środa, 27 stycznia 2016

Dlaczego nigdy nie zrozumiem Kopciuszka

Kiepski ten rok. Kiepski pisarsko. W 2015 trzaskałam notkę za notką, przez większą część roku udawało mi się w miarę regularnie prowadzić dziennik, a w ostatnich dniach grudnia dołączyłam entuzjastycznie do fejsbukowego wydarzenia "Napiszę swoją książką w 2016 roku". Nie żebym była taka pewna, iż zdołam ją napisać. Ale mam rozgrzebane to i owo i miło byłoby mieć rzetelną motywację, by coś z tego sklecić. Choćby dla osobistej satysfakcji.

Wygląda jednak na to, że kalifornijski styczeń stał się dla mnie w tym roku odpowiednikiem polskiego listopada. Może nie jest depresyjnie, ale z pewnością jest pasywnie. Zainteresowanym moimi poczynaniami na polu macierzyństwa powiem jeszcze, że początek roku upłynął mi pod znakiem nauki ogarniania trzech chorych, nieletnich istot jednocześnie. Naprawdę, pewne okoliczności przyrody nie wpływają pozytywnie na tak wzniosłe rzeczy jak natchnienie.

To ostatnie ma jednak to do siebie, że nigdy nie wiadomo, gdy nadejdzie. Sami wiecie: trzepot skrzydeł motyla i tak dalej. U mnie nie było aż tak wstrząsająco: ot, stałam sobie w korku, usiłując dowieźć członków rodziny do domu, ze świadomością bicia swoistego rekordu (3 mile w 50 minut), przeklinając samą siebie, że nie usiadłam na fotelu pasażera, bo tam mogłabym przynajmniej w spokoju posłuchać audiobooka, gdy nagle pomyślałam o Kopciuszku.

Wiecie, to ta biedna dziewczynka, która musiała obsługiwać macochę i przyrodnie siostry, a potem poszła na bal i rozkochała w sobie księcia. Bardzo nieedukacyjna opowieść - bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby, by jego dziecko wiązało się na całe życie z kimś, kogo nie tyle ledwie poznało, co z kimś, z kim przetańczyło parę kawałków, w dodatku wszystkie przed północą. Ale nie będę się tego jakoś bardzo czepiać, bo i średnio mam do tego prawo, jako osoba, która ustalała imiona dzieci z facetem poznanym trzy tygodnie wcześniej.

To nieodpowiedzialne zakochanie się Kopciuszka wcale nie jest bowiem tym, co dziwi mnie w tej historii najbardziej. Swoimi przemyśleniami postanowiłam podzielić się z siedzącym obok mnie małżonkiem.

- Ej, ja tego nie rozumiem. Dlaczego ona tak bardzo chciała iść na ten cholerny bal?
- Jak to dlaczego? - zdziwił się mąż. - Żeby się oderwać. Jakbyś ty musiała cały dzień sprzątać...
- No dobra - ciągnęłam. - Oderwać się, tak. Ale na bal?! Nie było ciekawszych okazji?

Rozmowa utknęła w tym punkcie. A ja posuwałam się z wolna w kierunku domu, wśród świateł aut rozjaśniających ciemność kalifornijskiego wieczoru i myślałam o tym, jak to kilkanaście lat (ufff, wciąż jeszcze kilkanaście) temu wzbraniałam się rękami i nogami przed pójściem na studniówkę, twierdząc uparcie, że to strata kasy i czasu. Tych, którzy mnie wówczas nie znali, uspokajam: w końcu poszłam. Namówili mnie. I było całkiem w porządku. Choć był to totalnie nie mój typ imprezy.

Właśnie dlatego nigdy nie zrozumiem Kopciuszka.

czwartek, 7 stycznia 2016

Grudniowe lektury, czyli ostatecznie pożegnanie z rokiem 2015

Rok 2016 zaczął się już kilka dni temu, a za mną chodzi zaległa notka, ta związana z postanowieniem powziętym jakoś w połowie 2015, zgodnie z którym co miesiąc staram się pisać choć kilka słów o książkach przeczytanych w miesiącu ubiegłym. Wróćmy zatem na chwilę do grudnia i przyjrzyjmy się kilku tytułom. Z góry uprzedzam, że nie będzie to notka z gatunku porywających - piszę ją z lekkim zniechęceniem. Nie chce mi się pisać, czytam świetną książkę. No, ale obiecałam sobie, nie? No dobra, to jedziemy.

Dziecko Rosemary (Ira Levin) to książka, na podstawie której Roman Polański nakręcił w 1968 roku film. To jeden z tych przypadków, kiedy ekranizacja dość wiernie oddaje treść powieści. Czyta się dobrze, choć jako że dzięki filmowi znałam już przebieg zdarzeń, zabrakło dreszczyku. Tak czy siak polecam, choć jeśli chodzi o panie w pierwszej ciąży, to radzę wstrzymać się do rozwiązania.

Cierpienia młodego Wertera (Johann Wolfgang Goethe). Nie, nie zwariowałam. Naprawdę to przeczytałam. A raczej przesłuchałam, bo doszłam do wniosku, że jedynym sposobem dobrnięcia do końca będzie słuchanie audiobooka w samochodzie. Nie jestem pewna, które to było podejście do treści tego słynnego dzieła. Bestseller drugiej połowy XVIII wieku nigdy nie miał we mnie wielkiej fanki. W czasach liceum i studiów mimo najlepszych chęci i sprzyjających okoliczności (kiedy próbowałam to czytać jako lekturę szkolną, byłam akurat chora, czyli warunki do spokojnej lektury w zasadzie miałam zapewnione) nie zdołałam przebrnąć przez tę krótką bądź co bądź książkę. Teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że ten temat mam odhaczony. I raczej już do niego nie wrócę.

Mężczyzna, który się uśmiechał i Fałszywy trop to kolejne tomy serii kryminalnej Henninga Mankella, którą podczytuję od kilku miesięcy. Oba tomy mnie wciągnęły i trafiły na moją mentalną półkę dla dobrze napisanych kryminałów.

Skoro już o kryminałach mowa, to wróciłam do książek Hakana Nessera, tym razem biorąc na warsztat pozycje z jego serii o komisarzu Barbarottim. Całkiem inną historię oraz Drugie życie pana Roosa nie tyle przeczytałam, co połknęłam. Martynka, miałaś rację - ta seria jest lepsza od tej z Van Veeterenem.

Pokolenie Ikea. Kobiety (Piotr C.) podobało mi się bardziej niż część pierwsza. Tak, wiem, mam prymitywny gust literacki. A przynajmniej miewam.

Cudowny czwartek Johna Steinbecka w wersji audiobookowej towarzyszył mi głównie podczas zmywania. Tak sobie myślę, że gdybym nie zamieszkała w Kalifornii, prawdopodobnie nigdy nie poznałabym tych wszystkich powieści Steinbecka. A to byłaby spora strata. Uwielbiam te jego historie z Monterey z pierwszej połowy XX wieku w tle.

Nie potrafię powiedzieć, czy głośna Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins) bardziej mnie wciągnęła czy rozczarowała. Owszem, byłam bardzo ciekawa rozwoju akcji, dość mocno przeżywałam perypetie głównej bohaterki, ale... spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Książki, przy lekturze której będę się bała wyjść do kuchni po kubek z herbatą. W końcu sam Stephen King był pod wrażeniem,
no nie? No więc u mnie było tak: powieść bardzo mi się podobała. Ale mam wrażenie, jakby te wszystkie przepełnione zachwytem recenzje dotyczyły zupełnie innej książki.

__________________
I to by było na tyle.  Odkładałam pisanie tej notki, bo i wracanie do 2015 roku jakoś mnie nie korci. Nie to, żeby był zły. Wręcz przeciwnie. Ale ten będzie lepszy.

:)

czwartek, 31 grudnia 2015

2015. Podsumowanie, bez rewelacji

Ci, którzy tu zaglądają od dawna, wiedzą, że ostatniego dnia roku mam w zwyczaju dokonywać swego rodzaju podsumowania. Nic nietypowego - ot, taka naturalna potrzeba zakończenia roku w symboliczny sposób. A ponieważ jakimś cudem moje mocno nieciekawe życie zawsze obfituje we w miarę interesujące szczegóły, to jest o czym pisać.

Odkrywcza notka to nie będzie, ale kto chce, niech zerknie na to, co wydarzyło się w życiu autorki bloga w kończącym się właśnie 2015 roku.

1. Przeczytałam 142 książki. Jak dobrze pójdzie, to przed północą dobiję do 143. Przyznaję się bez bicia - pod względem czytelniczym było bardzo beletrystycznie. Ale nie żałuję, udało mi się trafić na kilka perełek. Wyodrębniłam też nową kategorię książek - pozycje, w przypadku których mam gdzieś, czy są dobre czy złe. Pewne rzeczy po prostu mi się podobają i nawet nie zamierzam przykładać do nich ekierki.

2. Spędziłam ponad dwa miesiące w Europie. Wspaniałe miesiące. Było cholernie gorąco, często nieprzyjemnie, wiele rzeczy wyszło inaczej niż miało wyjść. Ale było cudownie. W ciągu tych tygodni mój brat zmienił stan cywilny, co wydaje mi się trochę ekstremalne, biorąc pod uwagę fakt iż pamiętam dzień w którym rodzice przywieźli go ze szpitala. W niebieskich śpioszkach. Nie no, żartuję - młody ma fajną żonę.

3. Na początku roku zwiedziliśmy kawałek południowej Kalifornii. Przy okazji zaliczyliśmy Legoland, Disneyland, Hollywood (co ciekawe, za drugim razem podobało mi się tam bardziej niż za pierwszym) i oczywiście polski konsulat w Los Angeles. Tak naprawdę chodziło właśnie o konsulat - motywacją do całej wycieczki był plan wyrobienia paszportów bliźniaczkom. Wycieczka trwała w sumie dwa tygodnie. Jeździliśmy samochodem i nocowaliśmy w miejscach udostępnionych na Airbnb. Było super. Zoo w San Diego rządzi. Disneyland jest super, choć szczerze mówiąc najchętniej poszłabym tam bez dzieci. To była nasza pierwsza większa wyprawa z trójką dzieci (bo trzydniowy wypad do miejscowości oddalonej o 4 godziny jazdy się nie liczy, prawda?) i wyszło tak dobrze, że zafundowaliśmy sobie punkt czwarty.

4. Czyli Hawaje. Jakoś tak wyszło, że nie wspomniałam o tym tutaj. To był wyjazd trochę spontaniczny - bilety okazały się być tańsze niż je o to podejrzewaliśmy. Polecieliśmy na Maui. To był pierwszy lot bliźniaków (jakieś 5 i pół godziny) - zniosły go całkiem ok, choć szczerze mówiąc podczas lotu do Europy kilka miesięcy później było jeszcze lepiej. Hawaje powitałam w towarzystwie choroby, która okazała się być zapaleniem zatok. Przez cały czas zmagałam się z gorączką, ale mimo to było wspaniale. Piękne widoki, dobre jedzenie, cudowna pogoda. No i Mai Tai - drink, od smaku którego prawie się uzależniłam ;-) 

5. Zachowaliśmy się bardzo nieamerykańsko i przeszliśmy z wersji „dwa samochody na gospodarstwo domowe” na „jeden samochód na gospodarstwo domowe”. Niby nic, ale w praktyce pozbyliśmy się naszego pierwszego wspólnego samochodu. Auta, na którym tak naprawdę nauczyłam się jeździć.

6. Znalazłam najlepszy jak dotąd zestaw szampon + odżywka prostujący włosy. Wiem, ten news nie zwali Was z krzeseł, ale niektórzy z Was wiedzą o mojej nieustającej walce w kręcącymi się włosami. Doceńcie, proszę.

7. Wybory w Polsce wygrała kompletnie nie moja partia, ale szczególnie mnie to nie zaskoczyło. Natomiast tempo zmian po tej wygranej lekko mnie już zszokował i szokuje nadal. No nic. I tak tęsknię za Polską. Staram się trzymać tego bloga z dala od polityki (która i tak dość mocno siedzi w moim codziennym życiu i rozmowach), więc na tym zakończę.

8. Zaczęłam trochę częściej pisać na blogu. To wyszło trochę samo - w Europie dopadła mnie taka bardzo intensywna wena, do tego stopnia, że tematy na notki same przychodziły mi do głowy i zaczęłam je zapisywać w osobnym pliku. Było ich tyle, że większość z nich do dziś nie doczekała się realizacji. Czekają na swoją kolej.

9. Mam trzy świetne córki i to pod ich znakiem upłynął ten rok. Łapię się na tym, że miewam problem gdy ktoś, z kim przez dłuższy czas nie rozmawiałam, pyta co u mnie słychać. Bo tu póki co słychać przede wszystkim dzieci. Jest gwarno, głośno i wesoło. Zawsze tak nie będzie, więc staram się cieszyć chwilą. 




Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 30 grudnia 2015

Dlaczego przeczytam 52 książki (i więcej) w 2016 roku

Czytelnicze wyzwania to w wirtualnym świecie żadna nowość. Od lat biorę udział w czymś takim na Goodreads - na początku roku wyznaczam sobie cel, np. 100 książek, i potem w miarę wklikiwania do systemu kolejnych przeczytanych pozycji mogę podglądać pasek realizacji postanowienia. 

Moda na takie wyzwania zatacza jednak coraz szersze kręgi - od dawna już istnieje na Facebooku grupa 52 książki, której członkowie dzielą się z resztą społeczności setkami tytułów i krótkimi recenzjami. Zbliża się też druga edycja wydarzenia niejako powielającego tę samą ideę, czyli Przeczytam 52 książki w 2016 roku. W chwili gdy piszę te słowa chęć udziału w akcji zadeklarowało przeszło 100 tys. osób. I będę się upierać, że nawet jeśli cel osiągnie tylko co dziesiąta z nich, to jak na obywateli państwa, w którym podobno czytają tylko nieliczni, i tak jest to bardzo cieszący wynik. A dlaczego akurat 52? Chodzi o to, by czytać mniej więcej jedną książkę tygodniowo. 

Nie chodzi tu zresztą o liczbę. To nie jest tak, że 100 przeczytanych książek to zawsze lepszy wynik niż 10. Choć należę do ludzi, którzy uparcie twierdzą, iż czytać można niemal w każdych warunkach, to powiedzmy sobie szczerze, że nie każdy lubi i może pochłaniać kolejne rozdziały w zapchanym do granic możliwości wagonie metra. Różnie bywa z czasem i stanem zmęczenia przed zaśnięciem. No i nie dla każdego czytanie jest na szczycie listy priorytetów. Dla mnie jest bardzo blisko tego szczytu i właśnie dlatego kończę ten rok z ponad 140 przeczytanymi pozycjami na koncie. 

Zawsze czytałam sporo, niezależnie od okoliczności. Paradoksalnie najwięcej chyba wtedy, gdy miałam na głowie dwie prace i studia, głównie dzięki temu, że czekając na przystankach i jeżdżąc tramwajami i autobusami miałam sporo czasu do zabicia. Czytałam też podczas przerwy obiadowej w pracy i czekając na windę. Teraz, gdy jestem samochodową matką 3 córek bardzo mi tego czytania w komunikacji miejskiej brakuje. O tym, jak radzę sobie z organizowaniem czasu na swoje hobby mając pod swoimi skrzydłami potomstwo pisałam tutaj.

Jest duża szansa, że w 2016 roku przeczytam znacznie więcej niż deklarowane 52 książki. I może to głupie, ale w związku z tym swój udział w różnych tych liczbowych akcjach traktuję jako swego rodzaju misję. Na co dzień często spotykam się ze zdaniami typu: „kurde, jak ty to robisz, że tyle czytasz?” albo: „też bym tak chciał/a, u mnie się nie da”. Mam obsesję polegającą na tym, że lubię pokazywać ludziom, iż jednak się da. Może nie do końca w taki sposób, o jakim marzą. W natłoku zajęć i codziennych problemów wizja godzin spędzonych na kanapie z kubkiem kawy i książką w dłoni może brzmieć jak nieosiągalna utopia. 

Ale jeśli nie kilka godzin, to może choć kilka minut? Tyle czasu, ile potrzebujemy na wypicie filiżanki herbaty? Może warto dla tej chwili zrezygnować z przeglądania Facebookowego feeda albo jednego odcinka serialu? Może od czasu do czasu dobrze jest przełożyć zmywanie na rano, albo pójść do pracy w nie do końca idealnie wyprasowanej bluzce? Albo dać szansę np. audiobookom i sprawdzić, czy w ich towarzystwie nie byłoby nam przyjemniej jeździć do pracy, wyprowadzać psa czy lepić pierogi. Bo jeśli chcemy czytać przynajmniej te 10, 30 czy 52 książki w roku, ale czujemy, że kompletnie nie mamy na to czasu, to przecież zamiast zakładać z góry niepowodzenie możemy przynajmniej spróbować. Poeksperymentować trochę z czasem. Sprawdzić, czy przypadkiem nie da się go jednak trochę nagiąć.

Lubię od czasu do czasu popisywać się swoim czytaniem. Wszelkie grupy typu „52 książki” są do tego świetnym miejscem i uważam, że ich idea jest dobra. Widok postów nakręcających się nawzajem czytelniczo ludzi to wspaniała sprawa. 

A tak w ogóle to „52 książki” możecie zamienić na cokolwiek innego, co tylko kochacie. Niech to będą 52 dobre filmy. 52 szydełkowe serwetki. 52 sklejone modele. 52 godziny tańca. Albo gry na wymarzonym instrumencie. Coś dla Was, co lubicie, albo wydaje się Wam, że lubilibyście, gdybyście tylko znaleźli na to czas. 


Sobie i Wam wszystkim życzę właśnie tego czasu. Naprawdę, dziesięć minut dziennie dla siebie to dużo, dużo więcej niż zero. W perspektywie roku daje to już mnóstwo godzin. Musi się udać! :)

A odpowiadając na pytanie z tytułu: Dlaczego? Bo uważam, że czytanie jest fajne. I warto je promować. 

środa, 23 grudnia 2015

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o keksie, ale boicie się zapytać*

Skłamałabym twierdząc, że mieszkając w Kalifornii z łatwością wpadam w świąteczny nastrój. Trochę pomagają w tym wizyty w sklepach czy kawiarniach (niedawno spędziłam w jednej mniej więcej godzinę i w tym czasie usłyszałam aż trzy razy Winter Wonderland), no i posiadanie choinki. Ale to nie to samo co w Polsce, serio.

Nie daję jednak za wygraną. Czy komuś się to podoba czy nie, uwielbiam Boże Narodzenie. Uwielbiam choinkę (choć nie lubię jej ubierać), gotowanie i pieczenie ciast (choć gorzej już jest ze sprzątaniem potem kuchni). No i ten dreszczyk emocji przed sięgnięciem po paczkę leżącą pod drzewkiem, nawet jeśli dobrze wiem, co w niej znajdę (w tym roku akurat nie wiem). 

W chwili kiedy piszę te słowa w piekarniku kończy się piec ciasto. Keks, zwany tu i ówdzie cwibakiem (no co, mam męża z Małopolski) jest stałym elementem moich świąt. O ile dobrze pamiętam, spędziłam tylko jedną Wigilię bez tego ciasta - a i wtedy tylko dlatego, że akurat byłam na Ukrainie, pozbawiona dostępu do piekarnika. Jest to jeden z moich ulubionych wypieków, ale raczej nie jadam go poza okresem świątecznym - tym bardziej jego obecność na stole jest czymś wyjątkowym.

Pomyślałam, że przynajmniej część z Was zamiast czytać o  moim kolejnym śnie chętnie dla odmiany zapozna się z jakimś sprawdzonym przepisem. Co prawda ostatniej nocy śnił mi się atak Anonymus na sejm.gov.pl, z atrakcjami typu wstawianie na stronę główną wierszy o zwierzętach domowych, ale może jednak lepiej zostańmy przy ciastach.

No więc: 

Całość można przygotować w makutrze albo robocie kuchennym - jak kto woli. Ja przez długie lata broniłam się przed dobrodziejstwem techniki i uparcie ucierałam wszystko ręcznie. Od kilku lat stawiam na wygodę - mój robot doskonale daje sobie radę.

1) 250 g masła rozcieramy na gładką masę. 

2) Stopniowo dodajemy 250 g cukru pudru bądź drobnego cukru do wypieków oraz pięć żółtek (białka zachowujemy w osobnym naczyniu), oczywiście ciągle mieszając.

3) Dolejmy łyżkę spirytusu, nie bójmy się tego. Mieszamy.

4)  Stopniowo dodajemy 250 g mąki pszennej z 2 łyżeczkami proszku do pieczenia. Mieszamy, nie przestajemy!

5) Z pozostawionych w punkcie 2) białek ubijamy sztywną pianę. Łączymy ją z masą. Na początku idzie to lekko masakrycznie, bo konsystencja masy jest dużo gęstsza niż tej piany. W miarę łączenia całość robi się luźniejsza.

6) Dosypujemy bakalie. Lubię, kiedy jest ich dużo, stąd w moim keksie jest ich aż 750 gramów (nie jestem pewna czy powyższe proporcje udźwignęłyby więcej, więc nie próbuję). Dobór bakalii to już kwestia indywidualnego gustu: w moim dzisiejszym keksie są rodzynki, żurawina, suszone banany, mango, ananasy, truskawki, granaty, kiwi, orzechy… Bakalie dobrze przygotować wcześniej i obsypać delikatnie mąką.

7) Całość przelewamy do keksowej formy wyłożonej folią aluminiową posmarowaną lekko masłem. Pieczemy 50 minut w 180 stopniach bez termoobiegu.

8) Gotowy i wystudzony keks zawijamy w folię aluminiową i odstawiamy do świąt. Najlepszy jest keks minimum dwudniowy, więc jeśli ktoś chce się cieszyć smacznym ciachem 25 grudnia, powinien dziś wziąć się za pieczenie.



Smacznego i ewentualnie powodzenia.
Przepis pochodzi od mojej mamy i jest tylko lekko przeze mnie zmodyfikowany.
___________________

* Tak, pisząc tytuł rąbnęłam się i napisałam "seksie", ale w porę zauważyłam literówkę. :-)

czwartek, 17 grudnia 2015

Miejsca

Właściwie nie była to nasza ulubiona knajpa, tak się jednak składało, że będąc na spacerze często decydowaliśmy się zajść właśnie do niej. Położona przy ulicy, której środkiem, zamiast jezdni biegł wąski park, zawsze była trafionym wyborem. Nigdy nie byłam w niej za dnia: jej wnętrze oglądałam tylko w ciemności, rozjaśnianej gdzieniegdzie przez blask stojących na stołach świec. Wspaniały klimat dla kogoś, kto w zimny wieczór lubił posiedzieć przy kubku grzanego wina bądź piwa. Czyli dla mnie.
Latem bywało, że obsługa wystawiała kilka stołów i ław bezpośrednio do parku. Siedziało się wtedy na zewnątrz, wśród postępującego chłodu nocy, wśród gwaru rozmów, bo muzyka grająca wewnątrz lokalu niemal tu nie docierała. Tak czy siak panowała przyjemna atmosfera, mająca w sobie coś z młodości i świeżości. Miejsce, do którego przychodziło się od lat i które zawsze było takie samo.

Pamiętam też inną knajpkę, właściwie małą restaurację, mieszczącą się na tej stromej, wąskiej, gęsto oświetlonej uliczce. Wprost roiło się tam od sklepów, pubów i różnego rodzaju jadłodajni. Aż dziw, że każdemu z tych miejsc udawało się zachować swoją autonomię - zważywszy na rozmiar ulicy i zagęszczenie rozmieszczonych przy niej miejsc można byłoby się spodziewać jakiejś dzikiej kakofonii dźwięków unoszących się w powietrzu. Nic z tych rzeczy - panował tu niesamowicie przytulny klimat. Najpiękniej było zimą, kiedy zaspy śniegu układały się we wszystkich nierównościach tej kanciastej ulicy, tworząc obraz iście bajkowy. I my bywaliśmy tam przeważnie zimą, zazwyczaj w okresie świątecznym, kiedy przyjeżdżaliśmy odwiedzić rodzinę. 
Co roku postanawiałam, że tym razem wybierzemy inną knajpę. Trochę dlatego, że miło byłoby próbować nowych rzeczy i poznawać nowe miejsca, zamiast skazywać się wiecznie na te same, choćby i ulubione. No i wiedziałam, że w tym konkretnym lokalu nie poprzestanę na dwóch piwach czy kieliszkach wina. Wszedłszy do środka, nie sposób było się oprzeć unoszącym się tu zapachom. Po prostu trzeba było coś zjeść. Najczęściej kończyło się na porcji ciepłych naleśników na ostro, pałaszowanych przy ciasnym, ale uroczym stoliku i popijanych grzańcem.

A dom towarowy w Kolonii? Najwspanialszy, jaki widziałam w swoim piętnastoletnim życiu - tyle wiosen bowiem liczyłam, gdy odwiedziłam go po raz pierwszy. Lata mijały, a los wciąż rzucał do Nadrenii Północnej - Westfalii, wynajdując coraz to nowe powody. I choć nie musiałam, zawsze znajdowałam czas na to, by odwiedzić ten sklep - siedem pięter wspaniałych stoisk, cieszących oko klienta przepychem, kolorami, organizacją. Pamiętam wciąż jak tam trafić, to bardzo blisko centrum. Trzeba przejść kilka skrzyżowań, takich mało przyjemnych - wokół pędzi mnóstwo samochodów, a na zmianę świateł trzeba trochę poczekać. Ale warto. To miejsce, w którym staję się dzieckiem. Mam trzydzieści parę lat i wciąż uwielbiam przechadzać się wśród półek z pluszowymi misiami, pod warunkiem, że ma to miejsce w tym właśnie domu towarowym w Kolonii.

Są też miejsca, do których mogłabym i chciałabym wybierać się częściej, ale kompletnie mi to nie wychodzi. Jak ten park rozrywki, od którego dzieliła mnie przez długi czas zaledwie półgodzinna przejażdżka szybkim metrem. Fakt, po drodze przekraczało się granicę z sąsiednim państwem, co mentalnie mogło nieco wydłużać odległość - wszak chodziło o wyprawę międzynarodową. Ale i tak dziwię się, że byłam tam tylko raz, w dodatku wieczorem, niedługo przed tym, jak zamykali. Nie wspominam tej wycieczki zbyt dobrze - pojechałam sama, a kiedy znalazłam się już na peronie, tuż przed odjazdem, wpadłam w panikę, niepewna, czy dysponuję odpowiednim biletem. Przecież wyjeżdżam do innego kraju! Pamiętam, że byłam wtedy bardzo sobą zawiedziona - wyrzucałam sobie nieporadność. Mieć tyle lat i nie móc sobie poradzić na dworcu? Żenujące.

_____________________________________

Jeśli zastanawiacie się, czy i gdzie dokładnie występują powyższe miejsca, to niestety nie będę mogła udzielić Wam jednoznacznej odpowiedzi. Wprawdzie wszystkie są obecne w moim życiu, niektóre z nich odwiedzam przynajmniej raz w tygodniu. Tyle, że zawsze odbywa się we śnie. 
Nieco inaczej ma się sprawa z parkiem rozrywki. Często śnię o tym, że mam się do niego wybrać, albo że rozmawiam z kimś, kto ostatnio tam był, ale mnie udało się tam dotrzeć tylko jeden jedyny raz.

Być może knajpy czy dom towarowy, o których piszę istnieją również w taki sposób, że i Wy moglibyście je odwiedzić. Może widziałam kiedyś miejsca je przypominające i dlatego wciąż do mnie wracają? Mam cichą nadzieję, że nie znikną z moich snu tylko dlatego, że o nich opowiedziałam.


Dobrze jest mieć swoje miejsce, choćby w snach.

piątek, 11 grudnia 2015

Cieszmy się piątkiem

Piątki są przereklamowane.

Czekamy na nie co najmniej od poniedziałku jak na prawdziwe wybawienie. Są momentem, w którym ma być nam dane na moment się zatrzymać. Przełamać rutynę. Odpocząć.

Kiedy chodziłam do szkoły, strony mojego brudnopisu pokrywały się w piątki słupkami ciągów cyfr. Od rana niecierpliwie zerkałam na zegarek, sprawdzając, ile czasu dzieli mnie od końca ostatniej tego dnia lekcji. Jeśli zdarzały mi się dłuższe przerwy między zapisywanymi godzinami, byłam z siebie dumna - oznaczało to, że na pewien czas udawało mi się zapomnieć o swojej niecierpliwości. Że przez moment żyłam chwilą obecną, a nie upragnionym, piątkowym popołudniem. Ten zwyczaj zapisywania czasu został mi na dłużej: zdarzało mi się ulegać mu na uczelni czy w pracy. 

Teraz już nie zapisuję. Ale zerkam na telefon i odliczam godziny. Do czego właściwie? Różnie. Do powrotu męża z pracy. Do momentu, kiedy będę wysyłać maluchy spać. To nie ma wielkiego sensu: weekendy nie są już po staremu wolne, jeśli jest się rodzicem. To zupełnie inny rodzaj odpoczynku. Niekoniecznie gorszy (często wręcz o wiele lepszy), ale umówmy się: na pewne luksusy nie ma już co liczyć. Na przykład na wylegiwanie się do południa. Ok - przede wszystkim na wylegiwanie się do południa. 

Umówmy się też zresztą, że to wylegiwanie się samo w sobie też nie miało sensu. Nie będę próbować zliczyć, ilu pomysłów na wycieczki nie zrealizowałam tylko dlatego, że w sobotni poranek dochodziłam do wniosku, iż w weekend należy się lenić do oporu.

Na piątkowe popołudnie czekałam nawet w czasach, gdy zdarzało mi się pracować w weekend. To chyba jakieś kretyńskie przyzwyczajenie naszej podświadomości. Kontrolując czas i wypatrując z niecierpliwością jakiejś tam przyszłości niczego nie poprawiamy. Ba, jest dokładnie na odwrót: czas zdaje się zwalniać, przeciętna minuta trwa tyle co kwadrans, a lunchu nigdy nie jemy tak późno. Efekt jest taki, że kiedy już w końcu docieramy do owego wymarzonego punktu przyszłości, która nagle staje się teraźniejszością materializującą się w formie, powiedzmy, butelki czerwonego wina opróżnianego przy migoczącym blasku świec, jesteśmy tym cholernym piątkiem tak zmęczeni, że nawet nie chce się gadać.

To taka optymistyczna notka z okazji tego, że macie piątek. 

Nie przejmujcie się moim marudzeniem. Za oknem pada i wieje, nad chałupą latają mi samoloty, a w jednym z nich siedzi mój mąż. Odreagowuję stres. Jakoś trzeba. 

Cieszcie się piątkiem. Ja też będę.