
Na teksty i dyskusje odnośnie zabierania dzieci do restauracji trafiam regularnie od kilku lat. Cóż, albo temat zyskał na popularności, albo po prostu ja zaczęłam nań zwracać większą uwagę, kiedy sama zostałam matką. Początkowo czytałam, komentowałam, angażowałam się emocjonalnie. Potem przestałam się odzywać, za to chyba na złość samej sobie regularnie brnęłam przez setki komentarzy. Wczoraj po lekturze flejmu na ten a nie inny temat coś we mnie pękło i stwierdziłam, że coś jednak skrobnę. Raz a dobrze.
Rodzice, którzy zabierają swoje dzieci do restauracji to egoiści, którzy gdzieś mają komfort innych klientów oraz skąpcy, którym żal kasy na opiekunkę.
Moje dzieci chodzą z nami do restauracji w zasadzie od początku. Nie, to nie jest tak, że bierzemy je na nasze randki, bez przesady. Jak wielu rodziców lubię wyjść tylko z małżonkiem, zjeść jedzenie, którego moje dzieci najpewniej nie tknęłyby małym palcem u nogi, wypić o jednego drinka za dużo i spokojnie spacerować po wieczornych ulicach bez konieczności pilnowania pociech.
Tak się jednak składa, że od czasu do czasu w weekendy lubimy zjeść na mieście. Bywa, że tak jest po prostu wygodniej - na przykład planujemy cały dzień poza domem i restauracja ma wtedy sens. I nie zgadzam się, że w takich sytuacjach powinnam wybierać "dzieciowe" restauracje. Powinnam wybierać miejsca, w których serwowane jest jedzenie, które wszyscy zjemy i lubimy, w których mają stoły mieszczące pięć osób i których klientela nie składa się w dużej mierze z osób w stanie wskazującym. Takie wyjścia nie są efektem egoizmu ani skąpstwa. Są efektem tego, że mam rodzinę, z którą lubię spędzać czas. Również poza domem i poza placem zabaw. Również w restauracji.
Są sytuacje, w których wolę zostawić dzieci z tą opiekunką - ale nie dlatego, że mój wąż w kieszeni akurat usnął. Po prostu od czasu do czasu miło spędzić czas tylko w towarzystwie dorosłych. Przy czym za towarzystwo uważam tych, z którymi umówiłam się na lunch czy kolację, a nie dzieci obcych mi ludzie siedzących przy sąsiednim stole.
Dzieci w restauracji drą się i biegają
Słyszę, a raczej czytam o tym ciągle i oczy przecieram ze zdumienia. A potem przecieram je raz jeszcze, czytając odpowiedzi tych, który tego darcia się i biegania bronią. Albo takich, którzy widzą znak równości między dzieckiem w knajpie i takim zachowaniem.

Postawmy sprawę jasno - restauracja, choćby najbardziej dziecio-friendly, z rozbudowanym menu dla nieletnich i zapasem dwudziestu krzesełek do karmienia nie jest miejscem do biegania. Zarówno pod względem kwestii dobrego wychowania, jak i komfortu i bezpieczeństwa. Sama myśl, że takie sytuacje mają miejsce i że rodzice cicho na nie pozwalają ("no bo to dziecko, ono nie usiedzi") mrozi mi krew w żyłach.
W te wakacje, będąc w Polsce, widziałam właśnie taki obrazek jak powyżej. Kawiarnia z lodami, kilkanaście stolików, pomiędzy którymi pomyka grupka mniej więcej sześcioletnich dzieci. Rodzice nie reagują: siedzą przy stołach, zatopieni w rozmowach. To się różni diametralnie od tego, co widywałam mieszkając w USA i Irlandii. Albo na wakacjach. Dzieci naprawdę mogą przebywać w restauracji i spędzać tam czas jedząc i rozmawiając, tak samo jak dorośli. Mało tego - z moich doświadczeń (no dobra - niepolskich) wynika, że zazwyczaj robią właśnie to. Jeśli nie, to najpewniej dlatego, że takie zachowanie byłoby nienaturalne dla samych ich rodziców. Ewentualnie mają trzy miesiące i mają rodziców, którzy nie ogarniają.
Dlaczego tyle osób w Polsce odmawia dzieciom prawa do przebywania w przestrzeni publicznej, zamiast mówić o tym, że to, jak dzieci zachowują się w takich miejscach zależy w dużej mierze od rodziców? Problem leży nie tylko w restauracjach - możemy mówić o tym samym w kontekście podróży samolotem czy koleją. Jeśli dzieci krzyczą i biegają między stołami, jeśli zostawiają pod stołem i na krzesłach kilogramy rozpaćkanego jedzenia, a rodzice na to pozwalają i nie wpadną na to, że wypadałoby posprzątać i przeprosić - to coś jest ostro nie tak. Jeśli dodatkowo obsługa restauracji nic z tym nie robi ze strachu przed reakcją rodziców - to jest już kurde bardzo nie tak.
To nie jest kwestia tego, czy rodzice będą zabierać swoje dzieci do restauracji, czy nie. Te dzieci za kilka lat dorosną - właśnie teraz przypada czas ich wychowywania. A przebywanie z potomstwem w miejscach takich jak restauracje czy muzea, a nawet kurde miejski autobus - niesie ze sobą walory edukacyjne. I proszę mi tu nie przytaczać tego argumentu, na który też już kilka razy trafiłam, że "zaraz zaczniemy dzieci wpuszczać do klubów ze striptizem".
Madki przewijają dzieci na stołach
Tak, czytałam, że gdzieś taka sytuacja miała miejsce. Pewnie takich zdarzeń było znacznie więcej, tylko nikt o tym nie napisał. Ludzi, w tym rodziców, jest na świecie sporo i na pewno nie brakuje wśród nich takich, którym trudno jest rozróżnić, co jest w dobrym tonie, a co nie bardzo. Śmiem twierdzić, że taka matka również bez dziecka mało uwagi poświęca pewnym sprawom. Może publicznie puszcza bąki, albo wyciąga gluty z nosa. Nie trzeba dziecka, żeby zachowywać się ohydnie w miejscu publicznym.
Oraz: o incydentach wolę myśleć jako o incydentach. To nie jest tak, że 10% matek przewija dzieci na stołach restauracyjnych.
Kolejne oraz: trochę zaskakuje mnie częstotliwość wyciągania tej sprawy w kraju, w którym wciąż wielu właścicieli psów nie sprząta po swoich czworonogach.
Mam prawo nie musieć patrzeć w restauracji na czyjegoś "bąbelka"
No dobra. Ale te "bąbelki" (Jezus Maria, kto wymyślił to określenie, od razu mam przed oczyma wizję dzieci obsypanych bąblami) są częścią społeczeństwa, czy tego chcemy czy nie. Owszem, bywają wkurzające, nawet dla zapatrzonych w nie rodziców. Zapewne są wśród nich egzemplarze, które do restauracji przychodzić nie powinny, zapewne większość z nich ma dni, w które lepiej odpuścić sobie takie miejsca. Nie mam też wątpliwości co do tego, że nie wszystkie miejsca nadają się do tego, by chodzić tam z maluchem, choć wyznaczanie tu granicy byłoby dość trudne i chyba niebezpieczne. Ale założenie, że w przestrzeni publicznej dzieci mają być niewidoczne, bo komuś one przeszkadzają, to jeden z bardziej wykluczających pomysłów o których słyszałam. A powiem szczerze, że jakoś tak od pewnego czasu pomysły na "strefy wolne od" działają na mnie jak płachta na byka. Chyba, że chodzi o nienawiść.
Szczerze: "nie mam ochoty patrzeć na dziecko w restauracji" brzmi jak "nie mam ochoty patrzeć na blondynów w restauracji". Znaczy ok, ktoś może tak mieć. Można nie lubić. Ja na przykład nie lubię patrzeć jak je ktoś kto ma poobgryzane paznokcie. Ale to nie znaczy że te dzieci czy ci od paznokci mają zniknąć. Nawet nie powinny i nie powinni.
Zróbmy taki eksperyment myślowy: wyobraźcie sobie, że w sieci toczy się dyskusja na temat tego, czy do restauracji powinni przychodzić ludzie powyżej osiemdziesiątego roku życia. Bo przecież mogą się np. ślinić. Albo wydzielać niemiły zapach. Komuś może wypaść sztuczna szczęka. Albo taki staruszek będzie powoli, żółwim tempem iść do toalety, blokując tym samym przestrzeń między stolikami. A tu ludzie jedzą obiad! Nie brzmi dobrze? No właśnie.
Ja z kolei mam tak, że wolałabym nie musieć patrzeć na rasistów, homofobów i pedofilów. Że chciałabym żyć na świecie, na którym ludzie się zwyczajnie lubią i nie spędzają godzin w sieci dosrywając innym za pośrednictwem klawiatury. W którym jest miejsce dla dzieci, młodzież, dorosłych i starców. W którym bierzemy na klatę odpowiedzialność - za swoje czyny, ale też za własne dzieci. W którym nie wypisujemy przydługich esejów o egoistycznych madkach w knajpach (swoją drogą - zawsze madkach, nie ojcach), z których pewnie żadnej nie znamy osobiście, i w którym rodzice uczą dzieci jak zachowywać się w przestrzeni publicznej. Bo ona jest dla wszystkich. A nasze prawa i wolność (zarówno dorosłych jak i dzieci) sięgają tak daleko, jak prawa i wolność innych.
A restauracja, która zabrania wstępu dzieciom poniżej sześciu lat? Niech zabraniają, jak chcą. Na pewno zrobili sobie niezłą reklamę. Ciekawe, czy poznańscy rodzice zaczną tam teraz wyprawiać szóste urodziny swoich dzieci. ;-)