niedziela, 23 czerwca 2019

O tym, jak zostałam modelką. I o prezydencie

Stwierdziłam, że zamiast narzekać na czasochłonność hobby mojego małżonka, powinnam poszukać sobie czegoś równie absorbującego, w dodatku związanego z nieobecnością w domu. Bo jak na złość większość rzeczy, które lubię, mogę bez problemu wykonywać w swoich czterech ścianach.

Pewnego popołudnia usiadłam zatem do komputera z zamiarem znalezienia nowego, czasochłonnego hobby, które koniecznie trzeba uprawiać poza domem. Nie musiałam długo szukać - pewna agencja poszukiwała modelek. Ogłoszenie było trochę nietypowe - wyglądało na to, że zatrudnione w niej dziewczyny pracują nieodpłatnie, mają natomiast styczność z największymi sławami świata mody, co niektórym z nich powinno docelowo zapewnić awans do wyższej ligi. Co ciekawe, wzrost powyżej 180cm przy jednoczesnym mieszczeniu się w rozmiar 34 nie był wymagany, można też było sobie liczyć więcej niż 25, a nawet 30 wiosen. Trzeba było natomiast być kobietą względnie ładnie się prezentującą (przynajmniej zdaniem tych, którzy decydowali o przyjęciu danej kandydatki). W ramach napadu podwyższonej samooceny postanowiłam spróbować (w końcu co miałam do stracenia?) i wysłałam swoją aplikację.

Kilka tygodni później już wiedziałam, że zostałam zakwalifikowana. Pocztą zaczęły nadchodzić całe stosy najróżniejszych folderów, katalogów i umów. Wszystko prezentowało się znakomicie - wprawdzie na przelewy na konto nie miałam co liczyć, ale a ramach "pracy" miałam dostawać całą masę bonusów, takich jak możliwość korzystania z prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego czy otrzymywanie porządnych zniżek przy rezerwacji biletów lotniczych. Poza tym chodziło tu o angaż zaledwie kilkutygodniowy - czułam, że taką ilość czasu mogę poświęcić na dość ciekawie się zapowiadającą przygodę.

Co do natury samego zajęcia, założenia były proste - modelki pracujące dla tej agencji pozowały do zdjęć wykorzystywanych następnie w katalogach z ciuchami. Sesje fotograficzne miały odbywać się w określonych godzinach w hotelu, w którym miałam przez kilka tygodni mieszkać. Nawet nie musiałam się kłopotać tym, jak tam dotrzeć - pewnego dnia pod mój dom podjechał autobus, który przemierzał całą Irlandię, zbierając po drodze wszystkie zakwalifikowane do programu modelki.

Hotel był niesamowity - miałam do dyspozycji swój własny, bardzo przestrzenny pokój, dużą, nowoczesną łazienkę, oraz wszelkie udogodnienia udostępnione hotelowym gościom, takie jak basen, SPA, bar... Zaczęłam z nich korzystać od razu pierwszego popołudnia, jednocześnie czekając na jakiś rodzaj wezwania, ogłoszenia odnośnie tego, jak ma wyglądać moja "praca". Spodziewałam się, że wszystko zacznie się drugiego dnia od rana.

Nic takiego jednak nie miało miejsca - po przebudzeniu zostało mi dostarczone obfite śniadanie wraz z poleceniem, bym nie krępowała się korzystać z otaczających mnie dóbr. Nie krępowałam się zatem - pływałam w basenie, korzystałam z dostępnych w SPA zabiegów, pełna nadziei, że jak przyjdzie co do czego, naprawdę nie będę musiała za to wszystko płacić. I czekałam na jakiś rodzaj wezwania.

Po kilku tygodniach w moim pokoju pojawił się kierowca autobusu, którym mnie tu przywieziono.
- To już koniec angażu, wracasz do domu - oświadczył.
- Ale jak, dlaczego? - pytałam zdezorientowana. - Przecież ja jeszcze nawet nie zaczęłam.
- Po prostu wybrali tylko część z was - wzruszył ramionami kierowca. - Tyle w temacie.
- Ale że jak? Stwierdzili jednak że coś jest nie tak z moim wyglądem? - wbrew sobie zaczynałam łapać doła. Nie żeby zostanie modelką było kiedykolwiek moim marzeniem, no ale...
Kierowca autobusu wzruszył ramionami, a mi nie pozostało nic innego, jak tylko szybko spakować swoje manatki i dać się odwieźć do domu.

Wieczorem nie miałam rodzinie zbyt wiele do powiedzenia. Czarny nastrój tylko mi się pogłębiał. Nie dość że wszystko było nie tak, jak miało być, to jeszcze musiałam wrócić do swojego codziennego życia. Dość wcześnie zakończyłam dzień i udałam się do łóżka.

Rano obudził mnie dziwny szelest. Półprzytomna, wciąż pamiętając, co mi się przytrafiło, otworzyłam oczy i spojrzałam w kierunku dobiegającego mnie dźwięku. No tak, mogłam się tego spodziewać - od lat słyszałam o tym, że ten i ów obudził się mając przed oczyma taki właśnie widok: oto prezydent RP, pan Andrzej, zmniejszony do rozmiaru kubka, siedział w kącie mojej sypialni, bawiąc się tęczową, plastikową sprężyną mojej dzieci. W skupieniu rozciągał ją i składał, powodując tym samym towarzyszący mi od chwili przebudzenia szelest.

Po chwili w ten monotonny dźwięk wdarł się inny, głośniejszy i ostry. Sięgnęłam na szafkę nocną po telefon i odebrałam połączenie przychodzące.
- Słyszałam co ci się przydarzyło - krzyknęła zaraz na wstępie moja przyjaciółka. - Ty wiesz, że możesz pozwać tę agencję za to, co ci robili?! W końcu to było wprowadzenie w błąd prawda?!

I wtedy obudziłam się naprawdę.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Legoland z przyległościami, czyli jak Agata do Danii się wybrała

Po raz pierwszy słowo "Legoland" usłyszałam z ust taty. Byłam wtedy dzieckiem, klocki Lego były dla mnie przez wiele lat niemal mistyczną, nieosiągalną zabawką, potem zaś zabawką nadzwyczaj drogą - pamiętam, że odkładałam pieczołowicie swoje kieszonkowe, by potem przeznaczyć je na któryś z wypatrzonych na sklepowej wystawie zestaw. Myśl o tym, że gdzieś tam, w odległej Danii, istnieje wielki park, w którym wszystko kręci się wokół Lego, była niesamowita.

Kilka lat temu udało się nam odwiedzić Legoland pod San Diego - czas spędziliśmy tam miło, ale oryginalny, duński Legoland wciąż pozostawał na naszej liście.

Kiedy w 2014 roku zaczynaliśmy planować naszą sfinalizowaną ostatecznie w 2016 przeprowadzkę z USA do Irlandii, obiecywałam sobie, że pokażemy dzieciom różne miejsca w Europie - te, które sami odwiedziliśmy, i te, których jeszcze nie znaliśmy. Potem nastąpiło zderzenie z rzeczywistością - w Europie może i wszystko jest w miarę blisko siebie, ale ceny biletów lotniczych nie są aż tak niskie, jak można by sobie wymarzyć, zwłaszcza kiedy podróżuje się z trójką dzieci i jest się ograniczonym przez rok szkolny. Dlatego wczesną jesienią ubiegłego roku postanowiłam wziąć byka za rogi odpowiednio wcześnie, kiedy od terminów ewentualnych podróży dzieliło mnie jeszcze sporo czasu, licząc, że bilety zamówione odpowiednio wcześnie będą cenowo rozsądne. I nawet mi się to udało - czerwcowy lot do Kopenhagi był naprawdę tani. Nareszcie miałam zobaczyć oryginalny Legoland.

Kilka miesięcy po wyklikaniu biletów lotniczych zadałam sobie pytanie: czy aby Legoland na pewno jest w Kopenhadze bądź w jej okolicy? Niby to stolica kraju, ale to nie musiało niczego oznaczać. Szybkie spojrzenie na Google Maps lekko zbiło mnie z nóg. Legoland jest niemal tak daleko od Kopenhagi jak tylko się dało, zakładając, że wciąż chcieliśmy mówić o tym samym kraju. Kolejne schody pojawiły się podczas poszukiwania hotelu i zamawiania biletów wstępu. Szybko zrozumiałam, że tani lot nie musi wcale oznaczać tanich wakacji. Skoro już jednak powiedzieliśmy A, należało wymówić także B.

Mieszkanie w Irlandii ma taką miłą cechę, że kiedy poleci się stąd na przykład do Niemiec i do Włoch, ceny tam wydają się relatywnie niskie. Irlandia do tanich krajów nie należy. No cóż, okazuje się, że Dania jeszcze bardziej nie należy. Co prawda w trochę zakręcony sposób, ale jednak: wprawdzie sklep spożywczy odwiedziłam tam chyba tylko trzy razy, za każdym razem jednak miałam wrażenie, że ceny są niższe niż w Dublinie. A jaki wybór! No powiedzcie sami - butelka likieru o smaku gumy balonowej za mniej niż 10 euro? Tyle tylko, że turysta to taka istota, która w przynajmniej pewnym zakresie bazuje na restauracjach.

Pozwólcie, że Wam powiem: restauracje w Danii są drogie. W niemal każdym miejscu, które odwiedziliśmy, obowiązywał model szwedzkiego stołu (co miało sens, z Kopenhagi do Malmö jedzie się nieco ponad pół godziny). Płaciło się od osoby i korzystało z bufetu do woli. Dodatkowo płaciło się za napoje. Plusem było to, że wszystko bardzo mi smakowało. Minusem była cena.

Ale, ale - miało być o Legolandzie, a nie o żarciu, alkoholu i pieniądzach. Aby do niego dotrzeć, spędziliśmy w podróży cały dzień - najpierw był samolot, potem pociąg, na końcu autobus. Jak się domyślacie, do Billund dotarliśmy nieźle zmęczeni. Ale warto było - dzieci nie miały pojęcia, dokąd lecą i jadą i niespodzianka naprawdę się udała.

Nocowaliśmy w hotelu tuż przy wejściu do Legolandu. Sam budynek wyglądał jak zamek zbudowany z klocków. Wokół pełno było przerośniętych lego-figurek, a na masztach były zatknięte wielkie plastikowe lego-flagi. Pokoje również były tematyczne, co dzieci zachwyciło, a mnie lekko przeraziło - oto po trzynastu latach spędziłam z mężem noc w lego-pokoju, w łóżku nad którym umieszczony był wielki lego-witraż, który dodatkowo dało się podświetlić. Ciekawe ile par spędziło w takim miejscu swoją noc poślubną.

Sala, w której jedliśmy śniadanie przypominała rycerską lego-stołówkę - nawet obsługa miała odpowiednie stroje. Jedno jest pewne - przed wyprawą do parku człowiek był wprowadzany w naprawdę klockowy nastrój.

Przed 10 rano, po spędzeniu naszej pierwszej nocy w lego-hotelu i zjedzeniu śniadania w lego-stołówce, ruszyliśmy na zwiedzanie właściwego Legolandu. I tu dochodzę do momentu, w którym nie wiem, o czym dalej pisać - było tego zwyczajnie mnóstwo, wszystko działo się szybko, było głośno, wesoło... 

Może zacznę od ogólników - duński Legoland jest duży. W sumie spędziliśmy w nim dwa dni i były chyba tylko trzy atrakcje, które powtórzyliśmy. Wszystko wygląda jak z bajki - są lego-zamki, lego-rzeźby, lego-auta i lego-statki. Pomiędzy tym wszystkim roi się od sklepików i jadłodajni, jest punkt malowania twarzy, stoisko z watą cukrową - czyli to, czego w takim miejscu można się spodziewać.

Szczegółowe opisywanie wszystkich atrakcji Legolandu zajęłoby mi pewnie dobry miesiąc - zainteresowanych odsyłam do strony parku: https://www.legoland.dk/. Wspomnę może tylko o czymś, co nazywało się "Battle of the Brick" - było to coś w rodzaju przedstawienia turnieju rycerskiego. Słowo daję, to było świetne i naprawdę nie mogłam się zdecydować, czy powinnam non stop cykać fotki telefonem, czy skupić się na widowisku. Gdyby nie to, że boję się koni, stwierdziłabym, że grający w nim aktorzy mają pracę marzeń (ciekawe ile zarabiają i czy stać ich na duńskie restauracje). Mieliśmy też nieco szczęścia - Battle of the Brick to impreza sezonowa, odbywająca się w cieplejszych miesiącach roku, czyli jesienni i zimowi turyści raczej jej nie zaliczą. Ale nie zdziwiłabym się, gdyby w pozostałą część roku wystawiali coś innego.

Tak czy siak, poza wspomnianym turniejem w Legolandzie jest mnóstwo innych atrakcji - wszelkiej maści karuzele, łódki, samochody, pociągi, zjeżdżalnie, rollercoastery, jest również kino wyświetlające krótkie filmy 4D. Słowem - dużo dobra, w ilości wystarczającej do zapewnienia rozrywki przez dwa kolejne dni.

W całym parku nie było niczego, co by mi się nie podobało - naprawdę, mogę najwyżej mówić o tym, że coś zrobiło na mnie większe bądź mniejsze wrażenie. Przypominam, że piszę to z perspektywy trzydziestopięcioletniej baby, która była tam z trójką dzieci, zatem kogoś, dla kogo ta cała wycieczka miała prawo być nieco męcząca. Cóż, była - ale naprawdę sama miałam z tego wszystkiego mnóstwo frajdy.

Lekko zaskoczyła mnie pora zamknięcia - spodziewałam się, że park jest czynny do wieczora, przynajmniej podczas letnich miesięcy. Tymczasem podczas naszej wizyty zamykano już o 18, a wiele atrakcji przestawało działać już o 17. Zostawał zatem do zagospodarowania cały wieczór. O dziwo, nie było z tym problemu, głównie za sprawą Lalandii. Lalandia z zewnątrz wygląda jak centrum handlowe - ot, wielka betonowa bryła. W rzeczywistości jest czymś w rodzaju centrum handlowo-rozrywkowego, w którym znajduje się wielki park wodny, restauracje, sklepy, automaty do gier i kilka innych ciekawych atrakcji. Z uwagi na brak czasu oraz fakt, że do Lalandii docieraliśmy dopiero wieczorem, udało się nam tam zaledwie zjeść kolację, zrobić drobne zakupy spożywcze i trochę pospacerować. I powiem Wam, że byłam pod sporym wrażeniem.

Jak wspomniałam, z zewnątrz Lalandia wygląda jak betonowy klocek. Kiedy przechodziłam przez obrotowe drzwi, spodziewałam się wnętrza typowej galerii handlowej. Tymczasem znalazłam się jakby w innej rzeczywistości - w miasteczku przywodzącym na myśl świat Aladyna. Wszystko wokół mnie było zbudowane jakby z piaskowca, poza tym trwał klimatyczny, rozjaśniony ulicznymi światłami wieczór. Dach wewnątrz Lalandii był tak zrobiony, że przypominał wieczorne niebo, co stwarzało niesamowite wrażenie - zwłaszcza że na zewnątrz panował jeszcze dzień. Spacerując między restauracjami czuliśmy się jak podczas przechadzki ulicami, na zewnątrz, w jakimś mieście i kraju położonym tysiące kilometrów od Danii.

Myślę, że to właśnie Lalandia może być moją motywacją, by jeszcze kiedyś odwiedzić duńskie Billund. Sądząc po zdjęciach na stronie internetowej, tamtejszy park wodny to nie lada atrakcja. Ale jest tyle innych miejsc do odwiedzenia - i tyle życia do przeżycia tu, na miejscu, w Irlandii - że to raczej pieśń dość odległej przeszłości.

Przed powrotem do Dublina spędziliśmy jeszcze niemal dobę w Kopenhadze. Siłą rzeczy nie zobaczyliśmy zbyt wiele - ale miasto zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Duże przestrzenie, czysto, mało samochodów, dużo rowerów, no i kompletny brak problemów w porozumiewaniu się po angielsku. Korciło nas jeszcze, żeby skoczyć na kawę do szwedzkiego Malmö, ale trochę baliśmy się, że nie zdążymy na samolot.

Podsumowując - było bardzo fajnie (choć minęło już tyle lat, wciąż mam opory przed używaniem tego słowa, mając w pamięci niechęć, jaką wywoływał u wszystkich polonistek, z którymi miałam lekcje). No i nareszcie znalazłam dobrą motywację, żeby napisać coś na blogu. Mam nadzieję, że będzie mi się to zdarzać częściej.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Łóżkowe rozmowy dorosłych

W ciemności sypialni, poddając się w końcu dręczącym mnie niepokojom wywołanym ostatnimi wydarzeniami, pytam małżonka:
- Ale to włamanie u nas na osiedlu... To chyba było zaplanowane, nie sądzisz? Ktoś musiał przecież wiedzieć jakie mają zwyczaje, gdzie odkładają te klucze, żeby tak po prostu je sobie wziąć...
- Tak, na pewno - zgadza się mąż. - Ale pomyśl, Irlandia Północna ma gorszy problem: tam kradną całe bankomaty. W tym roku już siedem. Koparkami.
- No właśnie - ożywiam się. - Ciekawe jak wygląda śledztwo w takiej sprawie. Czekaj, ja czytałam trochę tych kryminałów, może spróbuję się domyślić. No więc pewnie najpierw robią listę ludzi, którzy mają zarejestrowane koparki... Zaraz, czy koparki mają tablice rejestracyjne?
- To w zasadzie bez znaczenia, oni te koperki biorą z jakiegoś placu budowy.
- Kurczę, ale tego nie da się tak po prostu bezproblemowo przeprowadzić. Koparki są duże, w miastach są montowane kamery, przecież przejazd takiej koparki przez miasto na pewno jest rejestrowany. Na placu budowy też na pewno mają jakiś monitoring.
A może to ktoś pracujący na budowie kradnie te bankomaty? To by było wygodne, na pewno mają tam odpowiednie narzędzia, żeby potem je rozpruć i wyjąć gotówkę.
- Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że to polscy budowlańcy dorabiają na boku - żartuje mąż. No tak - przechodząc codziennie obok placu budowy w naszym miasteczku regularnie słyszymy polskie rozmowy, niejednokrotnie na tle dźwięków polskich stacji radiowych.
- Ale zobacz, to taka czysta kradzież: bez wbiegania do banku czy sklepu w kominiarkach, bez straszenia ekspedientek...
Chwila ciszy. Po chwili pytam:
- Ej, a może ja napiszę do północnoirlandzkiej policji i podsunę im pomysł, że to ktoś z tej budowy kradnie te bankomaty?
Chwilę później zasypiam.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie 2018 roku

Coś ostatnio moja droga do tego bloga jest tak kręta i wyboista, że nie docieram tu tak często, jakbym chciała. Na szczęście wrodzona skłonność do pamiętania o wszelkich datach i założeniach mnie nie zawodzi. Zbliża się koniec stycznia, a ja wciąż nie podsumowałam ubiegłego roku pod kątem przeczytanych książek. Świat zapewne poradziłby sobie bez tego, czytelnicy nadal by czytali, a i ja żyłabym nadal swoim codziennym życiem.

Ale wiem, że dręczyłoby mnie to, spędzało sen z powiek, przypominało się podczas tych najprzyjemniejszych momentów, po pierwszych łykach wina, kiedy po ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, po uśmiechu, który skieruję do kogoś, kto był dla mnie miły, po tym, jak otworzę długo wyczekiwaną paczkę, psując tym samym chwilę błahego szczęścia... Dobra, koniec tego ględzenia, bo to nie ma być moja książka, tylko notka o książkach napisanych przez innych ludzi, którzy sztukę pisania opanowali najwyraźniej lepiej, skoro ktoś ich wydaje i płaci im pieniądze.

178 książek to może i sporo, choć w obliczu liczby istniejących na rynku tytułów to zaledwie kropla w morzu. Szczerze mówiąc, nie wiem jakim cudem udało mi się tego tyle pochłonąć. Sporą część roku przepracowałam, czytałam wtedy w pociągach i podczas przerwy obiadowej. Słuchałam audiobooków, ale z uwagi na charakter pracy mogłam to robić jak zwykle podczas domowych porządków, szydełkowania i samotnych spacerów (choć w ostatnim przypadku przerzuciłam się raczej na Duolingo). Być może z biegiem czasu czytam coraz szybciej, być może ma tu znaczenie fakt, że paradoksalnie mając na głowie dużo obowiązków łatwiej mi się zorganizować - upycham wtedy różne dzienne zajęcia w 24 godziny niczym klocki w tetrisie i nagle okazuje się, że się da. Uparcie twierdzę, że najwięcej czytałam na studiach, kiedy program wymagał ode mnie przyswojenia treści pokaźnej listy lektur, a życie - pracy i spotkań towarzyskich. Najważniejsze jest pewnie to, że czytać po prostu lubię, dlatego upycham to czytanie gdzie tylko się da, nawet jeśli czasem mówimy tylko o jednej czy dwóch stronach tekstu.

Dość usprawiedliwień, tylko winni się tłumaczą.

Po pierwsze, kryminały
Przyjemnie czytało mi się serię Viveci Sten, zaczynającą się od "Na spokojnych wodach". Fani Camilli Läckberg i innych "łagodniejszych" skandynawskich kryminałów mogą spokojnie myśleć o sięgnięciu po tę książkę.

W 2018 roku sięgnęłam też po powieści J. L. Horsta. Jego seria o Williamie Wistingu towarzyszyła mi z przerwami przez większą część roku, a kilka pozycji wciąż czeka na mojej liście. To taki autor, po którego na pewno będę sięgać w przyszłości, gdy tylko wyjdzie coś nowego. Fajerwerków może nie ma, ale towar odpowiada oczekiwaniom.

O pół stopnia wyżej oceniam kryminały Tess Gerritsen z serii o Rizzoli i Isles. W tym przypadku sięgnęłam po audiobooki, których słuchałam trochę poza kolejnością, probując za każdym razem dopasować niczym puzzle kolejność wydarzeń w życiu głównych bohaterów. Zawsze był to proces przyjemny, stanowiący świetne tło dla powstawania moich szydełkowych wyrobów.

Ostatnim autorem kryminałów, którego tu wspomnę, jest Robert Galbraith (wszyscy już wiedzą, że to pseudonim J.K. Rowling, prawda?). Nareszcie przeczytałam "Wołanie kukułki" i tak mi się spodobało, że już planuję sięgnięcie po kolejne części. Akcja jak akcja (szczerze mówiąc, dość szybko domyśliłam się, kto zabił), ale język i sposób prowadzenia narracji tak mi się spodobał, że nie ma dla mnie znaczenia czy ta książka jest kryminałem, fantasy czy reportażem (jest tym pierwszym).

Po drugie, non-fiction
W tym roku rzadko sięgałam po ten rodzaj książek. Tak naprawdę na mojej liście pojawiło się ich zaledwie kilka. Warto tu wspomnieć o "Czerwonym głodzie" Anne Applebaum. Ta książka uświadomiła, że wbrew temu co sądziłam, o głodzie na Ukrainie wiedziałam naprawdę bardzo niewiele. Książka mocna i wstrząsająca, ale należąca do tych, które trzeba i warto poznać.

"1968. Czasy nadchodzą nowe" Ewy Winnickiej to swego rodzaju przekrój przez rok 1968, widziany przez pryzmat wydarzeń i zjawisk z całego świata. Ciekawe i przystępne.

"Moja ojczyzna była pestką jabłka" to zapis rozmowy Angeliki Klammer z Hertą Müller, niemiecką pisarką i laureatką literackiej Nagrody Nobla, urodzoną w Rumunii. Do tej pory czytałam tylko jedną jej powieść, wrażenie było jednak na tyle silne, że wkrótce potem czytałam już z wypiekami na twarzy biografię Nicolae Ceaușescu. Rumunia drugiej połowy XX wieku to zdecydowanie kwestia, która mnie kręci, więc jeśli ktoś może polecić jakąś lekturę w temacie, to bardzo proszę.

Ta notka nie byłaby kompletna bez wspomnienia o "Dzieciach księży" Marty Abramowicz. Poruszająca i ważna książka, której lektura pozostawiła we mnie więcej pytań niż odpowiedzi.

Podobnie było z "Żeby umarło przede mną"  Jacka Hułuba - zbiorze historii matek niepełnosprawnych dzieci, obrazujących ich codzienne życie i zmagania. To nie jest przyjemna lektura, ale zaliczam ją do najważniejszych w 2018 roku.

Pod koniec roku sięgnęłam po "Nowy rozdział" Roberta Biedronia. Książkę przeczytałam ze sporym zainteresowaniem i sympatią, bo takie też reakcje budzi we mnie sam autor. Nie wiem, czy chcę kolejnego rozdziału w jego wydaniu, ale na pewno bardzo chciałabym chcieć. :)

Po trzecie, ciekawostki
Wśród książek, którymi zauroczyłam się trochę niechcący, muszę koniecznie wymienić "Siedem sióstr" Lucindy Riley. To pierwsza część kilkutomowej sagi (pozostałych tomów jeszcze nie czytałam). Ludzie, ja nie wiem czy ta książka jest dobra i w sumie mam to gdzieś. Ja w nią tak wsiąkłam, że po skończonej lekturze chciałam lecieć do Brazylii i wcinać pomarańcze. Nawet nauczyłam się podstawowych zwrotów po portugalsku. Z tego co wiem, w następnym częściach nie ma już nic o Brazylii, a ponieważ zamierzam je przeczytać, to istnieje ryzyko, że moja lista fascynacji znacznie się wydłuży.

"Nikt nie idzie" Jakuba Małeckiego było delikatne i urocze i znalazło mokre miejsce w moich oczach. Nie wiem jak ten autor to robi, ale chyba zagwarantował sobie dożywotnio moją czytelniczą wierność.

"Śmierć Komandora" porwała mnie. Tak, wiem, że to napisał Haruki Murakami, od którego twórczości odżegnywałam się kiedyś z całych sił. Ale tym razem jestem bardzo na tak.

"Immortaliści" Chloe Benjamin wprawiło mnie w potężnego doła, z którego wychodziłam kilka dni. Dół był wielopoziomowy i zawierał w sobie zarówno tęsknotę za San Francisco i Kalifornią w ogóle, jak i strach przed życiem jako takim. Ale gdybym miała wskazać książkę przeczytaną w 2018, po którą miałabym sięgnąć ponownie, to byliby to właśnie "Immortaliści". Pięć gwiazdek na pięć.

"Białe łzy" Hari Kunzru zauroczyły mnie niesamowitym klimatem. Wybrałam je zupełnie przypadkiem, szukając jakiegoś nowego audiobooka i to był strzał w dziesiątkę.

Po czwarte, rozczarowania
"Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" Marcina Kołodziejczyka to było rozczarowanie na całej linii. Serio, pojęcia nie mam po co ta książka jest i w jaki sposób czerpać z niej przyjemność. Nie czytajcie, jeśli nie musicie.

"Pogrzebany olbrzym" Kazuo Ishiguro przypomniał mi, że nie zawsze warto sięgać po książkę kierując się tym, że jej autor dostał Nagrodę Nobla. Oczywiście mam szczerą nadzieję, że nikt nigdy nie napisze tego samego o mojej książce, o ile kiedyś taka się ukaże ;-)

"Hashtag" Remigiusza Mroza zdołał przekroczyć bariery mojej dość szerokiej tolerancji na twórczość tego autora. Bo ja właściwie Mroza lubię - uważam, że na kogoś takiego jak najbardziej jest miejsce, gość pisze wciągające powieści z wartką akcją. Ale w przypadku "Hashtagu" non stop coś się we mnie buntowało przeciwko temu jak bardzo ta historia jest przerysowana i nieprawdopodobna. Tak mniej więcej po 30% lektury, bo zaczynało się nieźle.

________________________

Umówimy się, że poprzestanę na powyższym. Oczywiście tych przeczytanych książek było sporo więcej, a wśród nich znajdowały się zarówno lepsze, jak i gorsze pozycje. Nie ma jednak szans, bym wspomniała o wszystkich - jeśli ktoś bardzo chce, może zajrzeć do mojego profilu na Goodreads, gdzie od ponad ośmiu lat skrzętnie notuję swoją czytelniczą aktywność. Wystarczy kliknąć tutaj.

Ja zresztą nie mam nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu przeczytać słabą książkę. Nie zawsze mam nastrój na wybitne dzieła, a bywa, że po ciężkiej lekturze chętnie sięgam po taką, o której wiem, że będzie błaha i prosta. Może powinnam nawet napisać o takich książkach osobną notkę? Nawet jeśli tak, to pomyślę o tym w dalszej przyszłości, bo mimo wszystko nie chcę robić z tego miejsca bloga tylko książkowego. Muszę w końcu znów się za niego wziąć - opowiedzieć Wam trochę o moich snach, przygodach i co tam mi jeszcze przyjdzie do głowy.

Do przeczytania,
Agata.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

178 książek, 10 kilometrów później

Naprawdę nie pisałam od lipca? Aż trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza że blog cały czas gdzieś tam istniał w zagłębieniach mojej świadomości.

Notki podsumowującej kończący się rok nie mogłoby jednak zabraknąć. Zwłaszcza, że 2018 był dla mnie niczym jakieś tornado. Które, mam nadzieję, już przeszło. Bo chociaż w ostatnich miesiącach zdarzyło się sporo dobrego, to były i takie zdarzenia, których zdecydowanie nie chcę przeżywać ponownie.

Co zatem się działo?


  • Odwiedziłam Kalifornię. Bilet kupiłam spontanicznie, a swój udział w podjęciu błyskawicznej decyzji zdecydowanie miało wino. Spędziłam w Dolinie Krzemowej pewien styczniowy tydzień - i był to jeden z najlepszych tygodni w 2018 roku. The Eagles mają rację - Kalifornii nie da się opuścić. Jadąc samochodem koleżanki z lotniska w San Francisco czułam się tak, jakbym nigdy nie wyjechała. Wszystko było tak bardzo znajome i swojskie, aż trudno było uwierzyć w to, że mój dom i rodzina są na drugim końcu świata.
  • Przeczytałam 178 książek. Jak już odchoruję sylwestra, napiszę o tym osobną notkę ;)
  • Przebiegłam swoje pierwsze 10km. Kto zna mnie od dawna, ten wie, że z bieganiem byłam zawsze na bakier - tym bardziej więc jestem z siebie dumna. Niestety, owe 10 kilometrów zamiast nakręcić mnie na nowe wyzwania sprawiły, że bieganie zaczęłam stopniowo zarzucać. 
  • Odważyłam się odwiedzić okulistę. Mój wzrok się nie pogarsza. Patrzę na świat przez szkła o magicznym numerze bliskim -11, wiec to naprawdę dobra wiadomość.
  • Sporą część roku spędziłam w pomarańczowym biurze HubSpota. Ta praca bardzo dużo mi powiedziała o tym, czego chcę i czego nie chcę. To temat wart przestrzeni osobnego bloga, ale nie chcę skupiać się na złych emocjach. Było ciekawie i na pewno nie żałuję.
  • Pod koniec roku zaczęłam trochę wracać do pisania. Idzie mi to różnie - raz lepiej, raz gorzej, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że brakuje mi w tym pisaniu tego "czegoś". Może piszę nie o tym, o czym powinnam?
  • To trochę dziwne, ale miałam naprawdę mało ciekawych snów.
  • Spędziłam cudowny weekend w Warszawie, w towarzystwie cudownych kobiet. Było morze rozmów, wyznań i alkoholu. Chcę więcej.
  • Wyprodukowałam całe stosy szali, chust i czapek. Wszystko na szydełku.
  • Uzależniłam się od Duolingo. Potrzebuję klona, żeby używać tego tyle, ile bym chciała.
  • Przetrwałam atak Bestii ze Wschodu, która najechała Irlandię jakoś marcu. Ostatni raz takie ilości śniegu widziałam w 2010 roku w Warszawie.
  • Z tego świata odeszły dwie bliskie mi osoby. W jakiś sposób świat wydał mi się potem jakiś bardziej kruchy, do tego stopnia, że zaczęło mnie to przerażać. Wiem, że pewne rzeczy są nieuniknione i następują prędzej czy później. Czasem może nawet lepiej jest, jeśli nastąpią wcześniej. Ale to są właśnie te rzeczy, których wolałabym już nie przeżywać.

Za kilka godzin zacznie się 2019 rok, a ja mam tym razem kilka noworocznych postanowień. Więcej pisać (również tu). Robić zdjęcia. Więcej sypiać. Pić mniej wina. Nadal czytać. Biegać. Podróżować. Szydełkować. Poodchudzać się (jak zwykle w nowym roku). Iść na wybory. Nauczyć się w końcu swobodnie obsługiwać pada do PlayStation4.

Szczęśliwego Nowego Roku!

piątek, 6 lipca 2018

Piłkarz i powódź w moim domu

Moi drodzy, żyjemy w świecie pełnym tajemnic. Do dziwów trudnych do objęcia umysłem zaliczają się niektóre pomysły polityków. I uwierzcie, tak jest nie tylko w Polsce. Jak świat długi i szeroki, pełno jest reprezentantów narodów, podejmujących zgoła kuriozalne decyzje...
No bo popatrzcie: siedzi sobie człowiek w takiej Irlandii, ma tu dom, rodzinę, płaci podatki - i nagle dokwaterowują mu piłkarzy. Można próbować się kłócić, tłumaczyć, że to Twoja chałupa, a poza tym nocleg dla reprezentacji Polski w Irlandii podczas mistrzostw odbywających się w Rosji brzmi jak totalny absurd - ale prawo jest prawem, rząd się zgodził, rząd musi się wywiązać. A szaremu człowiekowi pozostaje przyjąć kilkunastu chłopów pod dach, ze świadomością, że każdy z nich mógłby sobie jutro z marszu kupić dziesięć takich domów.

Dobrze, że chociaż gotować dla nich nie kazali. Ogólnie muszę przyznać, że piłkarze okazali się gośćmi dość mało wymagającymi - stołowali się chyba na mieście, nie pili, nie awanturowali się. Ot, czasem mijałam jakiegoś na schodach. Nie wchodziliśmy sobie jednak w drogę i dość szybko przestałam odliczać dni do ich wyjazdu. Ba, zaczynało do mnie docierać, że nawet nie miałabym nic przeciwko, żeby zostali trochę dłużej. Nie będę owijać w bawełnę i powiem wprost - jeden nawet trochę mi się spodobał. Nazywał się Błaszczykowski, ale uparcie chodził w koszulce Szczęsnego. Jak tłumaczył, dla zmyłki - Szczęsny został ostatnio ojcem i Błaszczykowski liczył, że w koszulce z jego nazwiskiem będzie mu łatwiej się opędzić od fanek. Tak czy siak po kilku dniach piłkarze wyjechali, a moje życie znów wróciło mniej więcej do normy.

No właśnie - mniej więcej. Coś się bowiem nie zgadzało: od kilku dni przeglądając newsy trafiałam wciąż na informacje o ogromnych upałach panujących na Wyspach Brytyjskich, podobno największych od 80 lat. Nijak nie zgadzało się to z tym, co widziałam za oknem - padało bowiem jak nigdy, nieprzerwanie od wielu godzin. Wiedziona doświadczeniem dwóch klęsk żywiołowych w Irlandii, kiedy to sklepy i wszelkie instytucje zostały zamknięte na kilka dni* postanowiłam uzupełnić zapasy w lodówce i czekać na lepszą aurę we wnętrzu ciepłego domu.

W nocy obudził mnie krzyk jakiegoś dziecka. Dziecko nie było moje, zdawało się być płci męskiej i niewątpliwie wolało po polsku z okna któregoś z sąsiednich domów. 
- Powódź, powódź! - dał się słyszeć przerażony głosik.
Podbiegłam do okna: nasza ulica, biegnąca między rzędami szeregówek, zamieniła się w regularną rzekę. Zgadywałam, że woda sięgałaby mi co najmniej do kostek. Poza tym wciąż padał deszcz i nie ulegało wątpliwości, że poziom wody będzie się nadal podnosił.
- Cholera, i co my zrobimy?! - załamywałam ręce.
- Nie martw się, jesteśmy z dziećmi na piętrze - uspokajał mnie mąż. - Te domy są budowane z myślą o bardzo różnych warunkach atmosferycznych.
- Może masz rację, ale to jest okropne... Ten deszcz, woda, ten krzyk dziecka... Nawet nie wiedziałam, że mamy tu obok inną polską rodzinę...
- Mamy, mamy. Nie mówiłem ci? A ten chłopiec ma lekką traumę, przeżył powódź w Polsce w 97...

Chciałam się rozpłakać i wrzasnąć, że w 1997 to rodzice tego chłopca mogli być co najwyżej na etapie pocałunków podczas leżakowania w przedszkolu, mamy w końcu, na litość boską, rok 2018, ale byłam na tyle przerażona, że nie chciałam tego werbalizować.

Była jeszcze noc, ale wiedziałam, że już nie zasnę. Usiadłam na podłodze przy oknie, wpatrując się w rzeczkę płynącą wartkim nurtem pomiędzy domami. Czy rano otworzą sklepy? Szczerze w to wątpiłam. Ulica wyglądała na coraz mniej przejezdną. W oknach okolicznych domów pojawiało się coraz więcej twarzy o przerażonych obliczach. Przeskakiwałam wzrokiem od jednej do drugiej, myśląc o tym, jak to będzie, kiedy zacznę już tonąć - o tym, jak woda będzie stopniowo dostawać się do moich płuc, uniemożliwiając oddychanie...

Woda zaczęła opadać następnego dnia po południu, wkrótce potem, jak przestał padać deszcz. Nie wiem jaką wysokość osiągnęła - nie odważyłam się otworzyć drzwi, podobnie jak pozostali sąsiedzi. Chwilę potem otworzyłam oczy i zobaczyłam zalaną słońcem sypialnię. Tak, to był tylko sen (ten kawałek z Błaszczykowskim też), a Irlandia rzeczywiście od kilku tygodni cieszy się rekordowo wysokimi temperaturami.

* Huragan jesienią 2017 i ogromne opady śniegu na początku 2018 dosłownie "wyłączyły" Irlandię (i czasowo uzależniły moje dzieci od Play Station).

wtorek, 19 czerwca 2018

Najbardziej stresująca rzecz w pracy

Pamiętam ja o Was, moje drogie Czytelniczki i moi drodzy Czytelnicy, myślę o tym blogu właściwie codziennie i nawet noszę w sobie treść, którą bardzo się chcę z Wami już od dłuższego czasu podzielić.

Tak się jednak składa, że chwilowo pracuję i pracowanie to ma dość negatywny wpływ na moje grafomaństwo. Coś tam odnotowuję jeszcze w dzienniku, który jak wiecie prowadzę metodą dość archaiczną, mianowicie ręcznie. Porzucenie tej formy aktywności mogłoby jak mniemam rzutować negatywnie na przyszłość - otóż patrząc w przód, wciąż widzę przed oczyma grupę archeologów dogrzebujących się do mych zapisków za lat kilkaset, pochłaniających je i snujących na ich podstawie rozprawy historyczne. Wizja ta towarzyszy mi od dzieciństwa i nie ma takiego zajęcia, które kazałoby mi z niej zrezygnować.

No, ale blog trochę opuściłam.

Wróciwszy dziś do domu postanowiłam nadrobić zaległości - wszak sytuację mamy niecodzienną, właśnie przegraliśmy z Senegalem, czemu by więc mój przełom nie miał nastąpić dzisiaj? Siądźcie wygodnie, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, albowiem chcę Wam opowiedzieć o tym, czego -dzięki mojej aktualnej pracy - dowiedziałam się o sobie, a dokładniej rzecz biorąc - czego naprawdę nie cierpię.

Nie, nie chodzi o poranne wstawanie. To znaczy oczywiście go nie lubię, jestem zwierzęciem nocnym i najchętniej spałabym między 2 a 10 rano, przesypiając tym samym 8 godzin. Niestety, świat sprzysiągł się przeciwko mnie - najpierw w przesypianiu tych 8 godzin przeszkadzała mi szkoła, potem studia, wreszcie praca i dzieci. Jakiś czas temu komuś napomknęłam, że będę w ten sposób spać osiągnąwszy wiek seniora, ale w odpowiedzi usłyszałam, że na starość się już tyle nie śpi. No trudno.

Nie, nie chodzi o dojazdy. Dojazdy to ja kocham. Wprawdzie z punktu widzenia funkcjonowania rodziny byłoby lepiej, gdyby zajmowały mniej czasu, ale z drugiej strony dzięki nim mam całkiem sporo czasu na czytanie. Tak, uwielbiam czytać w zbiorkomie. W dodatku rano widuję całkiem sporo innych czytelników i dzięki temu jest mi jakoś tak swojsko.

Nie, nie chodzi o rutynę - kto dobrze mnie zna, ten wie, że sama należę do ludzi poszukujących rutyny. W praktyce różnie mi to wychodzi, ale są w moim życiu sprawy, które muszą chodzić jak w zegarku - i naprawdę tak chodzą. Dana rutyna może mi nie odpowiadać, ale raczej lepsza jakaś niż żadna.

Nie, nie chodzi o brak czasu - nadal czytam dużo książek, oglądam seriale, biegam i szydełkuję. Oczywiście muszę to wszystko jakoś ścieśniać, ale dać się da. Pewne sfery na pewno cierpią - jak pisałam wyżej, nie piszę tyle ile bym chciała. Brakuje mi też swobody w ciągu dnia, na przykład dzisiaj, kiedy nagle zrobiło się bardzo ciepło, a ja oczyma wyobraźni widziałam te tłumy ludzi na plaży. Ale z tym raczej da się żyć.

Zupełnie inaczej rzecz ma się ze wspólnym jedzeniem. Musicie wiedzieć, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelniczki, że moja firma oferuje lunche, całkiem smaczne. Większość pracowników zjada je w firmowej kantynie w towarzystwie kolegów i koleżanek. Nad stołami łopoczą sztućce i rozbrzmiewają dźwięki rozmów. I to jest właśnie to, czego - jak odkryłam - nie cierpię najbardziej.

To znaczy nie zrozumcie mnie źle - mnie wcale nie przeszkadza, że ktoś je i rozmawia. Ja po prostu nie lubię tego robić. Albo jem, albo rozmawiam. Sytuacja, w której oczekuje się ode mnie że będę przeżuwać, jednocześnie nasłuchując co kto mówi i jeszcze nie daj Boże odpowiadać, jest dla mnie mocno niekomfortowa. No kurde - jak jem to jem. Mogę ewentualnie jeść i czytać (ale to raczej nie w towarzystwie, chyba że w towarzystwie mojego męża, o ile on też by właśnie jadł i czytał). Ale jeść i gadać? Ryzykując, że coś źle przełknę? Że się roześmieję i wszyscy zobaczą szpinak, który utknął mi między zębami? Że odgłosy własnego przeżuwania kompletnie zagłuszą napływające do mnie fale dźwięku i będę zmuszona prosić z pełnymi ustami o powtórzenie?

Tak, wspólne, konwersacyjne obiady zdecydowanie są najgorsze.

Dlatego, moi drodzy, mam do Was prośbę. Jeśli mnie zapraszacie, to raczej na wino niż obiad. A jeśli już mam coś jeść, to nie mówcie nic do mnie dopóki nie skończę.

Dziękuję.