piątek, 31 lipca 2015

Zwyczaje senne, czyli starość nie radość

Wiecie co? Wstałam dziś kompletnie nieprzytomna. Niby suma przespanych godzin jest niezła: prawie 8. Tyle, że z przerwą. Starzeję się. Poranki i wieczory są kompletnie inne niż były kiedyś. I chyba już tak mi zostanie.

1) W nocy potrzebuję więcej snu. Jak to się dzieje, że kiedyś dało się normalnie funkcjonować po przespaniu czterech godzin, a teraz po mniej niż siedmiu w ramionach Morfeusza chodzę po ścianach i zastanawiam się, kiedy i gdzie dałoby się tu uciąć sobie drzemkę?

2) Trzeba kłaść się wcześniej. Dawniej normą dla mnie było chodzenie spać o 2 albo 3. Dziś nie ma mowy, żebym wysiedziała aż tak długo. Zwykle kładę się w okolicach północy, a ostatnią godzinę aktywności wypełnia mi już odliczanie minut dzielących mnie od znalezienia się pod kołdrą.

3) Sen przerywany to sen zły. Wiele lat temu miałam taką małą manię, polegającą na tym, że ustawiałam sobie budzik na godzinę znacznie wcześniejszą niż ta, o której naprawdę musiałam wstać. Nie chodziło w tym bynajmniej o to, by zacząć dzień przed świtem. Po prostu uwielbiałam to uczucie, kiedy obudzona, patrzyłam zaspanym wzrokiem na zegarek i wiedziałam, że przed sobą mam jeszcze dwie godziny spokojnego snu. Z błogością zamykałam znów oczy i powoli odpływałam. 
Za tym zwyczajem nie przepadał (łagodnie mówiąc) mój mąż, który teraz od czasu do czasu pokpiwa, że moglibyśmy znów ustawić budzik na jakąś chorą godzinę. Wtedy czuję budzącego się we mnie agresora. Co, przerywać sobie sen ot tak, for fun?!
Źle reaguję również na przerwy we śnie spowodowane przez czynniki ode mnie niezależne: choroby dzieci, burza za oknem, ganiające się po pokoju koty. Jeśli trzeba, to oczywiście wstaję, ale ma to poważny wpływ na poziom mojej senności o poranku. Nawet jeśli obudziłam się tylko na 10 minut.

4) Zrywanie się w środku nocy też nie jest zresztą sprawą prostą. Kiedy miałam kilkanaście lat, ustawiałam sobie budzik na drugą czy trzecią nad ranem, tak żeby posiedzieć sobie w Internecie w czasie, gdy rodzice spali (to były czasy modemu). Teraz jest mi ciężko zwlec się z łóżka „przed czasem”, nawet jeśli powodem jest konieczność spieszenia się na samolot. 

5) Poranek trzeba zacząć od śniadania. Zapewne ilu ludzi, tyle potrzeb. Ja budzę się codziennie wściekle głodna i od razu myślę o tym, żeby coś zjeść. Dziesięć lat temu było zupełnie inaczej: mogłam niczego nie jeść aż do pory obiadu. Nienawidziłam uczucia sytości o poranku i sam organizm jakoś się go nie dopominał. Głód o poranku zaczął u mnie występować przy pierwszej ciąży. I tak już mi zostało.

6) Kiedyś łatwiej było mi znosić niewyspanie. Potrafiłam w jakiś magiczny sposób odsunąć od siebie temat, złapać wiatr w żagle i spokojnie dotrwać do punktu, w którym mogłam się położyć. Dziś senność ma na mnie znacznie większy wpływ: wyraźnie wpływa na nastrój. Mam też prawdziwe schizy przed prowadzeniem samochodu w stanie choćby lekkiego niewyspania. Taka ostrożność to właściwie nic złego. Problem w tym, że kiedy sama jestem śpiąca, mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie mają to samo, w związku z czym jazda samochodem na fotelu pasażera także jest co najmniej nieprzyjemna - bo w jakiś maniakalny sposób jestem przekonana, że o spaniu marzą również w tej chwili mój mąż, kierowca jadącej za nami ciężarówki i zbliżającego się z naprzeciwka SUV-a.

7) Źle reaguję na wszelkie odstępstwa od normy. Do śniadania muszę mieć herbatę. Jeśli przełykam kęs kanapki bez przynajmniej świadomości obecności kubka z gorącą herbatą, mam wrażenie, że moje usta przepełnia nieznośna suchość, skutkiem której mogę nie zdołać przełknąć kolejnego kęsa.

8) A wieczory? Imprezy nadal są fajne, ale nie da się już wypić morza alkoholu. Naprawdę, nie wiem jak ja to robiłam w studenckich czasach: mogłam siedzieć ze znajomymi w knajpie niemal do rana, piwo lało się strumieniami, a potem wracałam przytomnie do domu, szłam spać i rano wstawałam prawie jakby nigdy nic. Jakiś czas temu, podczas mojego ostatniego pobytu w Krakowie, pewnego wieczoru wypiłam cztery piwa. Pomiędzy nimi wypiłam herbatę i zjadłam posiłek. Wracając do domu czułam się już co najmniej ululana, a następnego dnia wstałam z postanowieniem, że piwa przez dłuższy czas nie tknę. Wzdech.


No, ale za to teraz prowadzę zdrowszy tryb życia. No nie?

środa, 29 lipca 2015

Bo czasem jest źle i już

Bywają takie dni, że wszystko idzie źle. I nie trzeba do tego piątku trzynastego. Bywa też i tak, że źle wcale nie idzie. Ale i tak łapiesz agresora.

Wstajesz rano, dziwnie wyspana. Jak zwykle zaraz po otwarciu oczu zerkasz na telefon komórkowy i ze zdumieniem zauważasz, że jest ósma rano. Ósma?! To się nie zdarza. Zawsze jest przecież tak, że wstaje się wcześniej, przez całe życie: bo najpierw była szkoła, potem praca, potem dzieci. Do pewnego momentu dłużej dawało się pospać w weekendy. Korzystałaś z tego chętnie, wylegując się w łóżku znacznie dłużej, niż należałoby, biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte normy śniadaniowe. Ale w pewnym momencie zapewne starzejący się organizm, w ramach potrzeby regulacji trybu życia, zaczął kazać ci się budzić o tej siódmej rano również w soboty i niedziele. No, a potem pojawiły się dzieci, wprawdzie śpiochy, ale jednocześnie ranne ptaszki.

A Ty zawsze miałaś tak, że uwielbiałaś siedzieć długo w nocy, a potem w dzień spać tyle, ile tylko się dało.

Wydawałoby się, że dłuższa niż zwykła noc powinna dać dobry początek rozpoczynającemu się porankowi. Ale nie. Bo głowa jest jakby ociężała - może tego snu było jednak za dużo? Z ust wydobywają się kolejne ziewnięcia, oczy raz po raz wymagają przecierania. Jest źle.

To, co widzisz za oknem, potwierdza tylko twoje obawy. Jest szaro. Może nawet trochę pada. To nie jest pogoda, jakiej można by oczekiwać w lipcu, w dodatku podczas pobytu u rodziców, pierwszego od ponad dwóch lat. I znów zgrzyt: raptem kilka dni temu było źle, bo panował upał. Teraz jest źle, bo jest brzydko. Bez sensu.

Schodzisz na dół na śniadanie. Jest dobrze, dziś nie musisz go sama robić. Młodsze dzieci siedzą grzecznie w krzesełkach, pałaszując z zaangażowaniem leżące przed nimi smakołyki. Większe dziecko kręci się gdzieś po parterze - na szczęście jest już na tyle duże, że nie trzeba go na każdym kroku pilnować. Wzdychasz i sięgasz po książkę, próbując zacząć wszystko od początku. Ale znów coś idzie nie tak: wzrok jakby nie chciał trzymać się linijek tekstu, kolejne zdania docierają do twojej świadomości w zwolnionym tempie i dlatego czytasz je po kilka razy. W końcu stwierdzasz, że to nie ma sensu. 

Wbrew przyzwyczajeniom po śniadaniu wypijasz kawę. Zwykle sięgasz po nią w porze poobiedniej, ale w taki szary, smętny dzień z dołem bez powodu zwiększenie ilości ciepłych płynów wydaje się dobrym pomysłem. Nie dziś. Dodatkowy kubek płynu (bo przed kawą zdążyłaś już wypić herbatę) zdaje się ciebie wypełniać tak, że natychmiast czujesz się jak wtedy, gdy wstajesz od wigilijnego stołu: nadęta i spuchnięta.

A potem wszystko toczy się już samo: dzieci sprawiają wrażenie lekko rozdrażnionych, choć tak naprawdę ciężko się przyczepić do czegoś konkretnego. Maluchy budzą się z dziennej drzemki o godzinę wcześniej niż zazwyczaj, co zdecydowanie nie poprawia im humoru, a tobie rozwala czytelnicze plany. Starsza podchwyciła chyba twój nastrój i ciężko ją czymś zająć. Twoja inicjatywa, chyba pod wpływem tego dziwnego napięcia, spada do zera. Masz ochotę zamknąć się w którymś z pokojów z laptopem na kolanach i pogadać z kimś, kto na co dzień cię nie ogląda, wyżalić się na ten dzień, który zupełnie bez powodu jest totalnie bez sensu, ale przy głębszej analizie tego pomysłu uznajesz, że już na etapie planowania jest on drażniący: nie masz bowiem pojęcia, z kim tak naprawdę chciałabyś pogadać, a kolejne kandydatki i kandydatów odrzucasz w przedbiegach z takich czy innych powodów.

Nic złego się nie dzieje. Ale jest źle.

Gdzieś tam w międzyczasie myślisz o tym, że za kilka dni trzeba będzie pojechać do Krakowa. Brat się żeni, oczywiście nie wyobrażasz sobie nie być na jego ślubie, poza tym przecież uwielbiasz Kraków, ale teraz, gdy o tym myślisz, czujesz, że ogarnia cię jakaś niemoc. Wizja tego, że trzeba będzie spakować walizkę i udać się w tę kilkugodzinną podróż, zwieńczoną wypakowywaniem tejże walizki, wydaje ci się czymś ponad siły i absolutnie niemożliwym do zrealizowania, nawet jeśli w gruncie rzeczy to pestka, od której dzieli cię jeszcze jakiś tydzień.

Mogłam się wczoraj wieczorem napić wina, myślisz, pograć w coś, zarwać może nawet noc. Co ci niby przyszło z tego wyspania się, kobieto, skoro dzisiejszy dzień jest ewidentnie do kitu. I nie zmienia tego nawet obiad w postaci naleśników, które uwielbiasz od dziecka i które mogłabyś jeść w każdej postaci (a zdarzyło ci się już jeść naleśniki z łososiem i rukolą, więc chyba wiesz co mówisz). 

Po obiedzie - wizyta w sklepie. Sklep musi pomóc, wszak powszechnie wiadomo, że zakupy poprawiają kobiecie samopoczucie. Wprawdzie zdaje się, że zazwyczaj mówi się w ten sposób o kupowaniu ubrań, a nie artykułów spożywczych, ale zawsze można mieć nadzieję, że powiedzenie „przez żołądek do serca” dotyczy również w jakimś stopniu kobiet i że kupienie do domu czegoś smacznego pozytywnie wpłynie na twój kiepski nastrój. Zdeterminowana kupujesz cebularza. I białe wino. Bo ulubionych aktualnie lodów (sorbetu z „Zielonej budki”) jak na złość nie ma.

W samochodzie (jedziesz jako pasażer: jak przystało na prawdziwą ofiarę losu po prawie trzech latach w Stanach zanika u ciebie umiejętność prowadzenia samochodu z ręczną skrzynią biegów i najzwyczajniej w świecie boisz się prowadzić po drogach ojczyzny - schiza jak nic, na szczęście nie musisz się nad tym za dużo zastanawiać) wyciągasz książkę. To kolejna próba. I nagle coś zaskakuje: wciągasz się, czytane zdania utrwalają się w twojej świadomości. I przez te dziesięć minut na fotelu pasażera nawet nie myślisz za bardzo o tym, że jesteś w samochodzie, że może należałoby się rozglądać (wprawdzie samochód ma swojego kierowcę, ale jak na rasową żonę przystało, lubisz pilnować drogi również wtedy, gdy to nie ty prowadzisz). Kątem oka dostrzegasz, że na niebie pojawiło się słońce. I myślisz o tym, że może jeszcze będzie dobrze. A nawet jeśli nie, to ten dzień skończy się już za kilka godzin.

Wrócę do domu, myślisz sobie, poczekam na jakąś wolną chwilę, odpalę laptopa, popiszę sobie. Notkę na bloga, czy coś. A potem sobie przypominasz, że dziś możesz sobie pisać do woli i cokolwiek - bo cała Polska jest pod wpływem informacji o śmierci Jana Kulczyka i twój blog nikogo za bardzo nie obchodzi.

Już kiedyś tak było, wspominasz ponuro. Kilka lat temu olśnił cię jakiś absolutnie genialny (albo tak ci się wtedy zdawało) pomysł na tekst. Już, już miałaś zasiąść do komputera, gdy dotarła do ciebie informacja o abdykacji Benedykta XVI. I najpierw zaczęłaś sobie żartować, że nie ma po co pisać, bo dziś wszystkich interesuje tylko papież, a potem tak się w tych żartach zapędziłaś, że pomysł kompletnie wyleciał ci z głowy. I nie wrócił tam do tej pory.

No dobra, myślisz w końcu. Kiepskie dni się zdarzają. Przynajmniej nie jest gorąco, a przed sobą masz jeszcze kilkanaście dni spędzonych w normalnej strefie czasowej. Tylko tym razem żadnego zasypiania o 23. Czytaj, pij wino albo herbatę (w zależności od nastroju), włącz sobie fajna muzykę. Porozmawiaj. W ostateczności - pośpiewaj. W końcu to wakacje. A smuty zostaw sobie na jakiś dzień, kiedy ktoś naprawdę zalezie ci za skórę.

I pamiętaj o zrobieniu jakiegoś zdjęcia, nadającego się do zilustrowania przymiotnika określającego jakoś dobitnie to, jaki miałaś dziś dzień.

wtorek, 28 lipca 2015

Kraków, który wciąż istnieje, czyli subiektywny spacer po tym, co lubię od lat

Żeby nie było, że Kraków to dla mnie tylko miasto przeszłości, na które składają się elementy już nie istniejące, rozprawię się teraz z miejscami i zjawiskami, które jak dotąd nie przeminęły. Dzięki nim mam wrażenie, że czas w Krakowie mimo wszystko się zatrzymał, a ja wcale nie zakreślam kolejnego już roku spędzonego poza nim. Z góry zastrzegam, że kolejność jest przypadkowa.

Uwaga, może powiać sentymentem. Ostatecznie, to jest blog, a nie książka telefoniczna.

1. Stary Port
Był czas, kiedy odwiedzałam to miejsce regularnie. To żeglarska tawerna, a ja z żeglarstwem nie mam absolutnie nic wspólnego -  nawet kiepsko pływam i nie znam się na szantach. Nie zmienia to jednak faktu, że w Starym Porcie było zawsze klimatycznie i że robili tam świetne grzane piwo (bo ja, jak wiecie, lubię wyłącznie piwo smakowe lub takie z syropem. A ta druga opcja w wersji na ciepło, z goździkami i cynamonem, to już o ogóle odjazd). Niby z tym grzanym piwem to żadna filozofia - ot, dolać trochę syropu malinowego bądź imbirowego, dodać to i owo, a na koniec podgrzać, ale jednak w różnych miejscach przyrządza się ten napój z różnym efektem końcowym. W Starym Porcie ten efekt był bardzo satysfakcjonujący.

2. Awaria
Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach odkryliśmy to miejsce. Wiem jednak, że było to jeszcze w czasach, gdy w krakowskich knajpach można było palić. Ja akurat nie palę, ale pamiętam, że podczas tej pierwszej wizyty w Awarii siedziałam naprzeciwko kolegi i widziałam jego twarz zasnutą papierosowym dymem. Knajpa miała dobrą lokalizację - gdzieś pomiędzy moją uczelnią, moją pracą i pracą mojego męża, tak więc po zakończeniu dziennych obowiązków często lądowaliśmy tam na piwie. Na Awarię składało się kilka ciemnych pomieszczeń, do których schodziło się schodkami w dół. Wszystko było tu stare i wyglądało (a niekiedy również pachniało), jakby za chwilę miało się rozpaść. Klimat nieziemski. Byłam tam ostatnio dwa razy, po długiej przerwie i nadal jest fajnie. Przy okazji odkryłam, że przygotowują bardzo smaczną sangrię (choć ten i ów narzekał, że trochę za słodka, ale to już kwestia gustu).

3. Zapiekanki na Kazimierzu
Jeśli kiedyś przyjdzie mi mieszkać na krakowskim Kazimierzu, to od razu, tak na wszelki wypadek, stanę się zwolenniczką rubensowskich kształtów. Być na placu Nowym i nie zjeść zapiekanki z okrąglaka? Nierealne. Wieczorami ciągną się tam długie kolejki fanów tej przekąski, którą tu można zjeść w wielu różnych wariantach. Dla mnie od lat nie do przebicia jest „zapiekanka full wypas z salami, szczypiorkiem, prażoną cebulką i sosem czosnkowym”. Wolę piwo w którejś z okolicznych knajp i spontaniczny wypad na taki specjał, niż wykwintny obiad w super restauracji. Może trochę mnie ponosi, ale kurcze, dobre są te zapiekanki i przez te dwa lata spędzone na drugim końcu świata naprawdę za nimi tęskniłam.

4. Mleczarnia
Moja ulubiona knajpa na Kazimierzu. Dostępna w wersji pod dachem i pod chmurką. Osobiście wolę tę pierwszą. Ciemne wnętrze o ścianach obwieszonych starymi fotografiami. Zawsze smaczne piwo. Kiepski wybór win - ale zawsze jakieś udaje się dostać. Jedna ubikacja, do której późnym wieczorem ustawia się długa kolejka narzekających na konieczność czekania, ale w gruncie rzeczy tryskających dobrym humorem klientów. Wielkie okno, wychodzące na ulicę Meiselsa i dobiegający z niej gwar. Zawsze jako tak wychodziło, że do "Mleczarni" chodziliśmy większą grupą. Piliśmy grupowo piwo, a co jakiś czas kilka osób odłączało na pewien czas od stołu, by ustawić się w kolejce po obowiązkowy punkt programu - zapiekankę.

5. Bukier Sztuki (tak, wiem - Bunkier Cafe)
Chyba moje ulubione miejsce do samotnego sączenia piwa (albo herbaty, kawy, wina). Położone między Rynkiem Głównym a Plantami, posiada przezroczyste ściany, które są usuwane w gorące dni. Lubię tam być sama, w „Bunkrze” świetnie mi się czyta. Mogę też patrzeć daleko przed siebie, obserwując przechadzających się Plantami ludzi. To miejsce jest trochę jak szklana bańka, w której można wygodnie siedzieć, obserwując zewnętrzny świat.

6. Rynek Główny
Pewnie oklepane. Ale dla mnie to jedno z najwspanialszych miejsc na świecie. Wielki plac, mnóstwo ludzi, gołębie, dorożki, restauracje, zabytki, barwni performerzy… Kiedyś z dumą patrzyłam na przechadzających się tu turystów - oni przyjechali tu specjalnie, chcąc zwiedzić ten kawałek świata, który dla mnie był codziennością. Studiowałam na Gołębiej, pracowałam raptem kilka ulic dalej - przez wiele lat moje życie kręciło się wokół ścisłego centrum Krakowa. W takiej atmosferze życie jawiło się jako dynamiczne, barwne i piękne. To tutaj poznałam całe mnóstwo ludzi, z których wielu pozostało w moim życiu na dłużej - z osobami poznanymi na ircu czy w innym miejscu w sieci umawiałam się pod skarbonką albo Empikiem (tym, który teraz jest Zarą).

7. Nowa Huta - okolice Placu Centralnego
Jestem żywym dowodem na to, że filmy mogą wpłynąć na życie widzów. Fakt, że w 2003 roku zamieszkałam w Nowej Hucie, miał ścisły związek z moim uwielbieniem dla „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy. Nie mam pojęcia, ile razy oglądałam ten film. Na pewno mnóstwo. Jakby tego było mało, raczyłam nim różnych bliższych znajomych. Jedna całkiem obiecująca znajomość zaczęła mi się sypać w momencie, gdy pewien młodzian z kpiną podszedł do tej mojej fascynacji (ale zanim wyszedł z tą kpiną, przyniósł mi śniadanie i kolację. Tak, w tej właśnie kolejności. Między śniadaniem a kolacją było zresztą kilka dni przerwy).
Nie umiem dokładnie powiedzieć, co takiego zafascynowało mnie w Nowej Hucie. Było to chyba połączenie wszystkiego: specyficznej historii tej części miasta, klimatu, który tam panował, kojarzącego mi się trochę z latami mojego dzieciństwa (te dzieciaki bawiące się na podwórkach, starsi panowie przy stolikach do gry w szachy), inności (bo okolice Placu Centralnego pasowały do Krakowa powszechnie znanego jak pięść do nosa, albo jeszcze mniej). Grunt, że ta moja obsesja nigdy nie spotkała się z bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. W Nowej Hucie mieszkało mi się rewelacyjnie. Spędziłam tam w sumie prawie cztery lata.
Plac Centralny nosi dziś zaszczytne imię Ronalda Reagana (nigdy się nie przyzwyczaję). Trochę się tam pozmieniało, między innymi w okolicy ronda, przez co po raz pierwszy w życiu musiałam szukać przystanku tramwaju 22. Nie ma już księgarni, którą mijałam codziennie rano w drodze na czwórkę. Za to wciąż istnieje Restauracja Stylowa - miejsce, do którego nigdy nie odważyłam się pójść, choć swego czasu regularnie odgrażaliśmy się ze znajomymi, że zrobimy tam ircową imprezę.
_________________________________

Właściwie to myślę, że ta lista mogłaby być dłuższa. Musiałabym mieć tylko trochę więcej czasu na sprawdzenie, czy kilka innych spośród moich ulubionych miejsc nadal istnieje. Póki co, jestem wdzięczna za te, które już wymieniłam. Fajnie tak wrócić gdzieś po latach i zastać lubiane okolice niemal niezmienione. Tak jakby nie było pomiędzy nami obecnymi i tymi dawnymi tych wszystkich lat, błędów, problemów i radości. Trochę jakbyśmy żyli poza czasem, odporni na rządzące nim prawidła.

(Ostrzegałam, że może się zrobić sentymentalnie)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Kraków, którego już nie ma, czyli subiektywna lista istotnych braków

Kiedy bardzo lubimy jakieś miejsca, zazwyczaj nie reagujemy dobrze na zachodzące w nich zmiany. Nawet wtedy, gdy są to zmiany na lepsze, jesteśmy - przynajmniej na początku - co najmniej podejrzliwi. Zmiany jednak siłą rzeczy zachodzą: pewne miejsca znikają, na ich miejscu pojawiają się nowe. I choć sentymentalna strona natury rzęzi i rozpacza, raczej nic nie możemy na to poradzić. 

Po przeszło dwuletniej nieobecności w Krakowie, znów przemierzałam ulice jednego z najpiękniejszych miast na świecie. Mimo upływu czasu i tego, że w międzyczasie odwiedziłam różne ciekawe miejsca, to jedno pozostaje w moim odbiorze bezkonkurencyjne. Bo jakie miejsce może być piękniejsze niż to, w którym się mieszkało, mając lat dwadzieścia?

Kraków nie zmienił się jakoś drastycznie. Poniższa lista obejmuje miejsca i rzeczy, do których byłam w nim przywiązana i których już nie odnalazłam. Przy kilku punktach mogłabym dodać tag #smuteczek. Ale coś mi mówi, że przecież mogło być gorzej. Zatem: czego zabrakło?


1. Empik na Rynku Głównym.
Nie, żebym była ich częstą klientką. Owszem, na samym początku, tuż po mojej przeprowadzce do Krakowa, regularnie coś tam kupowałam. Z biegiem czasu odkrywałam inne, przyjemniejsze w moim odbiorze miejsca z książkami. Ale rola tego konkretnego Empiku w moim codziennym, krakowskim życiu i tak była istotna - to właśnie tam, pod drzwiami do kilkupiętrowego sklepu umawiało się ze znajomymi. Pod białymi ścianami starej kamienicy zawsze roiło się od ludzi, którzy w ogóle nie zamierzali wchodzić do środka - po prostu czekali na kogoś, z kim umówili się na piwo, obiad czy spacer.
Obecnie w miejscu dawnego Empiku ma swój sklep Zara. I od razu jest jakoś inaczej, jakby bardziej sztywno.

2. Księgarnia Hetmańska
Miejsce, które bardzo lubiłam. Niemal nie umiałam stamtąd wyjść z pustymi rękoma. Książki były tam ułożone w taki przejrzysty, zachęcający sposób. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że lokal nie jest duży, ale jakimś cudem byłam w stanie znaleźć tam więcej interesujących mnie pozycji niż w Empiku - zakładając, że w obu miejscach spędzałabym równą ilość czasu, dajmy na to kwadrans. W osobnym pomieszczeniu sprzedawano książki anglojęzyczne. Kupowałam tam coś od czasu do czasu, wprawiając się powoli w sztuce czytania powieści w języku innym niż polski. 
Fakt likwidacji Hetmańskiej w jakiś sposób mi umknął, dowiedziałam się o nim dopiero na miejscu, w Krakowie. 

3. Łańcuch na Gołębiej
Mówiło się, że studentom pierwszego roku absolutnie nie wolno nad nim przechodzić. Należało omijać przeszkodę naokoło. W przypadku niedostosowania się do tej zasady, studentowi groziła oblana sesja, zawalony rok i wywalenie ze studiów (bo pierwszego roku, zdaje się, nie można było powtarzać). Nie sądzę, by ktoś naprawdę wierzył w ten przesąd, ale większość z nas chyba na wszelki wypadek stosowała się do zasad sugerowanych przez legendę. Teraz łańcucha nie ma. Nie wiem, jak się to ma do egzaminacyjnych wyników młodych żaków.

4. Sklep papierniczy na rogu Gołębiej i Wiślnej
Kto mnie dobrze zna, ten wie, że mam hopla na punkcie sklepów papierniczych. Unosi się w nich taki cudowny zapach, papieru pomieszanego z czymś jeszcze. Stosy czystych, niezapisanych brulionów w przeróżnych okładkach są dla mnie same w sobie warte zagapienia się. No i długopisy, cienkopisy, pióra, ołówki - wszystko to świeże, jeszcze nie znające użycia, czekające, by używać ich do zapisywania pustych wciąż stron wspomnianych wyżej brulionów... Tak, wiem - dziś mało kto pisze ręcznie. No ale ja piszę. I mam hopla. W czasie studiów byłam częstą klientką sklepu papierniczego na rogu Gołębiej i Wiślnej. Kiedy teraz wspominam, z jaką starannością, graniczącą wręcz z obsesją, wybierałam tam okładki zeszytów do studenckich notatek, mam ochotę puknąć się w czoło. Byłam już wtedy przecież dorosłą babą. Na szczęście pracujące w owym sklepie panie były bardzo wyrozumiałe i pozwalały mi na marudzenie.
Tego sklepu już nie ma. Dziś mieści się tam sklep z butami.

5. Różowy Słoń
Kiedy zakochałam się w Krakowie, były tam trzy Różowe Słonie. Potem zniknął jeden z nich, ten najfajniejszy, na Szpitalnej. Następnie zamknięto lokal na Siennej. Został ostatni - najmniejszy i najbrzydszy, za to położony blisko mojego wydziału, na Straszewskiego - niemal naprzeciwko Collegium Novum. Słoń był rodzajem baru mlecznego, którego klientelę stanowili w dużej mierze studenci. Było względnie tanio i, jak dla mnie, smacznie - choć znam takich, którzy twierdzili, że oferowane tam jedzenie jest ohydne, a warunki higieniczne panujące w lokalu są co najmniej niepokojące. Ale cóż mogło mnie to obchodzić w czasach, gdy miałam lat dwadzieścia, a miejsce oferowało mi konsumpcję dań takich jak naleśniki z bananami, naleśniki miętowe, naleśniki wiśniowe, czekoladowe, lodowe, gruszkowe, jabłkowe, cytrynowe... No sami widzicie. Tak, ja uwielbiam naleśniki.
Nie znalazłam już Różowego Słonia na ulicy Straszewskiego. Obecnie mieści się tam jakaś inna jadłodajnia. Mają nawet naleśniki, ale nie w dwudziestu wersjach. Może w czterech. 

6. Kafejki internetowe
Kiedyś było ich zatrzęsienie. Do tego stopnia, że kiedy przez jakieś pół roku nie miałam w mieszkaniu dostępu do Internetu, niemal w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wszak całe dnie, a często i wieczory, spędzałam w centrum. Kafejki na każdym kroku były rozwiązaniem idealnym, nawet jeśli za dostęp do komputera z Internetem trzeba było zapłacić. Właściwie to siedzenie nad ircem w dusznym pomieszczeniu, pełnym wielkich monitorów i spoconych ludzi miało swój specyficzny, przyjemny klimat (no dobra, dobierając przymiotniki starałam się, żeby wyszło właśnie specyficznie. Ale serio, było fajnie).
Jakaś kafejka pewnie gdzieś tam jeszcze istnieje. Ale rozumiem, że straciły rację bytu w epoce, w której prawie każdy ma Internet w komórce, a dla wielu spośród tych, którzy go nie mają, jest to kwestia wyboru, a nie finansowej kondycji.

7. Coffee Heaven
Wiecie, jak mnie ciągnęło do Coffee Heaven? Nie jestem fanką kawy, potrafię przeżyć bez niej. Zwykle piję ją raz dziennie, po obiedzie. Czasem częściej, ale wyłącznie wtedy, kiedy mam towarzystwo, albo kogoś odwiedzam. Z grubsza potrafię odróżnić kawę dobrą od niedobrej, ale nie jestem smakoszką. Guzik mnie obchodzi, czy to, co oferuje Coffee Heaven to kawa, produkt kawopodobny, słodki i ohydny ulepek, czy co tam jeszcze. Wiem, że zawsze smakowały mi ich napoje o wdzięcznych nazwach "Orca", "Elephant", "Tiger" i "Turtle". No naprawdę - nie ma to jak ciepły, słodki żółw w mroźne popołudnie. Wypity koniecznie na ulicy, tak by uzyskać efekt kontrastu pomiędzy zimnym, nieprzyjaznym światem, a rozkosznym gorącem i aromatem pitego napoju.
Obiecywałam sobie, że w Krakowie od razu odwiedzę Coffee Heaven. Tylko że zamiast znajomego, niebieskawego logo, wszędzie natykałam się na Costa Coffee. Poszperałam w Internecie i dowiedziałam się o procesie rebrandingu. W odruchu buntu postanowiłam, że do żadnej Costy nie pójdę. Nie, to nie. Rozczarowaliście mnie - ja nie wleję w siebie nadmiarowych kalorii, a Wy nie zarobicie. Foch.

8. Piwo jesienne i piwo różane w Bunkrze Sztuki
Bunkier Sztuki, który zawsze był jednym z moich ulubionych miejsc na knajpowej mapie Krakowa, miał kiedyś w ofercie różne i ciekawe kompozycje z piwem w roli głównej. Nie jestem piwoszką, właściwie smakują mi tylko wersje smakowe albo z syropem, najchętniej imbirowym. W Bunkrze mieszali ciemne piwo z syropem różanym, co smakowało absolutnie rewelacyjnie. Mieli też coś takiego jak "piwo jesienne" - nie pamiętam już, co tam było, ale efekt bardzo lubiłam. Albo jestem ślepa i dlatego będąc tam kilkakrotnie w ciągu dwóch tygodni nie znalazłam w menu odpowiednich pozycji, albo po prostu już ich tam nie ma. Na szczęście mają wiele innych pysznych rzeczy.

_____________________________
A co nie uległo zmianie, nadal jest fajne i sprawia, że wydaje się, jakby czas się zatrzymał? O tym innym razem. Tymczasem - miłego poniedziałku.

sobota, 25 lipca 2015

W tę upalną, krakowską noc

Wieczór zaczął się jak każdy inny: dzieci poszły spać, potem było do zrobienia jakieś pranie, zmywanie - nic szczególnego. Było tylko trochę bardziej niż zwykle gorąco: Kraków, wzorem całej Polski, przeżywał falę upałów, a ja, choć zawsze wszem i wobec chwalę się swoim uwielbieniem dla gorąca i żaru lejącego się z nieba, trochę już wymiękałam. Bo jednak kolejny dzień spędzony w duchocie, na zmianę na duszącej się w betonie ulicy i w czterech ścianach nagrzanego do granic możliwości mieszkania, to niekoniecznie jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Błogie pół godziny w wannie wydawało się idealnym zakończeniem tego spływającego potem dnia. Podczas popołudniowych zakupów kupiłam sobie płyn do kąpieli - poprzedni się skończył, a ja lubię te wszystkie pachnidła rozpuszczające się w wodzie. No i porządną warstwę piany. Skończywszy z innymi sprawami (dzieci położone, pranie zrobione) odkręciłam wodę i rozejrzałam się za znajomą butelką z czerwonawym płynem.

Pobieżne oględziny półek i innych powierzchni w łazience niczego mi nie dały.

- Kojarzysz może, gdzie jest mój płyn do kąpieli? - zapytałam męża. Uwielbiam zadawać mu takie pytania, bowiem jakimś cudem w większości przypadków zaraz potem zagubione przedmioty odnajdują się same z siebie. I to nie dlatego, że on je znajduje. Ot, po prostu: jakby usłyszały, że ich szukam, objawiają się w pełnej krasie w mniej lub bardziej oczywistym miejscu.
- Hm - zamyślił się małżonek. - Pewnie jest w siatce z Ikei.

Rzeczona torba, a raczej torbiszcze wielkich rozmiarów w kolorze niebieskim, służyło nam do hurtowego przenoszenia zakupów z samochodu na górę. Faktycznie, dziś też go używaliśmy, nawet sama dokonałam czynności rozpakowywania, ale kompletnie nie pamiętałam, co stało się z płynem do kąpieli. Wiedziałam tylko z całą pewnością, że został on zakupiony i schowany do bagażnika.

- Wiesz, wydaje mi się, że jakoś wcześniej kiedy mijałem cię w przedpokoju, miałaś ten płyn w ręce - zastanawiał się małżonek. W tym czasie byłam już po etapie przejrzenia parapetów i półek z książkami. Ryzyko tego, że będę się chlupać w samej wodzie, rosło z minuty na minutę. To żadna tragedia. Dręczyło mnie natomiast, co właściwie mogło się stać z szukanym przedmiotem. Bo przecież nie wyparował.

- Pewnie jest w samochodzie - stwierdziłam.
- Nie ma. Sam wszystko stamtąd wyciągałem.
- No ok, ale jednak coś się musiało z nim stać. Nie rozpłynął się, zejdę sprawdzić.

Wnętrze samochodowego bagażnika ziało pustką. Odruchowo spojrzałam w kierunku okrągłego otworu po lewej, idealnego, by wstawić tam jakiś kubek czy butelkę. Był pusty. Butla płynu do kąpieli raczej by się tam nie zmieściła, ale pamiętałam, że schowałam tam resztkę soku pomarańczowego, który został nam z obiadu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy on również rozpłynął się w powietrzu. Było koszmarnie gorąco i wizja łyku czegokolwiek była nader atrakcyjna.

- Bagażnik jest pusty - oznajmiłam ponuro mężowi, kiedy już wróciłam na górę. - Przy okazji zauważyłam też, że nie ma tego soku pomarańczowego, który został nam z obiadu. A był na pewno, pamiętam, gdzie go odstawiałam…
- To akurat proste - ucieszył się mąż. - Wypiłem go, jak wyciągałem zakupy.

I tak zostałam bez soku i płynu do kąpieli, w ten upalny, lepki, duszny wieczór.

- A może schowałam go do szafki w kuchni? Jest tak gorąco, a ja taka zakręcona, że to wcale nie jest taka nieprawdopodobna wersja wydarzeń… - zastanawiałam się. Ale ponieważ sama do końca nie wierzyłam w tę szafkę, nawet tam nie zajrzałam.

Po kilku minutach siedziałam już w wannie. Z płynem czy bez, bo takim dniu powinno to być przyjemne. Z westchnieniem wpuściłam do wody resztki dziecięcego szamponu. Zawsze coś, pomyślałam. Przy odrobinie szczęścia zrobi się z tego leciutka warstwa piany. Nie zrobiła się.

- Masz - usłyszałam nagle nad sobą. Mąż podawał mi poszukiwaną wszędzie butelkę czerwonawego płynu do kąpieli. - I zgadnij gdzie był. Bo byłaś blisko.
- Szafka w kuchni? - spróbowałam, radośnie wlewając sobie na dłoń słuszną ilość pachnidła.
- Nie.
- Parapet? Tam już w sumie sprawdzałam…
- Nie.
- Krzesełko do karmienia?
- Nie.

Nagle coś mnie tknęło. Butelka była całkiem zimna, płyn też, zupełnie jakbym właśnie przyniosła go z zakupów w mroźny, styczniowy wieczór. Nie no, bez przesady…
- W lodówce? - jęknęłam.
- Tak - uśmiechnął się szeroko mąż.
- Jezu - szepnęłam. - Dobrze, że w ten gorąc go przez przypadek nie wypiłam…
- To nadaje się na notkę - stwierdził małżonek.
- Mówisz? - zastanowiłam się. - W sumie niedawno pisałam o tym, jak zgubiłam pasztet…


No, ale co tam.

czwartek, 23 lipca 2015

Włóczykijem być

Jasne, że ja też podkochiwałam się we Włóczykiju. Możliwe nawet, że był pierwszym facetem, który mnie zafascynował. Chyba dosyć przystojny, tajemniczy samotnik, który jeśli już coś mówił, to z sensem. Niewiele o nim wiadomo. Niby przyjaźnił się z Muminkami - ich dom był dla niego rodzajem przystani, do której zawsze wracał. Ale stałym elementem jego życia były również samotne wędrówki przez świat. 

Gdybym miała być facetem, chciałabym być taka jak on. Trochę zresztą już nas łączy: ja też chodzę z plecakiem, lubię ubierać się na zielono i mam bzika na punkcie chodzenia na piechotę. Wprawdzie przemierzanie świata na własnych nogach  mi nie grozi (w przeciwieństwie do Włóczykija mam zobowiązania rodzinne, a człapania przez lądy, góry i doliny w towarzystwie męża i trójki dzieci tak na dłuższą metę jakoś sobie nie wyobrażam), ale trudno mi usiedzieć długo w jednym miejscu. Włóczykij chciał i umiał być wolny - choć potrafił być wspaniałym przyjacielem, przede wszystkim cenił swoją niezależność. Nienawidził wszelkich zakazów, a jego największym wrogiem był strażnik parku. 

Ale na tym podobieństwa chyba się kończą (ok, właściwie skończyły się już chwilę wcześniej - ja jak dotąd nie wykształciłam jeszcze w sobie wrogości w stosunku do strażników parków. Piszę to z lekkim przymrużeniem oka - scenę, w której Włóczykij wyrywa tabliczki z zakazami wprost uwielbiam). Włóczykij był minimalistą: nie posiadał wielu przedmiotów i zwykł nocować w namiocie. Miał swoje małe słabości: palił fajkę, grał na harmonijce. Wiedział bardzo dużo o świecie, choć tak naprawdę ciężko powiedzieć, skąd czerpał swoją wiedzę. W jakiś cudowny sposób potrafił łączyć bycie idealistą z trzeźwym stąpaniem po ziemi.


Wiecie czemu mnie tak naszło? Bo dziś jest Dzień Włóczykija. A każda okazja, by przypomnieć sobie o postaciach stworzonych przez Tove Jansson wydaje się być dobra. 

środa, 15 lipca 2015

Jak zostałaś zapłodniona, czyli pytania najczęściej zadawane matce bliźniąt

Koleżanka podesłała mi na Facebooku tekst, którego treść jest mi tak bliska, że aż nie mogłam się tym z Wami nie podzielić. Otóż pewna kobieta, matka dwujajowych bliźniaczek, wpadła na pomysł, by do wózka dzieci przymocować kartki z odpowiedziami na pytania, które najczęściej słyszy podczas spacerów ze swoimi pociechami.

Nie mam słów, by wyrazić, jak dobrze rozumiem tę kobietę. I jak pełna podziwu jestem dla jej pomysłu. Większość odpowiedzi ze zdjęcia dotyczy pytań, które słyszę dosłownie codziennie. Amerykanie dość chętnie zagadują nieznajome osoby, a taka trochę mniej typowa matka, obładowana kilkorgiem dzieci, to zapewne sympatyczny i łatwy cel.

Nie zrozumcie mnie źle. Zainteresowanie, jakie przejawiają w stosunku do mnie i moich dzieci obcy ludzie, to najczęściej bardzo miła sprawa. Z bliźniakami nie zawsze jest łatwo, zwłaszcza na początku. Bywa frustrująco i przypadkowy kontakt z życzliwą osobą potrafi podnieść na duchu i przypomnieć o jaśniejszych stronach całej sytuacji. Ale są sytuacje, w których nie ma się już ochoty słyszeć tych samych pytań po raz enty. Zwłaszcza, kiedy jesteś zaczepiana już któryś raz w ciągu godziny. Poza tym pytający też są różni: w zdecydowanej większości (jakieś 95%) to miłe osoby, ale zdarzają się takie, które zadają swoje pytania w nieco inkwizytorski sposób.

Na podstawie listy ze zdjęcia i swoich doświadczeń zrobiłam własną listę najczęściej słyszanych pytań i odpowiedzi, których udzielam, lub których co prawda nie wypowiadam, ale czasem mnie korci.

Czy to twoje dzieci?
-Tak, moje. Cała trójka (bo moje bliźniaczki mają jeszcze starszą o 3 lata siostrę). Nie mam hobby polegającego na pożyczaniu cudzych dzieci, by w ich towarzystwie robić zakupy.

Czy to bliźnięta?
-Tak. Nie wydaje mi się, by dwójka dzieci w tym samym wieku będących rodzeństwem mogła NIE być bliźniętami.
(Niestety, zapewnienie nie zawsze wystarcza. Kilka razy usłyszałam, że to co mówię jest absolutnie niemożliwe, ponieważ moje bliźniaczki wyglądają zupełnie inaczej: mają różne rysy twarzy,kolor włosów i oczu. Co z tego, że sama wiesz, co nosiłaś - ludzie często wiedzą lepiej.)

Czy to dziewczynki/chłopcy/chłopiec i dziewczynka?
-Dziewczynki. Tak, wiem, wyglądają różnie. Jedna jest podobna do mnie, druga do mojego męża. Tak, to bliźnięta dwujajowe. Tak, jest to możliwe: dwujajowość bliźniąt nie wymusza różnicy płci. Tak, rozumiem, bliźniaki pani siostry to chłopiec i dziewczynka, ale to nie znaczy, że to jedyny scenariusz (tutaj małe wyjaśnienie: kiedyś pewna pani wmawiała mi, że dwujajowość i ta sama płeć bliźniąt się wykluczają i że ona wie to na pewno, bo jej siostra też ma bliźniaki).

Czy one zostały poczęte naturalnie?
(Wierzcie bądź nie, to jest częste pytanie. Nie mam nic przeciwko temu, by zadawały mi je osoby, które znam osobiście, ale słysząc je na ulicy od ludzi kompletnie obcych, czuję się dziwnie...)
- Tak, kompletnie naturalnie. Przypadek. Bywa.

Czy bliźniaki są częste w twojej rodzinie?
- Nie. W każdym razie nie w prostej linii, tak by tendencję do ciąż bliźniaczych można było tłumaczyć genetyczną skłonnością. Tak, to jest możliwe. Tak, to była duża niespodzianka.
(A może powinnam mówić, że nie wiem, bo jestem sierotą? Tylko że wszyscy ci zadający pytania nie znają się nawzajem, więc pewnie musiałabym powtarzać to samo kłamstwo kilka razy dziennie, skutek zatem byłby żaden)

Czy rodziłaś naturalnie?
- Nie. A pani? (Ale czasem, jeśli ktoś jest sympatyczny i zanosi się na dłuższą pogawędkę opowiadam, jak to było u mnie.)

To pewnie masz pełne ręce roboty?
- No jasne, że mam. Ale nie ma tragedii, trzeba ustalić kilka działających dla wszystkich zasad i się tego trzymać.
(A może przyszłaby pani do mnie i ugotowała mi obiad, pozmywała i wyniosła śmieci?)

Czy ty w ogóle masz kiedy spać?!
- Mam. Wszystkie moje dzieci to śpiochy. Na szczęście. (Ale nie chciałabym być na miejscu kobiety, która słyszy to pytanie po trzech latach nieprzespanych nocy).

Jak to zrobiłaś, że po urodzeniu bliźniąt jesteś taka szczupła?
- No, ten... za bliźniakami trzeba dużo biegać i w ogóle.
(Ale mam ponad -10 na oczach plus poważny astygmatyzm i bez okularów jestem jak kret wieczorową porą, chcecie się zamienić?)

_____________
Dla odmiany, Polacy, których mijam na ulicy, zdają się być kompletnie niezainteresowani moimi dziećmi. Łapię się na tym, że czasem brakuje mi tego zaczepiania i schematycznych rozmów z przypadkowymi ludźmi.

Tak źle i tak niedobrze.

_____________
http://www.huffingtonpost.com/