niedziela, 18 marca 2012

Wszystko czerwone

Wypraliśmy czerwone rzeczy.

Jak większość mieszkańców Szwajcarii mamy pralkę w piwnicy. Na szczęście administracja naszego budynku postanowiła nie utrudniać życia swoim lokatorom i nie mamy atrakcji typu grafik prania. Działa zasada kto pierwszy, ten lepszy i nie ma z tym wielkiego problemu. Zwłaszcza, że za pranie bierzemy się zwykle późnym wieczorem, kiedy inni mieszkańcy budynku mają na głowie inne sprawy.

Pranie wieczorem ma jedną wadę. Jeśli wiąże się z przynoszeniem ze znajdującej się również w piwnicy suszarni rzeczy suchych, to zamiast zająć się układaniem ich na półkach pakujemy wszystko do papierowej torby i chowamy w łazience. Wszystko to po to, by nie obudzić potomstwa, które śpi w pokoju z szafkami na ubrania. Ciuchy po przenocowaniu w łazience lądują na miejscu najczęściej kolejnego dnia.

Ale kilka dni temu zauważyłam, że już od pewnego czasu pod umywalką stoi torba pełna czerwonych ciuchów. Kilka razy obiecywałam sobie, że zrobię z nimi porządek, ale lenistwo wiedziało lepiej. W końcu któregoś wieczoru po kąpieli wyjęłam stamtąd swoją czerwoną piżamę i zadowolona założyłam. Coś jednak było nie tak: piżama śmierdziała czymś jakby nieświeżym.

Wpadłam w lekką panikę: piżama znajdowała się wśród rzeczy wypranych przez Dawida. Sądząc po zapachu, przydałoby się ją uprać raz jeszcze, nie chciałam jednak żeby mojej drugiej połowie było przykro. Cóż, zdarza się - pewnie powiesił piżamę w jakimś zatęchłym kącie suszarni i stąd ten smród. Tak czy siak, chłop się napracował: zamiast grać ze mną w World of Warcraft jeździł windą do piwnicy w trosce o czystość naszej odzieży. Po co mu robić przykrość?

W końcu podjęłam decyzję. Postanowiłam się przemęczyć w czerwonej piżamie jedną noc, a kolejnego wieczoru zmienić ją pod jakimś pretekstem. Może dobrze by było ją czymś zalać? Tego dnia kładłam się do łóżka w mocno nieświeżej aurze. Na szczęście szybko zasnęłam. Kolejną noc przespałam już w czymś innym. Papierowa torba pełna czerwonych wypranych rzeczy wciąż stała pod umywalką.

Wczoraj historia miała swój ciąg dalszy.
- Hej, przyniosłaś mi może jakiegoś t-shirta do spania? - zawołał Dawid z łazienki podczas wieczornej kąpieli.
- Nie, mówiłeś przecież, że sobie przygotowałeś.
- Mówiłem o bokserkach.
- No to nie ma problemu, możesz sobie wyjąć t-shirta z tej torby z czerwonymi rzeczami - odparłam zniecierpliwiona. Z czerwonym t-shirtem chyba wszystko było w porządku, a nie chciałam wchodzić w nocy do sypialni Emilki i ryzykować, że się obudzi.
- Przecież to są brudne rzeczy.
- Coooo?

No i się wydało - czerwone ubrania w papierowej torbie były posegregowanymi do prania brudnymi ciuchami. To by wyjaśniało zapach czerwonej piżamy.
- Kurde, spałam w brudnej piżamie, bo nie chciałam żeby ci było przykro, że źle zrobiłeś pranie! - tłumaczyłam.
- No właśnie tak się zastanawiałem skąd masz tę czerwoną piżamę, skoro ona było brudna i miałem cały czas nadzieję, że nie z tej torby z brudnymi rzeczami. Ale nie chciałem ci nic mówić.

Ot, zabawna historyjka. Ale nie martwcie się: niektórzy mają gorzej. Słyszałam kiedyś o żonie, która uwielbiała piętki w chlebie i sądząc, że wszyscy na świecie mają tak jak ona, zawsze ofiarnie oddawała piętkę mężowi. Który oczywiście tej akurat części chleba nie cierpiał i ofiarność żony odbierał jako dokuczanie.

środa, 29 lutego 2012

A w lutym...

Jest 29 lutego. Okazja do napisania notki 29 lutego zdarza się tylko raz na cztery lata, a ponieważ ja w tym miesiącu dosyć opuściłam się jeśli chodzi o moją grafomanię, to postanowiłam to chociaż trochę nadrobić.

To był jeden z najtrudniejszych lutych w moim życiu. Po kilku zimach spędzonych w Zurychu przyzwyczaiłam się, że śnieg bywa tu rzadko, a mróz oznacza jakieś -3 stopnie. Nie w tym roku. Przez ileś dni z rzędu królowały temperatury znacznie poniżej mojej granicy wytrzymałości. I fakt, że w Polsce bywało o dziesięć stopni zimniej wcale mnie nie pocieszał. Przez około tydzień nie wychodziłyśmy z domu i zaczęłam powoli rozumieć bohatera "Lśnienia" Kinga. Oraz mieć wątpliwości, czy hotel w którym toczyła się akcja książki w ogóle był nawiedzony. Od takiego siedzenia w domu naprawdę można zwariować.

Co poza tym? W moim życiu na stałe pojawił się pewien nowy element - telewizor. Historia moich związków z tego typu sprzętami nie jest zbyt romantyczna - od 2006 do 2008 roku mieszkałam pod jednym dachem z jako tako działającym telewizorem i włączyłam go może z dziesięć razy. Po okresie studiów byłam zupełnie odzwyczajona od takich rozrywek. Obecnie posiadamy telewizor, który służy do wyświetlania filmów i gier. Doszłam jednak do wniosku, że może warto od czasu do czasu włączać dziecku TV Polonia - ot tak, żeby posłuchała sobie języka.

Dziecko słucha języka, a matka zauważa pewne szczegóły.

Po pierwsze, mniej więcej co druga reklama dotyczy jakiegoś leku. Lek na ból, lek na potencję (tudzież jej brak), lek na wątrobę. Wszystko w iluś odmianach. Wygląda na to, że przemysł farmaceutyczny naprawdę ma się dobrze. Może ja coś źle pamiętam, ale wydaje mi się, że piętnaście lat temu reklamowali głównie Mentosy, Milkę i proszki do prania.

Po drugie, mam wrażenie, że jednym z naszych głównych produktów eksportowych, do których dostęp mają rodacy za oceanem, są seriale. Oczywiście wiedziałam, że jest ich sporo, ale o istnieniu niektórych nie miałam pojęcia. Pewnego dnia karmiąc Emilkę wysłuchałam (nie obejrzałam, bo siedziałam tyłem do ekranu) odcinka jednej z rodzimych produkcji, w której Daniel Olbrychski grał trenera boksu. Ideał sięgnął bruku. Dość często też trafiam na coś, co nazywa się "Barwy szczęścia". Zdaje się, że puszczają ten serial więcej niż raz dziennie, bo wieczorami trafia na niego Dawid. Jest też coś co nazywa się "Czas honoru" i ma przyjemną czołówkę oraz całą zgraję aktorów, których gra przypomina poziom z przedstawień szkolnych. No, ale dzięki temu ostatniemu zobaczyłam w końcu jak wygląda Zakościelny. Było też coś o jakichś paniach które okradły bądź nie okradły supermarketu. I reklama serialu z Arturem Żmijewskim. To ostatnie mogłoby mnie nawet zainteresować, ale spojrzałam na telewizor, zobaczyłam jak bardzo Żmijewski się postarzał i olałam temat.

Tak to jest, moi mili. Chyba nie jestem na czasie, jeśli chodzi o telewizję.


wtorek, 10 stycznia 2012

O choince, która wróciła na łono natury

Pozbyliśmy się choinki.

To nie była taka prosta sprawa. Strach przed tym, co zrobimy z bożonarodzeniowym drzewkiem nie opuszczał mnie od wielu tygodni. Ba, byłam nawet gotowa upierać się przy zakupie sztucznej choinki, żeby tylko uniknąć problemów. Oczyma wyobraźni widziałam powtórkę z rozrywki z początku ubiegłego roku. Było to w czasach, kiedy jeszcze nie umieliśmy wyrzucać takich rzeczy. I proszę się nie śmiać. Ja mieszkam w Szwajcarii, tu nie wszystko jest oczywiste.

Na szczęście zmoblizowaliśmy się i ustaliliśmy, że aby pozbyć się legalnie choinki trzeba ją wynieść przed blok w dzień w którym z naszej ulicy zabierają śmieci. Ponieważ jest to poniedziałek, zatem w niedzielny wieczór rozebraliśmy zielonego stwora i wystawiliśmy związane drzewko przed blok. Następnego dnia zniknęło, a my mieliśmy czyste sumienia.

Rok temu było gorzej. Na początku stycznia polecieliśmy do Polski, zostawiając choinkę w stanie bożonarodzeniowym. Po głowach się nam kołatało, że będą jakieś dwa terminy wyrzucania drzewek i że prawdopodobnie będzie to jakoś ogłaszane - ot, choćby za pomocą informacji na przyklejonej do drzwi kartce. Wizja była na tyle przekonująca, że w ogóle nie myśleliśmy o tym, by w jakikolwiek sposób spróbować ją potwierdzić. Po powrocie zaczęliśmy zatem czekać na wiadomość. 

Mijały tygodnie. Dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze. Zimową kurtkę zamieniłam na lekki płaszcz. Drzewa się zazieleniły. Nie zieleniała natomiast nasza choinka, stojąca i błyskająca światełkami w kącie dużego pokoju, coraz bardziej zasuszona. Był już początek wiosny, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś popełniliśmy błąd. Na ogłaszanie zbiórki bożonarodzeniowych drzewek było już raczej za późno. A tu zbliżał się wielkimi krokami tłusty czwartek. Wizja zajadania się pączkami z choinką w tle była być może oryginalna i na swój sposób kusząca, ale chyba nie do końca tego chciałam.

Rozważaliśmy połamanie choinki na kawałki i wyniesienie jej w białych, oficjalnie zatwierdzonych przez miasto workach na śmieci. Było jednak kilka problemów: nie dysponowaliśmy odpowiednimi narzędziami, poza tym gałęzie zapełniłyby sporo tych worków. Białe, foliowe siatki z odpowiednim logo nie należały do tanich, zachęcając mieszkańców Zurychu do segregowania śmieci. Nie zdziwiłabym się, gdyby koszt takiego wyrzucenia choinki przewyższał jej cenę. Zwłaszcza jeśli doliczylibyśmy do tego koszt siekiery.

Drugim pomysłem było wywiezienie choinki na Uetliberg. To taka góra w okolicy, można się na nią dostać pieszo bądź korzystając z kolejki szynowej. Problem polegał na tym, że wyniesienie tam drzewka chyba nie byłoby do końca legalne. Należałoby to zatem zrobić w nocy. Wtedy z kolei kolejka jest nieczynna, a żadne z nas nie miało ochoty na nocne łażenie po lesie z choinką pod pachą. Zwłaszcza ja, będąc w jakimś siódmym miesiącu ciąży.

Zwyciężył pomysł trzeci. Pewnego wieczoru, kładąc się spać, ustawiliśmy budziki na trzecią nad ranem. Dawid wstał i w stanie ledwo przytomnym wyniósł choinkę do pobliskiego parku. Czekałam na niego niecierpliwie, przypominając sobie różne opowieści o szwajcarskiej policji, która podobno tropi popełniających wykroczenia ludzi ze skutecznością godną jasnowidzów. Cóż, tym razem coś przegapili.  Dawid wrócił po jakichś dziesięciu minutach, nieco już rozbudzony. Bez choinki. - Ale wiesz, ilu ludzi tam łazi o tej porze? - dziwił się.

Nie ma co ukrywać - daliśmy wtedy ciała. Ale jako że człowiek to istota rozumna i uczy się na błędach, rok 2012 rozpoczęliśmy m.in. od nauki wyrzucania choinek w Zurychu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

środa, 4 stycznia 2012

Z gęsią w tramwaju

A było to tak: ponad trzy lata temu szliśmy sobie z Dawidem ulicą przy której mieszkamy. Nagle zauważyliśmy idącego przed nami mężczyznę, któremu towarzyszył ptak, tak na oko z rodziny blaszkodziobych, możliwe że gęś, przy czym byłaby to gęś czarna. Widok był przekomiczny: wyobraźcie sobie gościa idącego jakby nigdy nic ulicą i drepcącą obok niego gęś. Też jakby nigdy nic.

Oczywiście pan i jego nietypowe zwięrzątko budzili powszechne zainteresowanie. Ludzie przystawali, pokazywali sobie zjawisko palcami, śmiali się. Obrazek był właściwie całkiem sympatyczny. Może trochę szczególny, ale nie wyglądało na to, by gęsi działa się jakaś krzywda. Szła sobie spokojnie obok swojego pana i raczej nie zamierzała uciekać.

To był pierwszy raz, kiedy spotkałam pana z blaszkodziobym. Potem widywałam ich jeszcze kilkakrotnie. Dowiedziałam się dzięki temu, że gęsi można kazać wskoczyć do tramwaju i ona takie polecenie wykona. A przynajmniej tak było w przypadku tego egzemplarza. Właściciel zdaje się mieć całkiem dużą praktykę w obchodzeniu się ze swoją podopieczną (swoim podopiecznym?). Idąc z nią między ludźmi na przystanku, pokrzykuje lekko "uwaga, uwaga" i toruje ptaku drogę. Dziś widziałam też, jak sadza ją na siedzeniu w tramwaju. Po prostu podnosi delikatnie do góry, rozkłada na siedzeniu gazetę i stawia na niej gęś. Pani, która skutkiem takich działań znalazła się naprzeciwko czarnej istoty najwyraźniej się to nie spodobało, bo ze zniesmaczoną miną przesiadła się gdzie indziej.


Podróż tramwajem z panem z gęsią to podróż wśród ludzi, którzy trzymają przed sobą swoje telefony komórkowe i kręcą bądź fotografują tych niecodziennych towarzyszy przejażdżki. Sam właściciel gęsi zdaje się w ogóle nie zauważać zainteresowania. A gęś? Cóż, wydaje się, że lubi ludzi. Na pewno nie przejawia wobec nich morderczych instynktów. Jeden z pasażerów, starszy pan, wysiadając pogłaskał ją po dziobie. I nic się nie stało.

Niestety, nie wiem do końca o co w tym wszystkim chodzi. Być może jest to po prostu tego typu relacja jaką człowiek może mieć z psem lub kotem. Po prostu w tym przypadku przybrała ona mniej typową formę. W każdym razie, jeśli będziecie kiedyś w Zurychu, to przejedźcie się około szesnastej tramwajem linii 14 w kierunku Triemli. Być może zobaczycie to wszystko na własne oczy.

I jeszcze jedno. Zakładam, że moja kiepska świadomość ornitologiczna mogła mi spłatać figla i to wcale nie jest gęś. Jeśli tak jest, z góry przepraszam wszystkich za wprowadzenie w błąd. Przepraszam również za kiepską jakość zdjęć - na pomysł ich zrobienia wpadłam nagle, tuż przed docelowym przystankiem i do dyspozycji miałam tylko telefon komórkowy.

Mała aktualizacja: pojawiła się sugestia, że właściciel gęsi to Dr. Dolittle

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Raport czytelniczy i czytelnicze cele

Na początku ubiegłego roku postanowiłam sobie, że do 31 grudnia przeczytam 100 książek. Nie chodziło o to, żeby za wszelką cenę było ambitnie. Po pewnym zastanowieniu wyszło mi, że tak czy siak czytam mniej więcej tyle. Natomiast spodobała mi się idea publicznego realizowania takiego celu.

Od niedawna miałam profil na Goodreads. Po połączeniu go z profilem na Facebooku rozpoczęłam torpedowanie swojej ściany książkowymi statusami. Podobnie z Twitterem (z którego prawie nie korzystam, 99% moich wpisów tam to te wrzucane z automatu z Goodreads czy Miso). Może dla niektórych to wkurzające, ale pocieszam się myślą, że szkodliwość tego co robię jest znikoma, bo po pierwsze, fejsbuk i tak jest zaśmiecony postami z gier (które ja z kolei wrzucam bardzo, bardzo rzadko), a po drugie chodzi w końcu o książki. A czytanie książek należy promować.

Chyba nawet coś mi z tego wyszło - w ciągu ostatniego roku na Goodreads pojawiło się całkiem sporo moich znajomych. Nie twierdzę, że to ja ich ściągnęłam, ale kto wie - może to moje postowanie komuś się spodobało.

Od 1 stycznia do 31 grudnia 2011 przeczytałam dokładnie 100 książek. Mogło być więcej, ale trochę się obijałam - po wyrwaniu prawych ósemek miałam dwa czy trzy dni kompletnie wyjęte z życia, w szpitalu przy okazji rodzenia się Emilki czytało mi się tak sobie. Mało wyjeżdżałam, więc czytanie w pociągu odpadało. Trzy książki: Dance With Dragons, Persuasion i Pride and Prejudice and Zombies zostawiłam w stanie rozgrzebanym. Na ogół rzadko mi się to zdarza, staram się czytać do końca nawet to, co mi się nie podoba. W przypadku Dance With Dragons problemem był rozmiar książki, którą bardzo niewygodnie czytało się przy okazji zajmowania się dzieckiem. Potem z kolei powpadały mi jakieś książki do zrecenzowania i jakoś już do tych smoków nie wróciłam. Trochę głupio, biorąc pod uwagę, że czekałam na tę pozycję kilka ładnych lat. Persuasion czytałam przed pójściem do szpitala i postanowiłam zostawić w domu, bo coś mi mówiło, że przez kilka najbliszych dni nie będę się nadawać do czytania dziewiętnastowiecznych, długaśnych zdań po angielsku. Mniejsze wyrzuty sumienia mam w przypadku Pride and Prejudice and Zombies, bo ta książka mnie najzwyczajniej w świecie rozczarowała. Aktualnie pełni rolę "zapychacza" czytelniczego w sytuacjach takich jak np. jazda tramwajem z dzieckiem pod pachą. Czytam wtedy krzystając z aplikacji Kindla na telefon - bo tak mi w tych tramwajach  i z  dzieckiem z przodu najwygodniej.

W 2011 roku przeżyłam kilka książkowych rozczarowań. Największym był Cień wiatru Zafona. Trochę szkoda, bo sam pomysł bardzo mi się podobał. Ale wykonanie, z historią młodej dziewczyny, u której lekarz już dwa dni po stosunku stwierdził ciążę (ok, może to były trzy dni, nie pamiętam) na czele - już mnie odrzuciły. Swoją drogą, podobnie miałam z The Night Circus, które zapowiadało się świetnie. Kupiłam je nawet w przedsprzedaży, a potem męczyłam się przez sześć kolejnych dni.

Trafiłam też na kilka świetnych pozycji. W końcu przeczytałam Gottland Szczygła, wręcz pochłonęłam Dzienniki kołymskie Hugo-Badera. Bardzo podobał mi się The Great Gatsby. Przeczytałam też kilka zupełnie banalnych, ale mimo to przyjemnych w lekturze książek. Na przykład ostatnią powieść Kinselli (autorki serii o zakupoholiczce, której książki czytuję po niemiecku, bo one są akurat na poziomie mojej znajomości tego języka - dzięki temu mogę tłumaczyć sobie i innym, że w ten sposób uczę się języka. Co w sumie wcale nie jest kłamstwem). No i odkryłam, że lubię Chmielewską (wiem, mój refleks jest niesamowity).

Pomyślałam, że w związku z nowym rokiem dobrze by było ustalić sobie kolejne książkowe cele. Jako że czasu będę mieć trochę mniej, postanowiłam założyć, że do stu już nie dobiję. Poza tym mam zamiar trzymać się systemu kupowania nowych pozycji, ktory jakiś czas temu zaczęłam stosować. Ponieważ kupuje się szybciej niż czyta (zwłaszcza jeśli chodzi o czytanie na Kindle, ale nie tylko - papierowe książki też łatwo mi wskakują do koszyka), zaczęłam stosować zasadę według której muszę przeczytać pięć książek spośród tych już posiadanych, by nabyć jedną elektroniczną lub siedem, jeśli chcę kupić książkę papierową. To trochę okrutne, ale proszę mnie nie posądzać o masochizm - to wymyślił mój mąż (któremu, nawiasem mówiąc, książki też same wskakują do koszyka). 

Co poza tym? Doczytać rozgrzebane książki. W miarę możliwości doczytać również rozgrzebane serie. Np. Wheel of Time - przeczytałam siedem tomów i stwierdziłam, że muszę od tego odpocząć, bo Aes Sedai ze swoimi ageless faces śniły mi się już po nocach. Naprawdę. Poza tym został mi do przeczytania ostatni tom Millenium i cyklu Feista. Nawiasem mówiąc, do sukcesów czytelniczych 2011 mogę zaliczyć to, że w końcu skończyłam wszystkie części Musierowicz. Czekam na więcej.

Pozostaje wciąż dużo klasyki, po którą jakoś nigdy nie sięgnęłam. Trochę już w tym temacie nadrobiłam, ale Dickens, za którego się zabieram od kilku lat, wciąż leży odłogiem. Czas się za to zabrać.

Na Goodreads mam już całkiem długą listę książek do przeczytania. Miło byłoby przynajmniej sprobować ją zredukować. Będzie ciężko, bo ciągle trafiam na coś, co chcę przeczytać. Miłe natomiast jest to, że Joyce i Woolf przeszli właśnie do domeny publicznej. Zawsze to jakaś dodatkowa motywacja, bo książki obojga znajdują się na mojej liście.

Jakiś czas temu obiecywałam sobie, że na ten rok stworzę dokładny czytelniczy plan. Taki, który będzie zakładał przeczytanie przynajmniej iluś książek historycznych, iluś tomów danej serii itd. Taki plan nie powstał, w związku z czym pozostaje mi tylko cieszyć się czytaniem. I trzymać się tych kilku reguł, które udało mi się wymyśleć.

niedziela, 1 stycznia 2012

Szczęśliwego!

Pierwszy poranek 2012 roku przywitałam zaspana, ale bez bólu głowy. Domownicy wypięli się na mnie - córka śpi, mąż śpi, nawet koty śpią. W dużym pokoju stoi pusta butelka po szampanie, w kuchni piętrzą się brudne naczynia. Coś mi mówi, że moim pierwszym zrealizowanym postanowieniem noworocznym powinno być wstawienie ich do zmywarki. Ponieważ jednak wszystko powinno mieć swój właściwy czas, zacznę od zaległości, czyli podsumowania ubiegłego roku.

Trochę się działo.
- Chodziłam na francuski. Do tej pory był to dla mnie język, którego znajomość w moim przypadku pozostawała całkowicie bierną. Teraz jest nieco lepiej: potrafię też coś niecoś powiedzieć. Choć na pierwszych zajęciach wszyscy trochę dziwnie na mnie patrzyli, kiedy przedstawiając się powiedziałam: "Je m'appelle Agata et c'est la premiere fois je parle francais".
- Powtórzyłam sobie hiszpański i dzięki temu poznałam kilkoro szwajcarskich emerytów.
- Przeczytałam równo 100 książek, w tym całkiem sporo dobrych.
- W porównaniu z latami 2009 i 2010 można powiedzieć, że siedziałam murem w domu - moimi jedynymi wyjazdami były dwie wizyty w Polsce, z czego pierwszą odbyłam z dzieckiem w środku, a drugą z dzieckiem na zewnątrz. Ale umówmy się, że rekordu lotów między Polską a Szwajcarią z 2010 roku szybko nie pobiję.
- W maju po raz pierwszy w życiu leżałam w szpitalu. Efektem była moja nowa współlokatorka w osobie Emilii K., mojej własnej córki.
- Wbrew swoim obawom pozbyłam się ciążowych kilogramów i z radością powitałam rozmiar 36.
- Przekonałam się na własnej skórze, że można spędzić tydzień z niespełna czteromiesięcznym bobasem bez żadnej pomocy z zewnątrz i że jak najbardziej da się to przeżyć. Choć niekoniecznie należy to do doświadczeń, które chciałoby się powtarzać każdego miesiąca.
- Przez kilka miesięcy wiodłam żywot klasycznej szwajcarskiej żony.
- Znalazłam w końcu serial, który mi się podoba i nawet nie mam problemu z pamiętaniem o tym, żeby go oglądać.

A co z 2012? Przewiduję zmiany. Na lepsze. I nie będzie już aż tak spokojnie. Drżyjcie. :)

Szczęśliwego Nowego Roku!

niedziela, 11 grudnia 2011

Wielkie sprzątanie w łazience

Czasem przychodzi taki dzień w życiu dorosłego człowieka, kiedy okazuje się, że sprzątania po prostu nie da się już dłużej przekładać. W moim życorysie tych momentów, mówiąc szczerze, bardzo dużo nie ma. Uwielbiam porządek, jakimś cudem nie mam problemów ze sprzątaniem u kogoś, ale porządki u siebie to jakby inna bajka. Niestety, wszystkie mieszkające ze mną istoty (łącznie z kotami) mają podobne podejście do tematu - przynajmniej jeśli chodzi o te porządki u siebie. Pamiętam, że kiedy ja i mój mąż, jako para z miesięcznym stażem wyjechaliśmy na sylwestra w góry, wniosek z pobytu tam był jeden: gdy zamieszkamy ze sobą, utoniemy w bałaganie.

No cóż, mieszkamy ze sobą już całkiem długo i jeszcze żyjemy. Jest nawet pewna sfera naszego życia, do której bałagan nie dociera. Są to półki z książkami, na których wszystko jest ustawione porządnie i według systemu. Poza tym bywa różnie. Zwłaszcza na moim biurku, które absolutnie uwielbiam i które - choć sprzątane! - ciągle jest siedliskiem stosów kartek, długopisów, zdjęć, a ostatnio również zabawek.

Na szczęście cywilizacja i historia konwenansów wykształciły model zakładający istnienie terminów i sytuacji, w których wypada zakasać rękawy i wziąć się do porządków. Są to na przykład święta (ok, wiem że wtedy nie muszę sprzątać, ale na szczęście dla mojego otoczenia ciągle jeszcze to robię) i wizyty rodziny czy przyjaciół. 

We wtorek przylatują moi rodzice. Sami rozumiecie, co to znaczy.

Wczoraj po południu przystąpiliśmy do działania. Umyłam dokładnie wannę, przejrzałam ustawione w okolicy lustra i umywalek flakoniki i opakowania w poszukiwaniu takich, których zawartość dawno się już skończyła. Zawsze jakoś sporo mi się tego zbiera - zresztą nie tylko tych pustych. Odkąd tu mieszkamy planujemy kupienie na te rzeczy jakiejś szafki, która mogłaby stać chociażby pod umywalkami, ale temat wciąż nie doczekał się realizacji. Tak czy siak, wyjęłam z jednej z umywalek stertę ubrań i wrzuciłam je do kosza na brudne ciuchy, potem zaś zostałam wezwana przez życiowe potrzeby mojego dziecka i resztę zostawiłam małżonkowi.

Kiedy godzinę później weszłam do łazienki, oniemiałam. Małżonek przekształcił pomieszczenie w miejsce lśniące katalogowym porządkiem i czystością. Umył lustro, umywalki... I jakimś cudem pozbył się wszystkiego co na nich stało. Moje rzeczy do malowania oczu, paznokci i zmywania potem tego wszystkiego, perfumy, dezodoranty (również jego!), szampony, płyny do kąpieli, gąbki, akcesoria do golenia, wreszcie szczoteczki do zębów - wszystko zniknęło. Było tak pięknie i pusto, że nawet nie zastanawiałam się, gdzie te rzeczy się podziały. Zresztą małżonek uspokoił moje ewentualne obawy, wspominając, że wszystko schował do jakichś siatek.

Groźnie zrobiło się dopiero wtedy, gdy późnym wieczorem zamierzałam zakończyć pracowity dzień kąpielą. Sami wiecie: gorąca woda, piana, pachnący żel pod prysznic... którego nigdzie nie było. Szanse na umycie zębów również wydawały się takie sobie. Nie zrażając się, zajrzałam do jednej ze stojących pod ścianą papierowych toreb. Do środka wrzucone zostały rzeczy, które normalnie stały pod lustrem. Zaczęłam nieporadnie grzebać, szukając aktualnie potrzebnych mi buteleczek. I kontemplując narastającą we mnie złość.

- Widzisz jakie to proste? - dobiegło mnie spod drzwi. - Rzeczy z umywalek wrzuciłem do jednej siatki, a rzeczy z wanny do drugiej. Więc szczoteczki do zębów są w jednej, a szampony w drugiej.
- Taaaak - odparłam. - A wiesz może, gdzie jest moje mleczko do demakijażu?
- A stało na wannie czy na umywalce? 
Zamarłam. Skąd ja to niby mam wiedzieć?! Przez dłuższy moment grzebałam nieporadnie w obu torbach, szukając białej buteleczki.
- Wiesz co? - powiedziałam w końcu - Ty się ciesz, że jest już tak późno, bo siadłabym przy komputerze i napisała o tobie kolejną notkę. Ale i tak to zrobię, tylko że jutro. 

Mleczko w końcu się znalazło, podobnie jak szampon i pasta do zębów. Większość rzeczy ciągle jest zapakowana. Minęła już prawie doba, złość mi przeszła i poważnie zastanawiam się, czy ten sposób z siatkami nie ma jednak jakichś zalet. Wiecie jaki mam porządek?