawsze mieli dużo książek i nie widzieli nic dziwnego w tym, że moje półki zapełniały coraz to nowe pozycje. No, może trochę nie podobało im się, że niektóre z tych pozycji to fantastyka, ale do jakichś zażartych konfliktów na tym polu nigdy nie dochodziło.

Po wyjechaniu do Krakowa wszystko zaczęło się na nowo. Z racji ograniczonej przestrzeni nie było sensu ani możliwości myśleć o przewiezieniu setek książek towarzyszących mi w latach dziecinnych i nastoletnich. Dawne lektury zostały u rodziców, a ja stopniowo ustawiałam obok siebie kolejne pozycje. W dzielonym z Moniką mieszkaniu w Nowej Hucie nie miałam nawet półki na książki - swoje zbiory ustawiałam porządnie przy ścianie, do czasu, aż skończyło się miejsce. Potem przyszła pora na pierwszy regał, który do tej pory stoi w przedpokoju krakowskiego mieszkania.

W 2008 mieszkało ze mną już naprawdę sporo książek. Częściowo wpływał na to fakt, że Dawid przybył wraz ze swoim zbiorem. A jednak zawartość regałów (wtedy już kilku) nie wyjechała do Szwajcarii. Zurych stał się kolejnym miejscem, w którym zbierałam książki od nowa.

Kiedy teraz o tym myślę, wygląda mi to na swego rodzaju manię. Bardzo lubiłam posiadać książki, które czytałam. Oczywiście nie ograniczałam się wyłącznie do takich, nie zmienia to jednak faktu, że książki zawsze znajdowały się na szczycie moich zakupowych list. Jakimś trafem znajdowały się też na szczycie list osób, które chciały mi sprawić prezent (dziękuję Tomkowi S.). Jedna z moich relacji damsko-męskich rozpoczęła się na poważniej głównie dlatego, że zachwycił mnie widok pewnego pana wąchającego książki w Empiku. Koniec wyznań fetyszystki. 

Bo oto dochodzimy do kwestii Kindle. Którego bardzo nie chciałam i w ogóle. No bo jak to - czytać książki na jakimś urządzeniu? Jeszcze rozumiem, że ktoś tak czyta gazety. Ale książka powinna zajmować określoną przestrzeń, powinna pachnieć, pozwalać na zachwyt szelestem stron i zapachem druku. Albo lat spędzonych na jakiejś półce w jakimś pokoju. Książek nie trzeba podłączać do ładowania, a nawet jeśli dana pozycja jest ciężka czy niewygodna do noszenia - to cóż, dla dobrej lektury warto się poświęcić. Ale potem mnie zepsuto. Pokazano mi Kindle i mnie zachwycono. Chyba pierwszy raz w życiu odezwał się we mnie instynkt gadżeciarski. Nie wiem czy się rozwinął (oby nie), ale Kindle pozostało.

W pewnym sensie korzystanie z czytnika wpłynęło dodatnio na moje czytelnicze życie. Dzięki odpowiedniej aplikacji na telefon łatwo było czytać stojąc w kolejce z zakupami. Jadąc ruchomymi schodami. Po pewnym czasie wiedziałam, że wjechanie na czwarte piętro sklepu o wdzięcznej nazwie Manor (które to piętro z pewnych względów odwiedzałam regularnie) oznacza przeczytanie dwóch, a może nawet trzech stron przewiniętych na ekranie telefonu. 

Do tego doszedł aspekt praktyczny. Po pierwsze, jadąc gdzieś nie musiałam pakować plecaka pełnego książek. Nie był to wielki problem, dopóki nie miałam dziecka, które samo w sobie jest pewnego rodzaju bagażem, wymagającym w dodatku walizki wypełnionej ciuchami. Po drugie, kupowanie książek za pośrednictwem Kindle było i jest bardzo wygodne. Oraz o wiele tańsze niż korzystanie z anglojęzycznej księgarni w Zurychu, na którą przez lata byłam skazana. No i wracając do tematu dzieci - spędzając czas z parodniową, parotygodniową czy paromiesięczną Emilką było mi o wiele wygodniej korzystać z łatwego w obsłudze urządzenia niż z papierowej książki, która wymagała przewracania stron. Życie jest brutalne i wymaga dostosowania ideałów do praktyki.

Po przeprowadzce do Kalifornii narodził się we mnie zachwyt dla bubliotek. I pewnie nie powinnam poruszać tego temarum, ale te dziecięce sekcje są fajne i zasługują na osobny rodział (ku baczeniu polskim bibliotekarzom?:).

Ostatnio poszłam jeszcze dalej w las i osiągnęłam szczyt bluźnierstwa, angażując się w słuchanie audiobooków. No bo sorry - czas spędzony na ładowanie naczyń do zmywarki czy wieszanie prania to czas bezpowrotnie stracony. Słuchanie w tym czasie nagrania z książką trochę to wynagradza. 

No dobra - mogę się zachwycać techniką, ale przyjemność obcowania z książką papierową to coś, za czym regularnie tęsknię. Tyle że teraz kupując "papier" jestem bardziej wybredna. Wolę kupować pozycje co do których mam pewność (a przynajmniej nadzieję), że posiadanie ich w wersji fizycznej ma sens. Na fali tych wniosków kupiłam sobie ostatnio na imieniny "We need to talk about Kevin".

Marzenia o dużym pokoju od podłogi do sufitu wypełnionym książkami pozostają aktualne. Ale miło by było gdyby to był w miarę stały pokój. Taki, z którego nie trzeba się zwijać po jakimś czasie. Taki, do którego by się wracało, a nie który by się zmieniało. Jeszcze takiego nie mam, więc dobrze, że jest Kindle. 

I tym sentymentalnym akcentem kończę, życząc wszystkim miłego dnia.

środa, 30 stycznia 2013

Dbanie o zdrowie jako czynność bardzo stresująca

Pewnego amerykańskiego wieczoru doszłam do wniosku, że dbanie o zdrowie może być bardzo stresującą sprawą. A jak wiadomo, stres zdrowiu (i urodzie) szkodzi.

Kilka dni temu próbowałam za pośrednictwem serwisu internetowego wyklikać sobie wizytę u lekarza. Specjalnie używam słowa "próbowałam" - próba została zakończona sukcesem, ale zanim do niego doszło, minęło jakieś 30 minut, podczas których zdarzało mi się mocniej uderzyć w klawisze laptopa czy pomyśleć jakiś brzydki wyraz. Kiedy nareszcie uspokojona zapisałam sobie datę i godzinę planowanej wizyty, mój wzrok przyciągnął jeden z punktów na stronie kliniki. Otóż proponowano mi zrobienie czegoś w rodzaju testu, który miał określić moją zdrowotną kondycję.

Cóż, o zdrowie podobno trzeba dbać, zatem kliknęłam w odpowiednie miejsce. Kolejne czterdzieści minut spędziłam odpowiadając na pytania z bardzo różnych dziedzin. Wszystko w trosce o swoje zdrowie, a może i życie.

Niestety, w miarę zaznaczania odpowiedzi czułam, że podpadam coraz bardziej. Z jakichś powodów dostawałam pytania o ilość przesypianych godzin czy też wypijanego alkoholu. Dość szybko uznałam, że normy, jakie wyznaczyli twórcy tej całej ankiety są z sufitu. Idąc tropem ich myśli, powinnam spędzać każdą dobę na jedzeniu, spaniu i bieganiu. O rzeczy naprawdę ważne - takie jak liczba przeczytanych książek, wycieczki, smaczne alkohole czy godziny spędzone z przyjaciółmi mnie nie zapytano. Dziwne. Musiałam natomiast przyznać się, że nie stosuję żadnych osłon przeciwsłonecznych, nie jestem zaszczepiona przeciwko grypie, a na drodze zdarza mi się lekko przekraczać dozwoloną prędkość. No dobrze - nie musiałam. Ale chciałam być uczciwa.

Następnie dostałam pytania mające ocenić moją gotowość do wprowadzenia zmian. Na przykład pytano mnie, czy zamierzam zmienić swój styl żywienia.  Na szczęście zawsze była tam do wyboru jakaś rozsądna odpowiedź, brzmiąca "nie i nie zamierzam zmieniać zdania w ciągu najbliższych sześciu miesięcy".

Jeśli sądziłam, że test był stresujący, z taką oceną powinnam poczekać do momentu odczytania wyników. Dowiedziałam się z nich mianowicie, że cierpię na depresję i alkoholizm, mój sposób odżywiania się jest tragiczny (tak swoją drogą, nie zapytano mnie w ogóle o ilość jedzonych słodyczy, okazało się natomiast, że jem za mało pieczywa), a w ogóle to co prawda nie mam nadwagi, ale mam poważne problemy z talią.

To ostatnie to przez pomyłkę. Jako porządna Europejka na pytanie o obwód w talii podałam odpowiednią wartość w centymentrach, zapomniawszy, że test pyta raczej o cale. Wyszło zatem, że tej talii mam ponad 160 cm. Niewiele mniej niż wzrostu.

Na koniec test chciał wiedzieć, czy życzę sobie dodania wyników całości do mojego "medical record", tak by dostęp do nich miał mój lekarz. Przed oczyma stanęła mi dobra, miła pani doktor, u której byłam z wizytą jakoś w listopadzie. Pani była blondynką z Iranu i podzielała moją pasję do spacerów. Stwierdziłam, że absolutnie nie mogę jej rozczarować swoimi wynikami i zaznaczyłam "NO".

Tak czy siak poczułam się niedoceniana. Ja tu chodzę na basen, na spacery, nie palę, kupuję żywność w zdrowych sklepach, a oni jeszcze narzekają. I wysyłają mi spam z propozycjami zajęć terapeutycznych.

/Notka została napisana z lekkim przymrużeniem oka.

wtorek, 8 stycznia 2013

Nie wyszłam za Austriaka

W związku z powstałym zamieszaniem oświadczam, że nie pozostaję w związku małżeńskim z obywatelem Austrii oraz że w Austrii nie mieszkam. Tym, którzy nie wierzą, powiem jeszcze, że mam całkiem niezłą pamięć i jakkolwiek mogę od czasu do czasu o czymś zapomnieć, to raczej nie o małżeństwie z obcokrajowcem.

A było to tak: jak relacjonuje moja mama, podczas spaceru po naszym rodzinnym miasteczku, babcia spotkała swoją starą znajomą, która jakimś cudem mnie kojarzy (bez wzajemności. Ja kojarzę tylko jej córki: jedna trzy razy przekłuwała mi uszy, a druga uczyła mnie geografii). Jak się okazuje, wie o mnie znacznie więcej niż moja rodzina. Ba - wie więcej niż ja sama. I tak pewnego styczniowego dnia moja babcia dowiedziała się, iż jej wnuczka wyszła za mąż za Austriaka i wyjechała do ojczyzny swojego lubego. Zaskoczona babcia, która widziała mnie na własne oczy mniej niż tydzień temu, próbowała oponować, tłumacząc za kogo wyszłam i gdzie mieszkam, ale na niewiele się to zdało. Wieść gminna niesie bowiem, iż przebywam na stałe w pięknym, górzystym kraju (w którym tak naprawdę byłam tylko raz i to przejazdem) i jako wyrodna córka swej ojczyzny dzielę łoże z obcym.

Nie żeby mi to wszystko jakoś strasznie przeszkadzało. Ludzie są po prostu kreatywni. Jakby spojrzeć na sprawę dokładnie, pewne powiązania da się zauważyć. Na przykład takie, że tak samo jak urodzony w Austrii Adolf Hitler wyszłam za mąż 29 kwietnia. Oraz że mieszkałam w pobliskiej Szwajcarii. A jakby tego było mało, to podobno w Wiedniu mieszka moja kuzynka (której kompletnie nie znam), nazywająca się dokładnie tak samo jak ja. A kiedyś, wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam pretensjonalną czytelniczką poważnej literatury, sięgałam po wszystkie książki Elfriede Jelinek, które tylko ukazały się w języku polskim. Tak więc moje powiązania z Austrią są bardzo silne i ten mąż to tylko taka wisienka na torcie.

No, ale jakby czytał to ktoś kto mnie to od dawna nie widział, to ponownie oświadczam, że to z Austriakiem to bujda.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Tak na koniec roku

Podobno dziś kończy się 2012 rok.

Podobno, bo mimo daty wyświetlającej się wyraźnie na ekranie mojego komputera zupełnie tego nie czuję. Tak naprawdę wydaje mi się, że ten kończący się rok dopiero co się zaczął.  Właśnie sprawdzałam swoje tegoroczne postępy czytelnicze na Goodreads i na wieść o tym, że pierwszą przeczytaną przeze mnie w styczniu książką był "Drwal" Witkowskiego mocno się zdziwiłam - wydawało mi się, że skończyłam to czytać naprawdę bardzo niedawno. To wszystko jest  podobno oznaką starzenia się: czas leci tak szybko, że aż trudno się połapać.

Tak czy siak, kronikarski obowiązek zobowiązuje mnie to stworzenia krótkiego podsumowania. Zwłaszcza, że rok 2012 okazał się być zupełnie inny niż wydawało się to w styczniu.

A więc:
- po kilkuletnim romansie z okularami wróciłam - przynajmniej w dużym stopniu - do soczewek;
- przefarbowałam włosy;
- po długim trwaniu w szponach nałogu rzuciłam picie coli (no, nie tak całkiem - ale co innego wypić małą szklankę coli raz na jakiś czas, a co innego wlewać to w siebie codziennie);
- w czerwcu do Zurychu przyleciała Pola i było jak za starych, dobrych czasów (no, prawie ;-)
- jakiś czas wcześniej obchodziłyśmy z Polą dziesięciolecie naszej znajomości. Niestety, obchodziłyśmy je nieświadomie, bo w ogóle się nie połapałyśmy, że jest jakaś rocznica. Na pewno trzeba to będzie nadrobić;
- spotkałyśmy się kilka razy z Moniką. Odbyłyśmy też całą masę rozmów online;
- pewnego dnia opuściliśmy z Dawidem opanowaną kryzysem gospodarczym Europę i przeprowadziliśmy się do opanowanych kryzysem gospodaczym Stanów Zjednoczonych;
- konsekwencje powyższego okazały się bardzo poważne: nie dość, że zaczęłam o wiele mniej chodzić, to jeszcze zaczęłam jeździć samochodem, czego zdecydowanie nie lubię, zwłaszcza w godzinach wieczornych i nocnych;
- zaczęłam chodzić na basen;
- wpadłam w nałóg dodawania do tego co widzę na zegarku dziewięciu godzin, tak żeby wiedzieć jaki czas jest aktualnie w normalnych częściach świata :)
- zobaczyłam Hollywood i stwierdziłam, że nie chcę tam mieszkać. Być może zmieniłabym zdanie, gdyby wypatrzył mnie tam jakiś fajny producent, ale nic takiego nie nastąpiło; 
- zaczęłam korzystać z biblioteki (to jest temat na osobną notkę);
- odważyłam się wysłać dziecko do czegoś w rodzaju przedszkola (póki co jeszcze nie na stałe, ale wszystko zmierza w tym kierunku);
- przeczytałam siedemdziesiąt książek (właśnie kończę siedemdziesiątą pierwszą);
- wymyśliłam i zaczęłam pisać swoją własną. Tak dla odmiany.

Poza tym doszłam ostatnio do wniosku, że ten 2012 rok nie był taki zły. Na pewno kończy się całkiem dobrze. I tego będę się trzymać. ;)


No to Szczęśliwego Nowego Roku!

P.S. Tak w ogóle to piszę tę notkę z Polski, w której jestem - niestety tymczasowo - od ponad dwóch tygodni.
P.S. Tak, wiem, nic nie napisałam o postanowieniach noworocznych. Jeszcze muszę je wymyślić.

sobota, 8 grudnia 2012

Sentymentalnie, zza kartonów


Emilka spędziła piątek w przedszkolu, a ja - w kartonach.

Wiem, nudzę o tych kartonach od kilku miesięcy. A to je pakuję, a to rozpakowuję, a powinnam po prostu zacisnąć zęby i pozbyć się ich wszystkich w któryś z luźniejszych weekendów.

Rzecz w tym, że ja nienawidzę się rozpakowywać. Nie chodzi tylko o to, że mi się nie chce, albo że wolę w tym czasie robić inne rzeczy. Przeglądanie przedmiotów, ubrań, których jakiś czas się nie widziało, a wcześniej przez pewien czas nie dostrzegało, wywołuje u mnie niepożądaną reakcję sentymentalną. Siedzę potem z kubkiem herbaty i gapię się na te namacalne elementy mojego życia.

Oczywiście, że jest ich za dużo. Wielu z nich mogłabym się pozbyć. Zresztą przedmiotów, które wylądowały w sierpniu w białych workach z logo miasta Zurych też było niemało. Od lat walczę ze swoim zbieractwem i wydaje mi się, że jest coraz lepiej. Szkoda mi jednak rzeczy, do których chcę jeszcze wrócić. Pozbycie się ich byłoby czymś w rodzaju przyznania się do porażki.

Jest taka błękitna spódnica, w której zakochałam się gdzieś na początku liceum. Długa, z cienkiego materiału. Kiedy ją kupowałam, byłam młodą i naiwną dziewczyną (a jeszcze głupiej i naiwniej to brzmi), która planowała całe swoje życie spędzić w swoim rodzinnym Małym Mieście, zarabiać pieniądze, wydawać je na książki i - w przypadku pojawienia się odpowiedniego rycerza - rodzić mu dzieci. Małe Miasto opuściłam wraz ze spódnicą trzy lata później. Ona sama teraz w szafie w północnym San Jose, starsza o kilkanaście lat i nieco już zniszczona.

Biała letnia bluzka, którą miałam na sobie w dniu, w którym postanowiłam zamieszkać w Krakowie. Trzymam ją wciąż w szafie, tak jakbym obawiała się, że bez jej obecności wspomnienia, które tak naprawdę są już od wielu lat nieważne, znikną na zawsze.

Są materiały do nauki niderlandzkiego, które pomagały mi przetrwać pierwsze tygodnie w Zurychu, kiedy tak bardzo starałam się polubić to miasto. Było tym gorzej, że przez blisko miesiąc nie miałam dostępu do Internetu. Starałam się jakoś to sobie wynagrodzić: siadałam przy biurku (tym samym, przy którym jestem teraz - kolejny przedmiot, który jest ze mną od kilku lat), i powtarzałam paskudnie brzmiące czasowniki. Nie mam pojęcia, dlaczego chciałam się uczyć tego właśnie języka. Na francuski, który podobał mi się od dzieciństwa, zapisałam się dopiero będąc w ciąży. 

Dzbanek, który kupiłam kiedyś z zamiarem kupowania sobie na biurko kwiatów. Kilka razy mi się udało. Potem zrozumiałam, że cięte kwiaty w połączeniu z kotami to marny pomysł. Wciąż szkoda mi go oddać czy wyrzucić. 

Puzzle, które kupiliśmy z Dawidem z okazji moich dwudziestych siódmych urodzin. Od dwóch lat leżą i czekają na to, aż znów będę chciała je dokończyć i powiesić na ścianie.

Pamiętniki pisane latami, ostatnio nieco zakurzone. Powoli zaczynam dojrzewać do myśli, żeby coś z nimi zrobić. Prędzej czy później moje dziecko nauczy się czytać i jakoś nie jestem pewna, czy zapisane moim charakterem pisma bruliony jej nie zachęcą do lektury. A przecież chciałabym, żeby moja córka była normalniejsza niż ja. Przynajmniej pod niektórymi względami. Zeskanować? Przepisać na komputerze, a wersji papierowych się pozbyć? 

Bilety, zarówno lotnicze jak i PKP, poupychane w książkach i zeszytach, przypominające ważne daty i mające wtedy miejsce sytuacje. Pewnie co najmniej połowa z nich była niepotrzebna.

Gdybym zebrała to wszystko (oczywiście mogłabym te rzeczy wymieniać dalej), dałoby się zapewne w tempie ekspresowym pozbyć zawartości mniej więcej dwóch kartonów. Trzymać? A może wyłączyć sentymenty i oddać/sprzedać/wrzucić do zsypu?:)

czwartek, 6 grudnia 2012

Miłosne rozczarowanie z lat dziewięćdziesiątych

Kilka dni temu, przy okazji wspominania mojej internetowej przeszłości, przypomniała mi się pewna mrożąca krew w żyłach historia, która znaczna część rozegrała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Internecie. W ramach dbania o aktualizowanie bloga postanowiłam ją tu przedstawić.

Dawno, dawno temu, gdy na świecie nie było jeszcze Facebooka, a coś takiego jak "stałe łącze" było nieosiągalnym szczytem marzeń większości użytkowników Internetu, przeciętny dzień Agaty polegał na czekaniu na godzinę 22, kiedy połączenie z siecią było tańsze. Późnym wieczorem Agata zwykła siadać przed komputerem brata i wsiąkać w świat Diablo. 

Tak naprawdę chodziło nie tylko o grę. Diablo oznaczało możliwość poznawania innych użytkowników Internetu. Głównie płci męskiej. W tym czasie chodziłam do liceum i w mojej klasie były same baby. Diablo oznaczało okno na inny świat. Proszę się nie śmiać - dzięki takiej metodzie poznawania kolegów mogłam od razu odrzucać tych, którzy robili błędy ortograficzne. W realu to już nie jest takie proste - trzeba robić dyktando.

Jednym z chłopaków, których poznałam grając, był osobnik o nicku na literę M. W moim życiu gościł bardzo krótko, za to nasza znajomość miała niezwykle bolesne konwekwencje. Dosłownie i w przenośni.

M. pojawił się na kanale pewnego sierpniowego wieczoru. Nasza rozmowa była fascynująca. Dowiedziałam się, że mój nowy znajomy słucha Nirvany, jest ode mnie o kilka lat starszy i ma długie włosy. Wyrażał gotowość odwiedzenia mnie, jeśli tylko pozwolą mu na to rodzice. To ostatnie trochę mnie dziwiło - nie rozumiałam, dlaczego chłopak w tym wieku miałby problem z przekonaniem rodziców, by puścili go na małą wycieczkę. Ponieważ jednak bardzo pięknie opowiadał o Kurcie Cobainie, a ja byłam na etapie buntu wobec świata i słuchałam czasami Nirvany, postanowiłam nie wnikać w jego relacje z rodzicami. 

Oczyma wyobraźni widziałam, jak odwiedza mnie w moim rodzinnym mieście i idziemy na spacer, oboje z rozwianymi, długimi włosami. Gdy tylko zaproponował wymianę maili, natychmiast podniosłam się z krzesła. Jakimś cudem nie przyszło mi do głowy, żeby zapisać jego adres korzystając z komputera. Zamiast tego pobiegłam do pokoju po kartkę i coś do pisania.

Po chwili wyłam z bólu. Wstając z krzesła nie pomyślałam o tym, by rozruszać jakoś ścierpniętą stopę. Efektem było stanięcie na niej do góry nogami i dość mocne skręcenie. Cel jednak osiągnęłam - adres fana Nirvany został zapisany. Niestety, w międzyczasie gość zniknął z kanału.

M. nie pojawił się już na kanale. Stęskniona, napisałam maila, w którym opisałam swój wypadek. Mój nowy znajomy (i potencjalny narzeczony) odpisał, że nie daruje sobie, iż przez niego zrobiłam sobie krzywdę i zaproponował, że w zamian on popełni samobójstwo - na co oczywiście się nie zgodziłam.

Do odwiedzin nigdy nie doszło, a nasz kontakt wkrótce potem się urwał. Jakiś czas później, korzystając z ICQ (to był taki fajny komunikator, od którego wszystkie inne do tej pory są gorsze), przypomniałam sobie o tamtej krótkiej znajomości i postanowiłam sprawdzić, czy uda mi się znaleźć M. wśród jego użytkowników.

Tak, udało się. Wszystko się zgadzało: nick i adres mailowy. Nigdy jednak nie dodałam M. do kontaktów. Wiecie dlaczego? Bo z jego danych udostępnionych na ICQ wynikało, że ma trzynaście lat.

A noga bolała mnie przez kilka tygodni.

czwartek, 29 listopada 2012

Ciało z przystanku

Jak co roku w okresie przedświątecznym na podmiejskich cmentarzach unosiła się słodka woń pieczonych ciast. Tysiące kobiet w małych, rozstawionych wśród grobów kuchniach przygotowywało tradycyjne przysmaki. Poza niepisanym obowiązkiem wypieków, jaki nakładał na nie zwyczaj, kobiety mogły się przy okazji cieszyć własnym towarzystwem i okazją do plotek.

Pani Kowalska należała chyba do tych niezadowolonych z tego, że jest w tym a nie innym miejscu. Maleńka kuchnia, którą dzieliłyśmy, nie rozbrzmiewała bynajmniej gwarem przyjacielskiej rozmowy. Wszystko sprowadzało się do gderliwego "odsuń się" i "podaj cukier". Pani Kowalska należała do tych osób, które każdego dnia wytaczały wojnę młodemu pokoleniu: tak na wszelki wypadek, z góry zakładając, że młodzież jest zła. A do młodzieży zaliczała wszystkich wyraźnie młodszych niż ona sama. Nawet mnie, choć miałam na karku trzydzieści lat i nosiłam na palcu obrączkę.

Kiedy po kilku godzinach do kuchennej budki zajrzeli Dawid i Aneta, poczułam ulgę. Mogłam spokojnie uznać, że pieczenia na dziś już wystarczy. W planach mieliśmy spacer wzdłuż cmentarnych alejek - ot, nic takiego, okazja do przyjacielskiej pogaduchy i pooglądania przykrytych śniegiem grobów. Płyty, przykryte warstwą białego puchu podbarwionego kolorowym światłem ze zniczy wyglądały prześlicznie.

Zdawałoby się, że pani Kowalska poczuje ulgę na wieść, że oto zostaje pozbawione uciążliwego towarzystwa. A jednak na widok Anety zasępiła się wyraźnie i wpatrywała przez jakiś czas w dziewczynę, świdrując jej twarz swoimi małymi, stalowymi oczyma.
- To ta pannica, co mdleje - oświadczyła oskarżycielskim tonem. - Łazi tu z różnymi, pada na ziemię, potem ją pogotowie zabiera. Też sobie towarzystwo znajdujesz - zwrociła się do mnie z dezaprobatą.

Wzuszyłam ramionami. Anetę znałam słabo, o jej tendencji do omdleń nic nie wiedziałam, ale nawet uświadomiona w tej kwestii nie do końca rozumiałam, na czym tak naprawdę polega problem. To chyba nie jej wina, że mdleje?

Opuściliśmy panią Kowalską i ruszyliśmy na wyprawę wzdłuż grobów. Zaczął padać śnieg.

_____
Problem pojawił się na przystanku autobusowym. Było pusto, na transport czekała tylko nasza trójka. W pewnym momencie Aneta zaczęła się osuwać na ziemię. Wpadłam w panikę - nikt nigdy przy mnie nie zemdlał. Nie miałam pojęcia, co robi się w takiej sytuacji. Bo chyba nie sztuczne oddychanie? Brak reakcji i czekanie, aż dziewczyna odzyska przytomność sama z siebie również nie wydawało się dobrym scenariuszem. Spojrzałam na Dawida, który także nie sprawiał wrażenia, jakby wiedział, co ma w tej sytuacji zrobić.
- Zadzwonię na pogotowie - powiedział w końcu.

Pani na pogotowiu nie była bardzo skora do pomocy. Ona również, podobnie jak Kowalska, kojarzyła już mdlejącą Anetę i choć obiecała, że karetka przyjedzie na przystanek, wyraźnie dała nam do zrozumienia, że przypadek dziewczyny uważa za beznadziejny. Nie rozumiałam, co dokładnie miała na myśli - bo chyba nie to, że powinniśmy zostawić naszą znajomą w zaspie śnieżnej późnym wieczorem na pustym przystanku? Z niepokojem obejrzałam dziewczynę. Już nie żyła, to było jasne. Instynktownie sprawdziłam jej puls, zbliżyłam policzek do ust w poszukiwaniu ciepła oddechu. Nic.

Oczekiwanie na karetkę przedłużało się. Nie pojawiał się również autobus. Było trochę dziwnie: od dłuższego czasu na ulicy nie pojawił się żaden człowiek. Zgoda, było już późno, ale przecież to było duże miasto. Zawsze powinien znaleźć się jakiś przechodzień wracającu do domu o mniej typowej porze. No i samochody. Dlaczego żadne nas nie mijały?

Chyba tylko tą nieoczekiwaną pustką można wytłumaczyć to, co zrobiliśmy, gdy nagle zobaczyliśmy z oddali światła zbliżającego się auta. To nie była karetka - na dachu brakowało koguta, poza tym samochód był niewielki, zbyt mały by zmieścić w nim dorosłą osobę w pozycji leżącej. A jednak Dawid postanowił go zatrzymać. Kierowca, mężczyzna o wyglądzie dość typowym, nie sprawiał wrażenia zdziwionego otaczającą nas pustką. Nie widział też problemu w tym, by zawieźć nas do domu. Martwa Aneta nie robiła na nim wrażenia.

Nie wiem, czy aby podrzucić nas do domu musiał zbaczać ze swojej trasy. Nie przyszło nam do głowy by zapytać go o pieniądze za paliwo, a on nigdy o nich nie wspomniał. Kiedy byliśmy już na górze, zadzwoniła komórka Dawida. Pani z pogotowia zniecierpliwionym głosem domagała się wyjaśnień. Podobno karetka czekała na nas od dłuższego czasu na wskazanym przystanku.
- Przepraszam - bąkał Dawid. - Długo nikt nie przyjeżdżał, było zimno, a ktoś mógł nas podrzucić, więc pomyśleliśmy...
- I tak sobie państwo jeździcie stopem z ciałem? - krzyczała dyspozytorka. - Gdzie ono teraz jest?
Zastanawiałam się, skąd na pogotowiu wiedzą, że Aneta nie żyje. Nigdy o tym nie wspominaliśmy.
- Może karetka mogłaby przyjechać tu? - zastanawiał się Dawid. - Na pewno nie ruszymy się stąd do rana...
- Dawid! - wrzasnęłam. - Przecież jej tu nie ma!
- Co...?
- Wchodziliśmy tu bez niej. O Boże, co my zrobiliśmy z tym ciałem? Chyba zostawiliśmy je w samochodzie...
Dawid rozłączyl się. Patrzył na mnie bezradnie z drugiego końca pokoju. Co mieliśmy zrobić? Nasz zwyczajny wieczór zamienił się w koszmar, z którego w dodatku nic nie rozumieliśmy. Najpierw to omdlenie i śmierć, potem puste ulice... Nie docierało do mnie, jak mogliśmy zapomnieć o zabraniu z samochodu ciała Anety. Kiedy o tym myślałam, nie byłam już nawet pewna jak je przewoziliśmy. Razem z nami z tyłu samochodu? Może na przednim siedzeniu? A może jednak w bagażniku?

Nagle usłyszeliśmy dziki śmiech. Instynktownie rzuciłam się w kierunku Dawida i zlapałam go za ręce. Śmiech się powtórzył: dziki, niepohamowany, dochodził z drugiego pokoju. Zrobiliśmy kilka kroków w tamtym kierunku. I nagle ją zobaczyliśmy: Aneta szła w naszą stronę, w swoim czarnym płaszczu, z rudymi włosami rozwianymi na wszystkie strony, choć okna byly pozamykane i nie było przeciągu. Jej nieżywa twarz robiła się już sina.

____
Obudziłam się z wrzaskiem. Przez kolejne pół godziny walczyłam z chęcia wstania i zapisania treści tego snu, zanim kompletnie go zapomnę do rana. Ale najzwyczaniej w świecie bałam się wstać.
____
Od czasu do czasu ktoś sugeruje mi, żebym zapisywała swoje sny. Problem ze snami jest jednak taki, że zwykle dużą ich część się zapomina i przedstawiane innym osobom wydają się bezsensowne. Oczywiście nie zawsze tak jest: mojego snu o rządowym projekcie przedstawienia "Gwiezdnych Wojen" jako alegorii losu Polaków chyba nigdy nie zapomnę. Tak czy siak, powyższy tekst to zapis koszmaru, który nawiedził mnie ostatniej nocy. Podreperowałam nieco motyw samochodu, który wiózł nas do domu - tak naprawdę nie pamiętam, skąd się we śnie pojawił. Pamiętam natomiast, że był beżowy.