To, co lubię w zimie, to smak grzanego piwa z sokiem i przyprawami. A ponieważ mam tak, że smaki kojarzą mi się zazwyczaj z konkretnymi wydarzeniami w moim życiu, to zimowe wieczory spędzone przy ciepłym trunku przywodzą mi zawsze na myśl czasy studenckie, kiedy to przesiadywaliśmy z Dawidem długie godziny w pobliskiej Cafe Szafe, w którym to miejscu po raz pierwszy skosztowałam wspomnianego napoju.
W Szwajcarii pomysł podgrzewania piwa i dolewania do niego syropu budził zdziwienie. O piciu czegoś takiego w knajpie mogłam tyko pomarzyć (choć przyznaję, że nigdy nie próbowałam złożyć odpowiedniego zamówienia), ale robiliśmy sobie grzańce w domu. Najchętniej z syropem cynamonowym, często z malinowym. Do tego goździki i cynamon.
Tuż po przylocie do Kalifornii naszła nas ochota na takie właśnie piwo. Fakt, do zimy jeszcze daleko, poza tym takiej prawdziwej raczej tu nie uświadczymy, ale wieczory bywają chłodne, więc pomysł miał jakiś sens. Zwłaszcza, że rozsądek podpowiadał, że ten wieczorny chłód będzie coraz większy. No wiecie: wieczór, my na balkonie, owinięci w jakieś koce, rozgrzewający się grzańcem. Zakupiliśmy kufle, przywieźliśmy ze sklepu zapas piwa i przypraw. Zorientowaliśmy się, że gdzieś posialiśmy cynamon i goździki, choć byliśmy niemal pewni, że dwa małe słoiczki z przyprawami przywieźliśmy ze sobą, zawinięte starannie w ubrania.
W ten sposób doszliśmy do etapu syropów. Wydawało się, że nie ma nic prostszego - któregoś dnia podczas zakupów zaczęliśmy przeglądać półki w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się do grzańca. Po pewnym czasie (i skorzystaniu z pomocy pani ekspedientki) zdołaliśmy znaleźć syrop malinowy. Niestety, okazało się, że jest to produkt spełniający się lepiej w roli polewy do naleśników - miał bardzo gęstą konsystencję i opadał na dno kufla.
Z pomocą przyszedł Amazon. Zamówiliśmy syropy malinowy i cynamonowy i grzecznie czekaliśmy na dostawę. Sprawa nie była najprostsza - dzięki opcji śledzenia przesyłki dowiedziałam się, że syropy wędrowały FedEksem ze wschodniego wybrzeża, zaliczając po drodze między innymi Pennsylwanię i Ohio. W końcu dotarły do nas trzy butelki w naprawdę wielkim pudle, wypełnionym głównie papierem.
Zebranie potrzebnych składnikow zajęło nam mniej więcej dwa tygodnie. Okazało się jednak, że z robienia grzańca nici. Przynajmniej na razie. Jest po prostu za ciepło.
Drugi października, godzina 10.30. Na zewnątrz jest w tej chwili 26 stopni. Tym samym ochota na grzańca zupełnie mi przechodzi. Chyba naprawdę będę musiała poczekać do grudnia.
________
P.S. Przeciwników "psucia" piwa sokiem muszę zasmucić. Innego nie lubię.