poniedziałek, 10 lutego 2014

Przeprowadzka do Utah

Dopiero podczas pakowania się coś zaczęło mi nie pasować.

Za kilka dni miałam rozpocząć nowe życie. Po półtora roku w Kalifornii zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Utah. No, "zdecydowaliśmy się" to może za dużo powiedziane. To praca Dawida zapragnęła nas przenieść, a my nie mieliśmy większych zastrzeżeń. Zawsze to jakaś zmiana w życiu. A zmiany są dobre.

No tak, ale pakując walizki pomyślałam, że przeprowadzka do zupełnie innego stanu to zmiana raczej duża niż mała. Trzeba będzie wszystko zorganizować od nowa: znaleźć miejsce do mieszkania, poszukać przedszkola dla Emilki. A to tylko początek. Tymczasem tak naprawdę nie miałam o tym Utah zielonego pojęcia. Potrafiłam co najwyżej wskazać właściwe miejsce na mapie. A i to tylko dlatego, że odkąd pamiętam miałam obsesję na punkcie wszelkich map.
No i pamiętałam, że jakiś czas temu w Salt Lake City była olimpiada. Zdaje się, że zimowa.

Przerwałam pakowanie i sięgnęłam po telefon. Zaczęłam szukać odpowiednich informacji. Po chwili byłam już nieźle przestraszona. Według Wikipedii, na ulice Utah nie powinno się wychodzić bez broni. Wskazane jest noszenie przy sobie przynajmniej noża, bowiem tam brutalne napaści zdarzają się właściwie na porządku dziennym. Również kierowcy nie są bezpieczni - tamtejsza ludność jeździ podobno bardzo agresywnie, w głębokim poważaniu mając obowiązujące limity prędkości i zdrowy rozsądek. A w Ameryce, jak wiadomo, bez samochodu ani się dziecka do przedszkola nie odstawi, ani zakupów nie zrobi, o wizycie u lekarza czy kolacji w restauracji nie wspominając.

Wyglądało zatem na to, że zamieniałam względnie spokojną egzystencję na jakąś szaloną przygodę, niekoniecznie taką, jakiej sama bym sobie życzyła. Pal licho ja sama - ale przecież przeprowadzaliśmy się z dziećmi. Przed oczami pojawiła mi się wizja trzyletniej Emilki biorącej do przedszkola nóż w celu obrony przed ewentualnymi napastnikami. Brrrrrrr.

- Słuchaj - zwróciłam się słabym głosem do biorącego udział w pakowaniu męża. - A czy w tym Utah będą ci chociaż płacić jakoś więcej? No wiesz, praca i życie w ciężkich warunkach. Jakieś zalety tej przeprowadzki w końcu muszą być...
- Nie, będą płacić mniej. Tam jest tanio - padła odpowiedź.

Kilka dni później siedziałam w ciemnym pokoju nad stosem przewiezionych drogą lotniczą walizek. Z obawą wyglądałam przez okno. Ciągle bałam się wychodzić na ulicę.

- Słuchaj - pytałam - a nie dałoby się jakoś odkręcić tej całej przeprowadzki? Bo ja już w sumie wolałam być tam...

I jakoś wtedy się obudziłam. Nie w Utah. Rozpoczęłam dzień od sięgnięcia po telefon i przeczytania odpowiedniego artykułu na Wikipedii. Rzeczywistość nie przedstawiała się aż tak ponuro jak we śnie, ale i tak mam uraz. Mogę mieszkać w różnych miejscach na świecie, ale z pewnością nie w Utah.

środa, 15 stycznia 2014

Straszna lodówka

Wlaściwie sama nie wiem, co nas podkusiło. W naszym domu i tak na co dzień panował chaos - z jednej strony dzieci, z drugiej koty, no i my - osoby kompletnie wyzbyte praktycznego zmysłu porządkowania otaczającej nas przestrzeni. Pewnego dnia wpadliśmy na pomysł, że powiększymy rodzinę o trzy zwierzątka. I tak pewnego dnia w naszych progach pojawiły się równocześnie: świnka morska, tarantula i rodzaj skaczącego gada, który rozmiarem przypominał chomika.

Trochę baliśmy się pozwalać naszym lokatorom na dowolne korzystanie z zaoferowanej im przestrzeni. W mieszkaniu wprost roiło się od osobników znacznie od nich większych, zatem ryzyko zadeptania ze skutkiem śmiertelnym wydawało się realne. Postanowiliśmy zatem umieścić trzy niewielkie żyjątka w rodzaju akwarium, które doskonale mieściło się pomiędzy dwiema półkami naszej lodówki.

Potem wydarzyło się mnóstwo innych rzeczy i trochę zapomnieliśmy o nowych członkach rodziny. Nie, nie działo się nic szczególnego - ot, po prostu zwyczajne, codzienne życie. Umówmy się, że jeśli trzymasz coś w lodówce, nie myślisz o tym non stop - no chyba że jest to opakowanie ulubionych lodów. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się otworzyć białe drzwi, zapewne celem sięgnięcia po coś do jedzenia, było już za późno.

Akwarium było pełne. Wyglądało na to, że podczas gdy my zajmowaliśmy się naszym chlebem powszednim, nowi członkowie rodziny zaczęli się masowo rozmnażać. Nie mam pojęcia, jak to robili, ale jeśli w grę wchodziła w miarę tradycyjna metoda, nieobca również osobnikom rodzaju ludzkiego, to szczególną uwagę zwracał fakt, że najwyraźniej nie było tu problemów z zachowaniem czystości gatunku. Nowe tarantule wyglądały na tarantule, nie zaś na krzyżówki tarantuli ze świnką morską.

Mniejsza jednak o zachwyty nad tym fenomenem. We wszystkim cieszył mnie tylko fakt, że akwarium było przez cały czas przyblokowane znajdującą się nad nim półką, dzięki czemu wszystkie te istoty nie mogły się rozprzestrzenić po całej lodówce, wypełnionej naszym jedzeniem. Ale i tak nie wiedzieliśmy co należałoby teraz zrobić.

Żyjątka, zwłaszcza tarantule, patrzyły na nas przez szkło akwarium, szczerząc groźnie zęby. Patrzyliśmy na siebie bezradnie. Dostępu do lodówki i jej zawartości niewątpliwie potrzebowaliśmy - coś przecież trzeba było jeść, a dzieci musiały pić mleko. Przestawienie się na spożywanie posiłków poza domem wydawało się nierozsądne, zarówno ze względów ekonomicznych jak i organizacyjnych. Tymczasem żyjątka mnożyły się w dość szybkim tempie i należało się obawiać, że cienkie szkło akwarium w końcu nie wytrzyma i pęknie, a cała ta menażeria zapanuje nad naszą lodówką.

Postanowiłam opisać problem na Facebooku. Tylu ludzi, mieszkających w różnych częściach świata - ktoś na pewno mi pomoże. Dość szybko pomocną dłoń wyciągnęła moja koleżanka Agnieszka, która wsiadła w samochód i już po godzinie była u nas, zdecydowana rozprawić się z zawartością akwarium. Po pewnym czasie poinformowała nas, że pozbyła się czterech. Nie wiem jak, wiem natomiast dlaczego zostawiła resztę - podobno nie miała tak dużo czasu. Powiedziała jednak, że ona sama też opisze nasz problem na Facebooku i poprosi wszystkich swoich znajomych oraz krewnych królika o szerowanie informacji i - w miarę możliwości - przybywanie z pomocą.

I jakoś wtedy się obudziłam. Z ulgą i świadomością, że zawartości lodówki, oraz żołądkom mojej rodziny nic nie grozi.

Pamiętajcie, nigdy nie umieszczajcie świnki morskiej z tarantulą i gadzim skoczkiem (naprawdę, nie mam pojęcia co to było) w lodówce. Wychodzą z tego straszne rzeczy. Nawet jeśli prawdopodobnie tylko w snach, to może nie warto ryzykować.

czwartek, 9 stycznia 2014

Czytelnicze podsumowanie 2013 roku

Skoro mamy ciągle styczeń, może przestanę w końcu odkładać w nieskończoność temat notki okołoksiążkowej i napiszę ją teraz. Zwłaszcza, że warunki mam sprzyjające - przede mną stoi micha własnoręcznie przyrządzonej sałatki, a ja bardzo nie lubię jeść i niczego poza tym nie robić (wiem, to brzydka cecha).

W 2013 roku przeczytałam 72 książki. W przypadku niektórych z nich należałoby ująć czasownik w cudzysłów, bo zamiast pochłaniać tekst pisany, przyswajałam empetrójki. Audiobooki, przed którymi przez tyle czasu się broniłam, w końcu znalazły zastosowanie w moim świecie - słucham ich w samochodzie, zwykle wtedy, gdy jadę sama. Droga upływa przyjemniej i ciekawiej. Mimo wszystko staram się jednak być tradycjonalistką - są książki, które zdecydowanie wolę przeczytać niż przesłuchać. No i jestem wzrokowcem, w przypadku literatury lepiej niż dźwięki przyswajam litery.

Mam jakiś taki niesmak do mojego czytania w tym zakończonym roku. Niby nie było tego jakoś mało, trafiały się ciekawe pozycje, ale mam wrażenie, że nałóg czytania uprawiało mi się gorzej. Jakby leniwiej, niedokładnie. Dotyczy to zwłaszcza wakacji. Być może chodzi o to, że od przełomu maja i czerwca Emilka spędza trzy dni tygodniowo w przedszkolu i po tych kilku latach z maluchem przez jakiś czas trudno było mi zorganizować sobie dzień.

No, ale dość marudzenia, czas na konkrety.

W 2013 czytałam prawie wyłącznie po polsku. To logiczne, prawda? Mieszkając w Szwajcarii czytałam przeważnie po angielsku, w Stanach czytam po polsku. Tak naprawdę przyczyny, a może raczej winy, upatruję w fakcie odkrycia pewnej polskiej księgarni internetowej, która regularnie oferuje promocje 50% na różne tytuły. Dość często takie, które mnie interesują.

W 2013 roku przeczytałam sporo kryminałów. Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat temu, że będę czytać powieści o mordercach i policjantach, puknęłabym się w czoło. Zawsze wydawało mi się, że to kompletnie nie mój gatunek. A tu proszę, niespodzianka.

Do swojej czytelniczej listy zdecydowałam się dodawać to, co czytam na głos córce, pod warunkiem że nie są to małe, cienkie książki, które znam już na pamięć. Jakiś czas temu przeczytałam w ten sposób po raz pierwszy "Przygody Mikołajka" - bardzo fajna pozycja.

Pod koniec roku wyszła nowa książka Sapkowskiego. Rzuciłam się na nią jak sęp, choć z pewną obawą. Mimo wszystko przeżyłam pozytywne rozczarowanie. To nie jest już ta saga, którą czytałam ukradkiem na lekcjach, ale pewnych rzeczy udało się autorowi nie zepsuć. Nie będę ukrywać, w tej całej historii zawsze i tak najbardziej kręcił mnie wątek Geralta i Yennefer.

W 2013 roku zaczęłam czytać Grzędowicza. Resztę jego twórczości zostawiam sobie na później. Tak bardzo mi się podoba, że nie chcę zbyt szybko dojść do etapu, w którym nie zostanie mi nic nowego do przeczytania.

Do ciekawszych pozycji mogę też zaliczyć "Trafny wybór" Rowling. Coś zupełnie innego niż się spodziewałam, ale książka bardzo mi się podobała.

Mimo postanowień nie zdołałam przeczytać do końca ostatniego tomu "Hunger Games". Wciąż jest rozgrzebany. Ta seria kompletnie do mnie nie trafia - albo jestem za stara, albo niekompatybilna z tymi akurat książkami.

Rok 2014 zapowiada się póki co dość kryminalnie. Ale nie tylko - właśnie kończę "Gesty" Karpowicza. I wiecie co? Podoba mi się. Nawet bardzo. Ta książka ma w sobie coś, czego szukałam w powieściach wiele lat temu. Niby przygnębiająca, ze śmiercią w tle, a ja mam wrażenie, że odnajduję w niej coś dawnego i dobrze sobie znanego.

Dość egzaltacji, sałatka się skończyła. :-)

wtorek, 31 grudnia 2013

Na koniec 2013

Wszystkich, którzy mieli co do tego wątpliwości, informuję, że żyję. Po prostu jakoś mnie tak ostatnio odblogowało. Miałam nawet zamiar naskrobać o tym i o owym. Wśród takich niezrealizowanych notek jest na przykład ta o galaretce z M&M's. Ponieważ jednak jest to galaretka pozostająca ciągle w sferze teoretycznej, istnieje szansa, że jeszcze o niej napiszę.

Tak czy siak, doszłam do wniosku, że ostatni dzień roku to dobra okazja, żeby znów tu zajrzeć. Oraz obiecać sobie i reszcie świata, że w 2014 roku będę tu zaglądać częściej (mam nadzieję, że nikt nie ma nic przeciwko. Trochę osób pytało mnie o to, kiedy będzie coś nowego, wnioskuję zatem, że ktoś to czyta).

Co nowego? Same ekscytujące rzeczy. Przeprowadziliśmy się do innego mieszkania. Nareszcie kupiliśmy kanapę. Sprzedałam trochę wyrobów własnych rąk, co mnie nieco zdziwiło zważywszy na fakt, że nie poświęcałam ostatnio koralikowaniu zbyt wiele czasu. Przeczytałam sporo książek, ale temu tematowi chcę poświęcić osobną notkę. Przyzwyczaiłam się do tego, że przez trzy dni w tygodniu moja córka jest w przedszkolu i przekonałam się, że zinstytucjonalizowana opieka nad potomstwem miewa spore zalety - dziecko ma trochę swojego życia, a poza tym jakoś przypadkiem nauczyło się wielu rzeczy, którymi potem dzieli się z rodzicami - i to jest bardzo fajne.

Z porażek: kiepsko szło mi pisanie czegokolwiek. Pod koniec roku nieco się to poprawiło dzięki Kasi, od której dostałam w prezencie urodzinowym nowy, piękny brulion, przy pomocy którego wróciłam do pisania pamiętnika. Wiecie, tego w którym zapisuję wszystko o wszystkich i który wydam na emeryturze*. Tak czy siak, moje mocne postanowienie, że kiedyś skończę pisać książkę jest jak najbardziej aktualne. Pewnie nikt jej nie wyda, ale będę Was katować ebookiem.

Zrobiłam amerykańskie prawo jazdy. Mimo mojego przekonania, że jestem totalnym beztalenciem samochodowym, nie spowodowałam żadnej stłuczki. Poznałam trochę nowych ludzi różnych narodowości, a w połowie roku przeprowadziła się tutaj moja znajoma Hiszpanka, którą spotkałam kilka lat temu w Zurychu. Byłam w parku Yosemite i w kilku innych, mniej ciekawych, ale również fantastycznych miejscach. Jeśli chodzi o takie codzienne życie, to z biegiem czasu było coraz stabilniej i lepiej.

Nie robię szczególnych postanowień na 2014 rok. Jedynym będzie chyba moje coroczne postanowienie książkowe na Goodreads. Za to mniej więcej wiem, jak ten rok będzie wyglądał. Choć jak znam siebie i świat, to i tak czekają mnie jakieś niespodzianki. Oby dobre.

No to udanej zabawy. Ja zmykam po zakupy i robić koreczki (w Kalifornii jest dopiero 11.30 przed południem).

Szczęśliwego Nowego Roku! :)

*Wiecie że żartuję, prawda?;-)

wtorek, 30 lipca 2013

O tym jak przedawkowałam syrop

Dwa dni z lipca tego roku pamiętam trochę jak przez mgłę. Nie żeby było szczególnie wiele do zapamiętania. Większość czasu spędziłam w łóżku śpiąc albo marudząc. A wszystko to przez ból w barku, który pojawił się niespodziewanie kilkanaście dni temu w postaci tak silnej, że aż nie byłam w stanie kręcić głową. Oczywiście dałam bólowi szansę zniknięcia, ale w kolejnego ranka bolało już tak bardzo, że pojechałam na pogotowie.

Na pogotowiu wszystko poszło bardzo sprawnie i wróciłam do domu wyposażona w dwie fiolki leków, które poza tym, że powinny mnie wyleczyć, miały wywoływać skutki uboczne, na tyle silne, że lekarz z góry przestrzegł mnie przed próba prowadzenia samochodu. Cóż - godzinę po połknięciu tabletek czułam się już tak, że średnio wyobrażałam sobie pójście na spacer, a co do dopiero prowadzenie pojazdu. Nogi zrobiły mi się jak z waty, w głowie lekko się kręciło, no i spać chciało mi się tak, że bardziej już chyba nie mogło. Skończyło się na dwóch przespanych dobach, w których chwile bez snu były urozmaicane przykładaniem do bolących pleców lodu.

I tak jakoś przy okazji tej nieprzytomnej kuracji przypomniała mi się sytuacja z dzieciństwa, o której jakimś cudem jeszcze tu nie opowiedziałam.

Była zima, zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Po raz kolejny spadło na mnie zadanie, którego nigdy tak naprawdę nie lubiłam - ubieranie choinki (choinki uwielbiam, również te przystrojone, ale czynności wieszania ozdób nie cierpię bardziej niż wizyt u dentysty). Tamtego roku czynność ta była mi wyjątkowo nie na rękę - byłam, zdaje się, mocno przeziębiona. I miałam jakieś dwanaście lat.

Samego przeziębienia nie pamiętam. Pamiętam za to lek.

Był to syrop o pięknej, czerwonej barwie i na zawsze pozostawionej w mojej pamięci nazwie Salbutamol. Miałam go zażywać chyba trzy razy dziennie, za każdym razem łyżkę stołową, albo taką do herbaty. W każdym razie uznałam, że zamiast odmierzać przepisaną mi porcję prościej będzie poprzestawać na małym łyczku prosto z butelki. 

Salbutamol był zdecydowanie najsmaczniejszym syropem, z jakim miałam do czynienia z swoim życiu. Szybko uznałam, że dawek przepisanych przez lekarza nie trzeba traktować śmiertelnie poważnie, a zwiększona porcja leku mi nie zaszkodzi. Poza tym czekało mnie ubieranie choinki, zatem należała mi się jakaś przyjemność, prawda? I w ten sposób, niewiele myśląc, w ramach popołudniowej dawki wypiłam znaczną część zawartości buteleczki.

Podczas wieszania ozdób choinkowych zauważyłam, że coś jest nie tak. Zaczęłam mieć problemy z trafieniem na gałązki i aby coś powiesić, przez jakiś czas bezskutecznie przeczesywałam dłońmi powietrze. Po kilku nie do końca udanych próbach stwierdziłam, że to zapewne efekt choroby i powinnam się położyć. Udałam się zatem w kierunku pokoju, wpadając po drodze na ścianę. 

Nie wiem ile spałam, ale długo. 
Lekarz zapowiedział, że nigdy więcej nie przepisze mi tego syropu i jeśli mnie pamięć nie myli, słowa dotrzymał.
Po dziś dzień ubieranie choinki kojarzy mi się z przedawkowaniem leku. 

No, ale tym razem było jednak łatwiej. W lipcu nie ubiera się choinki.

piątek, 5 lipca 2013

Amerykański czwarty lipca

Amerykańskie święta mają to do siebie, że Europejczykowi, a przynajmniej jednej, konkretnej Europejce (czyli mnie) trochę ciężko je ogarnąć. Przybysz ze Starego Kontynentu dowiaduje się tu, że drugi dzień Bożego Narodzenia czy Wielkanocy to normalny czas pracy, za to istnieją wynalazki typu Memorial Day czy Martin Luther King Day, kiedy to wielu Amerykanów ma wolne. Oczywiście nie wszyscy - sklepy i tak są otwarte do późnych godzin. 

Są jednak święta zupełnie dla mnie zrozumiałe, na przykład Dzień Niepodległości, obchodzony 4 lipca. Uroczystości organizowane z okazji tego typu świąt kojarzą mi się głównie ze szkolnymi czasami, kiedy to uczniowie byli prowadzeni do sali gimnastycznej, w której następował bardzo uroczysty apel. 

Stwierdziliśmy, że skoro już jesteśmy na tym końcu świata, to czwartemu lipca powinniśmy się jednak trochę przyjrzeć. Wybierając się na organizowaną w San Jose paradę, spodziewałam się wydarzenia kolorowego i totalnie kiczowatego. I nie zawiodłam się ani trochę.

Było wesoło. Kolorowo. Gwarno. Ulicami przechodzili członkowie najróżniejszych organizacji: politycznych, ekologicznych, harcerskich, zajmujących się zwierzętami, zajmujących się mniejszościami seksualnymi, zajmujących się Biblią, muzułmanie, współczesny Elvis Presley, święty mikołaj* - wyliczać mogę długo. Był również przejazd starych samochodów. Oczywiście wszędzie roiło się od amerykańskich flag, nie tylko w klasycznej postaci: były kapelusze-flagi, okulary-flagi, a jedna z muzułmanek z flagi zrobiła sobie chustę.

Parada przeszła ulicami, przy których stoją zwyczajne domy. Przybyli na uroczystość zasiedlili ciągnące się wzdłuż jezdni chodniki i trawniki. Rodziny mościły się na kocach, a część widzów najzwyczajniej w świecie przyniosła sobie krzesła. Niektórzy przyszli nawet z psami. Jeden z właścicieli czworonogów umieścił swojego pupila w czymś w rodzaju zdalnie sterowanego wózka, do którego była przyczepiona amerykańska flaga i przy pomocy pilota wysyłał zwierzaka na wycieczki. Proszę się jednak nie oburzać - pies nie wyglądał, jakby miał coś przeciwko.

Z zysków materialnych: skutkiem pójścia na paradę nasz stan posiadania zwiększył się o trzy małe amerykańskie flagi oraz lizaka (którego już nie mamy). Chciano nam jeszcze dać burrito, ale pamiętając o czekających na nas w domowej lodówce kotletach mielonych odmówiliśmy.

Do zysków niematerialnych zaliczyć mogę miłe dwie godziny spędzone w klimacie totalnego kiczu i ogólnej radości. 

I tak sobie myślę, że nawet jeśli przejazd wielkiego wozu ze świętym mikołajem na początku lipca, przy temperaturze ponad trzydziestu stopni, wydaje się naprawdę porąbanym pomysłem, to jednak jest to sympatyczniejsze i o wiele mniej groźne niż uliczne konflikty w Polsce 11 listopada. Co wcale nie oznacza, że uważam iż na polskich obchodach też powinien być mikołaj. 

Wieczorne fajerwerki sobie odpuściliśmy ze względu na to, że panna Emilia zasnęła tuż po dziewiętnastej. No, ale fajerwerki już w życiu oglądałam, a parady z okazji 4 lipca jeszcze nie.

_______
* Podobno w 2004 roku Rada Języka Polskiego zaleciła, by świętego mikołaja zapisywać małą literą. Wydaje mi się to trochę dziwne, ale jeśli ktoś mi nie wierzy, to może zajrzeć tu.

poniedziałek, 1 lipca 2013

O pogodzie, na początek lipca


Jest pierwszy lipca, lato w pełni, zatem wypada napisać coś o pogodzie.


Żeby jednak notka wyglądała poważniej, zacznę nieco filozoficznie: podobno zawsze należy uważać na to, czego się w życiu chce, bo istnieje spore ryzyko, że jeśli dane marzenie się spełni, to w formie mocno odbiegającej od tej wyśnionej. Nie jestem ekspertem od tej życiowej prawdy, ale gdybym miała zawęzić swoje życiowe doświadczenia do tych rodem z Kalifornii z ostatnich dni i tygodni - to owszem, jest to prawda.

Kiedy przyjechałam tu na dziesięć dni w maju 2012 roku, pogoda po prostu mnie zachwyciła. W ciągu dnia było lekko ponad 30 stopni, było gorąco, ale w taki przyjemny, zupełnie akceptowalny sposób. Nie miałam prawa jazdy, więc dnie spędzałam na spacerach z Emilką: chodziłam z wózkiem wzdłuż wąskich, kiepsko przystosowanych do rodzinnych spacerów chodników w Santa Clara, siedziałam z nią na placu zabaw, ciesząc się słońcem i dobrym humorem uwielbiającego upały malucha. Wieczorem aura się zmieniała: po zachodzie słońca temperatura wyraźnie spadała. Przekonaliśmy się o tym skutecznie pewnego wieczoru, kiedy postanowiliśmy się napić wina na balkonie. Po pierwszym kieliszku wróciliśmy do cieplejszego wnętrza.

Właśnie na taką pogodę czekałam od wczesnej wiosny. Wypatrywałam tych trzydziestostopniowych upałów, a one, nawet gdy nadchodziły, znikały po kilku dniach ustępując miejsca temperaturom dwudziestokilkustopniowym, idealnym na to, by wybrać się na spacer czy popluskać w odkrytym basenie, zbyt jednak niskim by stwierdzać, sapiąc: "uch, jak gorąco".

No i w końcu się doigrałam. Bowiem od kilku dni cieszymy się temperaturą mniej więcej czterdziestostopniową. Wczorajsza, niedzielna próba poczytania książki na zewnątrz zakończyła się po mniej więcej dwudziestu minutach, kiedy niemal pobiegłam do domu, z poczuciem, że pod pozbawionym chmur niebem nie wytrzymam ani chwili dłużej. Pod blokiem zostało kilkoro weteranów, w tym pewien sąsiad, którego widuję regularnie nad basenem bądź w basenie. Wiosną sąsiad był typem nordyckim - ot, blondyn o jasnej cerze. Obecnie skórę ma zdecydowanie brązową, jego włosy zaś nadal są koloru słomkowego, co tworzy - z mojego punktu widzenia - oryginalną kombinację.

W mieszkaniu przez dużą część dnia chodzi klimatyzacja, wbrew moim wielokrotnym deklaracjom, że mieszkanie wolę zwyczajnie wietrzyć, zaś klimatyzacja będzie używana wyłącznie w sytuacjach ostatecznych. Z punktu widzenia mojej skromnej osoby, która ma za sobą najdłuższą zimę życia (trwającą prawie do połowy kwietnia), obecna sytuacja jest bowiem bliska ostateczności.

Tak sobie marudzę, ale przecież wiedziałam, że będzie ciepło. I wielokrotnie obiecywałam sobie, że na upały narzekać nie będę. I tylko tak po cichu, w tajemnicy, zerkam sobie na prognozę pogody, czy czasem nie okaże się, że za kilka dni temperatury nagle spadną, a z nieba - co tutaj zdarza się rzadko - spadnie choć trochę deszczu. Tak więc nie, ja nie narzekam. Ja tylko stwierdzam tak zupełnie obiektywnie i bez żadnych pretensji, że czterdzieści to lekko za dużo. 

Powiem Wam też, że zaczynają mi się podobać Fahrenheity. Bo jednak informacja o tym, że jest ponad  sto stopni, robi większe wrażenie niż ta o czterdziestu.

A w wolnych chwilach czytam Zimne wybrzeża Twardocha. Akcja dzieje się na Spitsbergenie, gdzie, jak wiem z doświadczenia, upałów nie ma. To tak dla równowagi.