wtorek, 4 października 2016

Detektor alkoholu

No dobra, do czegoś się Wam przyznam.

Otóż boję się gazu.

Zaczęło się to na początku szkoły podstawowej, kiedy w sąsiednim bloku nastąpił wybuch. Do tej pory pamiętam krzyki wołających o pomoc i sylwetki ludzi wyciągających ręce przez okno. W moim mieście korzystało się najczęściej z butli gazowych, podpiętych w kuchennej szafce. Używało się ich tylko do gotowania - ogrzewanie było centralne, a wodę w łazience podgrzewał elektryczny bojler.

A potem zamieszkałam w Krakowie. W mieszkaniu, które wynajmowałyśmy razem z M., był piecyk gazowy, który podgrzewał wodę. Dziś, po ponad 15 latach stwierdzam, że to był największy mankament tamtego mieszkania. Nie przyzwyczajone do takich urządzeń chyba obie się trochę tego piecyka obawiałyśmy. Widok niebieskich płomieni wesoło mrugających nad wanną raczej nie sprzyjał uzyskiwaniu przyjemności z gorącej kąpieli. Pewnego razu piecyk nam zgasł. Ze zgrozą patrzyłam na przyjaciółkę, która wychowawszy się w jednym z sąsiednich bloków błyskawicznie poradziła sobie z usterką.

Kiedy mieszkałam w Kalifornii, idea korzystania z gazu w domu zbudowanych z czegoś w rodzaju drewnianej sklejki, o których wiadomo było, że w starciu z pożarem szanse mają niewielkie, dosłownie mnie przerażała. Pal licho gotowanie - do kuchenek byłam w miarę przyzwyczajona. Ale ogrzewanie wody? Domu? Na początku każdego sezonu zimowego łapałam lekką schizę. Uczciwie mówię: dobrze że mam dzieci, bo kto wie czy nie upierałabym się przy rezygnacji z ogrzewania. Miewałam już przecież głupsze pomysły.

Tak czy siak ostatnio postanowiłam sobie poradzić z moją schizą w sposób praktyczny. Zakupiliśmy czujnik gazu, który miał być strażnikiem mojego spokoju. No bo jeśli coś by się ulatniało, to czujnik się włączy, a my będziemy mieć czas na ucieczkę z domu, prawda? Urządzenie zostało włączone i prawie zapomniane.

Do czasu. Nadeszły moje urodziny. Mąż zrobił mi nie lada niespodziankę. Od niedawna mieszkaliśmy w Irlandii i nie do końca jeszcze byliśmy oblatani w temacie co-gdzie-się-kupuje (właściwie to wciąż nie jesteśmy). Tymczasem małżonek zdobył wszystkie składniki potrzebne do przygotowania mojego ulubionego drinka. Przez chwilę szalał w kuchni z shakerem, a potem usiedliśmy razem przy stole, naprzeciwko dwóch idealnie przyrządzonych koktajli. 

I wtedy włączył się alarm. Kątem oka zobaczyłam kota zeskakującego z blatu, na którym był czujnik i pędem uciekającego na górę. No tak - sierściuch ocierał się o ciepłe urządzenie i niechcący wcisnął przycisk "test me". Bywa.

Podobna sytuacja miała miejsce jakieś dwa tygodnie później. Znów: zero gotowania, spokojny wieczór, dzieci w łóżkach, a ciszę idealnego wieczoru rozdarł dźwięk alarmu. Spłoszony kot uciekł po schodach do sypialni.

Za trzecim razem, czyli w ostatni weekend, zaczęliśmy dopasowywać do siebie fakty. Alarm włączał się zawsze wieczorem. I zawsze wtedy, gdy siedzieliśmy na dole. Nie czuliśmy gazu, a ja mam naprawdę dobry węch. W końcu wpadłam na pomysł: to musiało mieć coś wspólnego z alkoholem. Nasz detektor zdawał się wyczuwać gaz tylko wtedy, gdy piliśmy coś procentowego.

Błyskawicznie przystąpiliśmy do eksperymentu. Dawid przygotował w shakerze mai tai, a ja przystawiłam czujnik do otwartego urządzenia. Od razu rozległo się wycie, a my wiedzieliśmy już, że nasz czujnik gazu ma funkcję alkomatu.

Resztę wieczoru spędziłam, czytając w Internecie podobne historie. Była kobieta, która mając w kuchni czujnik gazu miała problem z użyciem w łazience sprayu do włosów. Była para, która z jakiejś okazji wyszorowała na błysk całą kuchnię, używając przy okazji sporej ilości środków czyszczących. Był gość, który otworzył okna i po chwili wyłączał wyjący alarm, bo... jego sąsiedzi właśnie czyścili dywan. Swoją drogą, ktoś powinien pomyśleć o wydaniu książki zbierającej część najlepszych recenzji produktów na Amazonie.

Oczywiście to wszystko zrobiło się zabawne po dokładnej kontroli ze strony pogotowia gazowego. 

Wygląda na to, że jesteśmy bezpieczni. I to na wielu frontach. Nasz detektor gazu wykrywa alkohol.


P.S. Nie. To nie jest opis snu.

piątek, 23 września 2016

Fioletowe pudełko na zwłoki

To było zbyt straszne, bym mogła w to po prostu uwierzyć. Wspomnienie, które wracało do mnie regularnie wydawało się być bardziej snem niż czymś, co rzeczywiście przeżyłam. A z biegiem czasu znajdowałam coraz więcej argumentów na poparcie swojej teorii o śnie.

Nie pamiętam, jak to się zaczęło dokładnie. Wszystko działo się u mnie w mieszkaniu. Byłam w gronie przyjaciół. Dobrze się bawiliśmy, był też jakiś alkohol. I facet, który się do mnie przystawiał. Zdaje się, że coś między nami zaszło. Nie wiem, jakim cudem - nie pociągał mnie w najmniejszym stopniu, nie był w moim typie, a ja nie szukałam tego wieczoru niczego poza wesoło spędzonym czasem wśród ludzi, z którymi dobrze się czułam. 

Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatuszowania całej sprawy. W tamtej chwili wydawało się, że interwencja jest potrzebna - facet mnie straszył. Postanowiliśmy go spić - każdy po kolei stukał się z nim wypełnionym przezroczystą cieczą kielonkiem, aż w końcu zasnął nieprzytomny gdzieś w kącie pokoju. Zgodnie wypiliśmy wtedy po jeszcze jednym głębszym. Na odwagę. A potem jeden z nas, nazwijmy go J., podszedł do śpiącego z nożem i metodycznie przystąpił do dzieła.

Właściwie nie było dużo krwi. Pamiętam, że byłam zaskoczona, jak łatwo przeobrazić człowieka w bezkształtną stertę plastrów mięsa. Po zakończeniu całej operacji włożyliśmy kawałki martwego ciała do pudełka po butach, które z kolei umieściliśmy w skrytce pod podłogą. O tej skrytce nie wiedział ani mój mąż, ani dzieci. Uznałam, że jestem w stanie żyć z tą straszną tajemnicą ukrytą pod deskami, po których codziennie stąpaliśmy.

Widzicie? To musiał być sen. Takie rzeczy się nie zdarzają. A nawet jeśli, to nie przechodzi się nad nimi to porządku dziennego. Gdyby to był kryminał, już dawno siedzielibyśmy za kratkami za morderstwo. W każdym razie na pewno ja. Po tym wszystkim (jakim wszystkim? Przecież nic się nie zdarzyło) musiałam obiecać przyjaciołom, że w razie czego całą winę biorę na siebie. Ich tam nie było.

Ale to nie wszystko. Ciało, a raczej fragmenty ciała, które przez kilka lat znajdowałyby się tuż pod deskami mojej podłogi, musiałoby już ulec rozkładowi. A gdyby tak było, powinien temu towarzyszyć niemożliwy do zignorowania smród. Ktoś już dawno zwróciłby na niego uwagę. Mąż. Dzieci. Odwiedzający nas znajomi. Nie da się żyć przez kilka lat z trupem w jednym mieszkaniu i nawet tego nie zauważyć.

Coś jednak było nie w porządku. Od pewnego czasu zauważyłam, że moi przyjaciele, którzy byli wtedy razem ze mną, podczas wspólnych spotkań rzucają w moim kierunku znaczące spojrzenia i aluzje. Od czasu do czasu w trakcie zwykłej rozmowy na jakiś luźny temat słyszałam: "Ale wiesz, że od tego nie uciekniesz, prawda?"

Zaczęłam wpadać w panikę. Koszmarem stały się ranki, kiedy otwierałam oczy, zadowolona po przespanej nocy i nagle spadał na mnie ciężar skrywanej tajemnicy. Nadal wierzyłam, że to wszystko było tylko złym snem, ale chciałam, żeby ktoś mnie o tym zapewnił. Tymczasem bałam się zapytać.

Do czasu. Przyszedł taki moment, w którym nie wytrzymałam. Podczas wspólnej imprezy z przyjaciółmi zaczęłam płakać. Krzycząc, rzucałam w kierunku moich wspólników pytania: 
- To zdarzyło się naprawdę, mam rację?
- Sprawdźmy - odpowiedział ktoś w końcu.

Poszliśmy razem do mojego domu. W środku nikogo nie było, mogliśmy bez problemu otworzyć skrytkę w podłodze. A tam, ku mojemu przerażeniu, spoczywało fioletowe pudło po butach. Wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętałam, nie było nawet pokryte kurzem. A w środku znajdowały się pocięte na niewielkie kawałki zwłoki, które mimo upływu lat wyglądały wciąż tak samo.

Poczułam, że otacza mnie coś strasznego, rodzaj gęstej mgły, w której nie jestem w stanie wykonać nawet żadnego kroku. Tymczasem coś przecież musiałam zrobić. Nie chciałam iść do więzienia. Nie mogłam! Byłam matką trójki dzieci, wiodłam szczęśliwe, stabilne życie. Przed sobą miałam dowód dokonanej zbrodni. Dowód, którego policja swego czasu na pewno poszukiwała. Przecież ten facet musiał mieć jakieś nazwisko, adres, rodzinę. Ktoś musiał zgłosić zaginięcie. To, że przez cały ten czas trzymałam pod podłogą zwłoki było już wystarczająco straszne. Teraz musiałam się po raz kolejny zmierzyć z faktem, że to moja ofiara. I podjąć jakieś działania.

Rozpuścić zwłoki w kwasie? Nie, naoglądałam się za dużo Breaking Bad. Któryś z przyjaciół zasugerował rozsypanie fragmentów ciała na dużej przestrzeni w jakimś odległym lesie, ale natychmiast został zakrzyczany - to byłoby podawanie policji dowodów na tacy, przecież w ten sposób zwłoki zostałyby prędzej czy później znalezione, a biorąc pod uwagę okoliczności, sprawie towarzyszyłby powiew sensacji. Zakopać? Na przykład na plaży? Nie. Tam wiele osób spaceruje z psami. Psy wyczują i wykopią.

__________
Nigdy w życiu nie cieszyłam się tak z dźwięku budzika wyrywającego mnie ze snu.


piątek, 16 września 2016

Irlandzka notka optymistyczna

Siedzę sobie w tej Irlandii już trochę ponad miesiąc. Życie zaczyna się nam powoli normować. Przez wrzutkę na listy co kilka dni wpadają nam różne papiery świadczące o tym, że faktycznie tu mieszkamy - zaświadczenia o nadaniu różnych numerów, karty ubezpieczenia zdrowotnego, karta związana z "public services", co do której pojęcia nie mam, do czego ma służyć, ale zawiera moje zdjęcie, na którym wyszłam jeszcze gorzej niż na tym, które mam w amerykańskim prawie jazdy. Ach, i dziś ją pokazałam przy okazji odbierania na poczcie listu poleconego.
Dzieje się dużo, ale w jakiś taki spokojny sposób. Może dlatego, że to już czwarty kraj (poza Polską), w którym mieszkam i łatwiej jest mi ogarnąć rzeczywistość. Poza tym wszystko siłą rzeczy musi się toczyć według dość sztywnego harmonogramu. Od 31 sierpnia moje najstarsze dziecko jest uczennicą i w określonych godzinach trzeba ją odstawiać i odbierać z placówki. Paradoksalnie mam wrażenie, że osobie tak chaotycznej jak ja takie sztywne ramy bardzo dobrze robią. 

Chodzę dużo na piechotę. Tutaj się nie myliłam - w Stanach rzeczywiście brakowało mi spacerów, takich, które zaczynają się i kończą za drzwiami domu (tak, znów piję do tego, że nie muszę mieć samochodu). Moja smartfonowa aplikacja twierdzi, że codziennie mam w nogach kilka ładnych kilometrów. 

Wiecie, co mi się tu podoba? Że podczas takich zwykłych, codziennych czynności ma się wokół siebie ludzi. Idę na przykład na stację DART-u, czekam na pociąg, zamykam oczy i słyszę wokół siebie rozmowy. Mam wrażenie, że wszyscy tu bardzo chętnie ze sobą rozmawiają. I że gdyby tak to nagrać, a potem spisać, to można by uzyskać co najmniej fragment jakiegoś scenopisu. Nawet te pytania o moje bliźniaki, które słyszę wszędzie, tu są jakby bardziej zróżnicowane. Wczoraj na przykład jeden starszy pan przyglądając się mojemu wózkowi spytał, czy dobrze mu się wydaje, że jedna z dziewczyn ma bardziej dominujący charakter. Cóż - trafił, ale nie oszukujmy się, miał 50% szans. Tak czy siak zaczął mi potem mówić o tym, że interesuje się bliźniętami jako tematem i trochę o tym czyta. 

Mili są ci ludzie. Któregoś dnia bolała mnie głowa. Zaszłam do apteki i poprosiłam o jakieś środki przeciwbólowe. Aptekarka upewniła się, że to dla mnie, po czym poszła na zaplecze i wróciła z kubkiem wody, żebym mogła od razu połknąć i popić tabletki. Zupełnie nieproszeni o to ludzie pomagają mi z wózkiem tak często, że aż boję się, że w końcu przestanę to zauważać. Wczoraj weszłam z dziećmi do Disney Store i ekspedientka od razu do mnie podeszła informując, że jak coś to z tyłu sklepu mają windę. A jeśli już o windach mowa, to kiedyś, jakoś w pierwszych dniach mojego pobytu tutaj, kilkoro starszych ludzi na mój widok wysiadło z windy na dworcu, tak żebyśmy ja i moje wypełniające wózek córki mogły pojechać pierwsze. Było mi głupio, ale oni byli cali w uśmiechach i machali dziewczynom. Może brzmi to wszystko za bardzo optymistycznie, wszak idealnie nie jest nigdzie, ale słowo daję - tu jest sympatycznie.

I nawet trochę swojsko. Dawid wczoraj stwierdził, że tutejsze nazwy przypominają mu Warcrafta:
- Black Rock to tak jakby miasto orków, Booterstown - krasnoludów, a Dun Laoghaire elfów - tłumaczył mi wczoraj w pociągu.

No i fajnie. Początki mieszkania w Szwajcarii i Stanach wspominam kiepsko. W pierwszym z tych miejsc długo czułam się obco i jakby bezradnie. W Stanach byłam przez długi czas dość samotna - miejscowych jeszcze nie znałam, a kontakt ze znajomymi ze Starego Kontynentu utrudniała mi różnica w czasie. Tu w zasadzie dopiero jestem na etapie zawierania pierwszych znajomości, ale i tak codziennie rozmawiam kilka razy dziennie z przypadkowo spotkanymi ludźmi. ;-) 

Ale nie martwcie się. Póki pogoda dopisuje, mogę sobie pozwolić na tryskanie optymizmem. Czekam na obiecany deszcz. Już kilka razy zawitał, ale na krótko, po czym zawsze wychodziło zza chmur piękne słońce, troskliwie susząc moje biedne pranie.

Ughm, chyba czas odstawić klawiaturę.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Jesienią pranie się suszy*

Cześć. Pamiętacie jeszcze moje pralkowe przygody? Jeśli kogoś ominęły, a jest ciekawy, może zajrzeć tutaj. Kto mniej ciekaw, niech nie czyni sobie wyrzutów. To ta kategoria wiedzy, bez której można żyć.

Tymczasem pomyślałam, że opowiem Wam trochę więcej o praniu w Irlandii. A konkretnie praniu w moim wydaniu, bowiem przebieg i jakość tej czynności są w XXI wieku uzależnione od różnych spraw bytowych. A tym aktualnie jest nieco inaczej niż bywało. Największa różnica sprowadza się do tego, że po raz pierwszy od 2008 roku muszę się martwić o to, co dzieje się z praniem pomiędzy robotą, którą odwala maszyna, a czynnością układania ciuchów. W Szwajcarii mieliśmy do dyspozycji w piwnicy spore pomieszczenie, które pełniło funkcję suszarni, w Stanach we wszystkich zamieszkiwanych przez nas miejscach mieliśmy rewelacyjnie działającą suszarkę. A przy takiej ilości prania, jaką potrafi wyprodukować pięć osób, to naprawdę ma znaczenie.

Nie chodzi o czas. Tak naprawdę wystawianie "zwykłej" suszarki i wieszanie na niej ubrań nie zajmuje go jakoś kosmicznie dużo, poza tym da się przy tym słuchać audiobooka. Chodzi raczej o miejsce. To koromysło zajmuje go raczej sporo. Poza tym, kiedy używałam go dawno temu w Krakowie, wieszałam na nim ciuchy należące tylko do dwóch osób. Przy pięciu jest tego o wiele więcej i nagle czynnik miejsca (na suszarce, jak i na suszarki) jest już istotny. No bo wiecie - raz, że trzeba to wszystko zmieścić, potem to musi odpowiednio szybko wyschnąć, bo następne pranie jest tuż-tuż. Tymczasem jak na złość to wszystko schło koszmarnie wolno, a sterta w łazience rosła w dramatycznym tempie.

Po kilku dniach funkcjonowania z pralką bez funkcji suszenia, za to z trójką radośnie brudzących się dzieci doszłam do wniosku, że mam problem. I że chyba coś robię źle. No bo przecież to nie jest tak, że wszyscy wokół mają te mechaniczne suszarki. Ba, ja sama przeżyłam bez niej większość swojego życia. Nie było czegoś takiego również w moim rodzinnym domu, a razem z bratem i rodzicami była nas czwórka, więc trochę brudów musieliśmy produkować. Zaczęłam przywoływać odległe wspomnienia: no tak, suszyliśmy nie tylko na takim rozstawianym koromyśle, ale jeszcze na balkonie. Tu balkonu nie mamy, ale bez przesady, ten w bloku, w którym się wychowałam, nie był jakiś ogromny, coś tam się dało powiesić, ale szaleństwa raczej nie było. Choć "trochę" na pewno robi znaczącą różnicę. Zdaje się też, że mieliśmy sznurki nad wanną. Tak czy siak, coś trzeba było wymyślić. Nie mogło być przecież tak, że bez suszarki się nie da, a moje odczuwanie jej braku to efekt tego, że coś tam mi się w czterech literach przewróciło, no nie?

I nagle mnie olśniło: ten sznurek, który jest rozwieszony przez całą szerokość podwórka, powinien być lepszy niż linki na balkonie czy nad wanną. Problem tkwił tylko w pogodzie. No wiecie - Irlandia. W ostatnią sobotę deszcz padał siedem razy (albo i więcej, a ja straciłam rachubę). Co prawda pomiędzy tymi epizodami wychodziło piękne słońce, ale takie warunki suszenie prania lekko jednak komplikują. No chyba że założymy, że całe dnie spędzałabym gapiąc się za okno i okazjonalnie biegając wzdłuż sznurka, ściągając w trybie ekspresowym zagrożone zmoknięciem pranie.

Wizja nieustającej obserwacji pogody jakoś mnie nie pociągała, postanowiłam zatem zdać się na prognozy. Przez kilka kolejnych dni wyglądało to mało optymistycznie, ale oto na horyzoncie pojawiła się środa z obietnicą zerowych opadów i pięknego słońca na błękitnym niebie.

Przygotowania rozpoczęłam już poprzedniego wieczoru. Przed udaniem się spać wepchnęłam część zalegających w łazience brudnych ciuchów do pralki. Rano ochoczo przystąpiłam do procesu rozwieszania (no dobra, nie do końca ja. Ale pomysł był mój!). I wiecie co? Nasz sąsiad robił dokładnie to samo. A ponieważ jest Irlandczykiem, to musiał wiedzieć co robi.

I tak oto stwierdziłam, że suszarki to przereklamowana sprawa. Wystarczy solidny sznur i podwórko. No i prognoza pogody.

Poza tym pierwsze rozwieszanie prania było nawet pewną rozrywką dla dzieci. Kolejne już nie bardzo, ale cel został osiągnięty: wyzerowałam backloga z łazienkowej podłogi.

Więcej wieści z Irlandii już wkrótce.

P.S. To nie jest tak, że tu nie ma suszarek. Po prostu my jej nie mamy.

________
* Tak zaczynał się wiersz, który napisał mój kolega z podstawówki. Polonistka kazała nam pisać wiersze o jesieni i on wybrał sobie takie dość praktyczne ujęcie tematu.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Nowe początki

Jak wiadomo, planowanie nie ma żadnego sensu, bo jak przychodzi co do czego, życie i tak ustawia nas po swojemu. Mimo iż każde z nas odwiedzało Irlandię kilkakrotnie w przeszłości, to tak naprawdę dopiero teraz się jej uczymy. Nie żeby coś było nie tak - póki co obojgu nam się tu podoba, nawet jeśli mieszkamy nie do końca tam gdzie planowaliśmy i nie do końca tak jak planowaliśmy.

Praktycznie w przypadku wszystkich krajów, do których się przeprowadzaliśmy, ostrzegano nas, że ze względu na fakt posiadania przez nas kotów znalezienie mieszkania nie będzie łatwym zadaniem. Cóż - albo informacje te były mocno przesadzone, albo do tej pory zwyczajnie mieliśmy szczęście. Zarówno w Szwajcarii, jak i w Kalifornii znaleźliśmy mieszkania już pierwszego dnia poszukiwań. Nieco inaczej przedstawiała się sytuacja z Irlandią - tu rzeczywiście pojawiły się pewne schody. Nie dość, że koty zdają się nie być szczególnie chcianymi lokatorami, to i samych nieruchomości pod wynajem było jakoś niewiele. A te, które się pojawiały, często miały dziwną cenę. Ok, daleko im do bańki cenowej z Doliny Krzemowej, ale i tak... W końcu znaleźliśmy dom w Dún Laoghaire, spełniający nasze założenia.

Znaleźliśmy też szkołę dla Emilki, a raczej dwie (co wynika z tego, że długo nie wiedzieliśmy, gdzie właściwie będziemy mieszkać, a rok szkolny zbliżał się wielkimi krokami).

Jednym z czynników, które sprawiły, że Irlandia wydała się nam krajem przyjemnym do mieszkania, była kwestia bezpieczeństwa. No wiecie - w Kalifornii są trzęsienia ziemi, pożary, węże, pająki... Tego wszystkiego miało tu nie być. Tymczasem podczas pierwszego tygodnia pobytu na Zielonej Wyspie zaliczyliśmy:
- pożar, który miał wprawdzie miejsce jakieś 10km od nas, ale spowodował chmurę dymu wędrującą swobodnie nad naszym miasteczkiem oraz smród spalenizny, który czuć było jeszcze kolejnego ranka,
- spotkanie z pająkiem rozmiarów, jakich w Kalifornii nie widywałam. Co gorsza, pająk siedział sobie w naszej kuchni, a przeniesiony w kieliszki na zewnątrz zaczął biec z powrotem w kierunku naszego domu.

Z rzeczy, które póki co idą zgodnie z planem i przewidywaniami mogę wymienić:
- dwa krany w kuchni (tak - osobny do gorącej wody i osoby do zimnej. Ten kto na to wpadł chyba nigdy nie zmywał naczyń);
- sznurek do odpalania prysznica;
- przycisk w kabinie prysznicowej, dzięki któremu woda w ogóle leci (zazwyczaj myjąc się wyobrażam sobie spięcie w całym tym ustrojstwie);
- brak konieczności jeżdżenia samochodem (5 minut od domu mamy duże Tesco, do Emilki szkoły pieszo idzie się kwadrans, a przystanek autobusowy, z którego można pojechać bezpośrednio do centrum Dublina mamy za rogiem);
- polskie produkty (ciekawe, kiedy Dawidowi znudzą się kabanosy);
- deszcz (padało dopiero raz, ale jeśli wierzyć prognozom pogody, to będzie tego deszczu dużo więcej).

Mamy też otoczone murem podwórko ze sznurkiem, na którym można wieszać pranie. Spacerem możemy dojść nad wybrzeże, a po drodze jest restauracja z najlepszym azjatyckim żarciem, z jakim miałam do czynienia od lat. Po okolicy włóczą się koty i przemili ludzie. Pierwsze wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. 

środa, 17 sierpnia 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna

Od tygodnia jestem w Irlandii. Moje życie z wolna wychodzi zza rzędów kartonów (choć zanim wyjdzie zza nich tak zupełnie, minie jeszcze pewnie wiele tygodni), a samymi kartonami coraz mniej chce mi się zajmować. Po kilku naprawdę pięknych, słonecznych dniach pogoda zmieniła się dziś w kierunku czegoś, czego wielu oczekuje po tej części świata: jest szaro i zanosi się na deszcz. Czas na krótkie spojrzenie wstecz.

Bo przecież miało być o Kalifornii: kilka zdań o tych czterech spędzonych tam latach. Czasie, który minął mi jakoś dziwnie szybko - z jednej strony miałam wrażenie, że to krótki epizod, z drugiej jednak okazywało się nagle, że w tym epizodzie pomieściło się mnóstwo spraw, które same z siebie zajmują przecież sporo czasu: przyzwyczajenie do kompletnie innego stylu życia, odchowanie najstarszej córki od poziomu bobasa do etapu dziewczynki opowiadającej wszem o wobec o procesie mitozy, druga ciąża, której efektem było pojawianie się na świecie dwóch kolejnych córek i odchowanie bliźniaków do etapu względnie ogarnialnego. Zmieściło się tam również pokonywanie najrozmaitszych lęków. Celowo nie piszę “pokonanie” - bo tak naprawdę wciąż boję się jazdy samochodem i trzęsień ziemi. Na swój sposób nauczyłam się jednak z tym żyć. Wreszcie, we wspomnianym epizodzie zmieściło się zawiązanie wspaniałych znajomości, których już teraz mi brakuje.

Przyzwyczajanie się do Kalifornii nie było proste. Wszystko było kompletnie inne i raziło moje europejskie przyzwyczajenia. Życie bez samochodu okazywało się niemożliwe - no, chyba że ktoś zakłada, że będzie spędzał cały czas w domu lub na podwórku. Swego czasu próbowałam. Zdaje się, że nie wsiadłam za kółko przez jakieś trzy czy cztery tygodnie, zanim ostatecznie się poddałam. Wszystko inne też bardzo się różniło: robienie zakupów, system przedszkoli, chodzenie do lekarza, załatwianie czegokolwiek z jakąkolwiek instytucją przez telefon (automaty obsługujące telefony to zło. Umawianie się za ich pośrednictwem np. na egzamin na prawo jazdy to zło jeszcze większe)… Wszystko to, jak również poczucie, że zostałam z tym sama i nie mam komu się wypłakać, kompletnie mi nie służyło. Gdyby to było takie proste, wsiadłabym w pierwszy samolot do Europy, wynajęła paskudny pokój blisko głównej ulicy którejś z europejskich stolic i starała się zarobić na czynsz na deptaku śpiewając i zbierając datki do kapelusza. Wszystko, byle tylko wyrwać się z tego kompletnie innego świata, w którym nie mogłam jak człowiek po prostu wyjść z domu i łazić godzinami po ulicach, mijając ludzi, wpadając do przypadkowego baru na przypadkowe piwo, podjeżdżając od czasu do czasu przypadkowym tramwajem dwa czy trzy przystanki.

A potem coś się zmieniło. Ni stąd ni zowąd zaczęłam poznawać mnóstwo ludzi - niekiedy nawet całymi chmarami, do tego stopnia, że gdyby nie genialny wynalazek Facebooka zapewne sporo czasu zajęłoby mi ogarnięcie tych wszystkich nowych znajomości. Ciągle do kogoś jechałam, ktoś jechał do mnie, zaczęły się wspólne wyjścia - z dziećmi i bez dzieci. I choć z czasem nauczyłam się lubić w Dolinie Krzemowej całe mnóstwo rzeczy, a nawet zaczęłam uważać, że w pewnej mierze po prostu do tego miejsca pasuję, to wiem, że najbardziej będzie mi brakować spotkanych tam ludzi. 

Wiecie, bo to jest fajne uczucie wiedzieć, że ma się przyjaciół, nawet wśród ludzi którzy są od nas różni, z którymi w wielu kwestiach się nie zgadzamy. Że można to jakoś przeskoczyć i mimo wszystko się lubić. Znaleźć płaszczyznę, na której da się porozumieć pomimo różnic. I być dla siebie fajnym, bez rozliczania się z poglądów i wartości. Czuć, że w razie czego ma się na kogo liczyć. Że są ludzie, którzy się o Ciebie martwią i troszczą. Tacy spoza rodziny, którzy na dobrą sprawę mają prawo uznać, że Twoje życie to nie ich sprawa. Z ludźmi, których spotkałam w Dolinie Krzemowej
mogłabym chyba mieszkać w każdym miejscu na ziemi.

Za tymi znajomościami na pewno jeszcze zatęsknię. Ba - już teraz mi ich brakuje. Z niektórymi udało mi się już spotkać w Europie. Na pewno nie po raz ostatni. 


Jasne, że będę tęsknić za Kalifonią. Ale Irlandia też jest fajna. 

czwartek, 28 lipca 2016

Pogłoska o mojej śmierci była przesadzona

To nie będzie fascynująca notka. Ot, kilka słów wyjaśnienia gdzie byłam, dlaczego mnie nie było i co będzie dalej.

No więc, moi mili, jak to rzekł Mark Twain, the report of my death was an exaggeration.

Żyję. I nie jest tak, że nie mam o czym tu pisać. Mam tego tyle, że sama nie wiem od czego zacząć. I, jak na złość, w świecie pozakomputerowym mam do mentalnego ogarnięcia taki stos spraw, że blog dostał urlop. A za dzisiejszą notkę podziękujcie Karolci. Byłam dziś u niej i namawiała mnie do pisania. No to piszę. Bo tak szczerze mówiąc, to już sama się za tym miejscem stęskniłam.

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
To powyższe, to Henryk Sienkiewicz, a konkretnie - Ogniem i mieczem. Oczywiście obecnie mamy rok 2016, ale reszta się tak jakby zgadza. Do totalnych klęsk wprawdzie nie dochodzi (odpukać), natomiast z całą pewnością jest dziwnie i mają miejsca nadzwyczajne wydarzenia.

Zaczęło się chyba od tego, że zaczęłam grać na gitarze. Sama nie wiem, co mnie napadło - ot, pewnego dnia uświadomiłam sobie, że gitara to instrument odgrywający sporą rolę w muzyce, której lubię słuchać. Tak się składa, że lubię śpiewać i pomyślałam sobie, że jakbym się do tego jeszcze nauczyła grać, to znacznie podniosłoby to moje możliwości pełnego przeżywania muzyki. Na chwilę obecną muszę przyznać, że wielkiego talentu u siebie nie odkryłam, ale chodzi o frajdę, no nie?

Stwierdziwszy, że jak szaleć to szaleć, zapisałam się na kurs jazdy na łyżwach. W dzieciństwie niby zawsze chciałam, ale trochę nie było jak. Okazało się, że mając ponad trzydzieści lat mam już jak, ale mało co z tego wychodzi. Czegoś tam się niby nauczyłam i nawet bywało, że sprawiało mi to frajdę, ale szału nie było. No i nigdy nie odważyłam się wyjechać na środek lodowiska.

Potem naszła mnie refleksja, że w sumie to dawniej wykorzystywałam komputer do trochę szerszych celów niż obecnie i postanowiłam trochę do tego wrócić. Udało mi się to tak skutecznie, że obecnie rzadko kiedy zdarza mi się dzień bez dłubania jakiegoś cosia. Wygląda na to, że pomysł był rewelacyjny i dzięki niemu oszczędzę na wielu płaszczyznach - ciuchach, kosmetykach etc. Bo mąż z jakiegoś powodu bardziej się cieszy z żony piszącej coś w Pythonie niż z takiej, która wróciła od fryzjera. 

No a potem poszłam na całość i wyjechałam z Kalifornii.

Pomysł nie pojawił się jakoś nagle. Właściwie to o opuszczeniem tej mlekiem i miodem płynącej krainy myśleliśmy już od dość dawna. Mam jednak poczucie, że to opuszczanie Kalifornii odbyło się jakoś na szybko i że nie ze wszystkimi pożegnałam się tak jak chciałam. Z drugiej jednak strony pożegnania nie zawsze są dobre, a odległości w dzisiejszych czasach czasem znaczą tak mało, że nie jest wykluczone, iż wszystkich tych, którym nie zdążyłam powiedzieć "papa" jeszcze zobaczę. 

O samym opuszczaniu USA i o tym, czym były dla mnie cztery lata tam spędzone, powinnam napisać chyba osobnego posta. Jak ktoś mnie kopnie i przypomni, to napiszę.

Tymczasem informuję, że moje notki od teraz będą miały nieco bardziej irlandzki charakter. Zielona Wyspa po kilku odrzuceniach z naszej strony w końcu zdołała nas przyciągnąć. Przygoda trwa zatem nadal - a ja jak zwykle obiecuję sobie, że to już jej ostatni etap. Zaczynam dochodzić do wniosku, że przeprowadzić można się w każdych warunkach w niemal każde miejsce na świecie, ale wierzcie mi - to trochę męcząca sprawa.

Dość tej nudy. Następne razy będą o Kalifornii, o tym jak zgubiłam garnek z bigosem itd.