sobota, 30 kwietnia 2011

Jak to William i Hitler ślub brali. I co z tego wynikło

No i stało się: William ożenił się z Kate, niwecząc tym samym (przynajmniej tymczasowo) moje tajemne plany wdarcia się w szeregi brytyjskiej rodziny królewskiej. Co prawda nawet gdyby tego ślubu nie było, operacja nie należałaby do prostych, ale przecież szanse miałabym ciut większe. No, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Patrząc na Elżbietę doszłam do wniosku, że uniknięcie pewnych osób w rodzinie jest czasem warte tego, by się poświęcić i trzymać od tematu z daleka.

A tak na poważnie: obejrzałam w TV część uroczystości, choć przegapiłam najważniejsze i kiedy zobaczyłam na ekranie książęcą parę, była to już para małżeńska. Tak czy siak, popatrzeć było przyjemnie. Na szczęście o całym wydarzeniu nie dało się zapomnieć, bo już jakiś czas temu okazało się, że sam ślub ma tylu wrogów deklarujących, że cała sprawa ich nic a nic nie obchodzi, a przy tym mówiących o tym z dość dużą częstotliwością - że o sprawie po prostu nie dało się nie wiedzieć. Poza tym w miejscu, w którym kupuję zazwyczaj kanapki można kupić również gazety i od pewnego czasu codziennie widywałam okładki różnych czasopism, oferujące mi bliższe zapoznanie się z tematem królewskiego ślubu. I to w kilku wersjach językowych. No tak - z punktu widzenia Szwajcarii, w której politycy dojeżdżają do pracy rowerem, taka uroczystość na szczeblu państwowym to na pewno coś.

Ale to nie wszystko. Otóż William i Kate wybrali sobie na zawarcie związku małżeńskiego 29 kwietnia. Tak się składa, że jest to dzień, w którym ja obchodzę swoją rocznicę ślubu. Nie tylko zresztą ja: w 29 kwietnia 1945 roku małżeństwo zawarli Adolf Hitler i Eva Braun. Ich miesiąc miodowy trwał niestety wyjątkowo krótko, bo następnego dnia popełnili samobójstwo. No, ale to o niczym nie świadczy. 

niedziela, 20 marca 2011

Życie jak w Simsach

Jakiś czas temu zdradziłam swoje komputerowe ideały i zaczęłam grać w Sims 3. Zdrada polegała na tym, że przez lata uważałam, że tego typu gry mnie w ogóle nie interesują. Pod wpływem chwili, podczas którejś z wizyt w Media Markt na początku tego roku, kupiłam pudełko z podstawą i jednym dodatkiem. No i wsiąkłam. Nawet przestałam płacić za Warcrafta.

Simsy uzależniają, ale w tym akurat nie ma nic dziwnego. Każda gra może uzależnić, zwłaszcza jednostki tak podatne na nałogi jak ja. Dawid też się uzależnił i przez kilka tygodni porządek naszego życia był wywrócony do góry nogami. Popołudniami grałam ja, wieczorami on, przy czym te wieczory rozciągały się do jakichś strasznych godzin na granicy nocy i dnia. Konsekwentnie nie decydowaliśmy się na zakup drugiego pudełka, bo posiadając tylko jeden egzemplarz gry przynajmniej jedno z nas mogło zajmować się realnym życiem (no, może nie do końca realnym - zwykle było to czytanie). 

Po jakimś czasie w sidłach nałogu pozostałam tylko ja, przy czym udało mi się go w miarę ucywilizować - nie gram już po iks godzin dziennie, często nie gram w ogóle przez dwa-trzy dni. Nie chodzi zresztą tylko o nałóg. Ta gra przeraża mnie swoim realizmem.

Otóż w Sims 3 można mieć chłopaka/dziewczynę, można założyć rodzinę, można też np. wylecieć z pracy i obsikać się w miejscu publicznym. Wskazane jest, by w miarę dobrze kontrolować swoje życie: Sim, który się nie wyspał, będzie chodził wkurzony i może odmawiać wykonywania podstawowych czynności życiowych. Okazuje się też, że jak to w życiu realnym bywa, dużą część życia Sima zjadają wszelkie dojazdy, dojścia od-do itd. Niestety, twórcy gry nie wpadli na to, że np. jadąc metrem można czytać - ale już podczas stania na ulicy jest to jak najbardziej możliwe.

Oczywiście moje Simy tworzę trochę na swój obraz i podobieństwo. Ciemnowłosa kobieta, która jest molem książkowym i sama też coś tam pisuje. Dość szybko wpadam w sidła zadań typu "przeczytaj 20 książek", co skutkuje tym, że nie spotykam się ze swoimi simowymi znajomymi i moje przyjaźnie często zaocznie dobiegają końca. Dość trudno też przychodzi mi wchodzenie w związki - najpierw poderwałam panią, która naprawiała mój kran, ale pani okazała się być niemiłą osobą. 

Po długim czasie singlowania i mało znaczących przygodach, tym razem już heteroseksualnych, zapragnęłam się rozmnożyć (głównie w ramach poznawania możliwości gry). Co prawda nie miałam chłopaka, ale na jakiejś imprezie poznałam całkiem przystojnego Sima, który był czarnowłosym celebrytą i dość łatwo dał się zaciągnąć do łóżka. Co prawda miał dziewczynę, ale na moją prośbę z nią zerwał. Szybko odkryłam jednak, że wiązanie się z tym typem nie jest dobrym pomysłem - gość nie lubił dzieci, poza tym sprawiał wrażenie faceta, który lubi być na każdym kroku obsługiwany. Przestałam do niego dzwonić i kontakt się urwał. Nawet nie zainteresował się synkiem (Dawidem), drań jeden.

Czas mijał, a ja (tzn. moja Simka) zapragnęłam się rozmnożyć raz jeszcze. Dziecko oznaczało płatny urlop macierzyński, a poza tym zarabiałam już na tyle dużo na pisaniu, że mogłabym nawet podarować sobie etat. Najpierw jednak postanowiłam kupić większy dom. Po przeprowadzce nawet nie musiałam rozglądać się za potencjalnym ojcem - czarnowłosy celebryta (w tym czasie ja też już byłam celebrytką i to taką z wyższej półki) sam przyszedł mnie odwiedzić, a nasze spotkanie "po latach" było tak miłe, że po pewnym czasie je powtórzyliśmy. Efektem, a raczej efektami, była simowa córeczka (Emilka) i nowy synek (Krzyś).

Matkowanie szło mi tak dobrze (no, było męcząco, ale dało się ogarnąć), że szybko zdecydowałam się na ponowne "try for baby". Mój brunet (który w międzyczasie trochę się postarzał i - niestety - utył) zdawał się nie mieć nic przeciwko, a ja po jakimś czasie urodziłam jeszcze Artura.

Życie toczyło się swoim rytmem, dzieci powoli rosły, a mnie dopadło jakieś macierzyńsko-seksualne szaleństwo. "Niestety" natura zrobiła mi psikusa i urodziłam bliźniaczki (Joasię i Martę). I moje życie zamieniło się w piekło. Od rana do wieczora i od wieczora do rana przewijałam, karmiłam i przytulałam. Spać się nie dało, bo budził mnie ciągle płacz któregoś z dzieci. Przestałam gotować dla najstarszego, chodzącego już do szkoły synka, bo zwyczajnie nie miałam na to czasu. Co prawda zatrudniłam opiekuna, który jakoś ogarniał sytuację, ale dzieci i tak płakały, a ja się budziłam i chodziłam coraz bardziej wkurzona.

Aktualnie jest lepiej. Odkryłam, że mogę zajmować się szóstką dzieci nawet przez cały dzień, o ile w nocy się wyśpię. Metoda jest następująca: w ogrodzie ustawiłam łóżko, w którym śpię, podczas gdy dziećmi zajmuje się opiekun. Dzięki temu, że nocuję na zewnątrz, żadne płacze mnie nie budzą. Co prawda ostatnio jakiś dziennikarz robił mi w tym ogrodzie zdjęcia, ale w imię świętego spokoju jestem w stanie to znieść.

I tak to wygląda, moi drodzy.

wtorek, 8 marca 2011

Hiszpańsko szwajcarski żywot

W ramach tego, że do pojawienia się na świecie Nowego Człowieka zostało już niewiele czasu, postanowiłam zrobić coś, czego potem przez pewien czas zrobić już nie będę mogła. Jako że wyprawa na biegun południowy tymczasowo odpada (w końcu drastyczne zmiany klimatu są raczej niewskazane, nie mówiąc już o tym, ile taka wycieczka kosztuje), postanowiłam wrócić raczej do pewnego projektu, który zaczęłam kilka lat temu i który przerwałam z okazji tego, że dorosłam i poszłam do pracy. Mianowicie: zapisałam się na kurs hiszpańskiego. I żeby nie marnować czasu, postanowiłam, że będzie to kurs intensywny.

I tak od dwóch dni wstaję o jakiejś dziwnej porze (przed ósmą), maluję się trochę, żeby nie przypominać tak do końca zombie, i zostawiając w łóżku śpiącego smacznie męża (w tym domu nawet koty sypiają przynajmniej do 10) idę na przystanek.

Jak myślicie, kto w Szwajcarii chodzi na intensywny kurs hiszpańskiego? W Polsce w mojej grupie byli głównie studenci turystyki i tym podobni. W Zurychu jestem ja i dwójka Szwajcarów w wieku postprodukcyjnym. Oboje deklarują, że uczą się hiszpańskiego, bo lubią i aktywnie uczestniczą w zajęciach. Lekcje prowadzi Hiszpanka, która ponad ćwierć wieku temu wyszła tu za tubylca. W takiej scenerii uchodzę za swego rodzaju okaz. Ciągle muszę mówić, jak różne rzeczy wyglądają w Polsce i jestem zasypywana pytaniami. Dzięki mnie poziom wiedzy Helwetów na temat kraju nad Wisłą bardzo ewoluował. Już nie dziwi ich, że nie mamy dżungli (pan Szwajcar dziwił się, że nie mamy), natomiast pozostają zaskoczeni faktem, że są w naszym kraju ludzie, którzy czytali Cervantesa. 

Żeby jednak nie było, że tylko się nabijam: muszę przyznać, że jest bardzo sympatycznie, a zainteresowanie egzotyką mojej osoby przejawia się w sposób miły. Jestem już po etapie tłumaczenia im po hiszpańsku jak się obsługuje Kindle i po pierwszych wpadkach językowych. Z jednej z nich wynikło, że podkochuję się w cudzym mężu. Poza tym pan Szwajcar namawiał mnie dzisiaj, żebym została w Szwajcarii na zawsze, bo to jest fajny kraj. Ucieszył się, że potomstwo przychodzi na świat właśnie tutaj. Jak miło.

Okazuje się też, że moje życie w porównaniu z losem szwajcarskich obywateli 50+ jest szare i nijakie. Nie mam dzieci na Dominikanie jak jedno z nich, nie spędzam weekendów w Barcelonie i nie palę hawajskich cygar. 

Poza tym dowiedziałam się dziś, że szkoła przeżywa spadek liczby kursantów. Podobno przyczyną jest to, że zmniejszyło się bezrobocie, więc jest mniej ludzi, którzy mają czas na naukę języka. Ciekawe uzasadnienie.

czwartek, 3 marca 2011

Pączki w Zurychu

W Krakowie, w cukierni przy Rynku Dębnickim, można było kupić bardzo dobre pączki. I to najróżniejsze. Miałam szczęście pracować kilka budynków dalej. Nie mam pojęcia, ile pączków pochłonęłam w tłusty czwartek 2008 roku, ale na pewno bardzo dużo. Pierwszą porcję miałam za sobą już w pracy. Potem, w drodze do domu, kupiłam nowy zapas. O ile pamięć mnie nie myli, moja lepsza połowa  również dostarczyła swoją dolę.

Nie umiem robić pączków, co pewnie ma ścisły związek z faktem, że nigdy nie próbowałam. Co prawda stanie nad płytą i wdychanie oparów to nie jest aktualnie rzecz, o której szczególnie marzę, ale gdyby nie fakt, że w Zurychu pączki można kupić (oczywiście nazywają się tu "Berliner"), pewnie bym zdecydowała się na wersję domową. Tłustoczwartkowy wypad po zakupy miałam zaplanowany już od tygodni. Niestety, jak na złość, skutkiem kilku nie do końca miłych okoliczności w wybranym sklepie na Paradeplatz udało mi się być dopiero o 16.  Wyobrażam sobie, że przede mną szturm na Sprüngli musiały przypuścić tłumy Polaków, bo kiedy podeszłam do stoiska, na którym ostatnio, w związku z karnawałem, aż roiło się od pączków, zobaczyłam przed sobą osiem sztuk berlinerek (berlinerków)? Osiem, podczas gdy ja zamierzałam kupić co najmniej dziesięć.

Niewiele myślać, drżąc w myślach ze strachu przed grupą Polaków, która teoretycznie mogła się w każdej chwili pojawić obok mnie i wykorzystać moment mojego wahania, poprosiłam panią o zapakowanie ośmiu pączków, upewniając się, że to absolutnie wszystkie, które w tej chwili mają. Sprzedawczyni rozejrzała się po innych stoiskach i z pewnym zdziwieniem przyznała, że to naprawdę ostatnie pączki. No cóż.

Wniosek: po tłustoczwartkowe pączki w Zurychu trzeba wychodzić o wiele wcześniej. Warto też pomyśleć o własnej produkcji, bo te ze Sprüngli są wprawdzie smaczne, ale o wyborze pomiędzy różnymi nadzieniami i polewami nawet nie ma co marzyć. Akurat w tej dziedzinie myśl szwajcarska jeszcze polskiej nie dorównała.

poniedziałek, 21 lutego 2011

O przecinku i spacji

Wiele lat temu pewien w serwisie, na którego forum aktywnie się udzielałam i z którego użytkownikami niejedno piwo wypiłam, spotkałam pewnego osobnika, którego do dziś pamiętam z jednego tylko powodu: człowiek ten, skryty pod zapomnianym już dawno przeze mnie nickiem, miał dziwną manierę używania spacji przed przecinkiem. Wyglądało to dziwnie i zwracało uwagę. Nie tylko moją.

Było to ponad dziesięć lat temu - wtedy większość z nas domowy dostęp do Internetu zawdzięczała modemowi i Poczcie Polskiej. Gdybym miała oceniać temat powierzchownie (a przyznaję, nie prowadziłam w tym kierunku żadnych badań), stwierdziłabym, że wraz z upowszechnieniem się Internetu sytuacje, w których otwieram szeroko oczy na widok spacji przed przecinkiem (i innymi znakami  przestankowymi), zdarzają mi się coraz częściej.

Gdy widzę zdanie zapisane w ten sposób: "Jan powiedział ,że przyjdzie na obiad" (albo: "Jan powiedział , że przyjdzie na obiad"), wyobrażam sobie osobę, która w miejscu spacji bierze głębokie oddechy, na chwilę się "zawiesza", po czym kontynuuje proces mówienia. W zapisanym tekście luki w niewłaściwych miejscach dosłownie kłują mnie w oczy. Zastanawiam się też, czy autorzy tych kwiatków, kiedy już piszą coś ręcznie, również trzymają się swoich klawiaturowych zasad i przed każdym przecinkiem robią gigantyczne odstępy. I czy tak ich uczono w szkole na lekcjach języka ojczystego.

Żeby jednak nie było, że uwzięłam się na źle stawiane spacje, dodam, że drażnią mnie również wypowiedzi pisemne, których autorzy zdają się w ogóle zapominać o istnieniu interpunkcji. Brak przecinków w środku zdania to jedno. Są też tacy, którzy np. nie mają w zwyczaju ozdabiania zdań pytających znakiem zapytania. I jeszcze się dziwią, że im nie odpowiadam.


Tak czy siak, korzystając z okazji, pragnę złożyć wszystkim serdecznie życzenia z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego. Podobno polszczyzna ma się dobrze i aktualnie nic jej nie grozi (link).

sobota, 19 lutego 2011

Niedoszłe spotkanie z Tomem C.

Dowiedziałam się dzisiaj, co mogę zrobić, by dopomóc sobie w kwestii zawodowego sukcesu. Pomoc przyszła do mnie niespodziewanie, wykorzystując jako kanał komunikacyjny wynalazek ulotki i moją skrzynkę pocztową. Znalazłam dziś w niej karteczkę zachęcającą do zapisania się na kurs Persönliche Effizienz ("efektywności osobistej"?), organizowany przez Kościół Scjentologów w Zurychu. Jeśli we wzięciu udziału w tym jakże ważnym szkoleniu miałby mi przeszkodzić brak czasu, to naprzeciw moim potrzebom wychodzą różnorodne terminy, w których mogłabym rzeczone szkolenie odbyć. Poza tym, całość zajmie mi tylko pół dnia. Po kilku godzinach spędzonych na łonie Kościoła Scjentologicznego powinnam być już gotowa do odniesienia sukcesu.

Oczywiście, jak to w życiu bywa, nic nie jest za darmo. Mój sukces miałby kosztować 55 CHF (w kwocie tej zawarta jest już cena materiałów szkoleniowych), czyli trochę więcej niż boski tort z malinami, który mogę kupić w Sprüngli. No cóż - tort szybko zniknie, a skutki zawodowego awansu będę odczuwać znacznie dłużej.

Jeśli temat mnie pociąga, mogę pozostać przy nim dłużej, oddając się lekturze książki "Problemy pracy" (20 CHF) lub zapoznać się z płytą DVD zatytułowaną tak samo (26 CHF). Wspaniale, prawda?

Czuję się lekko rozczarowana. Jeśli już Kościół Scjentologiczny szuka nowych dusz, to naprawdę mogliby dopracować kwestię tego, co właściwie sprzedają. Na kurs efektywności osobistej na pewno się nie zapiszę, ale nad wieczorem z Tomem Cruisem (chyba najbardziej znanym scjentologiem świata) mogłabym się już zastanowić. Zwłaszcza, gdyby organizatorzy przekonali go do charakteryzacji, której został poddany przy okazji kręcenia "Wywiadu z wampirem". Jakiś wykład poprowadzony przez Toma w zupełności by mi wystarczył. Na osobiste spotkanie ani nie liczę, ani o nim nie marzę - podobno Cruise jest niski. 

W związku z tym, że oferta Kościoła Scjentologicznego zupełnie nie trafiła w moje życiowe potrzeby, ulotka wędruje do kosza. A mogło być tak pięknie.

wtorek, 8 lutego 2011

A zakupy to same do mnie przychodzą...


Pewnego popołudnia pod koniec stycznia, za radą mojej fińskiej koleżanki znajdującej się obecnie w podobnej do mojej sytuacji życiowej postanowiłam, że kończę z wyprawami po zakupy spożywcze. Bo niby to nic takiego - całkiem nieźle zaopatrzony sklep spożywczy znajduje się w odległości pięciominutowego spaceru od mojego domu - ale jednak, kiedy człowiek podsumuje ile czasu na to traci w ciągu każdego tygodnia, to włosy stają na głowie. Zwłaszcza, że ja mam ustawowy zakaz dźwigania i bywa, że w celu zrobienia zupełnie podstawowych zakupów muszę zaliczyć kilka sklepowych wypraw.


Do idei kupowania przez Internet miałam dość długo dość sceptyczne podejście. Ja rozumiem - książki (choć i tak łażę i będę łazić po księgarniach), jakieś sprzęty, ba - nawet proszek do prania czy inne cięższe rzeczy. Ale warzywa? Owoce? Koleżanka przekonywała mnie, że wszystkie produkty, które dostaje, są bardzo dobrej jakości. Kilka dni po naszej rozmowie poszłam na "normalne" zakupy i zaliczyłam taki łomot w plecach i nie tylko, że powiedziałam: DOŚĆ.

W Szwajcarii dwa najpopularniejsze sklepy to Coop i Migros - można w nich znaleźć wszystko bądź prawie wszystko, zwłaszcza w wersjach, w których sklepy te są domami towarowymi. Kupimy tu chleb, długopisy, książki i ekspres do kawy. Albo walizkę. Albo stanik. I żwirek dla kotów. Obie firmy działają również w wersji internetowej, którą już dwa razy wypróbowałam.

Wygodne jest to, że mam wpływ na to, kiedy zakupy zostaną mi doręczone. Oczywiście są pewne granice czasowe, ale ta górna to - zdaje się - dziesiąta wieczorem. W razie gdyby miało mnie nie być w mieszkaniu, przy składaniu zamówienia mogę zostawić informację, gdzie dostawca powinien zostawić moje zakupy. W odpowiednim czasie pan pracujący przynosi mi do mieszkania torby wypełnione tym, czego zamierzam potrzebować w ciągu tygodnia. Jak dotąd nie dostałam jeszcze niczego, co byłoby zgniłe albo brzydkie.

Jasne, że będę nadal odwiedzać sklepy. Tak do końca chyba nie da się tego przeskoczyć, poza tym są takie miejsca do wydawania pieniędzy, od odwiedzania których jestem trochę uzależniona. Np. Lush. Ale od sklepów spożywczych nie jestem, a już na pewno nie przepada za nimi mój biedny kręgosłup.

Co ciekawe, kiedy przeglądałam ostatnio kalendarz dla bab znajdujących się w moim obecnym stanie, przy aktualnym tygodniu znalazłam radę: "dbaj o kręgosłup, zacznij robić zakupy przez Internet". No to zaczęłam. I policzyłam, że tygodniowo oszczędzamy na tym co najmniej sześć godzin. Finansowo chyba też wychodzi to na plus. Nie mówiąc o tym, że jest zwyczajnie zdrowiej, bo zawsze mam owoce, a jem głównie w domu to, co sama wrzucę do garnka.